<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>zastanowmy-sie &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/zastanowmy-sie/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "zastanowmy-sie"</description>
	<pubDate>Fri, 25 Jul 2008 19:52:18 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Un monstre gai vaut mieux qu'un sentimental ennuyeux.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/?p=154</link>
<pubDate>Mon, 05 May 2008 07:58:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/?p=154</guid>
<description><![CDATA[Jakoś ostatnio denerwuje mnie jakikolwiek sentymentalizm,  jakikolwiek dekadentyzm - może to efek]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jakoś ostatnio denerwuje mnie jakikolwiek sentymentalizm,  jakikolwiek dekadentyzm - może to efekt cholernej Woli Mocy - co nie zmienia faktu, że osobników homo sapiens o postępowaniu zabarwionym tymi poglądami jest tak dużo, że nie mogę się od nich odpędzić.</p>
<p>Ciągle przed oczyma można zobaczyć jawne znaki instynktu stadnego, zwłaszcza u starych pokoleń, niechęć do indywidualizmu, albo wręcz do stania się indywiduum, które nie chce być mierzone miarą zwykłego społeczeństwa. Tu mamy jednak wielkie, niepokorne niezaspokojenie uczucia, że postępowanie zgodnie ze wszelkimi tradycjami i zasadami jest  dobre i rozważne. Zadaję pytanie - czemu respektować tradycję?, czemu żyć zgodnie z cudzymi zasadami?, czemu nie sięgnąć do zakątka mózgownicy, gdzie znajdują się tak niskie pokłady indywidualizmu.</p>
<p>Postępowanie wedle tradycji czy zasad, respektowanie ich w formie używania czynnego tychże, jest zamykaniem sobie drogi na jakąkolwiek innowacyjność, jest zamykaniem sobie drogi na silne uczucie poczucia niezależności i wolności. Jak to ostatnio widziałem gdzieś u kogoś: "człowiek rodzi się wolny, a potem mu zakładają łańcuchy". Kto zakłada te łańcuchy? Po co?</p>
<p>Kajdany te zakłada zwykle całe społeczeństwo, tak zwana demokracja, gdzie następuje zrównanie jednostek ze sobą i przekłada pod nosy pogląd, że ludzie nie powinni się wybijać ponad, że jest to nie w porządku. Zauważmy, że tylko osoby o dużej władzy czy pozycji społecznej są zwykle tak czy inaczej piętnowane - choćby politycy.</p>
<p>Rozpatrując niektórych z nich, weźmy na przykład Jarosława Kaczyńskiego, i biorąc pod uwagę, że osoby, których pragnienie potęgi i władzy jest jedynie skutkiem ich samozaparcia i determinacji, można stwierdzić, że te osoby mają ogromną wolę mocy - zasadniczy środek przetrwania kultu życia. Im większe zamiary - ale nie sny o potędze, właśnie zamiary - tym większa determinacja - tym większe prawdopodobieństwo wyrastania wysoko ponad społeczeństwo, stania się kimś więcej niż tylko człowiekiem, a już pewnym, czegoś symbolem. Tak samo mamy w przypadku Ojca Rydzyka. Wyrzućmy z tej postaci religijny aspekt jego działalności - czy to nie właściwe, że mężczyzna dąży do władzy i potęgi? Czy nie tak było wcześniej? Czy nie tak powinno być teraz?</p>
<p>Odpowiedź, że duchowny nie powinien tak się zachowywać jest jak najbardziej słuszna, ale spójrzmy na to, jakimi narzędziami Ojciec Rydzyk się posługiwał, by dojść tak daleko, jak zaszedł, że jest możliwym dla niego dyktowanie sporej partii politycznej, co ona ma, a czego nie ma robić.</p>
<p>W i a r a.</p>
<p>R e l i g i a.</p>
<p>Dwa największe, najmocniejsze środki do kontrolowania stadem. Już zostawiając samą wiarę katolicką i jej dogmaty, które są ni mniej ni więcej zwykłą pospolitą sprzecznością, zobaczmy jak Ojciec Rydzyk wykorzystał swój autorytet duchownego, zmysł przedsiębiorczy, poczynione znajomości, by znaleźć się w centrum ludzkiej uwagi. Któż go nie zna? Kto o nim nie słyszał?</p>
<p>Ten mężczyzna już sobie zapewnił miejsce w polskiej historii, na razie w pamięci ludzi, ale kto wie, czy nie umieszczą go potem w podręcznikach..., oczywiście - i jakże sprawiedliwie i dobrze - pomijając uczucie, które zaprowadziło go na szczyt. Gdyby Kościół umożliwił mu niejako awans po szczeblach kościelnych, to władza Ojca Dyrektora jeszcze by wzrosła. Ja tego nie chcę. Moje wrodzone pragnienie potęgi nie toleruje zbytniej władzy i zbytniej mocy.</p>
<p>Władza. Nad wszystkim praktycznie można sprawować władzę. Można ją rozmieniać, powielać, potęgować, rozkładać na czynniki pierwsze, można ją dzielić czy jej odejmować, ale  - mówi się{tu mamy tekst będący zawsze "prawdą", bo w końcu to niejako społeczeństwo sądzi) o tym, że człowiek zawsze jest wolny. Tak, to prawda. Jeśli nie jest sentymentalny, jeśli nie nurza się w dekadentyzmie, jeśli zawsze i tylko pragnie zachować status quo, jeśli boi się wyzwań, mogących go zniszczyć. Człowiek jako istota rodząca się już jest wolny i takim też pozostaje do końca swoich dni. Tyle, że wiążą go zasady, wszelakie tradycje, wszelakie obyczaje, które mu wpaja społeczeństwo, które w żaden sposób nie chce, by jednostka mogła nie respektować zasady moralnych czy to niemoralnych większości. Dlaczego chęć bycia wolnym upadła już dziś w konsumpcjonistycznym szale? Dlaczego na życie w społeczeństwie składają się tylko zasady, nowe przepisy, nowe ustawy ograniczające naszą wolność wyboru?</p>
<p>Społeczeństwo to n i e w o l n i k zbiorowości.</p>
<p>Brak pragnienia mocy, pragnienia wolności, pragnienia uwagi i potęgi jest czymś szkodzącym, szkodzącym innowacjom, poszukiwaniom trzeciej drogi, zrobieniu czegoś w sposób, o którym się nikomu nie śniło. Do tego dochodzi niby to normalne pozwalania się przedostanie się przez aurę(patrz Widzę, więc wiem) uczuć słabości: strachu, złośliwości, uprzejmości, pokory, dumy obowiązku, miłość(idealizowanie, ubóstwianie rozkazodawcy jak rekompensata i, pośrednio, jako samoprzemienienie), tyrania nad samym sobą, umartwianie się, życie na uboczu, wyzbycie się świata, rezygnacja, zaniechanie, pozwolenie na rozkład spraw bieżących i niebieżących.</p>
<p>Tak, sentymentalizm i dekadentyzm jest odpychający. Jednak pozostaje kawałek duszy, która nie stała sie bezduszna, każący mieć nadzieję, że zrozumieją. A jeśli nie zrozumieją, to ich problem, zwycięży najpospolitszy instynkt stada, wtedy zobaczenie, że są jednym z bardzo wielu zer, składających się na stado, będzie już niemożliwe.</p>
<p>S t r z e ż c i e s i ę!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jesteś rybą, tak, Ty też.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/?p=150</link>
<pubDate>Mon, 28 Apr 2008 17:37:08 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/?p=150</guid>
<description><![CDATA[&#8220;Nasz organizm został zaprojektowany dla zwierzęcia aktywnego, a musi radzić sobie z trybem]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>"Nasz organizm został zaprojektowany dla zwierzęcia aktywnego, a musi radzić sobie z trybem życia ziemniaka"</p>
<p style="text-align:right;">Magdalena Frender</p>
<p style="text-align:right;">
<p style="text-align:left;">Ewolucja to proces, podczas którego dobór naturalny zmienia nam wedle swojego widzimisie nasze cechy w taki sposób, by były one jak najlepiej przygotowane do środowiska, w którym żyją. To, tak z grubsza.</p>
<p style="text-align:left;">Ludzki genom, który przeszedł bardzo długą drogę, żeby znaleźć się w ówczesnym stanie, zawiera fragmenty, które są identyczne z fragmentami genomu owadów czy bakterii. Przepis na wygląd i działanie naszego ciała powstawał przez 3,5 miliarda lat, zaczynając swoją drogę od organizmów komórkowych, poprzez wszelakie ryby, gady, płazy, skończywszy na ssakach i wreszcie na nas - na homo sapiens sapiens. Ale ludzie, niby tak cudowni, nosimy w sobie informację genetyczną, która pozostała nam po naszych przodkach. Choćby taka czkawka.</p>
<p style="text-align:left;">Zastanawialiście się z jakiego powodu ludzie mają czkawkę?</p>
<p style="text-align:left;">Czkawkę ma bardzo wiele ssaków, jednak zawdzięczamy ją rybom i płazom. Pień mózgu wysyła impulsy nerwowe, pobudzające do pracy kilka mięśni, w tym przepony. Jednak na te impulsy reagują w naszym ciele komórki odpowiadające za oddychanie, a w przypadku ryb za wentylację skrzeli. Z tym, że ryby są doskonalsze pod tym względem. Ich połączenie nerwowe wiodące do skrzeli jest krótkie - nerwy ryb łączą się z gardłem i skrzelami są tuż przy pniu mózgu, co oznacza, że niewiele może zakłócić im to połączenie. U ludzi jednak jest inaczej, obwody nerwowe muszą pokonać bardziej skomplikowaną drogę - od mózgu do szyi, u podstawy czaszki, potem do klatki piersiowej, gdzie łączą się z mięśniami piersiowymi i przeponą. Rezultat takiej budowy jest prosty - cokolwiek co zakłóci ich pracę na tym dystansie, objawia się czkawką.</p>
<p style="text-align:left;">Sama czkawka to skurcz mięśni oddechowych, po którym gwałtownie wciągamy powietrze, następnie głośnia zamyka się i blokuje drogi oddechowe. Procesowi temu towarzyszy znany nam wszystkim dźwięk. A on jest z kolei dziedzictwem kijanek, które oddychały za pomocą i płuc i skrzeli. Gdy kijanki wciągają wodę do gardła i skrzeli, zamykają głośnię, nie pozwalając, by do płuc dostała się woda. Tyle, że dzięki temu - czyli czkawce - kijanki oddychają, a my się męczymy i wydajemy śmieszne odgłosy.</p>
<p style="text-align:left;">Ze względu na powinowactwo z rybami, wielu mężczyzn cierpi na przepuklinę pachwinową. Podczas rozwoju płodowego ludzkie gonady są położone wysoko, przy wątrobie, jednak podczas rozwoju przesuwają się one coraz niżej, aż do moszny. Torując sobie drogę przez ciało, zostawiają pustą przestrzeń, do której może dostać się kawałek jelita cienkiego, wypchniętego z jamy brzusznej - i już mamy przepuklinę.</p>
<p style="text-align:left;">Ciało człowieka nie jest idealne. Proces ewolucji do stadium homo sapiens można porównać z przerobieniem volkswagena garbusa na najnowszy model mercedesa. Szkielet i wnętrze zostały ulepszone tak jak w mercedesie, jednak gdy spróbujemy się zanadto rozpędzić, to niechybnie zabraknie nam mocy.</p>
<p style="text-align:left;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Pisanie powinno być trudne."*]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/?p=120</link>
<pubDate>Thu, 28 Feb 2008 22:55:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/?p=120</guid>
<description><![CDATA[   Pisanie powinno być trudne.
A czy jest trudne? Czy zdajemy sobie sprawę, że gdy wstukujemy k]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>   Pisanie powinno być trudne.</p>
<p>A czy jest trudne? Czy zdajemy sobie sprawę, że gdy wstukujemy kolejne zdanie, kolejne akapity na nasze monitory, to idziemy na łatwiznę? Cóż to za problem nacisnąć jeden klawisz  i skasować to co nam się nie spodoba? Co to za problem pisać ze słownikiem, automatycznie podkreślający, ba!, a nawet poprawiającym nam błędy?</p>
<p>Cofając się o choćby dwadzieścia lat wstecz, gdy komputerów na świecie było raptem trzy czy cztery i zajmowały one salę o powierzchni boiska do piłki nożnej, wszyscy, którzy pretendowali do miana twórców pisali odręcznie lub na maszynach do pisania. Wiecie jakich? Takich, gdy je się dotykało stawało się cieplejsze w tym miejscu, takich, które klawisze uderzały z przeraźliwym stukotem, który budził sąsiadów dwa piętra wyżej, takich, na których pisanie bolało, na których pisanie było procesem trudnym i wymagającym poświęcenia, wymagało poświęcenia własnej osoby dla twórczości.</p>
<p>Teraz mamy piękny czas dla pisarzy, zaprawdę piękny i klarowny.  Mamy wielki cudowny internet. Mamy klawiatury. Mamy myszki. Mamy wordpressa, dzięki któremu nasza twórczość jest dostępna dla rzesz internautów. Ale czy proces pisania w dzisiejszych czasach jest nadal wymagający? Czy bycie pisarzem, bycie twórcą nadal jest czymś szanowanym ze względu na trudność tego zajęcia? Wątpię.</p>
<p>Od najmłodszych lat wpaja się nam zasady gramatyki, zasady ortografii, zasady interpunkcji, których po 10 latach już nie pamiętamy, gdzieś uleciały, ich miejsce zajęły obowiązki związane z zawodem. Niektórzy dbają o nie, dbają o własną wyobraźnie, kształtują ją, wzbogacają, pielęgnują, czczą umiejętność pisania, chcą by ona przetrwała w ich wątłych umysłach jak najdłużej. I tworzą, i piszą, i sprawdzają własne umiejętności poprzez oceny innych, sprawdzają czy są godni miana pisarzy czy można ich nazwać tylko rzemieślnikami, tworzącymi cały czas to samo.</p>
<p>Pisanie powinno być trudne. Powinno być bolesne i raz po raz sprawdzające wytrzymałość duchową człowieka. Nie powinno być łatwe, proste i przyjemne, każde słowo powinno być napisane ze wszystkich sił duszy danego pretendującego na pisarza.</p>
<p>Pisanie jest trudne.</p>
<p>* - usłyszane w filmie. Tytułu nie pamiętam.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Schengen być boskie!]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2008/02/28/schengen-byc-boskie/</link>
<pubDate>Thu, 28 Feb 2008 20:59:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2008/02/28/schengen-byc-boskie/</guid>
<description><![CDATA[Korzyści i zagrożenia związane z zlikwidowaniem granic.
