<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>rafal &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/rafal/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "rafal"</description>
	<pubDate>Tue, 07 Oct 2008 13:17:05 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Drut]]></title>
<link>http://prusaczanora.wordpress.com/?p=22</link>
<pubDate>Tue, 17 Jun 2008 11:15:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>urbanboogie</dc:creator>
<guid>http://prusaczanora.pl.wordpress.com/2008/06/17/drut/</guid>
<description><![CDATA[Drogi pamietniczku, sie obudzilem dzisiaj pozno i zaspalem i jak wstalem to Rafala juz nie bylo. Zos]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Drogi pamietniczku, sie obudzilem dzisiaj pozno i zaspalem i jak wstalem to Rafala juz nie bylo. Zostaly po nim tylko kapcie i telefon gluchy. I laptop i gitara i telewizor, troche jedzenia w lodówce, bułka z makiem na blacie, aparat i palma wielkanocna na półce. Poza tym fchuj jakichs niepotrzebnych ksiazek, ale to tez sie sprzeda jakims glupim studentom, albo żulom, co by mogli sie nacieszuc odrobina ciepla w zimowe wierzory. Uczyczam jego odejśćie minutą ciszy, wiernie mi slużyl ale sie zużyl :&#60;</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[who is the master, who is the slave...]]></title>
<link>http://iwannanewme.wordpress.com/?p=14</link>
<pubDate>Sun, 25 May 2008 23:30:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>iwannanewme</dc:creator>
<guid>http://iwannanewme.pl.wordpress.com/2008/05/25/who-is-the-master-who-is-the-slave/</guid>
<description><![CDATA[wycieczek po Londynie dzień kolejny. Dzisiaj pojechałam odwiedzić pana Al Fayeda w Harrodsie. Nie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>wycieczek po Londynie dzień kolejny. Dzisiaj pojechałam odwiedzić pana Al Fayeda w Harrodsie. Nie spotkałam go niestety (wszyscy chyba na urlopy pojechali), pooglądałam drogie gadżety w szklanych gablotkach i sobie poszłam... dużo ludzi, tłok, kupłam dwie bułeczki poszłam do Hyde Parku. Niestety pogoda się dzisiaj popsuła - było pochmurno i szaro. Na chwilę wyszło słońce ale zaraz  zasłoniła je wielka ciemna chmura. W parku usiadłam sobie na ławce, nad jeziorem, wypisałam kartki... a potem robiłam zdjęcia wiewiórce ;)</p>
<p>Siedząc tak na tej ławce i kombinując co napisać na kolejnej kartce doszłam do wniosku, że mój dobry nastrój niekoniecznie wynika z tego, że jestem w Londynie... ja w końcu mam kilka dni tylko i wyłącznie dla siebie! i to jest to co powoduje u mnie w tej chwili bardzo dobry humor. Mam kilka dni gdzie jedynym moim zmartwieniem jest tylko to gdzie dzisiaj sobie pojadę i co zobaczę... Widzę dzień, widzę ludzi, widzę miasto...to jest coś czego na codzień nie doświadczam -  wbijam się do biura ok 9.30 i wychodzę o 19. Kilka tygodni temu miałam wolny dzień i musiałam coś załatwić. Jakież było moje zdziwienie, że o godzinie 17 na ulicach są jacyś ludzie. W moim kalendarzu ta godzina nie istnieje. Ta godzina to jest czas spędzany jeszcze w biurze, które powoli chyba wysysa ze mnie życie i energię. Od kilku tygodni dochodzę do wniosku, że długo tam już chyba nie wytrzymam. Na razie daję sobie czas do końca roku - jeżeli nic się nie zmieni to ja zastanowię się nad zmianą miejsca pracy. Brak jakiejkolwiek interakcji między ludźmi u mnie w zespole wpędza