<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>ziuuuum-ot-tak &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/ziuuuum-ot-tak/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "ziuuuum-ot-tak"</description>
	<pubDate>Sat, 17 May 2008 06:23:41 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Spontanicznie]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=58</link>
<pubDate>Fri, 16 May 2008 19:34:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=58</guid>
<description><![CDATA[Wczoraj nic nie napisałam, więc dziś piszę. Ot, taka logika dla początkujących.
Za plagą matu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wczoraj nic nie napisałam, więc dziś piszę. Ot, taka logika dla początkujących.</p>
<p>Za plagą matur wiernie krok w krok zawsze podąża epidemia zastępstw i zwolnień z lekcji. Niestety,  mojej szkole objawia się głównie zastępstwami, co spowodowało, że czekając wczoraj na początek przedostatniej lekcji na ławce na patio mieliśmy przed sobą wizję piątej geografii w tym tygodniu. Nie jest to wizja zbyt miła, więc naszego stanu nie da się określić jako wyjątkowo rozentuzjazmowanego. Ja, Aśka, Marszal i Ciesiel wyglądaliśmy raczej jak spompowane dętki (bez urazy oczywiście, bardzo ładne z Was dętki :) ). Ale wtedy nadszedł On, The Wąs z hasłem na ustach przypominającym pieśń "Jedziecie ze mną na Pragę? Muszę coś sprawdzić w mieszkaniu." Nasza szkoła znajduję się 20-30 minut drogi do owego miejsca. Oczywiście radośnie przystaliśmy na propozycję tłuczenia się na drugi koniec miasta absolutnie bez celu.</p>
<p>I od razu dzień wyglądał inaczej. Ogromny kot Docent patrzył się na nas zdziwionymi wielkimi oczami dachowca, gdy z wielką uciechą darliśmy się "Dupa biskupa", a chwilę później z rozmachem uderzaliśmy w karty. Obrażenia po tamtej posiadówie były różne. Od oczywistych- rąk, także mniej oczywiste- przełyku i jamy ustnej, bo Marcin okazał się wyjątkowo gościnnym gospodarzem z wybitnym zamiłowaniem do chili i pieprzu. Jedząc potrawę składającą się z ryżu, ostrej papryki w proszku, groszku, ostrej papryki, kukurydzy, pieprzu, fasoli i ostrej papryki byliśmy zmuszeni obficie popijać ją stosownym popijaczem, tudzież zgodnie wydmuchiwać nosy z powodu wzmożonej aktywności gruczołów łzowych.</p>
<p>Wychodząc z mieszkania niewątpliwie było nam gorąco. Po powrocie do szkoły, zakłóconym jedynie krótką zabawą Współlokatorki i Ciesiela na karuzeli, oczywiście udaliśmy się na coczwartkowe tańce. I tańczyło się hm... jakoś ciekawiej i zabawniej niż zwykle. Prawda Marszal? :P</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pamiętnikarsko]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=56</link>
<pubDate>Tue, 13 May 2008 17:53:27 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=56</guid>
<description><![CDATA[A więc. Prawie wróciłam. Wszelkie znaki na niebie i ziemi, to jest część do komputera stojąca]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>A więc. Prawie wróciłam. Wszelkie znaki na niebie i ziemi, to jest część do komputera stojąca na rozkręconej obudowie wskazują, że dziś wszystko będzie po staremu. A więc... Typowo blogowo będzie dziś. Mam czuję konieczność uzewnętrzenienia się.</p>
<p>Czasami potrzebne jest parę chwil celebracji samotności. Ja takową potrzebę odczuwałam wczoraj, co skończyło sie samotną wyprawą na Starówkę. Istnieje lepsze towarzystwo niż moje własne myśli i niedźwiedzie importowane z całego świata pomalowane w różne dziwne wzorki, ale to lepsze towarzystwo wczoraj przymusowo było daleko. Zbyt daleko. Więc pozostało mi podziwianie misiów mniej i bardziej udanych, plastikowych figur robiących za faraona, statuę wolności czy po prostu pęłniących rolę płótna, na którym z lepszym lub gorszym skutkiem popisywali się artyści. Nie wiem jak ocenić fakt, że polskie dzieło bylo skutkiem niczym nie wyróżniającym się, takim jakimś... Gdyby to nie był nasz miś z pewnością bym go nie zapamiętała. No, ale dosyć o misiach. </p>
<p>Pisząc o wyprawie zapomniałam o mojej wiernej towarzyszce. Po latach słyszenia zawsze i wszędzie o panu Sapkowskim i po latach mówienia sobie "na pewno kiedyś to przeczytam" doszłam do wniosku, że czas najwyższy, żeby chociaż to jedno z wielu "kiedyś" nadeszło. Więc miałam ze sobą książkę. Siedząc na ławce i podziwiają Syrenkę, która niedawno powróciła z wygnania do konserwatorni, rozkoszowałam się pierwszym w tym roku dniem, w którym nie potrzeba nawet bluzy, wystarczy koszulka z krótkim rękawem. Wiosna w sercu Warszawy.</p>
<p>Celebracja samotności dobitnie skończyła się wraz z powrotem do bursy. Oczekiwałam jej kontynuacji, bo wiadome mi było, że współlokatorka ma wieczoru wczorajszego miała być nieobecna. Ale... Są też pewne obowiązki. Obowiązki obejmujące oprócz walki ze wszelkim złem, obijania się całodziennego i budzenia rano Aśki, takie jak naprawianie znajomych w trudnych dla nich chwilach. Tym razem znajomym okazał się komputer, który żałośnie patrzył na mnie z perspektywy zakurzonego Podbiórcza. Jedynym wyjściem okazało się wyposażenie się w plecak z prowiantem, napojami i wiele siły fizycznej i udanie się na pierwsze piętro w poszukiwaniu Łośka.</p>
<p>Poszukiwania zakończone sukcesem przyniosły w moim pokoju dwóch gości, którzy przynieśli inny komputer. Wypruli biedakowi wnętrzności w postaci okablowanego zasilacza i dokonali chwilowej transplantacji organu. Podziałało to odżywczo na mojego grata (ach wybacz mi, ale to prawda :P), co oznaczało, że pozostała już tylko jedna misja. Nowy zasilacz został zamówiony (w arcyciekawej rozmowie ze sprzedawcą z allegro "-No bo wie pan, nam tutaj się zasilacz zjar... znaczy zepsuł" "A eeee w ile pan dochodzi?" Obie kwestie zostały skomentowane radosną owacją moją i drugiego Obserwatora), stary rozmontowany (dostałam naszyjnik z drutu miedzianego i transformatora :D) za pomocą delikatnych narzędzi takich jak nóż o ostrzu dwa razy większym od mojej dłoni. Gdy z zasilacza została już tylko płytka zostałam pocieszona- "Ale nie martw się, to się wyklepie..."</p>
<p>Rozpisałam się, a tutaj pozostał jeszcze dzień dzisiejszy. Dzień pełen zmian nastrojów, lecz z ciepłym odcieniem sentymentalnym (dwa lata! :) ) Rozpoczęty zasypianiem na chemii, zakończony oczekiwaniem na czerwone półsłodkie wino połączone z wykorzystywaniem komputera Beatki, którą pozdrawiam, mimo, że właśnie leży koło mnie. W sumie wino właśnie przyszło :). Będzie to miłe uwieńczenie dnia, którego punktem kulminacyjnym było zanegowanie teorii o tym, że nie można jeść kebaba na ulicy i że nie Aśka nie da rady zjeść całego kawałka ciasta na raz. Dała radę. Oczywiście z moją małą pomocą. Zemściła się rzodkiewką monstrualnych rozmiarów na kolacji.</p>