 
 
         Zanim jeszcze przy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><b><span style="font-size:16pt;">Korzyści i zagrożenia związane z zlikwidowaniem granic.</span></b></p>
<p class="MsoNormal"><b><span style="font-size:16pt;"> </span></b></p>
<p class="MsoNormal"><b><span style="font-size:16pt;"> </span></b></p>
<p class="MsoNormal"><b><span style="font-size:16pt;"><span>         </span></span></b>Zanim jeszcze przystąpię do wyjaśniania zagrożeń i korzyści związanych z zlikwidowaniem granic, warto powiedzieć kiedy w Unii Europejskiej granice zostały po raz pierwszy zlikwidowane i na mocy jakiego układu.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span></p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span><i>Układ z Schengen - porozumienie, które znosi kontrolę osób przekraczających granice między państwami członkowskimi układu, a w zamian za to wzmacnia współpracę w zakresie bezpieczeństwa i polityki azylowej. Dotyczy również współpracy przygranicznej.</i></p>
<p class="MsoNormal"><i> </i></p>
<p class="MsoNormal"><i><span>            </span></i>Polska weszła do Strefy Schengen z nocy 20 na 21 grudnia roku 2007. W praktyce oznaczało to szumne zdejmowanie znaków traktujących o granicach i życzliwe uściski polityków naszych i naszych sąsiadów. Dla zwykłych Polaków zlikwidowanie granic oznacza głównie szybsze i łatwiejsze przekraczanie granic, ale też widmo zagrożenia terroryzmem czy wwożeniem narkotyków na teren Polski.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Opierając się na badania wykonanych dla Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce, możemy wyróżnić główne obawy społeczeństwa, ale też główne korzyści, z których będą mogli korzystać Polacy, znajdując się w Strefie Schengen.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span></p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Ponad 55% ankietowanych stwierdziło, że zlikwidowanie granic będzie dla nich korzystne, głównie z powodów:</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal">Braku korków na granicach – zniesienie granic między krajami członkowskimi zapewnia bardzo dużą przepustowość granic, a co za tym idzie szybsze i sprawniejsze docieranie towarów z jednego kraju do drugiego. Gdy kierowcy Tirów nie muszą czekać po 20 godzin na granicach, wtedy przedsiębiorstwa zarabiają, bo jak wiadomo czas to pieniądz.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal">Swobodne przekraczanie granic – dla Polaków jest to bardzo ważna sprawa, zwłaszcza jeśli chodzi o tych, którzy często spędzają wakacje bądź ferie zimowe poza granicami naszego państwa. Nie czekanie na odprawę paszportową, nierzadko trwającą bardzo długo, zapewnia szybszą podróż na wybrane miejsce i mniej nerwów, co jest oczywiście bardzo ważne dla wszelkich istot ludzkich i nie tylko.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal">Kolejną korzyścią jest lepsze, sprawniejsze ściganie przestępców, którzy nader często lubią uciekać przed wymiarem sprawiedliwości za granicę.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal">Zlikwidowanie granic wiąże się łatwością dostępu do naszego kraju, co z kolei wiąże się z większą ilością zagranicznych turystów, a więc z rozwojem turystyki.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal">Wejście do Strefy Schengen ma również wpływ na handel przygraniczny, które teraz będzie o wiele łatwiejszy i wydajniejszy, z racji różnicy cen panujących w krajach członkowskich, takich jak Niemcy, Austria, a Polską, gdzie jeszcze nie ma wprowadzonego euro, co wiąże się z znacznie niższymi cenami na takie same towary.</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Jedynie 3% ankietowanych stwierdziło, że wejście do Strefy Schengen będzie bardzo niekorzystne dla Polski. Wszyscy jednak mają pewne obawy, które postaram się wyszczególnić niżej:</p>
<p class="MsoNormal"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Większość respondentów obawia się wwożenia narkotyków do Polski z krajów, gdzie są one legalne, takich jak Holandia. Może się to okazać sporym problemem, gdyż istnieje możliwości wzrośnięcia liczby narkomanów w Polsce.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Ponad połowa społeczeństwa boi się zagrożenia terroryzmem, co oczywiście jest znacznie poważniejszym problemem niż wwożenie narkotyków. Polska może stać się celem ataków terrorystycznych, ułatwionych z powodu zlikwidowaniu granic między krajami członkowskimi.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Kolejnym zagrożeniem dla społeczeństwa jest napływ imigrantów ze wschodu, usiłujących dostać się do bogatych państw zachodniej Europy. Biorąc pod uwagę łatwość podróżowania po Europie możemy się spodziewać przejeżdżających imigrantów z Rosji czy Ukrainy, zmierzających do Europy Zachodniej, w celu uzyskania możliwości zarobku.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Z racji tego, że ściana wschodnia Polski jest również ścianą wschodnią UE, to możemy spodziewać się przemytu alkoholi i wyrobów tytoniowych, bardzo tanich na przykład na Ukrainie, a horrendalnie drogich w krajach Europy zachodniej. Z tego samego powodu mogą powstawać organizacje przestępcze zorganizowane zajmujące się przemytem różnego rodzaju towarów nielegalnych(jak narkotyków) czy tych, które na zachodnim rynku mogą przynieść ogromne korzyści majątkowe.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Nieco poniżej połowy ankietowanych obawia się wywozu z Polski dzieł sztuki i innych cennych przedmiotów. Zagrożenie wydaje mi się nieco idiotyczne, bo ktoś umie sobie wyobrazić Niemców rozmontowujących naszą Kolumnę Zygmunta czy Wawel?</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Nieco smutnym jest fakt, że tylko 12% ankietowanych jest całkowicie otwarta i nie ma żadnych obaw związanych z likwidacją granic. Tak trzymać!</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Podsumowując, wejście przez Polskę do Strefy Schengen bez wątpienia jest wielkim krokiem naprzód w misji bratania się z innymi krajami członkowskimi, zapewnia nam wiele korzyści, ale też obarcza nas wielką odpowiedzialnością za wschodnią granicę Unii Europejskiej. Istnieją oczywiście minusy likwidacji granic, jednak biorąc pod uwagę wielką przepustowość granic, możliwość podróżowania po całej europie mając tylko dowód osobisty, rozwijający się handel zagraniczny i turystykę, to możemy śmiało stwierdzić, że Układ z Schengen jest zajebisty!</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;"> </p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Dziękuje bardzo.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zgasł na palcu pierścień wieczny.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/16/zgasl-na-palcu-pierscien-wieczny/</link>
<pubDate>Sun, 16 Dec 2007 16:23:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/16/zgasl-na-palcu-pierscien-wieczny/</guid>
<description><![CDATA[    Dwór jest dworem, jednak reasumując wszystko co się na dwór składa, czyli komnaty, parki]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>    Dwór jest dworem, jednak reasumując wszystko co się na dwór składa, czyli komnaty, parki, stajnie, pokoje gościnne, kuchnie, teren, terytorium, wielkie pastwiska, zaścianki - jeśli mówimy o dworze w sensie fizycznym, czysto budowlanym - lub jeśli bierzemy pod uwagę samą służbę - dworaków, szambelanów, chłopów, kucharzy, kluczników, strażników, których na tym konkretnym dworze nie ma i nie było lub samych władców dworu, samych króli i królowych, które umarły już dawno, które spoczywają w bezimiennych grobach gdzieś po lasach, łąkach polach, zakatrupionych innymi królowymi królów dworów.</p>
<p>Ten dwór jest jednak specyficzny, wchodzi się do niego przez wielką pełną dworaków salę, która jednak jest pusta, bo sama obecność dworaków nie czyni dworu czymś pełnym, ponieważ by istniał jakikolwiek dwór potrzebny jest władca, a tutaj władca jest nieobecny, panuje bezkrólewie, z którego już ten dwór nie wyjdzie ochronną ręką, zostanie zniszczony, majątek rozkradziony, a dworacy nieboracy zabici i spaleni, przez atakujące orły na dwór, by zabrać nędzną koronę i znaleźć truchło Króla. Ciała Króla oficjalnie nie ma, jednak w sensie uczuciowym jest cały czas obecne w komnacie ceremonialno-cesarskiej, w której dworzanie prowadzą rozmowy, jakby cały czas był, jakby tylko był chwilowo nieobecny na tronie, który wcale nie jest tronem, a więzieniem, które go pęta i zmusza do określonych czynności, które i tak nic nie dają, bo co mogą dawać czynności, które nie można samemu wykonać, a wykonywane one są poprzez legiony służb, które nie posiadają niezbędnych kompetencji, by zasłużyć sobie na wyższe stanowiska, ponieważ zadania ich są zbyt trudne, bowiem tiule i gronostaje już na dobre się zadomowiły w tej ceremonialno-cesarskiej sali, gdzie nieobecny władca dyktuje wszystko i wszystkim, a  na którego czekają czarne orły, tak niebezpiecznie bliskie i tak niebezpiecznie skłonne rozerwać dwór Króla, Którego Oficjalnie i Całkowicie Materialnie Nie Ma. A kim są orły? Tego nie wie nikt, a przynajmniej nikt nie chce się przyznać, że wie, bo to oznacza pewną śmierć albo pełny sukces, które jednak ich pozbawi funkcji i zmiesza z błotem, którym są najeźdźcy.</p>
<p>Ale Króla nie ma i władca nie istnieje, gdzie indziej niż w umysłach poddanych, dworaków, chłopów, strażników, którzy wiedzą, że ich Pan wszedł do umarłych rzeki, a czekają na Umarłego Rzeki Króla, który stał nad samym Królem, a który nie chciał się mieszać w to, co nierozmieszalne, a to co tak brudne i skalane wpływami orłów czarnych, czyhających, dychających, by odebrać, by zgnoić, by zniszczyć, wyrwać kurze(Królowi) złote jaja, upiec kurę(Króla), zamiast choćby powoli, z namysłem i rozmysłem wyrywać jej pióra, by mieć stopniowy zysk. Dwór upada, a Król wraz z nim.</p>
<p>Dworzan już nie ma, sług już nie ma, poddanych nie ma. Król, Którego Nie Ma jest całkowicie sam, i teraz - pomimo własnej śmierci - wstaje i podchodzi do tronu, który w rzeczywistości jest więzieniem jego urzędu i czeka na czarne orły, czarne szpony, na które nie pomoże żaden proszek, ani wdowie cztery grosze(wdowy są w lasach, bawią się robaczkami swej śmierci), których nie ma, bo w sejfie Króla jest tylko jego wisząca, dziko się kołysząca, koszula, która też nie jest koszulą, a symbolem, tylko symbolem, żeby coś było, żeby nie było, że czegoś nie ma i tutaj nigdy nie było, koszula jest istotnym składnikiem zarówno urzędu, jak i prestiżu urzędu Króla, Którego Nie Ma I Którego Nie będzie.</p>
<p>Oni się zbliżają, idą na palcach, przemierzają salę, biegną pod górę, biegną po schodach, na wielkim jak plac ekranie ustał Króla ze Śmiercią Taniec(danse macabre, my little slaves!), który spowodował orłów wielkie łowy, które pozbawią truchła Króla jego złotej głowy. Ktoś już znalazł salę, biegną nią, mijają dziko powykręcane kolumny, które pochylają się niekolumnowo nad salą, tworzą złote arkady, które mają być symbolem urzędu, którym jednak nie są, a który urząd już przeminął i jest tylko świecącą kupą jaj, którą można rozkraść. Dorwali go. Król upada wolno, łamie się w powietrzu, w upadku swym znajduje ostatnie echa własnej świadomości, która chce uciec od beznadziei urzędu i prestiżu, złotych gronostajów, które zdobią i szpecą jego słabą sylwetkę. W czasie lotu, łamanie trybów duszy Króla, przebijanie szponami ostrzy jego mizernego ciała, które nie chce, a może nie może?, stawiać oporu, już ułamanie palca, na którym złoty sygnet lśnił i dawał nadzieję ludu, który opuścił dobrodzieja w potrzebie, już schowanie go za pazuchą i kolejny szpon wymierzony w szyję by zerwać <em>torch</em>, symbol urzędu, który lśni platyną i srebrem, rzeźbionym ręką mistrza, który już dawno przeminął, pracami jego świat usłany, Królów szyję jego naszyjnikami usłane, duszą i sprowadzają nie szczęście(przekleństwo naszyjnika, przekleństwo urzędu, rozkosz śmierci). Kolana uderzyły o skrzącą się od tandetnych, a jednocześnie przerażająco wzniosłych grawerunków podłogę, na której stoją już dwa orły, które obrywają gronostaje, chowają gdzieś klejnoty i czekają i czekają, na trzeciego, ostatniego wielkiego, uzurpatora, pomysłodawcy przedsięwzięcia, które już się powiodło, które skąpa świat Króla w ruinie, w krwi jego poddanych, siłą od życia ich maleńkości odebranych.</p>
<p>I oto i on. Władca Czarnych Orłów, Pułkownik Szponów, Król Lodowatości, Król Pozbawiony Całkiem Litości, zbliża się ruchami kalekimi, zbliżają się oczy błyszczące z podniecenia śmiercią, bowiem Król już upada znów, kolana się omsknęły, gronostaje gdzieś zniknęły. Orłom milknie ich wrzask, gdy Lodu Król idzie przez komnatę, już przemówił do narodów, zawiódł go Król i jego śmierć, miała być inna, przyjemniejsza dla niego, nie gwałtowna, łóżkowa, choć łóżko kojarzyło się Królowi tylko z miłością, a raczej z wdowami na cmentarzach i ich groszami, tak przepuszczanymi gdzieś na zdobienie jego urzędu, opłacenie dworaków, którzy go zdradzili, strażników, którzy go zostawili. Król Lodu idzie, a kolumny gną się przed jego szalonym zawodem i szaloną rozpaczą, która go zmusiła do przemykania jak szczur poprzez kraje, by zgładzić tego, którego już nie ma, który właśnie dokonuje żywota u stóp Sierżantów Szponów, obładowanych tak gronostajem, klejnotami i pierścieniami wiecznymi Króla, Który Właśnie Kona.</p>
<p>Król Lodu staje nad ciałem Króla, który już skonał i leży tak groteskowy, tak strasznym w chwili swej śmierci, z taką pozbawioną uczuć twarzą, która była na to przygotowana od dawna, rozważając i zagryzając myśli o końcu, który miał byś spokojny, a był gwałtownością Sierżantów Szponów, spragnionych krwi. Król upada, już drugi tego dnia, gdy szpony wbijają się w jego szyję, powodując jeszcze większą rozpacz, jeszcze większy smutek, nad gwałtownością losów głów koronowanych. Zdrada na zdradzie, zdradą pogania, dwoje upadło, dwoje wyrosło, korony zamieniły swoje głowy, państwa powstały na nowo. Cykl życia, pomyślały kolumny. Skurwysyństwo, pomyślał tron, który nie jest tronem. Sala pomyślała, nie!, sala nie myślała. Sala zawsze była tylko salą. A Królowie dwaj nowopowstali, dzielący się królestwami nad trupami ich właścicieli, myślą. A może i nie myślą?</p>
<p>Tryumf.</p>
<p>Władza.</p>
<p>Duma.</p>
<p>Rozkosz.</p>
<p>Tylko w ich serach rozkosz, władza, duma i zwycięstwo. I skurwysyństwo.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Istnieją czy nie?]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/13/istnieja-czy-nie/</link>
<pubDate>Thu, 13 Dec 2007 18:41:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/13/istnieja-czy-nie/</guid>