mnie w lekką depresję. Już nawet podłączyłam słuchawki do komputera chociaż wcześniej radio i muzyka grała przez głośniki... nie chce mi się już słuchać tej ciszy jaka tam panuje a i tak jakiekolwiek życiowo ważniejsze sprawy, typu ustalanie tego co zjemy na obiad, załatwiamy przez gadu. A tak to przynajmniej ja sobie muzyki posłucham... No i właśnie taki myśli mnie dzisiaj ścigały - w końcu kilka dni dla siebie :) na spacer, na kawę na mieście, na czytanie książki w parku... W tej opowieści jestem bardziej slave niż master...</p>
<p>Popołudniu widziałam się z rafałem, poszliśmy na spacer po jego dzielnicy, wypiliśmy kawę (oczywiście ze Starbucks bo korzystam z ich kawiarni tutaj)... to fajny koleś jest więc to był bardzo miły czas. Potem przeszłam sobie do Camden Town - ciekawe doświadczenie, dużo ciuchów, torebek, koralików, biżuterii - bardzo kolorowo. A wieczorem... wieczorem była przejażdżka na motorze ;) pogoda była kiepska więc za długo nie jeździliśmy bo zimno, deszcz padał a poza tym niewiele i tak było widać. Pierwszy raz jechałam na motorze i muszę przyznać, że może to być całkiem erotyczne przeżycie. Piszę może bo w tym przypadku takie nie było - po prostu przejażdżka z kolegą. Ale wyobraźcie sobie co by było gdyby siedział tam kto inny... albo gdybym ja była inną kobietą... moje ciało przylegające do pleców kierowcy, przy zwiększaniu prędkości przestrzeń między ciałami staje się jeszcze mniejsza... sam początek jest już nęcący - siadasz i obejmujesz go nogami... ehhhh, można sobie pomarzyć, co? ;) może kiedyś się spełni...</p>
<p>a tymczasem jutro powrót do warszawy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[London calling...]]></title>
<link>http://iwannanewme.wordpress.com/?p=13</link>
<pubDate>Sat, 24 May 2008 20:41:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>iwannanewme</dc:creator>
<guid>http://iwannanewme.pl.wordpress.com/2008/05/24/london-calling/</guid>
<description><![CDATA[trzeci dzień w Londynie&#8230; już pojutrze wracam do Warszawy&#8230; 4 dni to zdecydowanie za ma]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>trzeci dzień w Londynie... już pojutrze wracam do Warszawy... 4 dni to zdecydowanie za mało :/ chyba wybiorę się tu jeszcze w tym roku. Tylko tym razem już nie sama - zabiorę ze sobą Anulę bo z nią będzie tu jeszcze ciekawiej ;) spacerowanie po Londynie jest bardzo przyjemne ale chyba fajniej jeszcze będzie z drugą osobą. Chcę wykorzystać te kilka dni i łażę jak najwięcej się da. Wieczorem wracam do domu tak padnięta, że padam na kanapę i nie jestem w stanie się ruszyć. Chyba przed kolejną wizytą tu muszę naprawdę schudnąć bo moje nogi nie wytrzymują ciężaru - droga metrem z centrum zajmuje jakieś pół godziny i kiedy po tym czasie wstaję i muszę wyjść z pociągu to idę jak połamana. Bolą mnie biodra, kolana, kręgosłup... zero kondycji... ale też dawno nie łaziłam tyle ile tutaj teraz - z metra korzystam tylko, żeby dojechać gdzieś i stamtąd zacząć spacer. Dzisiaj pojechałam sobie na Greenwich, pochodziłam po uliczkach, po parku, poszłam do Obserwatorium, żeby zobaczyć zerowy południk. Pogoda dzisiaj była całkiem ładna - świeciło słońce i jedynym mankamentem był bardzo silny wiatr. Zrobiłam sporo zdjęć... potem podjechałam sobie w okolice Tower (stację przed) i przespacerowałam się wzdłuż Tamizy. Przeszłam w obie strony przez Tower Bridge, żeby porobić zdjęcia a potem aż do Waterloo.</p>