<p>[Edit godzina 23.16]<br />
Uwieńczenie dnia faktycznie było miłe. Po ogólnej rozgrzewce okazało się, że koledzy z góry robią sałatka. A sałatka ze świeżych warzyw jest rzeczą wysoce pożądaną w społeczeństwie bursianym, toteż część owego społeczeństwa czym prędzej udała się na pierwsze piętro. Po przechwyceniu przeze mnie dwóch pomidorów i po dość brutalnym potraktowaniu mnie ich wnętrznościami okazało się, że Fryzjer z Łośkiem mają silną potrzebę umycia podłogi. Teraz, zaraz, natychmiast i wodą z butelki. My byłyśmy obiektem na którym woda miała czasowo przebywać, zanim nie wzrośnie wilgotność paneli. Skończyło się: guzem Aśki na pół czoła i moją zdartą łydką. O stopniu naszej suchości wspominać nie muszę. Wieczór prawie zakończył się całopokojowym suszeniem pościeli za pomocą suszarek. W liczbie pięciu. Piszę "prawie", bo uwieńczeniem właściwym, była walka z moim Staruszkiem, zakończona pełnym sukcesem, mimo przejściowych trudności, które przedłużyły czas trwania operacji do godzin po ciszy nocnej. Efekt? Kojący szum procesora i blask monitora właśnie oświetlający moją twarz.</p>
<p>Dziękuję.</p>
<p>[/Edit]</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bum.]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=54</link>
<pubDate>Thu, 08 May 2008 11:18:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=54</guid>
<description><![CDATA[Że tak powiem mamy mały problem techniczny. Mój szanowny Komputer po latach znajomości, pełnej ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Że tak powiem mamy mały problem techniczny. Mój szanowny Komputer po latach znajomości, pełnej kryzysów i wzajemnych pretensji, ale też po tysiącach wzruszeń i czułych poklepywań ostatecznie odmówił współpracy. Niestety, biały dymek unoszący się dwa dni temu z jego obudowy bynajmniej nie obwieszczał żadnej radosnej nowiny, a ostatnie popiskiwania procesora zabrzmiały nutami marsza żałobnego. No coż... Ale ja się nie poddam, po tak długiej relacji będę walczyć. Znaczy nie tyle ja, co kolega z bursy, który wyraźnie się ucieszył jak odpowiedzialną ma misję.</p>
<p>Do czasu udanej reanimacji za pomocą diabelnego heretyckiego sprzętu (czego nie rozumiem, tego się boję) zawieszam działalność blogową w tygodniu. Będę miała dostęp do Internetu jedynie w weekendy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[powyjazdowo]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=53</link>
<pubDate>Mon, 05 May 2008 13:09:39 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=53</guid>
<description><![CDATA[Odkrywczo stwierdzę, że wróciłam. Nie mogę jednak powiedzieć, że wróciłam w pełni sił, bo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Odkrywczo stwierdzę, że wróciłam. Nie mogę jednak powiedzieć, że wróciłam w pełni sił, bo takie szczegóły jak ból gardła, głos przypominający odgłos, jaki wydają nienaoliwione zawiasy, nie-wiem-ile siniaków niewiadomego pochodzenia i to, że wyglądam jak Rudolf. Czerwononosy renifer. Ale jednak trzeba przyznać było miło i eee... intensywnie. Nie wdając się w szczegóły- wspomnienia ciekawe. Teraz nie mam nawet siły tego opisywać, może później. A może nie... Bo coś czuję, że będzie dość ciężko oddać atmosferę wyjazdu. Teraz tylko przytoczę tekst kapelmistrza, którym mnie uraczył na którymś z koncertów. "Martika! Kto się upoważnił do śmiechu?"</p>
<p>Szkoda tylko, że skład orkiestry był niepełny.</p>
<p>PS: A Ty się nie martw, będzie dobrze.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Komu w drogę temu śpiwór]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=52</link>
<pubDate>Thu, 01 May 2008 13:55:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=52</guid>
<description><![CDATA[Oświadczam wszem i wobec, że wyjeżdżam. Nawet nie mogę napisać, że wyjeżdżam ot tak, szalen]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Oświadczam wszem i wobec, że wyjeżdżam. Nawet nie mogę napisać, że wyjeżdżam ot tak, szalenie i bez planowania, bez pieniędzy i celu, bo wyjazd niestety absolutnie szablonowy i nic szalonego w sobie nie mający. Znaczy teoretycznie. Bo z takimi wyjazdami to akurat różnie bywa. Otóż.</p>
<p>M, wyjeżdża jako waltornistka, nie wiedzieć czemu nawet sekcyjna. M bierze śpiwór, karimatę i swojego tygrysa (znaczy torbę w paski... znaczy znowu nic zaskakującego) i pakuję się dziś wieczór do autobusu pełnego trębaczy, tubistów, klarnecistek i młodych mażoretek, dla których wyjazd ten będzie chrztem bojowym. Jednak autokar nade wszystko będzie pełen Kapelmistrza, który od paru tygodni gra rolę tresera poganiając nas i ustawiając na wszelkie możliwe sposoby. Ja z przyczyn technicznych bywam na próbach tylko w piątki i soboty, ale z wiarygodnych źródeł, wiem, że nastrój przedwyjazdowy objawia się u niego niezmiennie od pewnego czasu. Znaczy od Buki wiem.</p>
<p>Więc się zapakuję i co. Pewnie nawet nie będę miała miejsca siedzącego. Bo po co? Od dłuższego czasu na wyjazdach konsekwentnie zajmuję miejsce leżące na podłodze pośród odnóży mażoretek. Niestety jest to pierwszy wyjazd, na którym koło siebie nie będę miała leżącej plackiem perkusistki. No ale od czego jest Buka? Więc do autobusu wraz z prowiantem zabieram również koc i poduszkę. I zabiorę się do kruszenia ciastkami na podłogę, do horyzontalnego śpiewania w środku nocy i do narzekania na bolące kości. Do śnienia snów dziwnych, jedynych w swoim rodzaju, pojawiających się tylko w takich sytuacjach.</p>
<p>Dopiero teraz jak zaczynam o tym pisać powoli ogarnia mnie nastrój wyjazdowy. Powoli dociera do mnie, że jednak może być fajnie. Że może i faktycznie, skład orkiestry się zmienił, a w Niemczech nie będzie paru osób, które tak bardzo bym chciała żeby były, ale... Jednak będę spać na podłodze w budynku niemieckiej szkoły, jednak będę nosić uciążliwy instrument niezależnie od pogody, będę robić musztrę, mimo, że mi się nie będzie chciało i będę jeść niedobre niemieckie jedzenie. Będę się śmiać i będę tańczyć z ludźmi, za którymi tak tęsknie, gdy jestem w Warszawie. I będę patrzeć na miejsca, gdzie się wiele rzeczy dla mnie zaczęło. Ja chcę już jechać.</p>
<p>Do Hagen. Na któryś tam Festiwal Orkiestr Dętych.</p>
<p>Wracam w poniedziałek.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Sama w wielkim mieście]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=51</link>
<pubDate>Mon, 28 Apr 2008 19:29:14 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=51</guid>
<description><![CDATA[Nie mam co ze sobą zrobić.