<description><![CDATA[            Istnieją ludzie, którzy sami dla siebie są tłem, wytwarzają wokół siebie pole, ot]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">            Istnieją ludzie, którzy sami dla siebie są tłem, wytwarzają wokół siebie pole, otoczkę, która cały czas trwa, przeobraża się, zmienia wedle ich woli, a czasami bez ich woli, gdy niosą ich na falach emocje, gdy głowa zaczyna pracować wedle serca, które nie chce otoczki opanowanej, a pole siłowe, a raczej rodzaj emanacji, która podlega zmienności nastrojów. Wtedy też osoby też buntują się przeciwko sieciom neuronów, które chcąc nie chcąc, musza tworzyć otoczkę z siły, potężnej struktury wzorców postrzegania, znajdujących dla postronnych jeden tylko sposób(zaiste, szkoda tego sposobu, nędznie wykorzystany) by takową osobę postrzegać, a więc rozumieć tylko na jeden sposób, nie zbliżając się do pola, emanacji czy też otoczki, rodzaju pokrywki do malowanego garnka marną farbą na marnym metalu, nieco spalonym na palnikach gazowych. Osoby emanujące są niezdolni do zablokowania tego postrzegania, do zrobienia kroku w bok od systematyki zachowań, gestów, wachlarzy mimicznych ich twarzy, które są zwierciadłem, a zarazem lustrem weneckim dla postrzegających, którzy patrzą, a jednak nie widzą, a którzy chcieli by widzieć i oczywiście, z pełnym dla nich szacunkiem, chcieliby wiedzieć, co jest wewnątrz otoczki, którą biorą za prawdę, co może się ukrywać w emanujących, skoro emanacja jest tak silna, by zbijać z tropu, nie pozwalać zrozumieć, jak to ma miejsce przy jakimkolwiek ambitniejszym tytule dla zwykłych, szaraczków, którzy nie widzą własnej siły w zwykłości.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Zdając lub nie zdając sobie sprawę(co w sumie nie jest ważne, bo to tylko kwestia siedzenia i patrzenia z różnych kątów i różnych pozycji ciała, nie duszy) z emanacji ludzie ci są niezrozumiali bądź też uważani za dziwaków, ekscentryków, chorych na umyśle, niepełnosprawnych społecznie, bo siedzą i emanują, a nie działają, jak inni, nieco mniej widzący, a bardziej pożądający wiedzy o wiedzy i wiedzy o niewiedzy. Jak to wspomniał pewien amator-filozof, młody, emanujący, ludzie wewnętrznie niespokojni, obdarzeni(właśnie, obdarzeni czy przeklęci?) egzystencjalnym niepokojem, dochodzą do wniosków, raczej nie zaskakujących, a przewidywalnych, że wszystko ma jedynie pozorny sens, że jakiekolwiek postrzeganie kogokolwiek gdziekolwiek jakkolwiek jest pozbawione sensu, ponieważ sens pozostaje poza jakimkolwiek zasięgiem istot śmiertelnych, zwierząt oczywiście, któresą ludźmi(degradacja ludzkości). Czy zatem osoby emanujące - które są postrzegane jak są postrzegane - stanowią elitę intelektualną czy też emocjonalnie-socjologiczna społeczności czy raczej umieją wykorzystać emanację i zbijanie z trop, tropu, tropu, by rzucać wyzwanie kolejnym emanacjom osobowym i zwyciężać, by emanować silniej i silniej, by spłonąć pod własnym ciężarem własnej(nietuzinkowej) emanacji. To nie do rozpatrzenia przez postronnych emanujących, ponieważ jakiekolwiek nie-działanie, a przypatrywanie się sprawia, że emanujący jest bierny, a bierność oznacza zastanowienie, które oznacza uspokojenie i rozpatrzenie otoczki, rozebranie jej na pierwiastki, cząstki elementarne, by zrozumieć je i poskładać od nowa, tym razem mogąc już dotrzeć do emanujących, którzy działają i chcą działać, dla samej radości zaskoczenia i szoku na twarzy postronnych, pozbawionych tego daru i przekleństwa jednocześnie, ponieważ jakikolwiek dar zawsze niesie przekleństwo, a dar widzenia i wytwarzania tła dla samego siebie, niesie za sobą głębsze nieco(ale tylko nieco) zrozumienie świata i ludzi, i zwierząt, przedmiotów o nieokreślonej formie i treści, które zwyczajnie nie są przedmiotami, które można by wykorzystać do celów własnych, jak i społecznych.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Widzenie więcej, wytwarzanie dla siebie tła jest niecodziennym zjawiskiem, a więc jest rzadkie i pożądane, osoby obdarowane szczątkową choćby charyzmą(krizmą) mogą to postrzec i zrozumieć istotę powoływania pola i tła dla swoich własnych, żądnych uwagi postronnych(bezbronnych), by zyskiwać korzyści,<span>  </span>które w rzeczywistości są przekleństwami i przedmiotami nie przydatnymi, nie niosącymi ze sobą żadnej wartości, bo przedmiot oprócz ceny na boku nie ma żadnej wartości. Samą wartość przedmiotowi nadaje człowiek i czyn, a raczej czyn do którego człowiek ten nie-wartościowy, a już wartościowy przedmiot chce wykorzystać czy już wykorzystuje, by emanować silniej, nadać otoczce specyficznej aury, która by emanowała i silniej i mocniej od emanacji zwykłej, która schodzi na dalszy plan, a która jednak jest ważniejsza o przewartościowanych zdobytych przedmiotów czy też przymiotów, nagłówków, tytułów i wzniosłych reguł i celów, które emanujących fałszywie zwykle kierują. Ci, co są sami dla siebie, swoich osób, tłem, które sami oni tworzą, mają niełatwe zadanie, bo bycie niezrozumianym, niechcianym poprzez swoją zdolność ostrzegania przed postrzeganiem, pożądanym i kochanym, jest w gruncie wszelkich pozorów, a więc rzeczy, zadaniem trudnym, skomplikowanym, dręczącym sumienie, wyrastającym na nim niby wrzód, pełen ropy i czarnej posoki, które gotowa rozlać się żalem i niepokojem i rozpaczą, która czeka na rozlanie, które czeka na chwilę słabości, która czeka na emanacji zakończenie poprzez wydarzenie, które determinowane jest przez niezliczone przypadki, które pozornie niezwiązane ze sobą, są wyrokiem Wielkiego Demiurga na emanującego aurą swoja, nie cudzą i nie stworzoną.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>A te przypadki nadchodzą oczywiście nocą, zwykle niespostrzeżone, bo jak można dostrzec przeznaczenie, które nazywamy zbiegiem okoliczności(złych czy dobrych, to nieważne, okoliczności nie mają wyszczególnienia moralnego), a które chcielibyśmy nazwać zwykłym Losem, Przeznaczeniem, Siłą Sprawczą czy czymś co jest dla nas niepojęte, a które daje wolność sumienia i siłę, by wolne od wyroków moralnych okoliczności, przezwyciężyć w nierównej walce Losu z człowiekiem, człowieka z Losem czy też w innych - równie nieprawdopodobnych i równie fałszywych – konfiguracjach. A więc, gdy osoba zaczyna emanować, widzieć, stanowić tło dla własnej osobowości, gdy staję się spoiwem, które zawsze łączy, ale czasem dzieli(gdy emanacja dobiega końca, gdy dopadają słabości, powodowane przez okoliczności, które wiedza o wrzodzie i ropie i krwi czarnej, zdolnej w każdej chwili zalać ciało, umysł, pogrążyć w niemocy woli), bo takie jest zadanie panów o woli, o mocy, by mogli i łączyć i dzielić, by nie podlegali sądom innym niż własne i innym niż te, których nie sposób uniknąć, jak osąd przyjaciół, osąd sędziów, doktorów prawa czy innych profesorów, nieemanujących, bo emanacja nie sprzyja tytułom naukowym większym niż magister. Czy zatem można rozgrzeszyć ludzi, stanowiących tło dla swoich osób i swojej osoby, czy można zwyczajnie machnąć ręką, wpatrując się nadal w aurę, w otoczkę, w siłę osoby, która widzi, a która nie chce się dzielić widzeniem z niegodnymi sobie, czyli z każdym, kto nie widzi, a raczej z każdym kto widzieć nie chce, a jeśli chce to nie może, co na to samo wychodzi, a więc nie dostaje choćby maleńkiej części wiedzy, widzenia i pozostaje postronnym, który zapełnia statystyki, żyjąc dla nich i umierając dla nich.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Zbliżając się do końca, patrzę na ołówek, który wybitnie nie emanuje, a posiada aurę, która mnie zachwyca, rzuca się w oczy, paraliżuje wzrok, bym sięgnął, zobaczył, dotknął, wziął do ręki i stworzył go, raz jeszcze na nowo, by żył, by miał cel życia w moich pięciu palcach. Nadaje mu wartości nieokreślone przez zwykłe umysły, emanujący mnie zrozumieją, ocenią, oskarżą o arogancję i wariację chorą na ten temat, ale tacy jesteśmy, prawda?</p>
<p class="MsoNormal">            Tacy już zostaliśmy stworzeni, by być, ale nie być w sensie fizycznym wyłącznie, a metafizycznie dawać o sobie znać tym duchom przestrzeni wokół nas, które tworzą emanację naszych aur. Jesteśmy – my którzy widzimy więcej, prawda?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Widzę, więc wiem.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/01/widze-wiec-wiem/</link>
<pubDate>Sat, 01 Dec 2007 20:19:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/12/01/widze-wiec-wiem/</guid>
<description><![CDATA[                                                                                                    ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">                                                                                                  <span style="font-style:italic;">  Widzę więc wiem.</span></p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Widzimy coś na własne oczy, więc zwykle przyjmuje założenie, że to co widzimy, rzeczywiście jest, istnieje w naszym spectrum postrzegania. Otóż nierzadko też widzimy istnienia, których nie jesteśmy pewni, które nas niepokoją i zmuszają nad rozważań nad tym co widzimy czy to jest prawdą czy fałszem, potwierdzeniem czy zaprzeczeniem świadectwa naszych powiek, źrenic. Zwykle tak postępujemy z rzeczami czysto namacalnymi, całkowicie fizycznymi, jednak dlaczego nie spróbować, przeprowadzić pewnego rodzaju eksperyment i starać się dostrzec, a więc wiedzieć(lub mieć fałszywe przekonanie o tej wiedzy), same emocje w powietrzu. Pomijając absurdalność tego stwierdzenia, bowiem emocje zwykło się czytać u osoby fizycznej(gesty, mimika twarzy, znaczenie słów), możemy spróbować dostrzec w czystym czy też brudnym emocje wiszące w powietrzu, wokół każdej osoby, z którą aktualnie jesteśmy, które tworzą wielokolorową aurę – zawsze jednak, jak sobie sam dowiodłem ostatnio.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Aura ta(wielokolorowa, pamiętajmy) jest otoczką, która skrywa coś więcej, w pewien sposób broni do prawdziwych emocji, prawdziwych intencji, zwykle ukrytych w podświadomości danej osoby, na którą oczywiście nie mamy żadnego sposobu, by ją w jakiś sposób kontrolować. Widzimy – zwykle, całość opiera się na zwykłym i niezwykłym sposobie postrzegania – emocje, które dana osoba, dalej obiekt, chce nam przekazać, tylko i wyłącznie dostajemy komunikaty. Czasami aura zanika, a wtedy widzimy emocje prawdziwe, wzruszenia, przeżycia, a nie grę, którą każdy z nas przeprowadza sobie dla siebie, by mamić innych. Oczywiście zwykle nawet nie widzimy tego, że zachowujemy się wedle pewnych schematów, które się stały naszą bronią przed szczerością, ale jednak gdy popatrzymy sobie na to zupełnie inaczej, powiedzmy popatrzymy na kilka gadających ze sobą osób, będąc kompletnie obiektywni, wolni od wszelkich subiektywizmów, możemy dostrzec to co dane osoby ukrywają pod ową aurą. I wtedy to zaskakuje.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Zaskakuje, bo nie jesteśmy(albo i jesteśmy, zależy od punktu widzenia) przygotowani na to co dana osoba ukrywa w swoim zachowaniu, wtedy pada na nas nagła refleksja, która nie pozwala się przerwać w żaden sposób. Czy poprzez widzenie, a więc posiadaniu wiedzy o czymś, mamy pojęcie o prawdziwym tego znaczeniu? Niestety tylko rzadko, bowiem szczerość jest towarem bardzo ekskluzywnym w dzisiejszym świecie, ale to szczerość da się w pewnych przypadkach(słabych, bardzo słabych) wywołać sztucznie, pobudzając niektóre funkcje mózgu poprzez ściśle kontrolowaną przez konwersację, mającą na celu tylko manipulować, dla samej przyjemności analizy. Analiza w czasie pobudzenia owych części mózgu, ma to samo znaczenie co refleksja, jednak przeważa tu stosunek do podmiotu badań, czysto naukowy, obiektywny, gdzie nie ma miejsca na własne zdanie, choć można by się sprzeczać, bo wydając pewien osąd, albo zwyczajnie przedstawiając fakty zaistniałe w danej sytuacji jako osoba, możemy sądzić w sposób subiektywny, co zupełnie by wykluczyło możliwość analizy. Analiza (przynajmniej w tym szczególnym wypadku) polega na całkowitym wyzbyciu się emocji własnych, ignorowanie części mózgu odpowiedzialnych za emocje i obserwacji innych, wtedy tylko możemy uznać, że to co mówimy jest prawdziwe, a nie jest fałszywym świadectwem, za którym kryje się drugie, zupełnie inne, mniej lub bardziej przyjemne, dno. Więc gdy widzimy, to wiemy, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy całkowicie obiektywni, nie zagłębiamy się we własne uczucia, zabijamy je, by móc prawidłowość coś zanalizować.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Nierzadko mamy również przekonanie, że to co nam inni pokazują jest prawdą, że nie ma na celu zwodzić,<span>  </span>dawać fałszywe wyobrażenie, tylko ma służyć zbliżeniu uczuciowemu, poznaniu się głębiej i głębiej, by w końcu dotrzeć granicy, gdy zaciera się znajomość, a przyjaźń, albo gdy zaciera się przyjaźń z miłością. Jeśli więc dajemy fałszywe wyobrażenie o sobie, o swoich uczuciach kompletnie świadomie, z premedytacją, to możemy spokojnie stwierdzić, że niczym nie różnimy się od manipulatorów, którzy w głębi serca są godni pogardy, bowiem umiejętności zmieniania swojego zachowania, swojej osobowości, udawania uczuć, by na tym zyskać jest umiejętnością, jeśli przydatną, to też niesamowicie negatywną moralnie. Jeśli nam to obrazowo mówiąc zwisa, wtedy możemy z dumą, samozadowoleniem, czerpać z tego profitu, do czasu, aż zrazimy do siebie(poprzez oczywiście naszą manipulację) dostateczną ilość ludzi, by – bardzo pesymistyczna wizja – zostać samemu, jednak…</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Jednak sam fakt manipulacji, sam fakt umiejętności, która może kreować w innych uczucia, jest dla potencjalnych manipulatorów bardzo przyjemna i zwyczajnie nie sposób(sprawdzone empirycznie) oprzeć się pokusie tworzenia w ludziach, miłych nam emocji. Jeśli odczucia te nie szkodzą ani ofierze ani manipulatorowi, potencjalny manipulator jest rozgrzeszony moralnie(przynajmniej w moich oczach), jednak jeśli owe uczucia dotykają bardzo intymnych sfer życia zwykle ofiary, to wtedy emocjonalny kat jest zagrożony, bowiem gdy ofiara dowiaduje się o manipulacji, lubi – nawet ryzykując – również poudawać, zacząć widzie emocje i krótko mówiąc, zemścić się na manipulatorze.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">W gruncie wszelkich rzeczy, które dziś się tutaj nieopatrznie znalazły, a które powstały w jakiś sposób w moim nie-do-końca-trzeźwym(informuję – jestem abstynentem) umyśle, uważam obiektywnie(analizuję wiec sam siebie), że to co zwykle robię, jak zwykle rozmawiam, jak się zachowuje, co o sobie myślę, co o sobie mówię, co mówię do innych jest krańcowym kłamstwem, nierzadko tylko poprzetykanym pasemkami prawdy. To też jest kłamstwem, bowiem zapewne się mylę, co pewnie wykaże mi gdzieś jakiś paskudny martwy facet z Wiecznej Rozkoszy. Co nie zmienia faktu, że czuję się podle, gdy widzę, a więc wiem, w jaki sposób się zachowuje.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[W oczach dziecka matka jest Bogiem.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/16/w-oczach-dziecka-matka-jest-bogiem/</link>
<pubDate>Fri, 16 Nov 2007 19:01:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/16/w-oczach-dziecka-matka-jest-bogiem/</guid>
<description><![CDATA[Może wydawać się dziwne, ale zdanie powyżej usłyszałem na komercyjnym filmie, traktującym o w]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Może wydawać się dziwne, ale zdanie powyżej usłyszałem na komercyjnym filmie, traktującym o wydarzeniach tak nierealnych i idiotycznych miejscami, że aż strach, i od razu wzbudziło ono moją głęboką refleksję nad prawdą tego wypowiedzenia.</p>
<p>Z początku myślałem o nim w kwestii dzieci do wieku góra 13-15 lat, jednak po jakimś czasie zauważyłem, że w oczach każdego dziecka matka jest istotą boską. Skąd się to wzięło, nie mam zielonego pojęcia, jednak - biorąc pod uwagę moje własne odczucia - to stwierdzam, że rzeczywiście matka jest w oczach dziecka Bogiem.</p>
<p>Od najmłodszych lat matka dla dziecka jest istotą wyższą, która zajmuje się nim(zwykle, nie biorę pod uwagę mamusiowatych tatusiów), daję jeść, zmienia pieluszki, zabawia, uczy życia, jest przewodnikiem po świecie, do którego dziecko ma zaufanie zawsze i wszędzie, jest ostoją bezpieczeństwa w nieprzyjemnym świecie, jest przystanią, do której zawsze można wrócić. Potem - w wieku dojrzewania - rola matki się zmniejsza, dziecko zyskuje jakąś tam(mniejszą czy większą) samodzielność i uważa zainteresowanie matki za denerwujące, uważa troskę matki za coś wybitnie niepasującego do młodego człowieka, czyli krócej mówiąc, dziecko przeżywa falę buntu przeciwko rodzicielstwu. Wtedy boskość matki upada, młody człowiek zaczyna rozumieć, że matka to człowiek i że też może się mylić, nierzadko nie akceptuje doświadczenia rodzicielki, która chce wyłącznie pomóc. Jednak wtedy też młody człowiek przeżywa zwykle kryzys wiary, wpojonej często w dziecinnych lat, więc jego wyobrażenia o Bogu również się zmieniają.  Czy możemy jednak porównać stosunek do Boga i stosunek do matki?</p>