<p>Wczoraj pojechałam do Notting Hill - zrobiłam oczywiście zdjęcie księgarni z książkami podróżniczymi ;) niestety Hugh Granta nie spotkałam ;/ potem przeszłam sobie Portobelo Road - to jest ta uliczka, którą Hugh szedł a pory roku się zmieniały. Na ulicy stoją stragany, taki targ trochę, na którym można wszystko kupić (więc ja kupiłam sobie kanapkę). Potem stamtą na piechotę poszłam do centrum bo po 14 byłam umówiona z Magdą - odebrałam ją z pracy i poszłyśmy z ludźmi od niej z biura na piwo. Tutaj wolno pić na ulicy więc przed wszystkimi knajpami stoją masy ludzi ze szklankami z browarem w ręku i gadają sobie - w środku zazwyczaj jest pusto. U nich nie można palić w knajpach więc to chyba też dlatego. A poza tym na dworze przyjemniej.</p>
<p>Później pojechałyśmy z Magdą do niej na chwilę i potem do fryzjera. Ona poszła się farbować a ja zasnęłam na krześle czekając na nią. Chyba na dobre 40 minut się kimnęłam ;) Byłam mega padnięta a to jeszcze nie był dla mnie koniec dnia. Od niej pojechałam do Rafała bo umówiliśmy się, że przyjdę na wykład, który ogranizował. Rafał to mój brat, który od ładnych paru lat błąka się gdzieś po Europie i chyba ani myśli wracać do Warszawy - bo w sumie i po co. Pracuje w Royal Festival Hall chyba... chyba bo to jest taki kompleks muzeów, galerii i nie wiem jak to się nazywa dokładnie. Generalnie całkiem fajne rzeczy się tam dzieją chyba. W przyszłym tygodniu zaczyna się cykl wystaw Psycho Buildings ale już wczoraj było pierwsze spotkanie. Jakiś brazylijski artysta miał opowiadać o swoich pracach i o wpływie różnych aspektów na sztukę i architekturę. Poszłam tam głównie po to, żeby zobaczyć się z Rafałem i zakładam, że po pierwsze niewiele zrozumiem a po drugie, że się nieźle wynudzę. Było jednak inaczej - zrozumiałam całkiem dużo a i wyśmiałam się nieźle. Ernesto Neto, ten brazylijczyk, zgubił się Rafałowi przed spotkaniem i chyba wypił sobie w tym czasie kilka piw bo gadał mega śmiesznie. Zrozumiałam większość tego co mówił ale jaki był temat całego tego spotkania i o co w nim chodziło to nie wiem. Ernesto opowiadał o tym jak powstają jego prace, co go insporuje i co wywierało wpływ na różne nurty w brazylijskiej sztuce/architekturze ale przy tym co chwila odbiegał od tematu opowiadając jakieś swoje historie i anegdoty, sala wybuchała śmiechem a biedy koleś, który miał być moderatorem tej rozmowy nie za bardzo wiedział chyba jak to ogarnąć ;) Rafał niestety potem musiał z nimi zostać więc nie poszliśmy nigdzie już. Mieliśmy się spotkać dzisiaj ale się do mnie nie odezwał - wysłałam smsa, nie odpisał więc może coś mu wypadło.</p>
<p>Jak wrócę do domu to może uda mi się wstawić jakoś tu mapy, żeby zaznaczyć trasy moich spacerów. Na razie muszę zacząć kombinować jak tu sobie załatwić trochę więcej wolnego, żeby przyjechać tu na trochę dłużej...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zwierzenia pewnej dziewczyny - najlepszy dzień w życiu.    (by kuriaki)]]></title>
<link>http://scypion.wordpress.com/?p=14</link>
<pubDate>Tue, 29 Apr 2008 10:29:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>kuriaczek</dc:creator>
<guid>http://scypion.pl.wordpress.com/2008/04/29/zwierzenia-pewnej-dziewczyny-najlepszy-dzien-w-zyciu-kuriaki/</guid>
<description><![CDATA[ Witaj drogi Piotrku.