Chociaż właściwie mam wiele możliwości. Jest piękna pogoda, mogę]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nie mam co ze sobą zrobić.</p>
<p>Chociaż właściwie mam wiele możliwości. Jest piękna pogoda, mogę iść na spacer, mogę zjeść wielkie lody złożone z nieprzyzwoicie dużej ilości gałek, tych najbardziej kalorycznych oczywiście. Mogę usiąść na ławce i po prostu wystawić twarz na podmuchy wiatru, który dzisiaj tak jak prawie nigdy osiągnął idealną prędkość i temperaturę. Zresztą mogę robić wiele rzeczy.</p>
<p>Ale nie mam z kim. I ta świadomość sprawia, że od razu wszystkiego mi się odechciewa.</p>
<p>Co prawda staram się zagłuszyć to poczucie osamotnienia wszelkimi możliwymi sposobami. Na każdą propozycję reaguję z wielkim entuzjazmem. Tak dobrze granym, że nawet ja już nie jestem pewna czy to tylko gra. Może on jest szczery? Sama nie wiem. W każdym razie, jak widać na razie działa to dobrze. M. idziesz na patio? Pewnie. KFC? Tak, tak! Starówka? Super! Sklep, spacer, lody, cokolwiek. Byleby tylko coś robić, byleby czymś się zająć. Teraz też miałam usiąść i napisać coś, żeby tylko nie skupiać się na tym, że to jeszcze przecież conajmniej półtora tygodnia... No ale ja nigdy nie potrafię pisać na tematy o których nie myślę.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pewniczątka]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=50</link>
<pubDate>Sat, 26 Apr 2008 17:05:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=50</guid>
<description><![CDATA[W życiu jest parę oczywistości, rzeczy, których można być pewnym z góry, bez wątpliwości, z]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>W życiu jest parę oczywistości, rzeczy, których można być pewnym z góry, bez wątpliwości, zastanowienia, bez "ale przecież..."</p>
<p>Po pierwsze. Jeśli jakimś cudem M uda się zapuścić paznokcie do stanu jako-tako-wyglądającego, a później, o zgrozo, pomalować je (tak, tak, na taką bezczelność czasem uda mi się zdobyć) to przewidzenie dalszego ciągu wydarzeń jest zaledwie dziecinną igraszką. Jaka to może być trudność, jeśli zawsze jest taki sam? Otóż, moja Rodzicielka bezbłędnie wyczuwa moment, w którym należy poinformować swe biedne prawie-dorosłe-dziecko, że koniecznie, ale to koniecznie trzeba właśnie teraz, dzisiaj, zaraz iść do ogródka. Bo grządki nieopielone, bo truskawki nieprzesadzone, bo ogórki nieposiane, bo pogoda ładna. Bo tak. Ostatni argument powtarza się najczęściej. I chyląc swe czoło ku ziemi M pokornie wydeptuje ścieżkę w prawie-czarnoziemie.</p>
<p>Dalej. Można być pewnym również tego, że jeśli z wyprzedzeniem co najmniej dwutygodniowym planowana jest impreza, planowana dość dokładnie, łącznie z późnogodzinnym powrotem do łózka i środnocnym w sen zapadnięciem, niezwłocznie (a w sumie zwłocznie, bo dwa, w porywach do trzech dni przed) okaże się, że dzień później jest próba musztry paradnej z orkiestrą. O 8 rano. Z noszeniem ciężkiego instrumentu i wyliczaniem kroków współgraczom, bo trzeba przyznać, że M ma dość rozwinięte zapędy dyktatorskie niestety.</p>
<p>Nigdy nie prostuję włosów. Znaczy prawie nigdy. A "prawie nigdy" oznacza, że wyprostowano mi je dwa razy. Za pierwszym razem pół godziny później siedziałam na plastikowym krześle z instrumentem w ręku. Nad morzem. Nad, nie wiedzieć czemu, mokrym morzem. Więc można się już łatwo domyślić: po pierwszych zagranych taktach włosy bez trudu powróciły do poprzedniej postaci. Drugi raz, klasycznie: poranny deszcz i oczekiwanie na tramwaj, który jakoś, oczywiście zupełnie przypadkowo, nie miał ochoty przyjechać.</p>
<p>Podobnie dzieje się, gdy wczesną jesienią dochodzę do wniosku, że nie, że jednak jeszcze za wcześnie na noszenie glanów, i na jeden dzień zmieniam je radośnie na trampki. Trampki z dziurawą podeszwą. Przemakalną. I tak dla informacji: nie noszę tych cudownych wytworów zwanych "ocieplanymi trampkami", pozostaje przy klasyku który jest doskonałym przewodnikiem cieplnym. I zimnym. W każdym razie za każdym razem z porannej pięknej pogody, po południu pozostaje tylko słowo "pogoda". Szablonowo deszczowa.</p>
<p>No ale wszystko to, to raczej oczywistości dość uciążliwe. Ale są też inne, takie które za każdym razem wywołują uśmiech na twarzy. Że jak źle się czuję to zawsze znajdzie się miejsce w tramwaju, tym razem nie zapełnionym ludźmi w wieku emerytalnym. Że, gdy jest nie tak jak powinno, zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie wywracał oczami na moje narzekanie. Że konwalie zawsze pachną tak samo, a kukułka niezawodnie powtarza swój refren przez całe lato.</p>
<p>Tylko, że teoretycznie to wszystko może się zmienić. Tak naprawdę nie ma rzeczy pewnych, tylko my chcemy je tak postrzegać, żeby choć trochę ubarwić lub usystematyzować swoje życie (to akurat zależy od intencji). Hmm... No dobrze. Prawie nie ma.</p>
<p>:*</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wiosna. Nienadinterpretacyjna.]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=49</link>
<pubDate>Thu, 24 Apr 2008 18:56:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=49</guid>
<description><![CDATA[Wypadałoby coś napisać bo mi statystyki radośnie lecą na łeb na szyje. W sumie z tym &#8220;ra]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wypadałoby coś napisać bo mi statystyki radośnie lecą na łeb na szyje. W sumie z tym "radośnie" to taka moja nadinterpretacja, ot, paskudny nawyk jak ktoś to kiedyś określił. A właściwie nie nadinterpretacja, tylko koloryzacja rzeczywistości, bo akurat w tym przypadku tworzenie bytów ponad konieczność nie jest rzeczą złą (Właśnie obaliłam Teorię Profesora Stasiaka. Teraz niech się dzieje wola nieba. Satysfakcja przeogromna, nieopisywalna, ach.). A wracając do statystyk. Oczywiście, nie piszę się dla nich. Absolutnie. Wklepywanie w białe okienko literek jest przyjemnością samą w sobie, bo ach coś z niczego, bo ach kawałek mnie, bo ach itd. itp. Ale próżność kobieca, ludzka, czy jakkolwiek by ją zwać każe, obserwować głupi wykresik, może trochę wstydliwie, może trochę z zażenowaniem, ale jednak. Cóż, człowiekiem jestem.</p>
<p>A w ogóle to wiosna przyszła- Informacja dla tych, co zapatrzyli się nie w ten sposób, w który się powinno. Zapowiada się pięknie, zielono, słonecznie. Oznakami: mój ostatni pociąg do spódnic wszelakich, falujących, fałdowanych, wirujących, tańczących i ukwieconych, zmiana kolorów z czarnego na czarny z jakiś-tam i upinanie włosów częstsze niż zimowe. Jaskółka wiosny nie czyni. I pąki na drzewach i słońce świeżo po kursie nawiązywania znajomości, a więc ośmielone, prawie, że bezczelne, zawadiackie, aż czasem namolne i męczące. I cale to nie zapachy, w Warszawie co prawda niewyczuwalne, ale w domu dyskretnie obezwładniające. I wcale nie to przeziębienie, które występuje tylko kwietniowo- majowo z wielką natarczywością.</p>
<p>Bo wiosnę czynią uczucia, słowa, gesty i spojrzenia. Czyje? Dla każdego odpowiedź jest inna. Dobrze, że ja znam swoją.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Imperium kontratakuje]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=48</link>