<p>Oprę się tutaj na własnej opinii.</p>
<p>Od najmłodszych lat miałem z moją szanowną rodzicielką znakomity kontakt, pewnie z racji tego, że była ona dla mnie JEDYNĄ osobą, oferującą mi bezpieczeństwo, miłość i plejadę innych uczuć, które zawsze wynikają z takiej relacji między dzieckiem, a matką. Wtedy też był okres, w którym byłem dzieckiem wyjątkowo wierzącym, lubiłem kościółki, śpiewy staruszek, zawodzenia organisty i rozmowy księdza z dziećmi. Potem nastał czas dojrzewania - ale jeszcze przed nim upadł wizerunek Boga, którego trzeba czcić, nastał czas, w którym Bóg zajmował jedne z dalekich miejsc na liście priorytetów życiowych - w którym stosunek do mojej szanownej rodzicielki i Boga był zadziwiająco podobny.</p>
<p>Boga nienawidziłem za jego bierność, matki nienawidziłem za jej bierność w sprawach, które były dla mnie istotne(to zawsze wychodziło, gdy jako dziecko niezbyt umiejące się podporządkować regułom, miałem konflikty z nauczycielami,a gdy matka zawsze stawała po ich stronie). Boga miałem w pogardzie za to, że wszyscy okazywali mu szacunek, matkę miałem w pogardzie, dlatego, że ona wymagała szacunku w podobny sposób jak Bóg. Szacunek ten łatwiej mi było okazać istocie z krwi i kości, więc jeszcze to funkcjonowało. Potem jednak zmieniłem całkowity stosunek do istoty boskiej, Bóg stał się moim wrogiem, który swoimi działaniami, choćby tymi, które można przypisać całkowicie Naturze, niweczył moje plany(pamiętam jak bluźniłem na niego ze znajomym, gdy złapała nas ulewa, a parasola oczywiście nie mieliśmy). Tak stało się też ze stosunkami z matką. Niby wiedziałem, że ona chce dla mnie dobrze, że chce dla mnie jak najlepiej, jednak nie mogłem pogodzić się z tym, że nie jestem panem własnego losu, że ktoś za mnie decyduje i obrazowo mówiąc, stawiałem się każdej jej decyzji, każdej jej opinii, którą wygłosiła. Wszystko, co wychodziło bezpośrednio od niej nie lubiłem, krytykowałem, starałem się robić jej na złość, tylko w imię tego, że ona jest nade mną(analogicznie jak Bóg) . Oczywiście moje zachowanie skutkowało wielokrotnymi kłótniami, które uświadamiały mnie raz po raz, że jednak jestem winien szacunku matce. Oczywiście nie chciałem tego zaakceptować, ale z wiekiem, czyli kolejnymi kłótniami i niechęcią do okazywania szacunku, przyszła refleksja, a z refleksją przyszło zrozumienie, że to co robiłem nie jest właściwe, że matka jest istotą wyższą, przed którą czuję nieziemski respekt. I tak po prawdzie zawsze go czułem, czy to zwiewając z zajęć i bojąc się jej reakcji(ośmielę się stwierdzić, że najbardziej bałem się reakcji jej i mojego ojczyma; jej reakcji bałem się ze względu na strach przed konsekwencjami, jego reakcji bałem się ze względu na wyrzuty sumienia, które zawsze czułem, gdy go zawiodłem) czy to świadomie łamiąc jej postanowienia. Chciałem być odbierany i byłem odbierany jako osoba, która opinię matki ma w gdzieś, która jest niezależna i robi co chce, jednak w praktyce wyglądało to tak, że za każdy przejaw niezależności płaciłem w pogorszeniu się relacji z matką. Aż nadszedł czas, gdy oboje staliśmy się dla siebie podporami, bez których nie moglibyśmy istnieć. Ja - jako wyznawca, ona - jako obiekt wiary, znowu jako niewzruszona ostoja bezpieczeństwa i stabilności i wtedy zdarzyło się, że ta ostoja, ten obiekt wiary, potrzebował również oparcia, a znalazł je w wyznawcy, który nagle - zupełnie nieoczekiwanie - zrozumiał, że ona zawsze przy nim była, że jednak naprawdę chce dla wyznawcy jak najlepiej, że próbuje do niego dotrzeć, ale nie wie jak. Daliśmy sobie nawzajem oparcie w trudnych momentach życia i poczułem tym razem jakąś niesamowitą życzliwość do Boga i jego wyznawców(tym razem niemetaforycznie, ale dosłownie), która zapoczątkowała fascynacją, że oni umieją to znaleźć(mówiąc "to" mam na myśli skarb wiary) i żyć z Bogiem w jedności. Poczułem również zmianę relacji między mną, a moją kochaną rodzicielką. Nie były one już czysto dziecięco-rodzicielskie, a były czymś głębszym, bowiem byłem całkowicie pewien, że zawsze jest moją ostatnią deską ratunku, że zawsze stoi po mojej stronie, że jednak ma masę doświadczeń więcej ode mnie i jest rzeczywiście mądra, czego odmawiałem jej przez bardzo długi czas. Chciałem równocześnie znaleźć taki sam stosunek z Bogiem, nie mogłem go jednak dopasować do żadnych systemów religijnych, więc wybrałem uczucia, które najbardziej cenię i przekształciłem je w swoiste prawdy wiary.</p>
<p>Miłość.</p>
<p>Przyjaźń.</p>
<p>Doskonale zdaję sobie sprawę, że moje oczy różnie postrzegały matkę, jednak wyznając całkowicie carpe diem, teraz rozumiem, że relacja, którą udało nam się osiągnąć, jest czymś naprawdę wyjątkowym. Jest w niej pełne zaufanie, jest w niej miłość, jest przyjaźń, nie ma komunikatów, są rozmowy, jest w niej przywiązanie, jest w niej lojalność i pewne zaskoczenie tym, że tak umiemy się nagle porozumieć. Czy to nie mija dojrzewanie czy jest inny powód tej refleksji?</p>
<p>Może zwyczajnie człowiek usłyszy gdzieś tekst, który całkowicie oddaje istotę pewnych rzeczy i wtedy zaczyna się zastanawiać czy to ten tekst mu to uzmysłowił czy to wcześniej już rozumiał, a zwyczajnie nie mógł tego nazwać? Wiem, że w moich oczach matka jest przyjacielem, niewzruszonym bastionem miłości, który będzie trwał nieważne jakie szturmy będą chciały go zdobyć, wiem, że tak samo zacząłem traktować istotę boską, Absolut. Nie jest już on wrogiem, którego trzeba zwalczać, któremu trzeba uwłaczać, a wielkim świetlistoniebieskim( w takiej barwie go sobie wyobrażał) gościem, który skądś na mnie patrzy i zastanawiał się życzliwie, czy uda mi się czy mi się nie uda, czy wykorzystam, co to od niego dostałem, czy nie wykorzystam i będę mógł zaliczyć się do przegranych.</p>
<p>Chciałbym ich nie zawieść. I Absolut i matkę. Chciałbym, żeby byli ze mnie dumni. Oby się udało.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tolerancyjo, cóżeś Ty za pani, że Cię nie znają metale malowani?]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/11/tolerancyjo-cozes-ty-za-pani-ze-cie-nie-znaja-metale-malowani/</link>
<pubDate>Sun, 11 Nov 2007 16:17:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/11/tolerancyjo-cozes-ty-za-pani-ze-cie-nie-znaja-metale-malowani/</guid>
<description><![CDATA[    Ostatnio, możecie mnie zlinczować, kopnąć w krtań, wbić nóż w wątrobę, spędzam całki]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>    Ostatnio, możecie mnie zlinczować, kopnąć w krtań, wbić nóż w wątrobę, spędzam całkiem sporo czasu na forum dla "niewyżytych nastolatek", które wszyscy przynajmniej troszkę myślący ludzie, mają w pogardzie za styl życia, idiotyzm ich wypowiedzi i zachowanie. Nie pytajcie nawet, dlaczego piszę tam posty i staram się tym nastolatkom pomóc, bowiem dla mnie to tajemnica, porównywalna z tajemnicą czy Bóg istnieje czy też nie istnieje, jednak zauważam, że subkultura zwana potocznie jako metale, rzadko tolerowana przez dresów czy nacjonalistów, którzy mają im z kolei za złe za liberalne poglądy, okazuje tam naprawdę godna pogardy i najwyższej niechęci, nietolerancję.</p>
<p>Tacy metale gardzą bezgranicznie "słitaśnym" stylem życia 12-16 latek, dla których liczą się tylko chłopaki, moda i imprezy. I tą pogardę okazują w nader nieprzystojny sposób, lżąc idiotyzmy ich myślenia, które idiotyzmami być nie mogą, z prostego powodu, że takie nastolatki zwyczajnie muszą dojrzeć do pewnych rzeczy, co nie zmienia faktu, że metale czują się powołani do uświadamiania im ich głupoty, co mija oczywiście z celem, bo metody jakie przyjmują za właściwe, zupełnie nie działają na owe tłumy. Nie cofają sie również przed nazywaniem ich "ścierwami, które stwarzają sobie idiotyczne problemy" czy też zwracaniem się do nich per "ćwoku"(zapominają o formach żeńskich również), co jest samo w sobie niewłaściwe. Grupa ludzi, której sie zarzuca lewactwo, popieranie nierzadko homoseksualistów czy wolności wyznaniowej(pamiętajmy, że żyjemy w Polsce!), przeładowuje tą frustrację i wypuszczą ją na Bogu ducha winne dziewczynki, które muszą dojrzeć, by zrozumieć. To błędne koło, bowiem jedne grupy społeczne wyładowują swoją niedojrzałość na innych, które z kolei wyładowują swoją niedojrzałość i frustrację na innych. Zauważmy też, że jeśli nacjonaliści, dresy, a więc osoby zwykle obdarzone sporymi gabarytami fizycznymi, wyładowują się na metalach, to metale szukają grupy społecznej, która jest jeszcze słabsza od nich, a więc znajdują "słitaśne" nastolatki, te z kolei nie mają się na kim wyżyć, a więc są na samym dnie tego dziwnego łańcucha wzajemnej nienawiści i pogardy.</p>
<p>Dziwi mnie to, że niby metale są tacy liberalnie, a jednak nie potrafią uszanować innych grup społecznych i chcą je na siłę uświadamiać. Miałem taką sytuację, że w szkole pojawiła się dziewczyna wyglądająca na emo, a więc ostry, ciemny makijaż, ubranie, które zwraca uwagę i choćby nie wiem jak jej nie znali, to stwierdzili, że mają emo w szkole i żal na nią patrzeć. To samo jest w stosunku do dresów i nacjonalistów, jednak wtedy metale siedzą cichutko i cichutko śmieją się z nich za ich plecami, ale "niewyżyte nastolatki" lżą od stóp do głów. Niby mamy dowolność w kwestii ubioru, jednak za ubiór jesteśmy oceniani i nierzadko też szykanowani, tak jak to przedstawiłem w przypadku owych trzech subkultur. Jeden znajomy też wspominał, że w jego mieści nikt nie lubi hipisów i każdy ma ochotę takowemu przywalić, a hipisi to chyba najbardziej nieszkodliwa grupa ludzi, jaką ten świat wydał, bo pacyfiści, bo mili ludzie, bo palą trawę, która uspokaja dodatkowo, bo można z nimi porozmawiać o związkach międzyludzkich, o miłości, o przyjaźni i ogółem o uczuciach.</p>
<p>Dlaczego ta tolerancja tak zanika w naszych czasach? Dlaczego następuje wzajemna nienawiść między grupami społecznymi, różniącymi się ideologią? Dlaczego niektórzy przechodzą od słów do czynów i na siłę zmieniają innych? Dlaczego inni używają języka, by wyłącznie lżyć inne subkultury?</p>
<p>Szukam nadal odpowiedzi, Tolerancjo, jednak marne me szansę na tym polu.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Choroba(ciała, nie duszy)]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/11/chorobaciala-nie-duszy/</link>
<pubDate>Sun, 11 Nov 2007 15:32:18 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/11/chorobaciala-nie-duszy/</guid>
<description><![CDATA[    No to się zapieprzyłem w chorobę jak nie wiem co. Ledwo oddycham, z trudem próbuje przetkać]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>    No to się zapieprzyłem w chorobę jak nie wiem co. Ledwo oddycham, z trudem próbuje przetkać moje biedne drogi oddechowe, które zawalone są jakąś ohydną żółto-zieloną mazią, klejącą się do wszystkiego(mogę używać jej jako kleju - pozytywne myślenie on)</p>
<p>Choroba ciała źle działa na duszą, bo wszakże w zdrowym ciele zdrowy duch. Człowiek chory jest nadwrażliwy na elementy otoczenia, które go irytują i nie czuje żadnych zahamowań, by swojej irytacji nie wyrazić, zwykle poprzez krótkie, acz dźwięcznie, zawsze niecenzuralne, słowa. Potem człowiek chory wlecze swoje chore cielsko do swojego własnego sanktuarium chorobowego, w którym spokojnie pozwala (z braku leków) chorobie się rozwijać. Mówią Ci "nie pal", ale jak tu nie palić, jak to jedyne co mnie trzyma przy życiu, nawet jeśli pogarsza, i tak denerwująco beznadziejny, stan gardła. Za to dostaję mleko z miodem, które wypijam duszkiem, byleby nie czuć posmaku owej mazi, która spływając do żołądka(jeśli oczywiście się nie przyklei do przełyku itp), powoduje fatalne mdłości. Człowiek od razu mówi swojej rodzicielce, że nie ma mowy, żeby coś robił następnego dnia, wyłączając oczywiście wizytę u lekarza, który przepisze leki, odhaczy pacjenta i każe mu się kurować przez tydzień w domu. A ten tydzień to istna katorga dla rodziny chorego człowieka, bowiem chory człowiek lubi obnosić się ze swym stanem, narzeka, udręcza się, użala się nad swoją marną fizyczną kondycją.</p>
<p>Psychicznie jest wyprany z wszelkich pozytywnych uczuć, które mogłyby przyśpieszyć poprawę stanu zdrowia. Zwyczajnie odczuwa żal do całego świata, że jest chory, że inni nie muszą budzić się z wysuszonym gardłem, gorączką i bólem mięśni, mogą spokojnie robić to co robią na co dzień. Wtedy zaczyna zabijać nudę, zawsze pojawiającą się podczas choroby, na różne sposoby. Może tworzyć, może spać(wskazane), może teoretycznie też biegać boso po śniegu na podwórku, ale to jednak nie jest zbyt dobry pomysł. Może również robić największą głupotę na świecie, czyli siedzieć przed telewizorem i odmóżdżać się przy idiotycznych(zawsze) programach dla kultury masowej. Ale może też czytać mądre książki, z których nic nie zrozumie, bo jest zbyt otępiały, by cokolwiek rozumieć ponad potrzebę wzięcia tabletek o tej i o tej godzinie(chwileczkę, ja nie posiadam na razie żadnych tabletek!, więc nic nie będę rozumiał). Może też..., hm..., sam nie wiem, uprawiać z namaszczeniem samogwałt, ale to też jest jednak substytut jakiegoś zajęcia, substytut nędzny, bo nędzny, ale ofiarujący namiastkę czegoś przyjemnego. No oczywiście chyba, że ma się wysoką gorączkę i narzędzie samogwałtu boli jak jasna cholera. Może człowiek chory skupić się na muzyce, która go uspokoi i utuli do miłego snu, z którego oczywiście człowiek obudzi sie i stwierdzi, że jakakolwiek nieaktywność niesie za sobą reperkusje, dotyczące bezpośrednio wzrostu objawów choroby. Można także włączyć jakąś popularną grę, jak na przykład saper, pasjans, szachy, i zabijać nimi nudę, ale to środek nudobójczy wyjątkowo słaby i wyjątkowo nudzący(paradoks, nieprawdaż?). Chciało by się człowiekowi choremu porozmawiać z kimś, kto go zrozumie, pocieszy, że wszystko będzie dobrze, ale takich ludzi człowiek chory zwykle pod ręką nie ma, a sam w rozmowie jest zgorzkniały, rozżalony i uważa, że w momencie choroby jest pępkiem świata, co zwykle nie jest tolerowane przez kogokolwiek.</p>
<p>Zbierając to do kupy, stwierdzam, że nie ma już nigdy ochoty być chorym człowiekiem, bowiem człowiek chory jest męczący jak ciężka cholera, a tego nikt nie lubi. Zakopię się w swoim pokoju, będę pił herbatkę, będę palił papierosy, bo głód tytoniowy niestety jest większy niż pragnienie wyzdrowienia, aż dostanę leki czy ewentualnie pojadę do lekarza, zademonstruje mu moją wątłą fizyczną postać i dostanę prochy, które będę musiał brać o jakichś dziwnych godzinach, bo tak będzie napisane w dawkowaniu tychże leków.</p>
<p>Choroba to zdecydowanie niepozytywny akcent życia. Bądźcie zdrowi!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Cudowność polskiego wymiaru sprawiedliwości.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/08/cudownosc-polskiego-wymiaru-sprawiedliwosci/</link>
<pubDate>Wed, 07 Nov 2007 23:23:07 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/08/cudownosc-polskiego-wymiaru-sprawiedliwosci/</guid>
<description><![CDATA[    Będzie to opowieść zasłyszana od znajomego, który aktualnie przeżywa głęboką frustracj]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>    Będzie to opowieść zasłyszana od znajomego, który aktualnie przeżywa głęboką frustrację nad metodami wymiaru sprawiedliwości w naszym kraju. Rzecz jednak nie będzie dotyczyć żadnych awantur z panem byłym strażnikiem sprawiedliwości na tych ziemiach, czyli Zbigniewem Ziobrem, ani też nie będzie dotyczyć policji politycznych w rodzaju CBA, ale będzie chodziło o metody, którymi się posługuje praktycznie każdy sąd w tym kraju.</p>