Dość długo zbierałam się do napisania tego listu, aż zachęcona Twoimi m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft" style="border:1px solid black;float:left;margin:1px;" src="http://republika.pl/blog_dr_1041752/2098408/sz/deszcz_i_kobita_w_zoltej_bluzce.jpg" alt="" width="249" height="280" /><span class="postbody"> Witaj drogi Piotrku.<br />
Dość długo zbierałam się do napisania tego listu, aż zachęcona Twoimi miłymi przyjacielskimi smsami postanowiłam napisać o moim najlepszym dniu w życiu. Diametralnie zmienił on postrzeganie świata i wprawił w bardzo optymistyczny nastrój. Jako, że wybieram się na studia dziennikarskie spróbuję zachować się jak prawdziwy redaktor i zrelacjonować Ci go w ciekawy sposób. Mam nadzieję, że nie będziesz się nudził i że uda Ci się go przeczytać do końca.</span></p>
<p>Żaden znak na niebie ani ziemi nie przepowiadał tego, że dzisiejeszy dzień stanie się najlepszym w moim życiu... Zła seria rozpoczęła się w nocy. Sąsiedzi, którzy kilka dni wcześniej wprowadzili się do bloku urządzili sobie "parapetówę". Jak to bywa w takich sytuacjach hałas był nie do wytrzymania, bynajmniej nie potrafiłam przy tym zasnąć. Na nic zdawały się moje wypróbowane sposoby np. stukanie łyżką w kaloryfer...<br />
Długo to jeszcze będzie trwać? - pomyslałam. Porządni ludzie śpią w nocy! Jejku, że też los nie mógł mi zesłać inych sąsiadów... Brałam pod uwagę jedną, skrajną możliwość tj. telefon do panów w niebieskich mundurach. Nie darzyłam ich jednak zbytnią sympatią i szczerze mówiąc nie chciałam by zabrudzili mój nowiutki dywan zabłoconymi butami. Nigdy nie lubiłam nieprzespanych nocy jednak ten jeden raz mogłam przymknąć oko. Niech się bawią, ale jutro cisza bo będzie źle. Załączyłam Within Temptation i po cichutku wpłynęłam w romantyczny gotycki nastrój.<br />
Z łożka zwlokłam się bardzo wcześnie, w nocy nie zmrużyłam oka i czułam się jak bokser po 12 rundowej walce... Pod oczami miałam worki wielkości gruszek a w dodatku wszystko mnie bolało.<br />
- Jejku, skąd ja biorę na to wszystko siły... Jestem jak Superman, jak Batman... jak Catwoman! Oglądałam ją kiedyś w filmie. Ech żeby tak wdrapać się po bloku i zakończyć te nocne zabawy... Z istnie diabelskich rozważań wyrwał mnie głos mamy oznajmiający śniadanie.<br />
- Już idę,już id... nagle mój głos urwał się... Dzisiaj klasówka!!! Houston we've got problem... Nie miałam sił na przeglądanie książek a kolejne wagary nie wchodziły w grę. Mama ma mnóstwo własnych kłopotów, nie chcę Jej tworzyć kolejnych... Jestem już dorosła. Dumnie spojrzałam na książki. Nie uczyłam się, ale dzisiaj pokażę na co mnie stać! Od zawsze byłam typowym średniakiem, ale postanowiłam wziąśc sprawy w swoje ręce i pierwszy raz udowodnić klasie i nauczycielom swoją wartość.<br />
Po wykonaniu codziennych czynności i zjedzonym śniadaniu wybrałam się do szkoły.<br />
- Powodzenia córeczko. Trzymam za Ciebie kciuki - rzuciła mi na pożegnanie mama.<br />
Była ona moją najlepszą przyjaciółką. Zawsze mogłam się zwierzyć ze swoich problemów, a musze przyznać, że w wieku młodzieńczym jest ich nadzwyczaj dużo.<br />