<pubDate>Mon, 21 Apr 2008 15:07:10 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=48</guid>
<description><![CDATA[&#8220;Ziuuuum!&#8221;
Terytorium Imperium rozrosło się dziś o nowe ziemie. Jako że Współlokat]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>"Ziuuuum!"</p>
<p>Terytorium Imperium rozrosło się dziś o nowe ziemie. Jako że Współlokatorka po paru lekcjach zdezerterowała z mojej ławki na konkurs gdzieś tam, wraz z rycerzami ubranymi w garniturowe zbroje, miałam okazję do podboju nowych terenów. Siedząc na każdej lekcji z innym kolegą, miałam przed nosem ich zeszyty. Więc do Ziem Podbitych w postaci książek i zeszytów Aśki, książki i zeszytu od hiszpańskiego Marszala oraz książki od angielskiego Pawła [poprawka: książka jest jednak również Marszala. Mała sprzeczność, Paweł do tej pory nie sfinalizował procesu kupna. W sumie nawet chyba go nie zaczął...] dołączył zeszyt Minika i Marcina od biologii. Co prawda Wąsu próbował mi potem wmówić, że podbity teren otoczył płotem i że znajduję się on na dnie jeziora, ale co pozostało moje, to moje. (Próbował też wmówić inne rzeczy: że Miniś ma czułki napędzane hemolinfą  i że Gwiazdor jest człowiekiem rybą... I to wcale nie ja mam "zrytą psychę" jak NIEKTÓRZY twierdzą...) Gwiazdor zresztą próbował stworzyć konkurencję w postaci skolonizowanej wioski w pobliżu, w tymże zeszycie, ale moje radosne "Ziuuuum" przetrwało. Ku chwale Imperium.</p>
<p>Dziś ogólnie M ma humor okołoksiężycowy. Nie rozwodząc się nad powodami, podam przykłady. Jako, że humor ów jest silnie zaraźliwy, skończyło to się całomatematycznym impludowaniem radością, pośród skupionych ściśle umysłów i brzęczenia świetlówek. Skończyło się wybuchem śmiechu na środku lekcji polskiego i pobłażliwym spojrzeniem Pani Profesor. Krztuszeniem się kanapką za plecami Krzysztopha na widok Aśki malującej paznokcie nad Hamletem. Chociaż w sumie teraz ja też mam pomalowane paznokcie. Nad Makbetem tym razem.</p>
<p>Do tego doszła eskapada w poszukiwaniu jakże-potrzebnych-podręczników do historii i biologii. Zwiedzone zostało pół Warszawy (dziękujemy towarzyszowi podróży... I wcale nie zasłaniam zabytków!) na trasie: moja szkoła- kino Femina- prawie Stare Miasto- Ogród Saski- Śródmieście (tutaj zostałam osamotniona w boju) i z powrotem Ogród Saski, aż w końcu tramwajem do bursy. Uff... Nie mam siły. Zwiedziłam cztery księgarnie oddalone od siebie o stanowczo zbyt duży dystans, ale udało się. Trofeum w postaci dwóch książek do biologii i jednej do historii zostało zdobyte.</p>
<p>(Ech... Jaki słitaśny ten wpis. Ble)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zium.]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=47</link>
<pubDate>Sat, 19 Apr 2008 16:45:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=47</guid>
<description><![CDATA[Kiedy człowiek siedzi przed komputerem i czuje, że jego żołądek jest wypełniony po brzegi lasa]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy człowiek siedzi przed komputerem i czuje, że jego żołądek jest wypełniony po brzegi lasagne nic mu się nie chce. Nie chce się wstać i włączyć lampki, zejść na dół i przeczytać lekturę, która byłą przecież na zeszły tydzień, a tym bardziej nie chce mu się myśleć, jak zacząć notkę na blogu. Jeśli teraz napiszę, że "bo przecież najtrudniejszy jest początek, a potem leci już samo" to będę banalna. Więc nie piszę i przechodzę do potem.</p>
<p>Teoretycznie sobota, jak sobota, tylko, że milsza. Pierwszy raz udało mi się zrobić owocne zakupy. Zwykle pieczołowicie przygotowywane wyprawy do centrum handlowego, poprzedzane wyposażeniem w kompas, mapę i saperkę, kończyły się... No właśnie wstyd się przyznać. Gdy chciałam kupić sukienkę, kupowałam kolczyki, gdy potrzebowałam butów, kupowałam kolczyki, gdy potrzebowałam kolczyków, nie kupowałam nic. I tak od początku czasów. A dziś? Potrzebowałam butów. Kupiłam dwie pary, w tym pierwsze w życiu buty na obcasie &#62;5 cm. Zabiję się. A. I kupiłam kolczyki.</p>
<p>Po posiłku, takim jak powinien być zawsze, od teraz do Końca Czasów, to znaczy po Wielkiej Lasagne, poczułam zew motoryzacji. Spojrzałam na samochód i na zadziorne błyski w jego reflektorach, tym razem nie chciałam pozostać dłużna. "Tatoo... To z lewej to sprzęgło jest, prawda?" "Chcesz się nauczyć jeździć co?" Błysk w oku połączone z jakie-to-już-duże-urosło i po chwili siedziałam na miejscu pasażera, jadąc na miejsce domniemanej kaźni wraz z IMB (Irytującym Młodszym Bratem) za plecami i Szanownym Rodzicem z lewej.</p>
<p>I dojechaliśmy. Po drodze zostałam wstępnie pouczona co i jak, że, no że jak na pierwszy raz to na jedynce i dwójce, no w sumie to ta dwójka to tak nie do końca działa, no ale nie martw się. Miło. Ale jakoś poszło. Sprzegłokluczykibiegigazdoprzodu- jadę, ratunku! Z dumą stwierdzam osiągnięcia: ruszanie (!), ruszanie pod górkę (!!), skręcanie (no ba :p) i osiągnięcie koronne- wyprzedziłam traktor! :D Jak nie zostanę panią inżynier, malarką, pisarką, superbohaterką, zubożałą piosenkarką- beztalenciem lub morderczynią, to zostanę Królową. Kierownicy. :P</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Walka]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=46</link>
<pubDate>Fri, 18 Apr 2008 19:17:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=46</guid>
<description><![CDATA[&#8220;Ginę&#8230; Ach krwawią rany w mym umyśle. mózg wylewa się uszami, życie ucieka, odpły]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>"Ginę... Ach krwawią rany w mym umyśle. mózg wylewa się uszami, życie ucieka, odpływa, wycieka ze mnie... Jeszcze chcę je złapać, jeszcze walczyć, jeszcze trzymam moją jedyną broń w dłoni, jeszcze mam otwarte oczy. Jeszcze próbuję zachować świadomość, oddzielić mój głos i tych parę wyobrażonych głosów, od tych otaczających mnie z każdej strony. Zrozumienie tego, co się dzieje wokół mnie może być wybawieniem. Ale ja już nie mam sił. Pooli nadzieja odpływa, prawie znika, wraz z upływającym czasem (nie powinno być odwrotnie?), a Ich słowa, jakby spoza mojego świata, zamiast cokolwiek wyjaśnić, tylko tłumią sens, wpychają się jak wata do uszu, zatykają nos, zasłaniają oczy, których powieki... Ach, takie ciężkie. Ale ja ciągle walczę, mimo że bez poczucia sensu i celu, bez identyfikacji z tą batalią. Ale i tak coś w środku (na pewno? Może to coś z zewnątrz...) nie pozwala poddać się do końca, praktycznie wbrew mojej woli. O ile lepiej byłoby przestać się już męczyć... O ile łatwiej... Ale ja jeszcze jestem. Nie, nie zasnę, nawet mimo tego, że ta lekcja jest tak cholernie nudna."</p>
<p>Cytat z mojego notesu, który leżał na ławce podczas lekcji polskiego. Wymowne.</p>
<p>I w końcu nie zasnęłam, chociaż, gdy pisałam to coś, moja pozycja była już zbliżona do horyzontalnej. :P</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Action Mag]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=45</link>
<pubDate>Tue, 15 Apr 2008 18:36:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=45</guid>
<description><![CDATA[Ech no i wszystko się zmienia.
