<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>przodkowie &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/przodkowie/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "przodkowie"</description>
	<pubDate>Thu, 16 Oct 2008 04:56:35 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Wileńskie impresje - część 1]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/?p=90</link>
<pubDate>Wed, 15 Oct 2008 18:03:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.pl.wordpress.com/2008/10/15/wilenskie-impresje-czesc-1/</guid>
<description><![CDATA[Dla równowagi psychicznej, dla poczucia wolności, może nawet jakiejś namiastki szczęścia potrz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Dla równowagi psychicznej, dla poczucia wolności, może nawet jakiejś namiastki szczęścia potrzebuję przynajmniej raz w miesiącu wyjechać z B. Nie wiem doprawdy dlaczego tak zwlekałem z wyjazdem do Wilna. Po raz pierwszy trafiłem tam mając lat 11 czy 12. Wilno było wówczas stolicą Litewskiej SRR. Pamiętam jedynie, że przekroczenie granicy było dla mnie wkroczeniem w magiczny świat. Jechałem z rodzicami do rodziny mieszkającej na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw. Nie docierała do mnie groza ZSRR, mijane lasy, pagórki, jeziora dziecięca wyobraźnia zaludniała postaciami z ballad Mickiewicza i jakże do nich podobnych opowieści Babci i Mamy, które wywodziły się z najodleglejszych Kresów. Krajobrazy, które ujrzałem były niemal wierną kopią tych, które widziałem podczas opowiadań snutych wieczorami przed zaśnięciem przez Babcię i przez Mamę właśnie. Nimfy czy raczej rusałki, topielice, płacz dziecka rozlegający się nocą w lesie przy starej sośnie, dźwięk dzwonków pędzących sań orszaku weselnego, który chcąc sobie skrócić drogę utopił się w zdradliwie zamarzniętym jeziorze, ogniki na bagnach mylące drogę wędrowcom, aniołki siedzące na kamieniach, rdzawa woda w bagnie przypominająca krew żołnierzy armii napoleońskiej, których pochowano w kurhanie, gdzieś koło Postaw; opętana dziewczyna spętana łańcuchami i wciągana końmi do kościoła, by wypędzić z niej szatana; jakiś nasz przodek, który parał się podobno czarami i przechowywał w domu księgę z zaklęciami; niewidomy prapradziadek, któremu władze carskie zmieniły nazwisko, by jego już potomkowie mogli być brani do armii carskiej; rodzinna legenda mówiąca o przodku, który przywędrował na Kresy jako lekarz w armii napoleońskiej, gdzieś z Kurpiowszczyzny; prababcia, która wyjechała do Petersburga do pracy jako guwernantka...</p>
<p>Te wszystkie opowieści ożywały we mnie wówczas i ożywają teraz, za każdym razem, gdy jadę na wschód, tyle, że teraz wyobraźnia wydaje się nie być tak giętka, barwna, bujna i soczysta, jak wtedy, wręcz odwrotnie, stała się płaska, toporna i w żaden sposób nie jest w stanie przywrócić atmosfery tego pierwszego wyjazdu na wschód.</p>
<p>Tym razem Litwa powitała nas złotą litewską jesienią. Rozleglejsze przestrzenie, widoki zapierające dech w piersiach, pagórki, lasy rozświetlone wszystkimi barwami jesieni - żółte, bordowe, brązowe, czerwone, liście, wyblakła zieleń pól i łąk, i wszystko zalane słońcem. Wijący się Niemen tuż za Alytusem, otulony jesiennym lasem porastającym nadrzeczne skarpy. Cud! Tu już B. nie istnieje. Jeszcze mniej więcej godzina jazdy do Wilna.</p>
<p><a href="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2008/10/dsc00430.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-91" title="dsc00430" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2008/10/dsc00430.jpg?w=300" alt="" width="300" height="225" /></a></p>
<p><a href="http://opiekunogrodow.files.wordpress.com/2008/10/dsc00432.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-92" title="dsc00432" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2008/10/dsc00432.jpg?w=225" alt="" width="225" height="300" /></a></p>