- Pa mamo. Uśmiechnęłam się i wybiegłam z domu. Przed klatką jak zwykle czekała na mnie Monika. Jej wygląd mnie nie zdziwił - ubrana w modne ubranka, szczupła dziewczyna, na której widok cała męska część społeczności szkolnej poszłaby w ogień. Prawdę mówiąc nie uważałam ją za przyjaciółkę, ot zwyczajna koleżanka jakich wiele. Nie do końca jej ufałam, a poza tym często bywała złośliwa i wywyższała się przed innymi.<br />
- Ello! Jak tam? Widzę że dzisiaj dobrze spałaś. Sarkastyczna wypowiedź Moniki zdenerwowała mnie, lecz nie wyprowadziła z równowagi.<br />
- Widzę, że dzisiaj zabrakło Ci tuszu do rzęs - odparłam zadowolona z własnej ciętej riposty. Spojrzałyśmy na siebie i wybuchłyśmy śmiechem. Po chwili ruszyłyśmy na naszą trasę codziennej męki, która prowadziła do miejsca kaźni - szkoły. Po drodze nasłuchałam się o chłopaku Moniki, który wygrał turniej lekkoatletyczny, tacie co ma kłopoty ze żołądkiem i o młodszym bracie, który nie daje Jej spokoju. Nie byłam złośliwa, ale miałam nadzieję, że życie nauczy Monikę pokory i że wszystko jej wyjdzie na dobre. <span class="postbody"> Pierwsze lekcje mijały bardzo szybko, w przerwach wspólnie z dziewczynami siedziałyśmy na parapecie i patrzyliśmy na tych wszystkich wolnych, szczęśliwych ludzi przemykających koło okna w iście sprinterskim tempie.<br />
Po dwóch religiach i PO nadeszła długo oczekiwana lekcja polskiego i nie mniej oczekiwana klasówka. W duchu powtarzałam sobie: Sylwia! Dasz radę. Sylwia! Dasz radę... Tak w nieskończoność... W dobrym humorze i z optymistyczną wizją szóstki weszłam na lekcję. Piotrku, jakież było moje zdziwienie, gdy pani profesor oznajmiła, że zamiast testu sprawdzającego wiedzę postanowiła dać temat na pracę pełną własnych rozważań i pomysłów. Dzisiaj miałam niesamowitą wenę więc po zakończeniu lekcji opuszczałam klasę we wspaniałym humorze. Pani profesor będzie zachwycona! Udało się, zobaczymy co na to inni. Ach jak byłam szczęśliwa. Cieszyłam się jak dziecko, które dostało tonę słodyczy. Świat nie może być jednak taki zły...Pierwszy raz pomyślałam "ten dzień będzie moim najszczęśliwszym w życiu".<br />
Na przerwie przeprowadziłam ważną rozmowę z Anią, koleżanką z ławki. Ania podeszła do mnie i rozpoczęła serię dziwnych pytań o moich wartościach moralnych, stosunku do starszych ludzi etc. Dzielnie odpowiadałam, ale po kolejnym nie wytrzymałam.<br />
- Aniu, znamy się kilka lat i zawsze o wszystkim rozmawiałyśmy. Powiedz wprost o co chodzi, bo czuję się troszkę skrępowana.<br />
Spojrzałam na nią - zagryzałą wargę... Nie byłam zbyt spostrzegawczą osobą (jak to nieskormnie brzmi), ale w Jej wzroku zauważyłam niepewność...<br />
- Mówże szybko o co chodzi bo nie ręczę za siebie - zażartowałam i uśmiechnęłam się.<br />
- Mam do Ciebie prośbę, zadanie lecz nie wiem czy jemu podołasz. Dzisiaj przyjeżdza do nas rodzina z Krakowa i chciałabym spędzić wieczór w rodzinnym gronie. Jakby pewniej kontynuowała - Czy mogłabyś pójść dzisiaj za mnie do hospicjum i przez ten jeden dzień pełnić moje obowiązki.<br />
Och, te słowa troszke mnie przeraziły. Nie widziałam czy się zgodzić gdyż jest to duża odpowiedzialność i nie byłam do końca pewna swoich możliwości... Moja intuicja podpowiadała mi, by spróbować... Przecież nic nie stracę, a każde nowe doświadczenie zaprocentuje w przyszłości.<br />