Jest sobie taki magazyn. Magazyn, który zresztą większoość czyt]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ech no i wszystko się zmienia.</p>
<p>Jest sobie taki magazyn. Magazyn, który zresztą większoość czytających tego bloga zna. Magazyn, do którego widoku na ekranie monitora wzdychałam mając lat niespełna 13 i myśląc, jak to bym chciała być członkinią tej elity Autorów, tych, którzy mają władze, którzy panują nad słowem, a ono nie wyraża sprzeciwu. Którzy piszą tak, jak nigdzie indziej i którzy są tak odlegli i tak różni ode mnie. Idole. Ja mogłam być tylko Czytelniczką, w dodatku tak nieśmiałą, że niegodną wysyłania maili do nich. Cóż.</p>
<p>Minęło parę lat i teraz? Co miesiąc czeka się na nowy numer Action Maga. Action Maga, którego od roku regularnie tworzę, na którym nauczyłam się, że nie zawsze liczy się tylko treść, ale też forma. Że słowa mogą być piękne, że można z nich układać wszystko co się zechce, a co ciekawsze, sprawiać, by dzięki paru literom ktoś inny ułoży coś zupełnie innego. Że pisanie, to nie tylko "tworzenie" nędznych wypracowań, pod linijkę, pod kluczyk, pod miarkę, ale to właśnie tworzenie. Że może być odskocznią, ostoją, odpowiedzią.</p>
<p>W internecie znajdziemy wiele zinów. Ale tylko AM jest tak cudownie grafomański (tak, to słowo ma pozytywne znaczenie!), tylko tutaj teksty są... No właśnie. Niedefiniowalne. Trzeba choć raz przeczytać cały numer, żeby zrozumieć o co mi chodzi.</p>
<p>Ale ja nie o tym miałam. Miało być o tym, że formuła się zmieniła, co mnie napawa nostalgią. Już nie będzie comiesięcznego czekania na cały numer, komentarzy na forum... Idziemy za duchem czasu, szukamy nowych Czytelników. Stać to się musiało. Czy to wyjdzie na dobre, czy wręcz przeciwnie, zobaczymy. W każdym razie wiele zmieni. Od teraz artykuły będą publikowane na bieżąco, w sieci, tamże komentowane i czytane, AM jako miesięcznik, przestanie być główną formą Maga. Cóż...</p>
<p>W każdym razie.</p>
<p><a href="http://actionmag.net">http://actionmag.net</a></p>
<p>Polecam.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Słonecznie]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=44</link>
<pubDate>Mon, 14 Apr 2008 16:13:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=44</guid>
<description><![CDATA[Ach, słonecznie mi dzisiaj. A przyczyn może być, ach, tak wiele.
Może to być ta zieleń, dyskre]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ach, słonecznie mi dzisiaj. A przyczyn może być, ach, tak wiele.</p>
<p>Może to być ta zieleń, dyskretnie kontrastująca z szarością, betonowością, z odrapanymi tramwajami o zmęczonych reflektorach i paniami na wysokich obcasach, a co za tym idzie z oczami utkwionymi gdzieś tam, wysoko. I śmiesznie, i z zadziornym błyskiem w oku, i ironicznie wiosna na paluszkach wchodzi tam, gdzie się prawie o niej zapomina. I rozświetla chodniki, i wkrada się w szpary, i zazielenia rzęsy i rozkwita włosy. Zdejmuje kurtki, zaróżowia okulary i roziskrza źrenice. I powietrze bardziej zielone. I lżejsze. I bardziej moje, bardziej bliskie.</p>
<p>A może to słońce, które trochę nieśmiało, ale jednak natarczywie, trochę jeszcze z niedowierzaniem, ale pewnie wygląda co jakiś czas i rozgrzewa czubki głów. Wyzwala zapachy, oślepiając, ukazuje to wszystko, czego się nie widzi zazwyczaj. Że to drzewo na "patio" rozkwitło, ach jak pachnąco, że te ławki wcale już nie są mokre, a białe plamy na chodnikach, wcale nie są uciążliwe, a tylko zwracają uwagę na to, że nie jesteśmy tutaj sami, że nie tylko nam się chce dzisiaj śpiewać.</p>
<p>A może to to, że przyjaciele są i będą. Że jest kogo zmierzyć na matematyce linijką, kogo kopnąć pod stołem na angielskim i kogo ugryźć w palec w ferworze dyskusji czemu akurat ta strona boiska jest lepsza. Pertraktacje kończą się obustronnym "nie, ale jak wolisz to naprawdę możesz stać tutaj'". I jest z kim się śmiać, i jest z kim tańczyć do muzyki słyszanej tylko w głowie. I pokłócić się w ławce angażując wszelkie możliwe argumenty. I jest na kogo liczyć. Zawsze.</p>
<p>Może to być też zwykły sok pomarańczowy z zieloną nakrętka i żółta paczka M&#38;Ms zjedzona w tramwaju, kobieta która na kichnięcie odpowiada uśmiechniętym "na zdrowie", czy uwielbiani piosenkarze przede mną w kolejce w Carrefourze. Może to też być mały rezolutny chłopczyk na kolanach u babci, z całą dobitnością stwierdzający dość smutną prawdę. Mianowicie "Bez siusiaka to się nie pojedzie autobusem". Nie wnikam.</p>
<p>Powodów MOŻE być wiele.</p>
<p>Ale wcale nie musi. Bo jest jeden. Niewymieniony.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Deszcz]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=43</link>
<pubDate>Sat, 12 Apr 2008 19:57:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=43</guid>
<description><![CDATA[Wspominałam, że lubię deszcz? Jeśli nie jest tak zimno, że ręce zamieniają się w niebieskie ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wspominałam, że lubię deszcz? Jeśli nie jest tak zimno, że ręce zamieniają się w niebieskie skostniałe bryłki i jeśli wiatr nie wieje z siłą, która sugeruje, że jego priorytetem jest ogołocenie mnie ze wszystkich parasolek, torebek, ubrań, włosów i rzęs, wtedy, gdy tylko pierwsza kropla spadnie mi na nos, wpadam w ten szczególny nastrój.</p>
<p>Nastrój, kiedy z zachwytem patrzę na mokre ulice, błyszczący bruk i odbijające się w nim latarnie, które rozświetlają nie tylko chodnik, ale ich blask zamyka się w przestrzeni przelatujących obok kropli. Kropli, które uderzają w parasol, wywołując ten niepowtarzalny rytm, który po pewnym czasie pulsuje w całym naszym ciele, uspokaja i jakoś unosi, delikatnie, ponad betonową kostkę pod stopami. Wystarczy tylko się w słuchać w muzykę. Nic innego nie ma takiej melodii. Która przyciąga niczym magnes, która sprawia, że wpatruję się w okno, wychodzę na balkon, na taras, wybiegam na trawę, idę na spacer.</p>
<p>Bo deszcz, kiedy tylko się pojawi, jest wszędzie i nigdzie. Nie da się go złapać, ograniczyć, wyznaczyć jego dokładną granicę. Gdy byłam młodsza, zawsze chciałam znaleźć miejsce w którym na jedną rękę spadną kroplę, a druga pozostanie sucha. To pragnienie towarzyszyło mi od zawsze, przychodziło znikąd. Zawsze, gdy zbierały się chmury, zastanawiałam się gdzie tym razem może być ta upragniona ściana wody, gdzie kończy i zaczyna się jej niepodzielne panowanie. Nigdy nie znalazłam.</p>
<p>Zawsze, gdy pada, ludzi jest jakoś mniej. Idzie się przed siebie i oprócz paru zbłąkanych samochodów i kilku przechodniów chyłkiem przemykających od dachu do dachu, od ściany do ściany, najwyraźniej nie będących tam, gdzie by być chcieli, nic. W szumiącym mieście cisza. I kręgi na wodzie, na kałużach. Zawsze mnie fascynowały. To, że konsekwencja z jaką się rozchodzą, równomiernie i bezkompromisowo, nie zmienia, tego, że i tak zanikną. I parasol nad głową, nieodmiennie uroczy, magiczny i romantyczny. Rodem z mglistych powieści, z przydymionych filmów, wyzwalający nawet nieuświadomione skojarzenia. Przenośna przystań, schronienie, kawałek własnej przestrzeni, pośród niczyjej ulicy. A gdy przestrzeń pod parasolem nie jest tylko moja, to deszcz tylko nabiera urody. O ile jeszcze zwracam na niego uwagę.</p>
<p>Nawet mimo tego, że niektórzy parasoli nosić nie umieją.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Książki wtórnego użytku]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=42</link>
<pubDate>Thu, 10 Apr 2008 20:03:38 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=42</guid>
<description><![CDATA[Czasami wraca się do starej książki i odkrywa się zupełnie nowe smaki i kolory. Zwykle dość n]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Czasami wraca się do starej książki i odkrywa się zupełnie nowe smaki i kolory. Zwykle dość niechętnie, gdy już nie ma czego czytać. Zwykle bez przekonania wyciąga się rękę po wydawałoby się znaną treść i jeszcze raz składa te same, a jednak tak inne litery, dobiera się zdania, stawia przecinki i wstrzymuje, wraz z oddechem, te same słowa.</p>
<p>Docenia się barwę słów, opisów i odcienie ludzi. Głębie zapachów i malowanych obrazów. Na nowo znajduję znaczenie, i mimo, że ta powieść przecież już kiedyś się skończyła, ale przecież trwa, trwa nadal, bo miała swój koniec nie teraz, a w innej czasoprzestrzeni, gdy ta sama, a przecież zupełnie inna, dziewczyna z wypiekami na policzkach wtapiała się w zielony fotel. I niby coś tam świta, coś się z tego jeszcze pamięta. Ale chyba tyle samo, co pamięta się z tamtej osoby. A to tylko potęguję tajemnicę.</p>