<p>Otóż mój znajomy ma od dwóch lat sytuację o tyle kłopotliwą, co frustrującą jego samego i zasmucającą jego rodzinę. Pomijając mało istotne szczegóły, waląc prosto z mostu, powiem, że ma on bardzo bliską osobę w areszcie tymczasowym, które polskie sądownictwo używa w sposób wręcz masowy. Mamy pojęcie o tymczasowo aresztowanych, choćby z nielicznych relacji pana byłego barona SLD Andrzeja Pęczaka, który przesiedział w łódzkim areszcie ponad niby-to-zabronione 2 lata. Pan Pęczak miał jednak zasądzone dwa areszty, więc sytuacja nie powinna nikogo dziwić, jednak w przypadku osoby bliskiej mojemu znajomemu sytuacja dziwi, bowiem 16 listopada mija okres 2 lat tymczasowego aresztowania, po których osoba tymczasowo aresztowana powinna zostać zwolniona. To jednak nie powinno nikogo dziwić za bardzo. Dziwi natomiast fakt, że śledztwo, do którego tylko i wyłącznie powinno się używać tymczasowego aresztowania, skończyło się ponad rok temu.</p>
<p>Co robił polski wymiar sprawiedliwości w tym czasie? Można powiedzieć - zakrapiając to nieco czarnym humorem - że bawił się aktami sprawy przerzucając je z jednego sądu do drugiego. Nie byłoby w tym nic złego, poza faktem, że akta z Sądu Okręgowego w Łodzi trafiły najpierw do Piotrkowa Trybunalskiego, by potem trafić do Bełchatowa, a następnie znowu do Piotrkowa Trybunalskiego, z którego trafiły do Sądu Najwyższego, który wyznaczył łaskawie Częstochowski sąd do prowadzenia tejże sprawy. Denerwuje tu jedna rzecz - każdy sąd ma bodajże miesiąc do zapoznania się z aktami, więc pobyt w areszcie tamtej osoby był przedłużony o co najmniej 6 miesięcy. Sądownictwo jednak wykazywało się humorem godnym Monty Pythona, ponieważ kierowało akta sprawy, a więc całą sprawę, do sądów, które z powodu samego typu sprawy, nie mogły sądzić(Sąd Rejonowy w Bełchatowie).  Oczywiście do czasu zapoznania dochodził czas dojścia owych akt, czyli okrągło licząc 2 tygodnie na każdy sąd. Pomyślmy: z Łodzi do Piotrkowa 2 tygodnie, z Piotrkowa do Bełchatowa kolejne dwa tygodnie, a więc już 4, z Bełchatowa do Piotrkowa dwa tygodnie itd. Łącznie nam wychodzi jakieś 10 tygodni, czyli 2, 5 miesiąca przedłużonego aresztu tymczasowego(samo słowo tymczasowy traci tutaj swoje znaczenie...).</p>
<p>W ten czas, osoba oskarżona siedzi przez półtora roku na ulicy Smutnej w doprawdy (na początku przynajmniej) koszmarnych warunkach, może widzieć się z bliskimi osobami raz na miesiąc, choć to też zależało najpierw od widzimisie pani prokurator, która ową sprawą się zajmowała, a potem od widzimisie sądu, który się daną sprawą zajmował. Z relacji owego znajomego wynika, że z początku, na samym początku aresztowania, aresztowany miał JEDNO widzenie na miesiąc, potem jednak pojawiła się łaskawość wymiaru sprawiedliwości i aresztowany mógł się widzieć z rodziną nieco częściej tj. z jedną osobą nadal mógł się widzieć raz w miesiącu, ale wymiar sprawiedliwości dopuścił, aby każdy członek najbliższej rodziny mógł zobaczyć się z aresztowanym raz na miesiąc. Oczywiście owe widzenia bywały różne. Od takich, co często możemy zobaczyć na filmach, czyli przez telefon z szybą między rozmawiającymi, przez takie przy stoliku z funkcjonariuszem, który przysłuchiwał się rozmowie, aż do prawdziwego luksusu rozmowy prywatnej na sali z bufetem, w którym ani telefonu, ani funkcjonariusza się nie uświadczyło.</p>
<p>Znajomy jeszcze co nieco powiedział o warunkach, w których przebywała bliska mu osoba. Brudne cele to jest standard, jednak to w sumie nie jest najgorsze, ponieważ pomieszczenie można zawsze wysprzątać. Prawdziwą bolączką jest pisanie do naczelników aresztów śledczych w celu uzyskania pozwolenia na paczkę higieniczną czy też paczkę ubraniową, więc jeśli ktoś z rodziny przyniósł do pana ze służby więziennej paczkę higieniczną, a pozwolenia nie było, to najwyżej mógł rozważyć strzał w krocze z powodu bezsilności. Zapomniałbym o pewnej ciekawostce - ów TYMCZASOWO aresztowany, o którym słyszałem, był właścicielem <strong><u>jedynej </u></strong>lampki nocnej w areszcie, na którą dostać pozwolenie było prawdziwym cudem. Warto wspomnieć też o higienie osobistej aresztowanych, otóż w areszcie w Łodzi aresztowanemu przysługuje jedna kąpiel <strong>tygodniowo. </strong>Jednak, bliska mojemu znajomemu osoba była przenoszona z aresztu na ulicy Smutnej najpierw do Piotrkowa, gdzie warunki jednak były o wiele lepsze, pod względem sanitarnym choćby, jednak była też przenoszona z aresztu w Piotrkowie do aresztu w Częstochowie, gdzie pozostała.</p>
<p>Z samymi przenosinami wiąże się podróż, która zwykle trwa od kilku (4-7) do kilkunastu (11-16) godzin, podczas których można nawiązać nowe znajomości z osobami skazanymi już czy też tymczasowo aresztowanymi. Taka podróż jest niestety bardzo męcząca, bowiem transport taki zwykle jeździ po całej Polsce, by rozwieść swój "towar".</p>
<p>Tymczasowo aresztowany, o którym cały czas piszę, aktualnie przebywa w Częstochowie, a wczoraj miał pierwszą rozprawę po 722 dniach spędzonych w aresztach śledczych na terenie województwa Łódzkiego. Oczywiście pogląd, jakoby tymczasowo aresztowany zwykle wychodził po pierwszej rozprawie, tutaj nie ma zastosowania, bo pani asesor, która ową sprawę w Częstochowie prowadziła, od razu oddała ją w ręce Sądu Apelacyjnego w Katowicach, co bardzo prawdopodobnie zaowocuje kolejnymi trzema miesiącami aresztu TYMCZASOWEGO, podczas których sąd w Katowicach będzie się zapoznawał z aktami sprawy.</p>
<p>Słuchając tego wszystkiego miało się wrażenie, że to nie jest taki świetny wymiar sprawiedliwości, który tak zachwalał zarówno były minister, Zbigniew Ziobro, jak i były premier, Jarosław Kaczyński. Zwłaszcza, że w krajach Europy Zachodniej również istnieje metoda tymczasowego aresztowania, jednak zwykle taki areszt kończy się bezpośrednio po śledztwie. W Polsce mamy jednak inaczej, bo tymczasowe aresztowanie służy jako próba złamania oskarżonego, by ten przyznał się do winy. Nikogo jednak nie obchodzi los rodziny owego oskarżonego, nawet jeśli był on jedynym jej żywicielem. Co straszniejsze, w Łodzi podobno zaaresztowano tymczasowo kobietę w  9 miesiącu ciąży. Czy warunki, które opisałem wyżej, są odpowiednie dla kobiety w stanie błogosławionym? Naprawdę podziwiam prokuraturę, która żadnych oporów ściągnęła kobietę o 6 nad ranem z mieszkania i zamknęła ją w celi, doskonale zdając sobie sprawę, że jest bliska narodzin dziecka. To jednak jest tylko dygresją, mającą ukazać ową cudowność polskiego wymiaru sprawiedliwości, dla którego makiawelizm stał się chyba jedyną zasadą pracy.</p>
<p>Pocieszające jest, że osoby tymczasowo aresztowane przez tak długi czas mogą wystosować skargę do Strassburga, by dostać rekompensatę za tak długi pobyt w areszcie/aresztach. Jednak kto zrekompensuje stres rodziny, płacz bliskich, tęsknotę przyjaciół osób aresztowanych? To już nikogo nie obchodzi.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O co chodzi w Antygonie?]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/04/o-co-chodzi-w-antygonie/</link>
<pubDate>Sun, 04 Nov 2007 19:42:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/04/o-co-chodzi-w-antygonie/</guid>
<description><![CDATA[    Edyp, przybrany syn króla i królowej Koryntu, odwiedzając wyrocznię delficką usłyszał, ż]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><font color="#999999"><span style="color:black;">    Edyp, przybrany syn króla i królowej Koryntu, odwiedzając wyrocznię delficką usłyszał, że zabije ojca i ożeni się z własną matką. Nie znając swej przeszłości sądził, że władcy Koryntu są jego prawdziwymi przeznaczeniu, opuszcza Korynt na zawsze. Na jednej z dróg rodzicami. Chcąc uciec zabija człowieka nie wiedząc, że był to Lajos, jego ojciec. Przybywa do Teb, gdzie rozwiązuje zagadkę straszliwego sfinksa innego miasto. Zostaje królem Teb i żeni się z wdową po uwalnia od Lajosie, własną matką. Ma z nią dwóch synów - Eteoklesa i Polinika oraz dwie córki - Antygonę i Ismenę. Gdy odkrył prawdę o sobie, oślepił się i opuścił Teby. Dwaj synowie, na których spadł obowiązek rządzenia pogodzić się ze sobą i Eteokles zmusił brata do państwem, nie mogli opuszczenia miasta. Ten, pragnąc zemsty, udał się do Argos i doprowadził do najazdu wrogich Tebom sąsiadów. W czasie walki bracia śmiertelny pojedynek i obaj polegli. Napaść stoczyli odparto, królem nakazał pogrzebać z honorami Eteokla, który Teby został Kreon, brat królowej. zginął w obronie ojczyzny, zaś ciało zdrajcy Polinika pozostawić nie pochowane na pastwę psom i sępom. Tę decyzję Kreona poznajemy z Antygony z Ismeną, rozmowy, która rozpoczyna rozmowy akcję usłucha nakazu Kreona, temu grozi śmierć. W imię tragedii. Obie siostry wiedzą, że kto nie praw boskich i miłości siostrzanej Antygona postanawia pogrzebać ciało brata. Rezygnuje z pomocy siostry, która owładnięta strachem, chce odwieść ją od tego zamiaru. Antygona złamała rozkaz Kreona i została skazana na śmierć.<br />
Najbardziej istotny w utworze jest konflikt, czyli starcie się dwu przeciwstawnych racji. Argumenty Kreona, uzasadniające jego rozkaz, wydają się być słuszne. Czując się odpowiedzialnym za kraj, którym rządzi, wie że zdrajca musi być ukarany i że o tej karze muszą wiedzieć wszyscy. Antygona natomiast nie decyduje się na bunt przeciwko prawom boskim i wybiera mniejsze zło, czyli bunt przeciwko prawu Kreona. Utwór ten jest ostrzeżeniem, jest rozwinięciem stwierdzenia, że “pycha przychodzi przed upadkiem” (Stary Testament - “Księga Rodzaju”). Pycha gubi człowieka.<br />
“Antygona” napisana została w 440 roku p.n.e. przez jednego z największych tragików greckich - Sofoklesa. Należy on do trójki najwybitniejszych tragików greckich, żyjących w V w. przed Chrystusem. W konkursach teatralnych współzawodniczył w młodości z Ajschylosem, z Eurypidesem w ostatnich latach swego życia. Nazywany był “chlubą teatru greckiego”. Utwór ten związany jest z mitem tebańskim, który opowiada o historii Edypa. Zdarzenia w nim opisane poprzedzają akcję tragedii i dlatego kilka słów o nich. Mit opowiada o domu Lajosa, nad którym ciąży fatum. Z Lajosa klątwa spada na Edypa, który po strasznych męczarniach umiera, pozostawiając dwóch synów - Eteoklesa i Polinejka. Bracia w kłótni zabijają się wzajemnie. Istotą tragedii jest konflikt, czyli starcie się dwóch sprzecznych racji, a zwycięstwo którejkolwiek z nich musi prowadzić do tragicznych konsekwencji. Konflikt polega na tym, że żadna ze ścierających się stron nie może być lepsza lub gorsza, ale obu nie da się pogodzić. Jest to więc sytuacja bez dobrego wyjścia. Bohaterami tragicznymi w dramacie Sofoklesa jest wiele postaci. Można mówić o tragizmie Ismeny, Eurydyki, Hajmona, ale ich tragizm stanowi konsekwencję tragizmu dwojga głównych bohaterów: Antygony i Kreona. Konflikt ten zaistniał, gdyż Kreon wydał zakaz grzebania zwłok brata Antygony, Polinejkesa, który wraz z obcym wojskiem napadł na Teby, aby odebrać władzę swemu bratu Eteoklesowi. Obaj przeciwnicy zginęli w walce, a Kreon kazał z honorami pogrzebać zwłoki Eteoklesa, zaś ciało Polinejkesa pozostawić ptakom na pożarcie. Postąpił tak dlatego, iż uważał, że obrońcy miasta należy się godny pogrzeb, a zdrajcę, jakim okazał się Polinejkes, trzeba ukarać nawet po śmierci. Antygona przeciwstawia się zarządzeniu króla i grzebie zwłoki brata. Złapana przez strażnika i przyprowadzona przed oblicze króla śmiało, a nawet hardo przyznaje się do złamania rozkazu władcy. Kreon, który skazał ją za ten czyn na karę śmierci, swoje postępowanie tłumaczył chęcią utrzymania autorytetu wśród poddanych. Władca kierował się poczuciem własnej dumy i nie chciał pozwolić, aby jego poddani łamali prawo ustanowione przez niego. Świadczyłoby to o jego słabości. Ważną rolę w tym konflikcie odegrał fakt, iż osobą, która odważyła się sprzeciwić królowi, była kobieta. To jeszcze w większym stopniu uraziło jego dumę, o czym świadczą słowa: “U mnie nie będzie przewodzić kobieta”. Kreon poprzez wydanie wyroku na Antygonę chciał udowodnić, że jest władcą stanowczym i winny zostanie ukarany, nawet jeśli jest członkiem królewskiego rodu. Sam zakaz pogrzebania ciała Polinejkesa miał na celu podkreślenie, że zdradzieckie działania przeciwko własnemu krajowi nikomu nie mogą ujść bezkarnie. Antygona postanowiła złamać zakaz królewski i mimo niebezpieczeństwa, jakie jej za to groziło, pogrzebać brata. W swoim postępowaniu kierowała się miłością, a przede wszystkim obowiązkiem religijnym. Antygona broniła swoich racji mówiąc, że wybrała wierność wobec prawa boskiego, gdyż uważała je za ważniejsze niż prawo wydane przez człowieka, chociaż jest on królem. Na pytanie czy wiedziała o zakazie odpowiedziała twierdząco i dodała, że “Nie Zeus przecież obwieścił to prawo” i dalej “Współ kochać przyszłam, nie współ nienawidzić”. Kierowała się więc szlachetnymi pobudkami i nie mogła odwrócić się od swojego brata, mimo że okrzyknięto go zdrajcą. Jej uczynek był więc dowodem miłości do brata, odwagi i wierności zasadom religijnym. Widzimy więc, że zarówno jedna, jak i druga strona konfliktu miała swoje racje, a wybór pomiędzy nimi nie był łatwy, a nawet niemożliwy. Tragizm Antygony polega właśnie na tym, iż nie mogła ona wybrać pomiędzy dobrem a złem. Mogła jedynie wybrać mniejsze lub większe zło. Gdyby podporządkowała się zakazowi Kreona, przyjęłaby prawo ludzkie, lecz złamała prawo boskie, które uważała za ważniejsze. Dokonała więc wyboru podyktowanego jej przez sumienie, nie bojąc się kary, którą musiała ponieść. Pomimo ceny, jaką zapłaciła za swoje postępowanie, odniosła moralne zwycięstwo nad Kreonem, gdyż zrozumiał on swój błąd i to, że jego racje, jakkolwiek ważne, nie były na tyle istotne, aby łamać prawo boskie. Opamiętanie przyszło jednak zbyt późno. Doprowadziła do niego samobójcza śmierć syna Kreona. Na swoje życie targnęła się również Eurydyka, która nie mogła przeboleć utraty syna. W ten sposób konflikt dwóch racji doprowadził do tragedii. Stanowisko Sofoklesa wobec konfliktu jest wyraźnie określone, wynika ono z jego poglądów etycznych i religijnych. Należy wspomnieć, że twórca “Antygony” był człowiekiem głębokiej wiary, silnie przywiązanym do tradycji. Nie akceptował sofistycznych koncepcji, które podważały nienaruszalność zasad moralnych i religijnych. Według Sofoklesa, niepisane prawa boskie były odwieczne i nienaruszalne. I dlatego też w dramacie biorą one górę. Śmierć Antygony stała się jej triumfem. Trzeba zauważyć, że w konflikt obu praw włączają się bogowie. To za ich sprawą Kreon odwołuje swój rozkaz. Interwencja bogów wskazuje jednoznacznie, że spośród dwóch prawd wyrażonych w dramacie, jedna jest ważniejsza.</span></font></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kreon, czyli pomagam uczniom zdać.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/04/kreon-czyli-pomagam-uczniom-zdac/</link>
<pubDate>Sun, 04 Nov 2007 19:38:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/04/kreon-czyli-pomagam-uczniom-zdac/</guid>
<description><![CDATA[           KREON POSTACIĄ TRAGICZNĄ
 
&nbsp;
 
            W Antygonie możemy spotkać wiele trag]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="center"><span>     <strong>      KREON POSTACIĄ TRAGICZNĄ<br />
</strong> </span></p>
<p class="MsoNormal">&#160;</p>
<p class="MsoNormal"><strong> </strong></p>