- Dobrze. Zgadzam się. - odparłam koleżance i natychmiast zamyśliłam się.<br />
- Czy aby na pewno sobie poradzisz? - Monika rozważała wszystkie możliwości... Widać było, że nie do końca mi ufa. Jej wybór z pewnością spowodowany był bardziej przymusem niż wiarą we mnie...<br />
- Jasne, nie przejmuj się. Nie z jednego pieca chleb jadłam - odparłam spokojnie i usmiechnęłam się.<br />
- Żartowałam. Jesteś znakomitą kandydadatką. Na pewno się sprawdzisz. Papa. - To mówiąc Monika chwyciła swoją skórzaną, przepełnioną damskimi kosmetykami torebkę i szybkim krokiem zeszła schodami na dół. Wyraźnie gdzieś się śpieszyła... Nie interesowało mnie już nawet dokąd. Ważna była tylko jedna myśl - mam odpowiedzialne zadanie i muszę mu sprostać... Jak to pieknie pomóc innym, dam z siebie wszystko i nie zawiodę oczekiwań.<br />
Reszta lekcji już dla mnie nie istniała. Ważne było to co zdarzy się za kilka godzin. Po szkole szybko ubrałam się i wróciłam do domu. Jak zwykle czekał na mnie ciepły obiad i mama ciekawska jak zawsze.<br />
- Jak w szkole? Czy dzisiaj wpadły jakieś dobre oceny? Zjadłaś kanapki? - zarzuciła mnie pytaniami.<br />
- Mamo, wszystko jest w porządku. Powiem Ci tylko - wynik klasówki może być piorunująco dobry, ale nie chcę zapeszyć.<br />
Mama przytaknęła zadowolona po czym pogłaskała mnie po głowie i wyszła. Zostałam sama. Myśli o hospicjum nie dawały mi spokoju... Obawiałam się reakcji na widok nieuleczalnie chorych ludzi, którzy dogorywają leżąc w żelaznych łożkach i widząc jedynie twarze dzielnych osób tam pracujących. Czy nie zawiodę Ani i tej starszej osoby i wykonam te zadanie perfekcyjnie? Czy podołam?<br />
Odpowiedź miałam poznać wieczorem. Jak ten czas wolno płynął... Spojrzałam na zegarek. Była 15.30. Nawet nie zauważyłam wyjścia z domu... Pamiętam tylko jak podążałam już alejami okraszonymi zółtobrunatnymi liśmi... niczym wiatr pędziłam ku przyszłym wyzwaniom.<br />
Na miejscu stawiłam się kilkanaście minut później i przywitałam się z panią zarządzającą hospicjum.<br />
- Dzień dobry pani - rzuciłam rezolutnie. Ania dzisiaj nie mogła przyjść i postanowiłyśmy obie, że ja ją zastąpię. Nigdy nie miałam okazji pracować z chorymi ludźmi, lecz zapewniam, że dam z siebie wszystko. Spojrzałam na rozmówczynię niepewnym wzrokiem. Jej reakcja mnie zaskoczyła - kobieta wyraźnie się nad czymś zastanawiała... Mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko...<br />
- Nie masz doświadczenia dziecko - odparła. Widzę jednak, że masz zapał więc rzucę Ciebie na głęboką wodę.<br />
Ta myśl spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Spodziewałam się typowej pracy wolontariusza, a tu dają mi coś bardziej trudnego, wymagającego. Myśl ta przeraziła mnie, ale dla pozorów wolałam nie okazywać swych emocji. Przytaknęłam zdecydowanie i pytającym spojrzeniem dałam do zrozumienia, że czekam na wytyczne.<br />