<p><a href="http://opiekunogrodow.files.wordpress.com/2008/10/dsc00433.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-93" title="dsc00433" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2008/10/dsc00433.jpg?w=225" alt="" width="225" height="300" /></a></p>
<p><a href="http://opiekunogrodow.files.wordpress.com/2008/10/dsc00434.jpg"><img class="alignnone size-medium wp-image-94" title="dsc00434" src="http://opiekunogrodow.wordpress.com/files/2008/10/dsc00434.jpg?w=225" alt="" width="225" height="300" /></a></p>
<p>Po raz drugi do Wilna pojechałem po niemal dwudziestu latach. W lipcu tego roku. I rozkochałem się w tym mieście, zacząłem tu wracać, co dwa, trzy tygodnie, by wreszcie w ciągu ostatnich dwóch tygodni wrócić tu w dwa następujące po sobie weekendy.</p>
<p>Za każdym razem staram się odkryć coś nowego. Przed dwoma tygodniami wyjechawszy o godzinie 8.15, o 12.15 przejeżdżaliśmy przez most na Wilii lub - jak kto woli - na Neris. Dalej prostą drogą jechaliśmy do Kalwarii (na zdjęciach). Do Kalwarii, o której opowiadała Babcia, a której historie powtarzała mi Mama. Owa Kalwaria wydawała się Babci najważniejszym miejscem na świecie. I cóż z tego, że była to religijność ludowa. Wreszcie miałem okazję stanąć w tym miejscu i przejść tę drogą, którą moja Babcia pokonywała wielokrotnie przed 1939 rokiem. Zmieniło się wiele, w latach 60-tych ubiegłego wieku żołnierze Armii Czerwonej wysadzili w powietrze 31 kapliczek, pozostawiając nietkniętymi tylko 4. Większość z nich została odbudowana po odzyskaniu przez Litwę niepodległości. Ale na wzgórzach rozlokowały się jeszcze w czasach ZSRR szpetne budynki sanatoryjne.</p>
<p>Tym razem odkrywamy jeszcze kościół kalwaryjski, akurat kończy się ślub, para młoda i goście fotografują się na schodach, później schodzą na dół i w przepięknej jesiennej scenerii - żółtych, starych drzew w alei przyjmują życzenia, wszyscy trzymają w dłoniach fioletowe puchary prawdopodobnie z szampanem.</p>
<p>Zanim odkryliśmy kościół na wzgórzu, z którego roztaczał się wspaniały widok na stary cmentarz, las, i bloki, które mimo bycia blokami nie szpeciły krajobrazu, trafiliśmy na stary cmentarz, na którym pochowano żołnierzy AK uczestniczących w lipcu 1944 roku w akcji "Ostra Brama". W przewodniku czytamy, że ktoś próbował zniszczyć płytę nagrobną. Możliwe, że to jakaś grupka zaciekłych nacjonalistów litewskich, a możliwe też, że robota speców z dawnego KGB, których mocodawcy z pewnością nie życzą sobie, by stosunki polsko - litewskie były zanadto dobre. Rosja ma wciąż silne wpływy na Litwie i agenci obecnego FSB prowadzą tam wciąż aktywną działalność, Rosjanie nadal traktują Litwę, jako strefę swoich wpływów.</p>
<p>Wyprawa sprzed dwóch tygodni stawiała sobie za cel także odkrycie nowoczesnego Wilna. Po raz pierwszy udało się nam odwiedzić jeden z najpopularniejszych klubów w Wilnie - Posh Club. Poleciła go nam przesympatyczna młoda Litwinka - kelnerka z Dvorasa, a jej opinie potwierdziły jeszcze dwie inne młode, urodziwe Litwinki, które pytaliśmy o drogę do klubu.</p>
<p>Niemal każdy taksówkarz w Wilnie, jak tylko zorientuje się, że trafił na turystów, stara się z nich zedrzeć, jak najwięcej. Najpierw kilku chciało od nas 40 litów (około 40 złotych) za podwiezienie do Posh Clubu, widząc nasze zniechęcenie, schodzili z ceny do litów 30, aż w końcu trafiliśmy na Polaka, i nie mając już ani siły, ani czasu, ani ochoty na dalsze poszukiwania, postanowiliśmy pojechać za 30 litów, co okazało się i tak ceną wygórowaną, bo wracając tą samą trasą i udając Rosjan zapłaciliśmy za kurs litów 20.</p>