<p class="MsoNormal">            W Antygonie możemy spotkać wiele tragicznych postaci. Można mówić o tragizmie Hajmona , Eurydyki , jednak czołowe miejsca zajmują tu Antygona i Kreon. Postanowiłem dowieść , że Kreon jest postacią tragiczną w podobnym stopniu co Antygona.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Władca Teb zawinił , ponieważ wydał fatalny rozkaz nie pochowania ciała Polinejkesa , choć doskonale rozumiem uczucia , który kierowały nim. Chęć zemsty za sprowadzenie wojny na kraj. Rozczarowanie , śmiercią Polinejkesa , a przecież nic by tak nie ucieszyło ludu , który tyle wycierpiał przez zdrajdę jak publiczna kaźń. Wielka potrzeba sprawdzenia się w oczach ludności , chęć pokazania się z najlepszych stron , chęć pokazania , że zdrada kraju zawsze będzie surowo karana. W większości owych przykładów żywy Polinejkes okazał by się darem bogów , jednak poniósł on śmierć , tym samym przekreślając plany Kreona. Władca musiał w jakiś sposób pokazać , że nie można bezkarnie zdradzać kraju , więc zemścił się na jego ciele , zabraniając pochowania go. Poza tym , rozwścieczony lub z pewnością domagał się jakiegoś kozła ofiarnego , ale skoro on nie żył , ów kozioł , to jaki problem wyżyć się na jego zwłokach? Kreon dał ludowi , to co lud chciał. Był nowym władcą i jeszcze nie posiadał oparcia w mieszkańcach Teb , więc zakazem chowania zwłok Polinejkesa , chciał przypodobać się tłumowi.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Spór Kreona z Antygoną nie ma wyjścia zadowalającego obydwie strony. Oboje byli uparci , nieustępliwi , nieugięci w swych czynach i słowach oraz dumni. Żadne nie chciało przyznać racji drugiemu. Z jednej strony argumenty Antygony i jej powoływanie się na prawa boskie , które zawsze powinny brać górę nad innymi , z drugiej strony zaś broniący bastionu prawa Teb Kreon z ludzkim prawem. Dumna z swego czynu Antygona gotowa była ponieść najstraszniejszą konsekwencję , czyli zostać skazana na śmierć , nie miała nic do stracenia , tylko pochówek Polinejkesa miał dla niej znaczenie. Kreon takiego komfortu nie miał. Był związany przez urząd i prawo , które on musiał egzekwować inaczej jakim byłby przykładem dla poddanych. Częstsze łamanie prawa przez władyków w końcu skończyło by się na wybuchu powstania. Musiał również być pewnym swoich decyzji. Władca musiał być silny , pewny swego , nie działający pochopnie oraz nie zmieniający swych wyroków wedle swojego widzimisie. Poza tym był za dumny , aby kobieta , nawet z rodu królewskiego , mogła mieć zwycięski głos przeciwko niemu , królowi Teb , Kreonowi.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Tragizm Kreona polegał na niemożności podjęcia dobrej dla ogółu decyzji. Albo był władcą , albo był rodziną. Dla władcy nie liczy się dobro jednostki , dla niego musi się liczyć dobro ogółu. Kreon musiał być władcą , silnym władcą , bał się stracenia poparcia ludu. Jakby oszczędził Antygonę , straciłby w oczach gawiedzi pewność swoich decyzji , stałby się dla nich władcą słabym i chybotliwym , co chwila zmieniającym swe decyzje. Skazał Antygonę na śmierć , jednak nie wiedząc , że ów rozkaz zabierze także jego syna i jego żonę. Wybierał pomiędzy uchowaniem Antygony , a staniem się silnym władcą. Wybrał bycie silnym władcą , jednak czy tak samo by wybrał , gdyby wiedział o konsekwencjach swego czynu?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Moim zdaniem tragizm Kreona jest nawet bardziej „tragiczny” niż Antygony , ponieważ to ostatecznie Kreon stracił wszystko co kochał , ale zachował urząd. Kreon musiał wydać rozkaz zostawienia Polinejkesowego ciała na pożarcie zwierzętom , ponieważ , rozwścieczony atakiem zdrajcy , tłum tego wymagał. Spór z Antygoną mógł go kosztować utratę w oczach poddanych , choć na początku nie miał jakiś strasznych konsekwencji , to późniejsze okazały się potworne. Kreon był bez wyjścia , podobnie jak Antygona. Dwie postacie równie uparte , równie nieubłaganie dążące do celu i żadne nie chciało ustąpić drugiemu. Oboje , Kreon i Antygona , mieli do wyboru drogi , których końce nie były za szczęśliwe. Oboje wybierali , to co było według nich , mniejszym złem…</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[1 listopada - idea spotkań towarzyskich na cmentarzach.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/01/1-listopada-idea-spotkan-towarzyskich-na-cmentarzach/</link>
<pubDate>Thu, 01 Nov 2007 13:21:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/11/01/1-listopada-idea-spotkan-towarzyskich-na-cmentarzach/</guid>
<description><![CDATA[    Serdecznie zapraszam dzisiejszego dnia na wszystkie pobliskie cmentarze. Dzieją się tam niespo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>    Serdecznie zapraszam dzisiejszego dnia na wszystkie pobliskie cmentarze. Dzieją się tam niespotykane rzeczy. Pierwszą z nich jest obecność, nie tylko babć w beretach z niezwykle popularnego materiału, ale też innych ludzi, których zwykle na cmentarzach nie uświadczycie. Drugą rzeczą jest niesamowicie wręcz widowiskowy widok całych tłumów, składających się z co najmniej trzy pokoleniowych rodzin, które chodzą we i nazad, nosząc torby pełne zniczy. Oczywiście ten widok sam w sobie nie jest zaskakujący, bo każdy może iść z dzieckiem i dziadkiem na cmentarz, ale ubiór takowych tłumów - wręcz stad - jest doprawdy ciekawy.</p>
<p>Pisząc "ciekawy" mam na myśli całą gamę strojów, które zwykle prezentują kobiety. Oczywiście te wszystkie stroje doskonale pasujące do samego święta(tu wyjątek stanowią kobiety w niezwykle wręcz krótkich spódniczkach), bo są zwykle w ciemnych tonacjach, jednak idąc przez te cmentarne alejki, ma się wrażenie, że kobiety nic innego nie robią cały rok, tylko szykują kreacje na święto zmarłych. Wtedy to cmentarz zaczyna przypominać pokazy mody na jesień. Jak jeszcze mężczyźni prezentują stonowane garnitury plus obowiązkowe czarne, grube płaszcze, to kobiety daleko wybiegają, by zrobić wrażenie na innych kobietach.</p>
<p>Dodatkowo dochodzi fakt, że na cmentarzach 1 listopada zwykle jest pół danej miejscowości, więc pokazanie się w ubraniach, które wyszły z mody bądź okazanie jakiejkolwiek oznaki niedbania o siebie, jest znakomitym pretekstem, by tą osobę obgadywać potem tygodniami, mówiąc z niezwykłą emfazą: "A pamiętasz w co ONA się ubrała na święto zmarłych? To nie do pomyślenia!". Oczywiście noszenie takich strojów wymaga dostojnego, spokojnego kroku, który powoduje totalny zator na głównych alejkach cmentarzy, który z kolei doprowadza do szału przedstawicieli płci brzydkiej, którzy zwykle chcą odbębnić pójście na cmentarz i spokojnie potem leniuchować w domu. Dlatego na cmentarzach można wyróżnić kilka rodzajów min.</p>
<p>Pierwszym jest oczywiście smutne zadumanie na istotą przemijania, który zwykle występuje u pokolenia starszego, które równie dobrze mogłoby na tych cmentarzach zostać, bo w zasadzie nie ma po co wracać do domu.  Drugim rodzajem min jest specyficzna mimika kobiet, które spotykają znajomych przy grobach, na przykład wspólnych znajomych, bądź rodziny, która jakoś tych znajomych łączyła. Wtedy jest dosłowna parada fałszywej radości ze spotkania, uważne taksowanie wzrokiem stroju każdego rozmówcy, zakłamany smutek nad tymi, którzy odeszli oraz oczywiście wymienianie plotek, którym towarzyszy niezbyt pasujący do cmentarzy entuzjazm.  Oczywiście jest rodzaj min, które zobaczymy tylko u mężczyzn. Zwykle mimika facetów idących ze swoimi kobietami na cmentarz jest prosta do odczytania, bo występuje tutaj mina w rodzaju "to trzeba zrobić, trzeba wyczekać, potem do domu, piwko, mecz" lub mina bardzo niebezpieczna dla płci brzydkiej "kiedy ona skończy gadać z tymi koleżankami? Ile można siedzieć na cmentarzu? O której zaczyna się mecz?". Ta ostatnia mina jest niezwykle niebezpieczna, bo niesie ze sobą przykre konsekwencje w domu. Oczywiście, że jest zestaw min, które mają tylko dzieci. Jest to zafascynowanie tłumami na cmentarzu pomieszane z niecierpliwością powrotu do domu i do zabawek. Jest jednak jeszcze jednak grupa wiekowa, która zasługuje na uwagę, biorąc pod uwagę mimikę i zachowanie. Oczywistym jest, że to młodzież, która ma zwykle kompletnie gdzieś święto zmarłych, która uważa to za stratę czasu, który można by wykorzystać na jakieś przyjemne spotkanko na mieście czy na przejście kolejnej gierki na komputerze. I właśnie zestaw min tejże grupy jest najbardziej wymowny, bo znaczy mniej więcej tyle "chodźmy stąd, dobra? Możemy już iść? Nudzę się... Nie chce się widzieć z babcią, chodźmy stąd. Pójdziemy stąd wreszcie? Boże, ile można siedzieć na cmentarzu?!"  Te miny też niosą kłopoty, bo mało który rodzic rozumie myślenie młodych ludzi, którzy umarłym poświęcają tyle samo czasu ile zajmuje napisanie takiego znaczka w opisie na gg: "[*]".</p>
<p>I tu pojawia się problem kolejny, bowiem niektóre rodziny traktują ten dzień jako okazję do wspominania zmarłych bliskich na przykład podczas bardzo oficjalnych, bardzo poważnych, rodzinnych obiadków, od których uwolnić się jest nader trudno. Dla młodego człowieka przebywanie powiedzmy 3 do 5 godzin z różnego rodzaju ciotkami czy innymi babciami jest nie do zniesienia.  Rozmowy o jego szkole, o jego dziewczynach/chłopakach, wspominanie jaki był młody człowiek słodki w dzieciństwie(należy strzec się rodziców, którzy lubią robić obciach mówiąc różne krępujące rzeczy o młodym człowieku, na przykład "a nasz Bartuś jak był mały, to w przedszkolu na przedstawieniu się zesikał w majtki, pamiętasz Bartusiu?") są dla młodego człowieka oznaką, że już wpadł po uszy w wielki kubeł gówna, wokół którego stoją znicze symbolizujące właśnie ten dzień. Gdy taki obiadek już dobiega końca, gdy już młody człowiek wraca do domu, siada do komputera, puszcza sobie muzykę, rzadko myśli nad tym, jak został najpierw zdenerwowany czekaniem na starsze pokolenia, potem jak został upokorzony zwykle przez własnych rodziców, zanudzony do granic możliwości przez ciotki opowiadające wiecznie o swoich problemach zdrowotnych(tu zwykle mamy do czynienia z wzdęciami jelita grubego, nadczynnością tarczycy czy innymi podobnymi sprawami, które młodego człowieka z reguły doprowadzają do myśli samobójczych), a skupia się na rozwijaniu swych kontaktów towarzyskich, czyli na tym, co lubi najbardziej. A jakby spojrzeć na całe święto, przygotowania, bieganie po sklepach, by znaleźć najtańsze i najbardziej niezwykłe znicze, ranna gorączka, by zdążyć na cmentarz przed członkami rodziny, których się nie lubi, patrząc potem na plejadę barwnych strojów, paradę min, słuchając dyskusji o nieboszczykach, to ma się wrażenie, że zaduma, która jednak powinna występować w ten dzień, całkowicie zanikła.</p>
<p>Powodem niewątpliwie jest fakt, że z święta zmarłych zrobiliśmy rewię towarzyską, zatracając to mistyczne zadumanie nad losami pochowanych, jednak nie można mówić o całkowitym zatraceniu tej zadumy. Ta zaduma, choć nieco wypaczona, widoczna jest u ludzi starszych, którzy najczęściej bywają na cmentarzach. Tyle, że ta zaduma przekształca się w wielki żal, że ci ludzie umarli dla nich i można tylko odwiedzać ich groby. Przywiązanie do ciała fizycznego jest zadziwiające, biorąc pod uwagę nauki chrześcijańskie, w których jasno można wyczytać, że to dusza jest najważniejsza, a dusza ulatuje wraz z śmiercią z ciała. Tak więc zamiast żałować i płakać nad szczątkami, tak już ohydnie pożeranymi przez pracowite białe larwy, powinniśmy spojrzeć na te marmurowe płyty, odczytać wolno imię i nazwiska oraz pomyśleć jakimi wspaniałymi ludźmi byli nasi bliscy.</p>
<p>To jednak się nie zmieni. Rewia pozostanie rewią, żal pozostanie żalem, irytacja pozostanie irytacją, a zmarli pozostaną zmarłymi. Bo przecież nie wstaną, nie?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Prognoza wiary i religii.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/29/prognoza-wiary-i-religii/</link>
<pubDate>Mon, 29 Oct 2007 16:43:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/29/prognoza-wiary-i-religii/</guid>
<description><![CDATA[Polska od zawsze należała do najbardziej gorliwych krajów chrześcijańskich. Od chrztu Polski do]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Polska od zawsze należała do najbardziej gorliwych krajów chrześcijańskich. Od chrztu Polski do czasów najnowszych jesteśmy wielką oazą katolicyzmu, bowiem ponad 95% deklaruje się katolikami. Można tu dodać jeszcze, że w naszym kraju następuje pewna zmiana w ilości ludzi głęboko wierzących. Dane z 2005 roku przedstawiały, że co piaty Polak deklaruje się jako głęboko wierzący, a dane z 2001 mówiły, że tylko co dziesiąty Polak uznaje się za głęboko wierzącego.  Nie zmienia to jednak faktu, że to ostatnie lata takiej głębokiej wiary w polskim społeczeństwie.</p>
<p>Można mówić, że tendencja wzrostowa, o której napisałem wyżej, spowoduje jeszcze większe grono wierzących głęboko i prawdziwie, jednak popatrzmy na kwestie socjologiczną i historyczną prognozy wiary i religii.</p>
<p>Historia bardzo jasno i bardzo zrozumiale uczy nas, że wiara była wielką siłą w latach, w których Polska zwyczajnie nie istniała na mapach.  Wtedy to pokolenie romantyków, tak odwracających się od poprzedniej epoki - oświecenia, propagowało głęboką, silną, osobistą wiarę w Boga. Religia w tamtejszych czasach ratowała polskie społeczeństwo pod zaborami, dawała wytchnienie, dawała nadzieję na lepsze jutro, dawała oparcie od trudów i trosk codziennego życia pod okupacją. W imię Boga i ojczyzny(zabawne jak często te dwa pojęcia sie wiążą ze sobą) ówcześni romantycy, patrioci, dokonywali czynów kompletnie kłócących się z religią, ale nikt na to w zasadzie nie patrzył. Wiara i religia były niezmienne, były potężne, były wielkie. Tak samo jak w określenie polskiego komunizmu.</p>
<p>Tu mamy identyczny przykład oddziaływania wiary i religii na polskie społeczeństwo. Księża byli w tymże okresie orędownikami prawdy, których nie podobna było podejrzewać o cokolwiek(co nam ładnie się wyjaśniło w poprzednim roku, odnośnie księży, którzy donosili na swych kolegów po fachu). Pokolenie, które tak silnie wierzyło wtedy, które tak przywiązało się do Kościoła, obiecującego nadzieję, obiecującego wyzwolenie się spod władz komunizmu, teraz jest pokoleniem średnim i starym. Większość z tego pokolenia wychowało się w najlepszym okresie dla wiary, okresie, w którym Karol Wojtyła został papieżem, w którym wiara ta była potrzebna i rzeczą nieprawdopodobną było nie wierzyć.</p>
<p>Teraz jednak patrzymy sobie spokojnie na ulice miast, gdzie spaceruje sobie młodzież. Młodzież ta - wychowana w latach demokracji, czyli roczniki 90+ - nie zna już tej siły wiary, nie zna represyjnego aparatu partii, nie wie praktycznie nic o Służbach Bezpieczeństwa, nie czuje tej potrzeby wiary. Bowiem doskonale rozumie, że demokracja daje wolność wyznania, że daje spokój i stabilizacją społeczną, a to w większości przypadków przekreśla ich szanse na stanie się głęboko wierzącymi. Dla młodzieży z roczników, o których już wspomniałem, nie liczy się wiara. Można to spokojnie zaobserwować, patrząc choćby na ilość osób młodych, które sprytnie z drogi do kościoła, skręcają do parków, na miasto czy do pobliskich sklepów. Pokolenie starsze oburza się niejednokrotnie na zdemoralizowanie dzisiejszej młodzieży, która nie dość, że nie chce chodzić do kościoła, to jeszcze śmie ubierać się tak jak chce, czyli często dość kuso ( w przypadku kobiet oczywiście ). Dalej zauważamy kolejne stadia, czyli chodzenie na dyskoteki, chodzenie do barów, chodzenie do pubów i tam demoralizowanie się alkoholem, papierosami, narkotykami, ohydnie wyuzdanym tańcem w strojach, które u starszych babć wywołać by mogły tylko ataki apopleksji czy zawały serca. Co chcę przez to powiedzieć?</p>