<p>Ale pewne rzeczy tracą magię. Czasem, mimo niewątpliwego uroku, uderzają absurdalnością długie opisy zdarzeń, które powinny  być spisane pośpieszną ręką, gdzie powinno brakować paru szczegółów, powinno być bardziej ludzko, mniej idealnie, z uczuciem, ze strachem. Różne osoby powinny pisać inaczej, a tutaj każda mówi tym samym językiem, który przecież może mieć tyle odcieni, ilu bohaterów. No ale... Ktoś sie chyba stał mniej naiwny, mniej zapatrzony i zaczytany, mniej pochłonięty treścią. Zaczęła się liczyć forma.</p>
<p>Starzeję się. Jak nic. Czytanie książek drugi raz jest dość niebezpieczne. Za dużo można zauważyć.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zmokła kura]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=40</link>
<pubDate>Mon, 07 Apr 2008 19:06:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=40</guid>
<description><![CDATA[Czekoladowe, waniliowe, straciatella, jagodowe, jogurtowe, sułtańskie, bakaliowe, i jakieś owocow]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Czekoladowe, waniliowe, straciatella, jagodowe, jogurtowe, sułtańskie, bakaliowe, i jakieś owocowe nie pamiętam jakie. Razem 8. Bilans dnia dzisiejszego. Lodów nie da się przedawkować, zwłaszcza w dzień, jak dzisiaj, kiedy słońce wydaje się mieć ten groteskowy uśmiech rodem z dziecinnych obrazków, który zawsze tak mnie przerażał. No ale dzisiaj konsekwentnie nie zwracałam na nie uwagi, co skończyło się zamknięciem się słońca w sobie i schowaniem za chmurkę. Za wyjątkowo deszczową chmurkę. Za chmurkę, która niepostrzeżenie pojawiła się nad naszymi (moją i Beaty) głowami, gdy pełne energii i lodów stałyśmy pod oknem jakiegoś gitarzysty na jednej z ulic Starówki. Jedna z nas miała kaptur. Druga nie. Ta z kręconymi włosami i w okularach nie miała.<br />
W każdym razie siedzę teraz ze sztywnymi od wodnego roztworu kwasów i smogu włosami, kubkiem herbaty, i ciepłą kołdrą w łóżku i jest idealnie. Życie jest piękne. Wiosna! :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Manifeścik]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/04/01/manifescik/</link>
<pubDate>Tue, 01 Apr 2008 19:06:30 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/04/01/manifescik/</guid>
<description><![CDATA[Napisałabym coś. Wyszukała najpiękniejsze słowa jakie znam. Te których nie znam, wymyśliłaby]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Napisałabym coś. Wyszukała najpiękniejsze słowa jakie znam. Te których nie znam, wymyśliłabym. Wyzwalałyby pachnące skojarzenia, słoneczne myśli i dźwięki o miękkości kociego futra. Mówiłyby o wszystkim. O tym, że słońce, mimo, że nigdy nie obejrzane dokładnie, jest takie piękne, o tym, że na dachu usiadła sroka i o tym, że można śpiewać i tańczyć, ot tak, po prostu. Bo właśnie można. I o tym, że nic nie trzeba, że wszystko wybieramy sami i ten wybór jest najpiękniejszym z darów. I o tym jeszcze, że bluszcz na oknach wypuszcza pąki i że ktoś nie szuka gwiazd na niebie.</p>
<p>Ale nie napiszę tego wszystkiego. Bo owszem, mogłabym. Słowa popłynęłyby szybko, na parę akapitów. Pozornie tak łatwo pisać o rzeczach pięknych. Przycinać pod miarę słów, odrzucać kawałki, które wydają się mniej ważne, a tak naprawdę bez nich całość nie jest już taka sama. Mogłabym posłużyć się półśrodkami, może i wymownymi, ale... Są rzeczy, uczucia i ludzie, których opisać się nie da. Pozostaje tylko cieszyć się że są. I dziękować.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jednokierunkowy kurczak na księżyc]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/28/jednokierunkowy-kurczak-na-ksiezyc/</link>
<pubDate>Fri, 28 Mar 2008 19:42:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/28/jednokierunkowy-kurczak-na-ksiezyc/</guid>
<description><![CDATA[Tak, tak proszę państwa, ciąg dalszy relacji z życia lokatorek pokoju numer 15 w bursie. Życia ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Tak, tak proszę państwa, ciąg dalszy relacji z życia lokatorek pokoju numer 15 w bursie. Życia barwnego, głośnego, z wiecznym bałaganem w pokoju i wiecznym bluszczem za oknem. Znaczy się no...<br />
Zaczęło się wczoraj. (właściwie to niekoniecznie wczoraj... zaczęło się we wtorek, jak tylko się spotkałyśmy, ale nie mam tyle czasu, żeby to opisywać :P)Stan okołoksiężycowy ogarniał nas, systematycznie, wraz z trwaniem jakże mądrego filmu pt. "Dziewczyny z drużyny 3" (W tym miejscu powinien być okrzyk radości w naszym wykonaniu, zaprezentowany po raz pierwszy na dworcu centralnym za plecami siwego pana w kapeluszu. Pana owego pozdrawiamy bo się odwrócił i uśmiechnął.). Ach ten ambitny scenariusz, ten crumping (tak, tak, tak fachowo nazywa się murzyński taniec, z lekka przypominający walczące małpy ), te okrzyki, którymi przedstawiały się cheerlederki (tak, tak, przez cały dzisiejszy dzień ćwiczyłyśmy "introduction"- "Hey Aisha!" "Hey what?" "Introduce yourself!" "No way!" "Introduce yourself!" "OK! I'm Aisha, I'm hot.... itd" mistrzostwo), no i oczywiście gwóźdź programu "szibuja" (zew wgryzający się w mózg, tak, że cały dzień chodziłyśmy i było tylko szibuja, szi, szi, szibuja... _Wszystkie te elementy sprawiły, że po zakończeniu filmu zaczęłyśmy prezentować naszej Prawie Współlokatorce elementy owego tańca, oczywiście z pełnym profesjonalizmem. Nie zostało to docenione przez krytyków w osobie naszej wychowawczyni.<br />
Dziś. No cóż wspomniane szibuja cały czas stanowiło tło naszego dzisiejszego nastroju. Po ogólnym wypompowaniu z energii życiowej, słonecznej i myślącej, przyszedł czas na podróż autobusem do domu. No i się zaczęło... Nie pomnę o kolejnym dowodzie braku umiejętności podejmowania decyzji, którym było nasze krążenie po pasach w te i wewte tuż po zmianie światła na czerwone. Aśka stój! Albo chodź! No chodź! Albo lepiej nie, oni zaraz ruszą. Skończyło się na tym, że gdy byłyśmy przedzielone ulicą, światło ponownie zmieniło się na zielone. Chyba z litości... Później dumne dotarłyśmy do autobusu. Z godnością zajęłyśmy miejsca za jakimś młodym chłopakiem z matka, który zresztą ewidentnie przez całą podróż się nam przysłuchiwał. I jestem przekonana, że gdyby zobaczył nas po raz kolejny, z pewnością wybrałby drugi koniec autobusu. Aktualnie mam zakwasy na prawym policzku od śmiania się, a A wyszła na dworcu z bólem brzucha. Trudno powiedzieć właściwie co się stało. Dość, że jakimś cudem z piosenki "One way ticket", którą z upodobaniem śpiewałyśmy, zrobił się jednokierunkowy kurczak na księżyc.<br />
Aśka, Spychaczku Ty mój :D</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Przebiśnieg]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/26/przebisnieg/</link>
<pubDate>Wed, 26 Mar 2008 16:17:22 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/26/przebisnieg/</guid>
<description><![CDATA[Ach wiosennie mi dzisiaj. Od samego rana. I nic to, że moja cudowna komórka obudziła mnie radosny]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ach wiosennie mi dzisiaj. Od samego rana. I nic to, że moja cudowna komórka obudziła mnie radosnym budzikiem, z entuzjazmem przywracając mnie do życia namolnym dźwiękiem dzwonka, z delikatnością godną defibrylatora. I nic nie zmienia fakt, że moja współlokatorka z radością podciągnęła dziś rolety na naszym oknie (co zdarza się tylko w czasie klęski żywiołowej, depresji bądź awarii prądu) ukazując jakże przepełniony wiosenną aurą widok: trzycentymetrową warstwę śniegu na każdej powierzchni na której to jest możliwe. Na tych na których nie było takiej możliwości było nędzne półtora centymetra. Nie ma też żadnego znaczenia fakt, że przez połowę dnia chodziłam po szkole szczękając zębami i klejąc się do kaloryferów na korytarzu niczym mucha do lepu, niczym pszczoła do kwiatu, niczym... Dobra stop. Zapędzam się.</p>
<p>W każdym razie NIC, ale to absolutnie NIC nie zniszczy mojej wiosny. Niezależnie od tego jaka będzie pora roku.w</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Waltornistki!]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/24/waltornistki/</link>
<pubDate>Mon, 24 Mar 2008 16:24:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/24/waltornistki/</guid>
<description><![CDATA[(fragment strony o orkiestrze, którą muszę zrobić na informatykę&#8230; Blech.)