- Jest u nas pewna kobieta o imieniu Maria. Jest ona już w sędziwym wieku i nie rusza się ze swojego pokoiku - powiedziała kobieta, ale czułam, że najtrudniejsza część jest dopiero przede mną... Każdy z dotychczasowych opiekunów miał z nią kłopot, ponieważ ta nic nie mówi i sprawia wrażenie głuchoniemej, choć podobno taka nie jest.<br />
Będzie ciężko... Słowa o tej kobiecie trochę ostudziły mój zapał, ale było w tej sprawie coś niezwykle tajemniczego, coś co mnie pociągało i ciekawiło.<br />
- No cóż. Lubię wyzwania i mam nadzieję, że sobie poradzę. Lekki uśmiech pojawił się na moich ustach, choć w głębi duszy bałam sie tego wszystkiego bardziej niż sobotniego wieczoru z horrorami. Do dzieła!<br />
Zatrzymałyśmy się przed starymi drewnianymi drzwiami, które zostały mocno nadwyrężony przez upływający czas. A więc to tutaj - pomyślałam.<br />
- Powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki - rzekła kobieta i po chwili zarysy jej sylwetki znikły za schodami.<br />
Delikatnie zapukałam. Stuk stuk stuk. Nikt nie odpow... Jejku, przecież ta kobieta jest głuchoniema... Sylwia opanuj się, tylko spokój może Cię uratować. Chwyciłam za klamkę i powolnym krokiem weszłam do sali. Było to małe, lecz przytulnie urządzone pomieszczenie. Na parapetach stały zadbane kwiaty, widać że obsługa hospicjum często tu zaglądała. Na półkach ułożono bardzo dużo książek, co świadczyło o tym, że kobieta bardzo lubi czytać. Rozglądając się po pokoju poczułam na sobie czyjś wzrok. To był wzrok staruszki, lokatorki tego lokum. Leżała ona w łożku przykryta ciepłym kocem i bacznie mi się przyglądała. Niezmiernie mnie to speszyło. Poczułam się jak intruz, który wchdzi do obcego królestwa i niszczy niezmącony dotąd spokój. Zbliżyłam sie do łożka i przysiadłam obok niej na kocu. Z bliska zauważyłam jak bardzo jej twarz i ręce są zniszczone... zapewne przez ciężką pracę. Spracowana kobiecina...<br />
- Dzień dobry. W pokoju dalej panowała martwa cisza... Jestem tutaj by się panią zaopiekować. Wzrok staruszki nie zelżał, twardym spojrzeniem zerkała na mnie spod koca. Mam nadzieję, że czuje się pani dobrze. Jestem tu by się panią opiekować. Brak odpowiedzi nie był dla mnie niczym nowym i nie zbił mnie z tropu. Siedząc przy chorej spostrzegłam coś dziwnego, coś czego do tej pory nie zauważyłam. Wszystkie książki, które zwróciły moją uwagę po wejściu do sali były o tematyce II Wojny Światowej.<br />
W jednym momencie w myślach przewijały się obrazy wakacji u dziadka. Miał on również dużo książek a poza tym był kombatantem i weteranem z II WŚ. Często słuchałam jego opowieści o partyzanckiej walce z okupantem i Powstaniu Warszawskim. Moja świadomość historyczna i patriotyczna była bardzo wysoka więc z ogromną chęcią zaczęłąm oglądać książki pani Marii. Pełno zdjęć, relacji z bitew...<br />
- Żoliborz! Waleczny Żoliborz! - wyrwało mi się niechcący podczas oglądania zdjęć z ul.Promyka. Troszkę speszona spuściłam wzrok lecz kątem oka zauważyłam zainteresowanie się tą sytuacją panii Marii. Kobieta przemówiła:<br />
- Witaj dziecko. Chyba interesujesz się historią.<br />
Jejku! Poziom adrenaliny podskoczył mi do gigantycznych rozmiarów i cała sytuacja zaskoczył totalnie.<br />
- Ttttak. Tttroszkę. - odrzekłam nieśmiale. Kobieta uśmiechnęła się i przywołała mnie do siebie.<br />