<p>Chcę powiedzieć, że ówczesna młodzież ma, delikatnie mówiąc, w dupie kościół, sprawy wiary i religii. Nie obchodzi ich Bóg, bo Boga nie ma przy nich tu i teraz, nie ma go na zabawach, przy wódce i papierosach. Bóg jest sobie gdzieś tam daleko w niebie, więc można go spokojnie ignorować i podawać się sprytnie za ateistów(trudne słowo, mało osób z owej młodzieży wie w ogóle co to znaczy), którzy mogą sobie bimbać na wiarę, religię czy też kapłanów. Teraz jest to tylko niezbyt zorganizowany ruch młodzieżowy, który zwiastuje jednak wydarzenia znacznie poważniejsze, bowiem to ta młodzież za 10-15 lat będzie klasą pracującą i to właśnie oni - którzy wynieśli takie wyobrażenia o religii z wieku dojrzewania - będą odpowiadali w ankietach na pytania takie jak "Czy wierzysz w Boga?", "Jesteś katolikiem/katoliczką?" i tym podobne.</p>
<p>W następnych 10-15 lat będziemy obserwowali ciągłą demoralizacją młodzieży, która będzie coraz częściej plwać na Boga, stając się przy tym główną grupą społeczeństwa. Skończy się okres ślepej wiary w coś, co nam wpoili rodzice, a zacznie się okres wiary, której trzeba będzie szukać. Oczywiście, nauki rodziców będą nadal odnajdywały swoje miejsce w główkach dzieci, więc szeregi katolików będą nadal zasilane, ale ten odsetek osób wierzących w Boga, będzie już mniejszy. Może nieznacznie, może ten spadek będzie naprawdę niewielki, jednak religię, zwłaszcza chrześcijaństwo, czekają w bliskiej przyszłości ciężkie czasy.</p>
<p>Ale warto wziąć pod uwagę jeszcze jedno stwierdzenie:</p>
<p>"Jak trwoga, to do Boga."</p>
<p>Oby nie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Klub Węża.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/23/klub-weza/</link>
<pubDate>Tue, 23 Oct 2007 21:25:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/23/klub-weza/</guid>
<description><![CDATA[Pewnej słonecznej leniwej niedzieli ludzie spacerowali z błogością na twarzach po parkach miejsk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Pewnej słonecznej leniwej niedzieli ludzie spacerowali z błogością na twarzach po parkach miejskich , ciesząc się ciepłymi promieniami słońca , które również z lubością ogrzewały twarze bawiących się dzieci , wtulonych w siebie par zakochanych , bądź też zwykłych przechodniów cieszących się z pięknego dnia. Ludzie chodzili nigdzie się nie śpiesząc , zapominając o trudach życia , oddając się bez reszty przyjemnościom , jakim były spacer po parku , kosztowanie lodów w pobliskich kawiarniach , patrzenie na pobliskie oczko wodne , które skrzyło się w blasku słońca. Jednak nie wszyscy tej niedzieli cieszyli się przyjemnościami takimi jak większość ludzi.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>W odległej części parku stał budynek , pięknej budowy i postury , odbijający się w tafli pobliskiego oczka wodnego. Budynek , a raczej pałac , był wzniesiony w klasycystycznym stylu. Piękne wysokie kolumny utrzymywały sklepienie , a zdobiące owe sklepienie rzeźby aniołów wyrażały bezbrzeżny podziw nad wysiłkami tych kamiennych filarów. Po obu stronach wejścia do pałacu , znajdowały się wysokie okna , przez które ktoś znacznego wzrostu mógł zajrzeć i zobaczyć co w owym pałacyku się dzieje. A działo się w nim nie mało. Łagodnymi falami ze środka płynęła muzyka. Piękna , spokojna , wręcz usypiająca. Ktoś kto jej słuchał musiał leżeć na wygodnej sofie , zapewne luksusowej , leniwymi ruchami kiwał dłonią w rytm cudownej melodii. Ktoś znający się odrobinę rozróżnił by <em>Die Fledermaus Overture </em>Johanna Straussa II. Można by pomyśleć , że to jest spokojna niedziela , którą spędza wielki bogacz w swej posiadłości. Wtem nagle piękną melodię zagłuszył ryk:</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Nie! Nigdy się z tym nie zgodzę! A wy nie przestawajcie grać! – ktoś ryknął w głębi budynku do muzyków , którzy przerwali grę.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Zapewne ciekawi wszystkich co się tam wydarzyło , a zakładam , że jeszcze bardziej ciekawi wszystkich co tam się dopiero wydarzy. Przenieśmy się więc do głębi budynku. Przepływając łagodnie przez sale pięknego wystroju , bogato zdobione najróżniejszymi rzeźbami , aż dopływamy do wielkiego pomieszczenia , gdzie w jednym końcu pomieszczenia siedział kwartet smyczkowy i właśnie zaczynał <em>Nad pięknym modrym Dunajem</em> , a na drugim końcu siedział spory tłum , składający się głównie z bogato ubranych mężczyzn , jednak można w nim było znaleźć również dwie kobiety pięknej urody. Jeden z owych panów był czerwony na twarzy i wyraźnie wściekły.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Panie Potocki! Niechże się pan opamięta! Proszę nie raczyć nas takim pokazem niewychowania! – skarciła głośno czerwonego mężczyznę kobieta , odziana w suknię niezwykłej urody.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Całkowita racja , droga pani. Stanisławie , przyszliśmy tutaj porozmawiać , a nie wydzierać się na siebie nawzajem. To naprawdę nie jest w dobrym tonie , tak krzyczeć , tym samym przerywając naszym znakomitym muzykom. – odezwał się postawny jegomość w czarnym surducie , siedząc na obitym czerwonym materiałem fotelu.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Bardzo przepraszam. Jeśli moje zachowanie się jeszcze powtórzy , poproście mnie śmiało o wyjście z sali. – powiedział skruszony Stanisław Potocki , siadając na swoim fotelu.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Więc na czym to skończyliśmy , zanim pana Stanisława opuściła chęć do kulturalnej rozmowy? – spytała pozostałych piękna młoda kobieta , zwana Elżbietą de Tancarville.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Właśnie mieliśmy zacząć kolejny temat naszego dzisiejszego zebrania , a mianowicie „Czy literatura potrafi wzruszać , czy potrafi zachwycać?” Kto ma chęć zabrania głosu? – zapytał<span>  </span>Sigismund deVries , czytając z przygotowanego arkuszu , kolejny temat do dyskusji.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Proponuję by zaczęła jedna z pań… - zaczął Stanisław Potocki , zapewne usiłując odzyskać choć troszkę poważania u reszty grupy. Kobiety spojrzały po sobie , w końcu Elżbieta lekko skłoniła głową Teresie Merigold , która od razu zaczęła.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Dziękuje bardzo , drogi panie. Jeśli miałabym się wypowiedzieć , to na samym początku pragnę zapytać , o jakim rodzaju literatury tutaj mówimy?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Nie zostało to wyszczególnione. Musimy chyba przyjąć , że mówimy o literaturze , jak o całości. – odpowiedział Sigismund , poprawiając frak.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- No cóż… więc dziś proszę państwa mamy temat-rzekę do dyskusji. Bowiem rodzajów literackich jest tyle , że niejeden specjalista może się w nich zagubić. Niełatwo też jest mówić o konkretnych gatunkach , ponieważ w każdym znajdują się dzieła i niesamowicie piękne jak i te , które należałoby jedynie spalić.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Znowu pani Teresa ma rację. Trudno ocenić konkretny gatunek jako udany czy nie. Gwoli wyjaśnienia: czy dany gatunek potrafi nas wzruszyć i zachwycić czy też nie potrafi. – odezwał się gospodarz Artaud Terranova.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Oczywiście mam nadzieję , że mówimy tutaj o literaturze współczesnej , prawda? – upewnił się Ignacy Wybicki.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- A dlaczegóż to tylko o współczesnej? – pan August Koniecpolski , z dawna nie odzywający się , zapytał nagle.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Wyjaśnienie jest przydługawe , więc jeśli będę kogoś z zebranych tutaj osób nudził , niech da mi znać , dobrze? – widząc potakujące głowy , pan Ignacy wstał i podszedł do miejsca , skąd mógł widzieć wszystkich tu zebranych. – Przypatrzmy się historii. Starożytność. Wspaniały okres , rozkwit cywilizacji Greków , Rzymian , Persów. Teraz zapytam Was co wiemy na temat literatury tamtych czasów?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Przecież istnieją takie piękne dzieła jak <em>Iliada , Odyseja </em>czy <em>Dzienniki </em>Platona i one nam dają przeświadczenie , że w tamtym okresie była tworzona cudowna literatura! – wykrzyknął z emfazą , już znany wszystkim jako wielbiciel literatury starożytnej , August Koniecpolski.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Otóż to! Ile znamy dzieł tamtego okresu? Ile przetrwało do dnia dzisiejszego? Ile naprawdę godnych uwagi dzieł przetrwało do dnia dzisiejszego?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Te , co wymienił pan August plus kilka innych , ale to wszystko.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- A dlaczego tak się stało?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Bo na przestrzeni wieków tylko te wybitne się zachowały i nie zostały zapomniane. – popisała się domyślnością pani Elżbieta.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Dokładnie. We współczesnej literaturze takiego procederu nie ma. Oczywiście , za pięćdziesiąt lat nasze dzieci , bądź wnuki będą pamiętały tylko o tych znakomitych dziełach naszych czasów , inne natomiast , można powiedzieć , nie przejdą do historii. Dlatego załóżmy , że literatura starożytna jest w pewnym sensie doskonała. Przecież już w swoich czasach była uznawana za wyjątkową.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Racja panie Wybicki. <em>Iliada </em>jest piękna pod każdym względem. Zachwyca nas swoim rozmachem , czaruje opowieścią o tragicznej miłości , wreszcie fascynuje swą batalistyką i wielką różnorodnością postaci. – dorzuciła Teresa Merigold , widząc gorliwie potakującego pana Augusta.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- To samo oczywiście odnosi się do <em>Odysei</em>. Ale skupmy się na literaturze współczesnej , skoro wszyscy zgodziliśmy się , że literatura starożytna jest doskonała.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Przynajmniej w znakomitej większości się zgodziliśmy – powiedział Robert Galla , obserwując nadąsanego Augusta Koniecpolskiego.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- No tak czy inaczej , wróćmy do rozmowy o literaturze współczesnej… - nie zdążył skończyć pan Ignacy , gdy mu przerwał milczący od początku nowego tematu , pan Sebastian Radcliffe , wykładowca filologii francuskiej.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Rozumiem już zamysł pana Wybickiego. Chce nam pan uzmysłowić , że w dzisiejszych czasach , gdzie papier , o tak! , papier jest towarem bardzo szeroko dostępnym i praktycznie każdy ma ,a przynajmniej powinien mieć kilka książek , jest wydawana wielka ilość książek , które zostały napisane przez , delikatnie mówiąc , leciwych pisarzy i nadają się jedynie na śmietnik. Dlatego przedmówca chce rozmawiać o literaturze współczesnej , ponieważ jest większy wybór pozycji , które mamy do dyspozycji. Wybaczcie za rym. – mrugnął do zgromadzony Sebastian Radcliffe. – Jako , że się zgadzam z twierdzenie tematu , to postaram się moją opinię uzasadnić. Zrobię to na podstawie znakomitej książki , arcydzieła pisarstwa…</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- No niechże pan nas już nie męczy! Jaka to książka? – zapytał któryś z obecnych.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Mistrz i Małgorzata , pióra Michaiła Bułhakowa. – odpowiedział z promiennym uśmiechem wykładowca filologii francuskiej.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Znakomity wybór!</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Naprawdę piękna książka! – posypały się wyrazy uznania.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Tak więc zacznę od niesamowitego przedstawienia Szatana w tejże książce. Jest on dowcipny , inteligentny oraz jak się okazuje jest niesamowitym dżentelmenem. Ponadto bardzo mnie zdumiewała postawa Jezusa w opowieściach Wolanda. Rzadko kiedy możemy zauważyć takie podejście do Jezusa. Zwłaszcza w naszym kraju , który jak wiemy ślepo podąża za jednym i tym samym od wielu pokoleń , mało się zastanawiając nad samą istotą wiary.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Ale przecież nie będziemy rozmawiać o religii , drogi Sebastianie. Jeśli się zgodzisz , to dorzucę kilka słów od siebie<span>  </span>, dobrze? – widząc skinięcie głową poprzedniego mówcy , Jan Taggendorf kontynuował. – Mnie natomiast podobał się najbardziej Kot Behemot i jego nienaganny humor. Proszę o wybaczenie wszystkich , zapomniałbym o postawie owego kocura-demona , postawie wiecznie poszkodowanego , a jednocześnie tryskającego humorem.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Dokładnie panie Janie! Ale wspomnijmy o drugiej części tego dzieła. O tytułowym „Mistrzu i Małgorzacie”. O ich pięknej i zarazem tragicznej miłości. O miłości , którą sam Władca Piekieł postanowił uczynić wieczną , robiąc z Mistrza i Małgorzaty swoich towarzyszy , demony inaczej mówiąc.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Słyszę same głosy zachwytu , więc zgadzamy się , że „Mistrz i Małgorzata” jest przykładem literatury pięknej , zachwycającej nawet takie starożytne serca , jak pana Augusta? Tak? Cóż to pani Tereso? Łzy? Jakoś panią uraziłem? – spytał przestraszony Wybicki , z miejsca podchodząc do ocierającej łzę kobiety.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Nic… , tylko ilekroć czytałam tą książkę , tylekroć wzruszałam się nad losem owej pary. Prawdziwe arcydzieło! – otarła ostatnią łzę z policzka i spojrzała hardo na resztę zebranych. – Czy zgadzamy się , że „Mistrz i Małgorzata” zalicza się do literatury wzruszającej i zachwycającej nas?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Tak!</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- No jasne!</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- A jakże!</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Powiedzmy… - rzucił August Koniecpolski , a reszta spojrzała na niego jak na coś obrzydliwego , co przykleiło im się do podeszwy.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Oczywiście , że tak!</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- No ja też się zgadzam , więc mamy przegłosowane. Ktoś ma jakąś propozycję odnośnie książki , która zasługuje na miano książki , zdolnej poruszać nasze serca i wzbudzać podziw?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Ja mam jedną propozycję , jednak nie wiem czy ktokolwiek zechce mnie wysłuchać , ponieważ jest to książka z gatunku rzadko omawianego na naszych spotkaniach. Chodzi mi o całkiem nową pozycję Stevena Eriksona zwaną Bramy Domu Umarłych.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- O czym jest ta książka?</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Opowiada ona o wojnie , która toczy się między wojskami jednej prorokini , a potężnemu imperium , które jednak coraz bardziej stacza się ku upadkowi. Jest tam wiele wątków , jednak ja chciałbym poruszyć tylko dwa. Pierwszy wątek dowódcy zwanego Coltainem. Drugi opowiada o dwóch przyjaciołach. Który wątek was bardziej interesuje? – zapytał Arteud Terranova , czekając na reakcje zebranych w pałacu osób. <span>     </span>- Osobiście bardziej interesuje mnie pierwszy wątek , może być? – upewnił się Stanisław Potocki , znany wielbiciel bitew i najróżniejszych taktyk , wojsk.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>- Skoro odpowiada wam to , to zacznę od początku. Głównym wątkiem jest odwrót uciekinierów , osłanianych przez armię Coltaine’a. Dramatyczność tej sytuacji rośnie , gdy okazuje się , że najbliższe wolne miasto jest oddalone blisko o półtora miesiąca drogi. Półtora miesiąca drogi pośród tysięcy cywili i setek bydła. Nic nie byłoby w tym strasznego , gdyby nie klimat terenu przez jaki musi ta armia przechodzić. Przez pustynię. Na dodatek cały czas nękana przez atakujących ją od tyłu wojowników prokini. Cała książka opisuje na przemian perypetie owych wojowników , którzy ciągle giną pod naporem przewagi liczebnej nieprzyjaciela i przygody dwóch przyjaciół.