Rogi!
Gdy podcz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>(fragment strony o orkiestrze, którą muszę zrobić na informatykę... Blech.)</p>
<p>Rogi!</p>
<p>Gdy podczas próby kapelmistrz słyszy niekontrolowane wybuchy śmiechu, już nawet nie rozgląda się po sali. I bez tego wie co krzyknąć. „ROGY! CISZA!” „Waltornie kapelmistrzu…”</p>
<p>Wiadomo, bywają dni gorsze i lepsze, każdy czasem ma zły humor, po prostu nie ma nastroju na śmianie się z niczego. Ale nam trzem wystarczy się spotkać, żeby dostać niekontrolowanej głupawki. </p>
<p>Ja, Buka i Bajp. Trzy dziewczyny, po których od razu widać w jakiej sekcji grają. Bo czy ktokolwiek inny idąc, potyka się o własne nogi, co chwila pyta „co?” bo nie dosłyszy i śmieje się z niczego? Jesteśmy jedyną sekcją, którą oprócz wspólnych nut, łączą więzy prawdziwej przyjaźni.</p>
<p>Buka ma na imię Aneta, jest trzecią, najmłodszą z sióstr Stefańskich i do sekcji dołączyła ponad rok temu. Ma wiecznie przyklejony do twarzy uśmiech, podziela ze mną obsesję tymbarkową i komiczne, wypadające kolano. Nie da się z nią nie gadać podczas próby, nawet jeśli bardzo się chce.</p>
<p>Bajps to inaczej Magda. Starsza siostra kornecisty Adama, jest w orkiestrze najdłużej z nas trzech. To pełna życia i niesamowitego ciepła osoba, która ma łaskotki na każdym centymetrze ciała. Nieuleczalnie traci równowagę i wpada w tarapaty. Tylko z nią można się tarzać ze śmiechu po podłodze tylko dlatego, że ktoś się przejęzyczył. No może tylko z nią i z Buką.</p>
<p>Łączą nas podobne charaktery, miłość do niezwykłego, podobno męskiego instrumentu oraz dziwne, śmieszne i żenujące przygody z wyjazdów i koncertów. Nawyki, z których pół orkiestry się śmieje i podejście do świata. Murek i ławka we Włoszech do wypłakania się i karimata na podłodze w Niemczech. Podłoga w autobusie na której leży się przez 30 godzin jazdy i wspólne wypady przed i po próbach. </p>
<p>Ostatnio dołączyła do nas czwarta waltornistka: Izotop. Kolejna rozgadana i wiecznie szczerząca się dziewczyna. Trzeba przyznać, że jak najbardziej do nas pasuje.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[rezurekcje i ich następniki]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/23/rezurekcje-i-ich-nastepniki/</link>
<pubDate>Sun, 23 Mar 2008 15:12:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/23/rezurekcje-i-ich-nastepniki/</guid>
<description><![CDATA[Tak tak, nie ma to jak obudzić się o 3.40.. Oczywiście obudzić się względnie, jeżeli za ukła]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Tak tak, nie ma to jak obudzić się o 3.40.. Oczywiście obudzić się względnie, jeżeli za układ odniesienia przyjmiemy fizyczność. Bo co do obudzenia mentalnego to mogą być wątpliwości...<br />
W każdym razie.<br />
Wstając z łóżka w szczytnym celu nie ma się jego poczucia. Absolutnie. Absolutnie nie czuje się sakralności przyoblekania się w mundur, zakładania krawatu, zapinania guzików od marynarki. Absolutnie nie czuje się wzniosłości własnego poświęcenia. Są tylko dwie myśli... Spaaaaać.... Kaaaawyy...<br />
Jako, że w takiej sytuacji jedno z tych marzeń jest niemożliwe do zrealizowania, wybiera się półśrodek, tj. kofeinę. A kofeina + mordercza godzina + orkiestra... No cóż efekt jest taki, że gdy już siedziałam z Buką w straży, na pytanie Izotopa "z czego się śmiejecie?" zgodnie odpowiedziałyśmy radosne "nie wiemy". ;)<br />
I już nie będę się rozwodzić nad brakiem godności w kościele, gdy ściśnięci na chórze, próbowaliśmy wydobyć jakiekolwiek dźwięki, ani o deszczu, który sprawił, że chyba muszę zrobić sobie nową marszówkę... Ani o tym, że po powrocie do domu wyrobiłam normę dzienną snu, zakłócaną jedynie okrzykami M. Bajora z głośników mego taty "Rozpal mnie! Chcę mieć gorączkę!" i znudzonym głosem mej Rodzicielki "Piotr... obudziłeś dzieciaka...". Nie będę, bo jak zacznę, to skończy się jak zwykle rozpisywaniem się o jedzeniu... O domowym chlebie mojej babci, o pieczonych wędlinach, boczku, serach pleśniowych, kotletach z serem wędzonym, zrazach, kluskach śląskich, mazurkach i wszystkich innych cudach zaserwowanych przez Władczynie Kuchni. Ah!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Świątecznie]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/22/swiatecznie/</link>
<pubDate>Sat, 22 Mar 2008 11:50:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/22/swiatecznie/</guid>
<description><![CDATA[Oh ah. Wielkanoc idzie. Jajka się uśmiechają, zajączki już niestety nie, bo zamiast kicać, to ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Oh ah. Wielkanoc idzie. Jajka się uśmiechają, zajączki już niestety nie, bo zamiast kicać, to siedzą w  pasztecie mojej babci. No ale cóż, z całym moim mięsożerczym wyrachowaniem, muszę stwierdzić, że absolutnie mnie to nie martwi. Inni mogą sobie jeść pasztet z kiełków i selera, a ja mam dzieło sztuki kulinarnej.</p>
<p>I od rana zapachy czarują i obezwładniają, usypiają i pobudzają do życia jednocześnie, ugłaskują i poruszają. Kuchnia mojej babci jest niesamowita. Nikt tak jak ona z najprostszych rzeczy nie potrafi wyczarować takiego Jedzenia. Właśnie Jedzenia, a nie jedzenia. "jedzenie" możemy znaleźć wszędzie i w każdym domu, a kto choć raz zawita do naszego, ten już na stałe ma odciśnięte na sobie piętno tych smaków. A Wielkanoc i Wigilia to dwa okresy kiedy kuchnia przyciąga ze zdwojoną siłą. Bo kto nie lubi podkradać sosów, jeszcze ciepłych ciast i dopiero co ubitych kremów, wyjadać bakalii i dostawać do wyskrobania łyżką garnków po rozpuszczonej czekoladzie lub mleku skondensowanym? Na pewno nie ja. :)</p>