Przez następne 2 godziny rozmawiałyśmy na temat wojny. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że pani Maria była członkinią AK a potem więźniem w obozie zagłady Auschwitz-Birkenau. Cudem jednak uniknęła śmierci. Muszę przyznać, że słuchałam jej opowieści z ogromnym zaciekawieniem. Interesowało mnie to a i czułam, że samą rozmową pomagam tej schorowanej kobiecie, bohaterce mojej ojczyzny. Pani Maria nikomu nie ufała. No tak. Już wiem dlaczego milczała... - pomyślałam. Nie dziwię się, po tylu przejściach ja bym też nie potrafiła zwierzyć się napotkanej osobie...<br />
Najbardziej wzruszającym momentem w rozmowie był ten, gdy kobieta ze łzami w oczach podziękowała mi za rozmowę i powiedziała, że to jest jej najlepszy dzień w życiu. Zwierzyła mi się, że jestem dla niej jedyną bliską osobą, bo wszyscy członkowie jej rodziny już nie żyją. Dla niej byłam jak córka. Czułam to, widziałam to w jej oczach. Te ciepłe spojrzenie wlepione we mnie jak w obrazek. Obie się cieszyliśmy. Moja dusza grała w rytm tych słów, słów pani Marii. W jednej chwili zrozumiałam jakie to piękne uczucie pomóc komuś w potrzebie. Zawsze myślałam, że w tym technologicznym i zakłamanym świecie nie ma mniejsca na chwile szczerości i dobroci dla innych.<br />
- Proszę. Tak bardzo się cieszę, że mogłam choć troszkę pomóc - powiedziałam czule przytulając kobietę. Ja także dziękuję pani za ofiarowanie mi cząstki nadziei w ludzi. Obiecuję też, że będę panią codziennie odwiedzała. Ze łzami w oczach pani Maria pożegnała mnie i wyszłam z sali.<br />
Ona niedługo umrze <img src="http://www.scypion.pl/forum/images/smiles/sad.png" border="0" alt="-(" align="top" /> Ta myśl nie dawała mi spokoju przez całą rozmowę. Ileż znaczy nawet cząstka dobra ofiarowana drugiemu człowiekowi w obliczu zagłady i zapomnienia.<br />
"To jest najlepszy dzień mojego życia" - przypomniałam sobie słowa chorej. Usiadłam na krzesełku przy sali. Zawsze myślałam, że mój najszczęśliwszy dzień życia będzie wynikał z własnego szczęścia. Teraz poczułam, że czyjaś radość ucieszyła mnie bardziej niż własna. Dziękuję losowi za tę lekcję życia... Wybiegłam z hospicjum zapłakana.<br />
Przy wyjściu zadzwonił telefon.<br />
- Tak słucham?<br />
- Cześć, tu Rafał. Czy masz ochotę wyjść jutro do kina? Mam dwa bilety i pomyślałem, że moglibyśmy jutro obejrzeć jakiś romantyczny film...<br />
- Rafał? No pewnie, że tak! Do zobaczenia w szkole! <img src="http://www.scypion.pl/forum/images/smiles/smile.png" border="0" alt="-)" align="top" /><br />
Hurra! Ach czułam, że nogi mi miękną a świat zmienia barwę na różowy! W szkole super, sprawiłam ogromną radość schorowanej staruszce, odezwał się do mnie najfajniejszy chłopak w szkole. Ach! Czy można sobie wymarzyć lepszy dzień w życiu??</span></p>
<p>Na tym kończę moją opowieść o najlepszym dniu w życiu. Czekam na Twoją odpowiedź i mam nadzieję, że niedługo przeprowadzimy przyjacielską rozmowę na poważne tematy. Pozdrawiam serdecznie Ciebie i całą Twoją rodzinę. Bądź zdrów i powodzenia w miłości.</p>
<p>Twoja koleżanka<br />
Sylwia.</p>
<p><em>(Autor: kuriaki)</em></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