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Tragizm ucieczki tej armii zwanej Sznurem Psów zwiększają opisy , w których kawaleria oddaje ostatnie resztki wody swym wierzchowcom , a potem wypija… ekhm… mocz. Tylko by przeżyć , by wywalczyć drogę cywilom do miasta. Jak można przewidzieć w mieście stacjonuje armia , która mogłaby pomóc Coltaine’owi , jednak ona dowodzona jest przez tchórza , bojącego się opuścić bezpiecznych murów twierdzy. Finał dramatu odbywa się prawie pod murami miasta. Cywile , którym przewodził przyjaciel Coltaine’a , historyk imperialny , docierają do miasta , jednak cenę za dotarcie płaci dowodzący Sznurem Psów.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Wspinając się na wzgórze , z garstką żołnierzy , jest atakowany ze wszystkich stron. W końcu ostatni bastion pada. Nawet z daleka można zauważyć krzyż , na którym wisi Coltaine. Dowódca , który pokonał pół kontynentu , przeszedł przez pustynię , z kilkudziesięcioma tysiącami cywili , nękany nieustannymi atakami , jest męczony przez hordy nieprzyjaciół. Z murów twierdzy wznosi się lament. Lament trwogi , strachu i rozpaczy. Bezdennej jak otchłań. W końcu znajduje się jeden człowiek , który zgadza się zabić Coltaine’a , by ulżyć jego cierpieniom. Strzała trafia. Coltaine umiera. Śmiercią bohaterską i piękną. Nie będę ukrywał tutaj<span>  </span>, że roniłem łzy jak grochy , przełykałem głośno ślinę , myśląc nad wszystkim co on dokonał.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Co tym samym dokonał Erikson swoją książką zmuszając mnie do rzewnych łez. Wręcz do żałoby nad takim dowódcą. Za to uważam go za twórcę , który mnie zachwycił i wzruszył. Do łez… - zamilkł na chwilę pan Arteud.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Ekhm? Drugi wątek? – zapytał po chwili głębokiego milczenie Sigismund de Vries. Nawet orkiestra przestała grać.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- A tak. Drugi wątek jest równie tragiczny. Ale tutaj opowiem pokrótce , by was nie zanudzić. – mrugnął do zebranych Terranova. – Więc dwoje przyjaciół , Icarium i Mappo , podróżowali przez wieki , przez dziesiątki wieków po różnych kontynentach świata. Icarium , jako istota , której gniewu bały się wszystkie istoty na ziemi , był omijany szerokim łukiem. Gniew ten był zaprawdę straszliwy , a trwał do momentu gdy wszyscy wokół byli martwi. Nikt nie mógł wtedy Icariuma powstrzymać. A ten istniejąc od tysięcy lat wpadał w gniew wielokrotnie i tym samym pozbawiając życia całych cywilizacji. Zapytacie na czym polegał tragizm tego zestawienia?</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Otóż to. Co w tym jest takiego tragicznego?</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Fakt , że Icarium cierpiał na wielką amnezję. Ale cały czas poszukiwał odpowiedzi na pytania <em>Kim jest? Skąd jest?</em> Wędrował po kontynentach , zwiedzał ruiny , zniszczonych przez siebie samego cywilizacji , ale tego nie pamiętał. Jedna osoba była zawsze koło niego i pamiętała. Mappo. Dręczony wyrzutami sumienia wobec swego przyjaciela , a jednocześnie zaprzysiężony by nic mu nie mówić. I nie dopuścić do dowiedzenia się o tym. Wewnętrzny konflikt rozdzierał serce Mappa , lojalność wobec przyjaciela czy zobowiązanie wobec przysięgi. I jeszcze ciągle towarzyszenie Icariumowi w jego poszukiwaniach , po tych samych miejscach , po tych samych zniszczonych metropoliach , gdzie wspomnienia wracały do niego niczym bumerang. Wspomnienia w których jego przyjaciel niszczy całe ludy , a on , Mappo Trell , przygląda się temu z bólem w sercu. Na tym polegał konflikt wewnętrzny i tragizm tego zestawienia. Z tych dwóch powodów jestem przekonany , że książka , o której wspominałem powinna dostać miano „wzbudzającej emocje i zachwyt”. Czy zgadzacie się ze mną?</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Rozumiem przywiązanie pańskie do tej książki , ale żeby określić czy rzeczywiście jest tak dobra , by dostać to miano , musielibyśmy ją przeczytać i wtedy ocenić.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Jednak to , co było w książce najważniejsze , streściłem Wam! – żachnął się Terranova.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Oczywiście , jednak zrobił pan to , na tyle nieskładnie , że niewiele zostało z tego uroku. – odezwała się Elżbieta de Tancarville , odrzucając włosy do tyłu.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Niestety nie możemy przyznać takiego tytułu Bramom Domu Umarłych. Weźmy też pod uwagę , że każdemu co innego się podoba. Mi może się podobać epicka opowieść o wielkich wojnach i bohaterach , drugiej osobie spodoba się literatura refleksyjna. Wszystko to kwestia gustu.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Ależ oczywiście. Przecież komuś może się spodobać <em>Pan Tadeusz </em>i czytać go namiętnie od dwunastego roku życia , a ktoś może zasypiać przy szóstej stronie.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Ale czy zgadzamy się w takim razie z twierdzeniem , że literatura wzrusza i zachwyca?</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Zgadzamy się. – odezwał się w imieniu wszystkich Robert Galla. – Z zastrzeżeniem. Albo dwoma. Pierwsze to kwestia gustu. Są takie księgi , co umieją wzruszyć każdego , kto je przeczyta i te nazywamy arcydziełami. Są też takie księgi co wzruszają tylko niektórych , trafiając w ich upodobania. Drudzy natomiast przeczytają je i nie poczują nic. A przynajmniej nie to , co ich poprzednicy.<span>  </span>Druga to kwestia to kwestia ówczesnych pisarzy , którzy w zasadzie kalają dobre imię literatury , swoimi tekstami. I te „dzieła” nie wzruszą nas , ani nie zachwycą. Wzbudzą jedynie politowanie , albo jeszcze gorszą obojętność. I te książki zostaną zapomniane. Popatrzmy na przestrzeń dziejów. Ile książek przetrwało w każdej epoce jako te wybitne , a ile zostało zapomnianych? To pytanie zostawiam Wam drogie panie i drodzy panowie do przemyślenia.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Przez jakiś czas milczeli wszyscy , rozważając w duszy to spotkanie. Kwartet smyczkowy zagrał <em>Tritsch-Trasch Polkę</em> , po czym z ukłonem wycofał się. Pierwsza wyszła Teresa Merigold , po czym reszta , nadal w ciszy skierowała się ku wyjściu. Pod pałacykiem stały karoce i powozy. W końcu goście pojechali , a gospodarz Arteud Terranova , długo patrzył za nimi.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Ludzie tymczasem wyrywali się powoli z niedzielnego otępienia. Spostrzegali , że już późno , że czas już iść do domu. Dzieciaki wracały do rodziców z niechęcią , bowiem zabawa jak zwykle rozkręciła się najlepiej na koniec pobytu w parku. Kawiarnie zaczęły opuszczać rzesze klientów. Leniwa atmosfera opuszczała wszystkich ludzi , przypominając im , że następnym dniem jest zwykły pracujący poniedziałek. Większość ludzi wróciła spokojnie do swych domów , zjadła bez pośpiechu obiad. Odwiedziła kościół , będąc przyzwyczajonym do cotygodniowych mszy. Wieczorem można było zobaczyć kilka par przechadzających się po parkach , podziwiających niezwykle piękny zachód słońca. Mniejszość zaś zaszyła się w swoich sanktuariach , ze szklaneczką brandy bądź zimną lemoniadą , trzymając na kolanach książki. Pogrążała się coraz głębiej w uczuciach bohaterów , zanurzając się w wytworzony w ludzkim umyśle świat , całkowicie zapominając o tym świecie rzeczywistym. Czytając. Książki , które stały się dla nich drugim , jeszcze bogatszym światem. Co w nich odnajdą? I czy ich to zachwyci? To już każdy czytelnik sam sobie odpowie…</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dywagacje na temat boskości Maryi.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/23/dywagacje-na-temat-boskosci-maryi/</link>
<pubDate>Tue, 23 Oct 2007 18:52:55 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2007/10/23/dywagacje-na-temat-boskosci-maryi/</guid>
<description><![CDATA[Zacznę prozaicznie i trywialnie, nie siląc się w najmniejszym stopniu na oryginalność wstępu, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Zacznę prozaicznie i trywialnie, nie siląc się w najmniejszym stopniu na oryginalność wstępu, od przekazania na jakich dziełach będę się opierać w moich rozważaniach. Pierwszym moim, a zarazem najstarszym polskim, tekstem poetyckim będzie osławiona „Bogurodzica” , będąca swojego rodzaju patriarchą polskich pieśni. Drugim czynnikiem mojej pracy będzie również sławny, choć w sposób nieporównywalny do „Bogurodzicy”, plankt „Posłuchajcie, bracia miła”. Oba te – niewątpliwej wartości narodowej, jak i merytorycznej – utwory są zabytkami języka polskiego. Oba charakteryzuje trudny do zrozumienia – a co więcej, do zinterpretowania – język, który przecież tak znacznie odbiega od dzisiejszej, pełnej skrótów i zapożyczeń, mowy. Na dodatek oba te teksty są tworami ludzi(bo choć, zarówno „Bogurodzica jak i Lament Świętokrzyski nie mają wyszczególnionych autorów, to jednak można śmiało założyć, że napisali je ludzie), których poglądy na religię i wiarę tak się różnią od obecnych, tak więc wywnioskować można, że jako osoba, której przekonania drastycznie się różnią od niegdysiejszych, mogę popełnić błędy w moich rozważaniach. Zapewniam jednak, że będę się tego z nabożnym lękiem wystrzegał.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Przez wgląd na historię powstania, zaszczytne wydarzenia, które kojarzymy z tą pieśnią( rola hymnu narodowego przed Bitwą pod Grunwaldem), zacznę od tekstu „Bogurodzicy”, który jak wiemy zawiera wiele pobocznych i symbolicznych znaczeń, które wielką szkodą byłoby pominąć. „Bogurodzica”, jako najdawniejsza polska pieśń powstała najprawdopodobniej pomiędzy XI a XIV wiekiem, jednak najpewniejsze źródła wskazują na wiek XIII. Niegdyś napisanie tegoż utworu przypisywano św. Wojciechowi. Przechodząc od części historycznej do literackiej, warto jeszcze wspomnieć, że literaturę w tych czasach determinowała jedna osoba, na której skupiało się życie wszystkich ludzi żyjących w Europie. Oczywiście tą osobą jest Bóg chrześcijan, zwany Jahwe. To poprzez jego pośredni, a bezpośredni wpływ Kościoła, przez dłuższy czas wszelkie literackie dzieła były tworzone wyłącznie z myślą o Bogu. Takie też myślenie widać gołym okiem w „Bogurodzicy”, choć to zamierzam wyjaśnić w dalszej części mojej pracy.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Podmiotem lirycznym w najstarszej polskiej pieśni jest Lud Boży, zwykli mieszkańcy ziemskiego padoły, żyjący z nadzieją, że marne życie na ziemi zostanie im wynagrodzone w zaświatach. Przedmiotem próśb owych śmiertelników jest Maryja, która przez wzgląd na św. Jana Chrzciciela, jest proszona, a wręcz błagana, aby przekonać Jezusa Chrystusa, że te marne owieczki jego stada są warte, cudownego wiecznego życia. Samo błaganie występuje głównie w pierwszej strofie, w słowach: „(…) Zyszczy nam, śpu(ś)ci nam.”, które w przełożeniu na język zrozumiały dla przeciętego zjadacza chleba, znaczą: pozyskaj, zjednaj, ześlij. Druga strofa przytacza nam „konkrety”, których chcą biedni - żyjący na ziemi – ludzie, a mianowicie to wyczekiwane przez wszystkich życie wieczne. Ciekawym, jak dla mnie, człowieka nie znającego się na mediewistyce, jest zastosowanie pośrednictwa między odległymi elementami świata, jak to opisał w swych dziełach św. Tomasz z Akwinu. Wspominał on o elementach, będących w zbyt wielkiej odległości od siebie , która skutecznie utrudniała im kontakt. W identycznej sytuacji jest Lud Boży nadaremnie błagający Boga o życie wieczne, który potrzebuje pośrednika, elementu będącego w stanie komunikować się, i z Ludem Bożym, i z Bogiem, a znajduje go w osobie Matki Boskiej, Maryi Dziewicy. Jest ona w „Bogurodzicy” przedstawiona jako osoba bliska Bogu, przez niego wybrana, od której zależy życie pozagrobowe rzesz wiernych. Poniekąd spełnia tu rolę boską, ponieważ to ona może zadecydować, czy wierni zostaną wysłuchani przez Boga, czy też, używając powiedzenia z obecnych czasów, zostaną „odprawieni z tzw. kwitkiem”. Biorąc pod uwagę Maryję, która była przedstawiona w Ewangeliach, jako wzór wszelkich cnót, to możemy być pewni, że błagający zostaną wysłuchani. Nasuwa mi się jednak jeszcze jedno stwierdzenie z naszych czasów, gdy czytam moje powyższe słowa: „Jedno jest pewne. Nie ma nic pewnego”.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>Drugim tekstem moich rozważań jest „Lament Świętokrzyski”, którego pełna nazwa brzmi „Posłuchajcie, bracia miła, żale Matki Boskiej pod Krzyżem”. Jest to anonimowa pieśń z drugiej połowy XV wieku, która należała do rękopiśmiennego zbioru tzw. „Pieśni łysogórskich”. Wyróżnia je zadziwiająca treść(oczywiście jak na te czasy) i kunszt wersyfikacyjny(inicjuje wiersz wolny) oraz kompozycyjny (tryptyk). Ważnym, a dla mnie szczególnie ważnym, bo na tym właśnie punkcie będę opierał swoją przyszłą opinię, jest czynnik w pieśni, który wskazuje, że wiersz jest niezwykłą tonacją uczuciową. Rękopis tego dzieła zaginął w roku 1944 w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie, przez co nasz naród stracił wspaniałe źródło pisane polskiego języka tamtych czasów.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>„Lament Świętokrzyski” jest pieśnią, której przedmiotem lirycznym jest tytułowa Matka Boska, stojąca pod Krzyżem, na którym jak wiadomo jest ukrzyżowany Jezus, i patrząca na cierpienie i w końcu śmierć swego syna. Adresatami jej żalów są wszyscy ludzie na ziemi o czym doskonale mówią następujące fragmenty: „Pożałuj mię, stary, młody”, „Posłuchajcie, bracia miła”, „O anjele Gabryjele”(co dowodzi, że nie tylko ludzie mieli wysłuchać jej żalów), „Proścież Boga, wy miłe i żądne maciory”. Matka Boska wylewa swoje żale, głosząc jaka straszna „krwawa godzina” dla niej wybiła, że musi patrzeć na torturują jej ukochane dziecko. W czwartej strofie Maryja zwraca się do Jezusa i prosi by podzielił się z nią swymi ranami, by oddał jej część swego, niewyobrażalnie ciężkiego jak dla zwykłego śmiertelnika, brzemienia. W następnej strofie Matka Boska przez cały czas rozwodzi się jakby mogła ulżyć cierpieniom Chrystusa, pomagając mu pokonać ból. Kończy się to jednak na smutnym wniosku, że nie można dosięgnąć( i tym samym wspomóc) świętego ciała Jezusowego. Zaskakującym następstwem jest oskarżenie archanioła Gabriela o oszustwo jakie popełnił, obiecując Maryi wszelkie szczęścia, których miało być tak wiele, a z których ostał się jedynie smutek, żałość i przejmująca otchłań bezdennej rozpaczy wylewana przez skrzywdzoną matkę, patrzącą na śmierć swego jedynego, ukochanego syna. W ostatniej strofie Maryja wylewa swe żale po raz ostatni, mówiąc, żeby żadna z matek na świecie nie musiała cierpieć jej mąk, gdy patrzyła na cierpiące dziecko, które zamęczono bez żadnej winy.</p>
<p class="MsoNormal"><span>            </span>„Posłuchajcie, bracia miła…” jest naszpikowany negatywnymi emocjami, które jednak jasno wskazują, że przedstawiona tam kobieta nie jest nikim większym niż zwykły człowiek, który boryka się trudnościami. Typowo ludzkie zachowania - jak oskarżanie świata o tą niesprawiedliwość, która ją spotkała; jak czucie się oszukanym przez istoty, które zostały ponoć stworzone do największego dobra, a jednak zdradziły jedną biedną kobietę – dowodzą, że zamysłem autora (kimkolwiek on był) było pokazanie Maryi, jako osoby z wadami, z ułomnościami, z problemami. Zamysłem autora było pokazanie Matki Boskiej, Maryi Dziewicy, jako zw