<p>I nawet nie przeraża mnie sprzątanie ogólnodomowe i latanie w to i z powrotem ze ścierką do wycierania naczyń/ zmywakiem/ szczotką/ śmietniczką/ odkurzaczem i podobnymi wynalazkami. Nie martwi mnie mój jęczący młodszy brat. Bo za oknem słońce po raz kolejny dające nadzieje, że może tym razem to już wiosna przyszła. A w domu kot, który od paru dni jest tylko czarno-białą smugą. Wszędzie pełno jej i jej proszących oczu, rozbieganych łapek i wijącego się ogona. Na nią też czar kuchni ma bardzo silny wpływ, co powoduje coraz częstsze okrzyki Władczyń Kuchni. "Idź mi stad i tak nic nie dostaniesz...." A chwilę potem w miseczce leży świeżo pokrojony ser. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mrożone kasztanowce]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=32</link>
<pubDate>Thu, 20 Mar 2008 12:21:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/?p=32</guid>
<description><![CDATA[Po zadręczaniu tekścidłem należałoby napisać coś lżejszego. Jako, że wczoraj była środa, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Po zadręczaniu tekścidłem należałoby napisać coś lżejszego. Jako, że wczoraj była środa, a śród nie znosimy, wczoraj warunków ku temu nie było. Zresztą nie znosimy ich z wzajemnością okazywaną całą gamą sposobów. Łącznie z zaangażowaniem takiego arsenału jak śnieg w marcu i nadgorliwych sprzątaczy/ ochroniarzy w Arkadii. Fakt zagubienia reklamówki podczas jedzenia kolejnego tłustego, będącego kwintesencją niezdrowego jedzenia cheesburgera jest dość dobijający. No, ale plus jest taki, że cheesburgery zawsze są takie same, a satysfakcja ze zjedzenia czegoś absolutnie niestosownego jest niezmienna</p>
<p>Cóż jeszcze ciekawego. Walka z cebulą. Otóż będąc w sklepie z moją współlokatorką (oczywiście obie szablonowo niewyspane, po przegadanej nocy) i jej ojcem byłam świadkiem nauki podejmowania  decyzji. Dostałyśmy jakże ważną i arcytrudną misje. Wybierzcie cebule dziewczyny. No taaak. Stanęłyśmy przed majestetycznym stoiskiem, zaprojektowanym dokładnie w ten sposób, żeby do najwyższej półki nie było możliwości dostania się, ale jednocześnie, aby była na tyle blisko, że podejmuje się walkę. Po szybkim zlustrowaniu okazów w zasięgu ręki i my stanęłyśmy do zmagań. Nasze męstwo i odwaga nie znały kompromisów, więc po jakichś 10 minutach dumne trzymałyśmy naszą zdobycz. Nasz łup wojenny. I w tym momencie Aśka spojrzała w dół. Ja podążyłam za jej wzrokiem. Tuż koło naszych nóg lśniły nieprzebrane worki z cebulą. Bywa.</p>
<p>A jako, że zbliża się Wielkanoc zostałam dziś obudzona o porze straszliwej. O 9... Czy nikt nie rozumie, że dla licealistki po trzech dniach chodzenia spać o 2 i wstawania o 7 to jest zbrodnia największa? Gdy otrząsnęłam się trochę i pogodziłam z krzywdą jaka mnie spotkała zostałam bezceremonialnie zaciągnięta na cmentarz. Na cmentarz zimny, odbijający wiatr od marmurów i padający śniegiem na głowę. Na cmentarz, na który trzeba zapomnieć rękawiczek i ciepłych skarpet. Na którym wiadro z zimną wodą ciąży znacznie bardziej niż gdzie indziej, a ręcznik, którym wyciera się grób ma ograniczone zdolności wchłaniania wody. Co nie przeszkadza mu być chorobliwie zimnym. A gdy już z potyczek z kamieniem wyszłam zwycięsko, stanęłam do walki z kasztanowcami. Do walki bezwstydnej i połączonej z profanacją. Ale życzenie mamy to rozkaz... No cóż. To przecież nie nasza wina, że ich gałęzie tak pięknie wyglądają w wazonie i że rosną tylko na cmentarzu i tak wysoko.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[dzień słoneczny]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/16/dzien-sloneczny/</link>
<pubDate>Sun, 16 Mar 2008 12:25:15 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/16/dzien-sloneczny/</guid>
<description><![CDATA[Dzisiaj niedziela. Pierwszy i siódmy dzień tygodnia. Jakby nie patrzeć- albo najważniejszy, albo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Dzisiaj niedziela. Pierwszy i siódmy dzień tygodnia. Jakby nie patrzeć- albo najważniejszy, albo najszczęśliwszy. Jakby nie patrzeć i to i to. Jakby nie patrzeć dzień pachnący herbatą i parkiem po zmroku. I wyzwalający tysiące skojarzeń, które, jak światło odbijają się we wszystkim od rana. I ani na chwilę nie dają zapomnieć, że to dziś. I po co komu środek tygodnia?</p>
<p>Chyba tylko po to, żeby było kiedy marzyć, żeby było kiedy tęsknić i czekać. Żeby było kiedy odlatywać myślami i patrzeć nieprzytomnym wzrokiem w punkt na ścianie. Żeby było kiedy nucić w tramwaju stare romantyczne piosenki i śmiać się z głupich kawałów, nie dlatego, że śmieszą, ale przez samą potrzebę śmiania się. I żeby był czas na bazgranie po ostatniej stronie zeszytów i zły humoru od czasu do czasu.</p>
<p>I to chyba tym bardziej sprawia, że niedziela jest taka jaka jest.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bezkształty]]></title>
<link>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/15/bezksztalty/</link>
<pubDate>Sat, 15 Mar 2008 11:20:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>Martika</dc:creator>
<guid>http://sokpomaranczowy.wordpress.com/2008/03/15/bezksztalty/</guid>
<description><![CDATA[Uśmiechnij ten wszechświat
on czeka
a ty
go uśmiechaj
by
jak w zwierciadle
poczuć- że nagle
prz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Uśmiechnij ten wszechświat<br />
on czeka<br />
a ty<br />
go uśmiechaj<br />
by<br />
jak w zwierciadle<br />
poczuć- że nagle<br />
przez twój uśmiech tylko<br />
uśmiecha się- wszystko</p>
<p>TEO<br />
Mateusz Karcewicz</p>
<p>Wierszyk wepchnięty mi w ręce wraz w pięknie oprawionym tomikiem poezji "Bezkształty" podczas lekcji angielskiego. Wierszyki krótkie i zdawałoby się lekkie, a jednak nie do końca. Nawet nie od początku. Ten tutaj nie jest zbyt dobrym przykładem, prawdę mówiąc różni się od pozostałych, no ale... Zamieściłam go z czystej sympatii do niego, a żeby znaleźć esencję tomiku, samemu trzeba go przeczytać i obejrzeć. Bo rysunki też są niesamowite. W każdym razie książkę polecam. Czyta się szybko, a jeśli się chce, to potem myśli się długo.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