<p>Posh Club nie rzucił nas na kolana, jeśli chodzi o wystrój wnętrza, miejsca też wcale nie za dużo i na dodatek 50 litów za wstęp - tyle zażyczył sobie selekcjoner, gdy w języku angielskim zapytałem go o koszt wstępu - znowu ten nieszczęsny język! Przed klubem i wewnątrz tłumy. Różne typy ludzkie - kilku gości wyglądających na handlarzy kradzionych samochodów, którzy przepuszczają pieniądze w klubach i szukają łatwych dziewczyn, i wokół których kręcą się zawsze jakieś grupki panien bynajmniej nie roztropnych. Taki typ ludzki jest spotykany także w polskich klubach - wygolone głowy, drogie, choć niezbyt gustowne garnitury, wrogie spojrzenia, między głową a tułowiem brak szyi. Całe szczęście jest ich chyba tylko 3 czy 4. Zdecydowana większość osób wygląda przyjaźnie, dziewczyny gustownie ubrane, skromnie, niekrzykliwie, ale w sposób czyniący je interesującymi. Większość z nich ma dyskretny makijaż, nie zachowuje się wyzywająco, tylko czasem niektóre przechodząc obok nieśmiało się uśmiechną. Jestem wielkim entuzjastą urody Litwinek i choć bawi mnie opowiadanie historii, o tym, jak to przedstawicielki niektórych nacji są bardziej lub miej urodziwe, to jednak w tym wypadku muszę uogólnić. To nawet nie kwestia samej urody, Litwinki - przynajmniej te w Wilna, powiedzmy może wilnianki, bo nie wiemy nigdy w Wilnie z kim mamy do czynienia - z Litwinką, Polką, Rosjanką, Białorusinką - mają w sobie jakiś intrygujący spokój i łagodność. To nawet nie kwestia urody potocznie rozumianej, głęboko wierzę w to, że ludzki temperament, charakter odmalowują się w rysach twarzy, w całej posturze, w gestach, w sposobie poruszania się, w sposobie, w jaki się ubieramy.</p>
<p>W soboty w Posh Club z głośników rozbrzmiewa house. Brakuje mi urozmaicenia, gdyby jeszcze przyprawić go elektro i chilloutem, to byłoby dużo ciekawiej, a tak po pewnym czasie staje się zbyt monotonnie.</p>
<p>Na kwaterę wracamy między 2 a 3 w nocy. W niedzielę wracamy do B., a przed wyjazdem chcemy jeszcze odwiedzić Rossę. Niedzielny poranek wita nas zupełnie nieoczekiwanie słońcem. Bez ociągania zbieramy się i wyruszamy na Rossę. U podnóża wzgórza dostrzegamy grób Matki marszałka Piłsudskiego, w którym złożone też jest serce Marszałka. Na nagrobku dostrzegam ślady po serii puszczonej z karabinu maszynowego przez sołdatów Armii Czerwonej po wkroczeniu do Wilna we wrześniu 1939 roku. Trzymający wówczas przy grobie wartę żołnierze polscy nie dostali rozkazu opuszczenia posterunku, więc niezłomnie, bez względu na okoliczności stali nieruchomo nawet wtedy, gdy do cmentarza zbliżali się żołnierze sowieccy, a ci postanowili strzelać do bezbronnych. To chyba esencja armii komunistycznej, sowieckiej.</p>
<p>CDN...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wielokulturowość Podlasia lukrem polewana]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/?p=68</link>
<pubDate>Tue, 09 Sep 2008 18:43:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.pl.wordpress.com/2008/09/09/wielokulturowosc-podlasia-lukrem-polewana/</guid>
<description><![CDATA[Tak bardzo zależało mi na tym, by region, w którym mieszkam był kojarzony w Polsce i na świecie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Tak bardzo zależało mi na tym, by region, w którym mieszkam był kojarzony w Polsce i na świecie z wielokulturowością, by promował się jako jedyna w Polsce kraina, w której mieszkali i nadal mieszkają obok siebie Polacy, Białorusini, Ukraińcy, Litwini, Tatarzy, Rosjanie, potomkowie Niemców, a niegdyś także Żydzi; wyznawcy katolicyzmu, prawosławia, protestanci, muzułmanie. A gdy zaczęto podejmować próby kreowania wizerunku miasta i regionu, jako takiego właśnie różnorodnego skrawka ziemi, to coś mi nie pasuje, coś zgrzyta.</p>
<p>Najpierw w ubiegłym tygodniu trafiłem na koncert zespołu grającego muzykę klezmerską - Chanajki Klezmer Band. Muzycznie zespół nie zaprezentował nic interesującego - ograne, oklepane, osłuchane utwory kapel klezmerskich, które - miałem wrażenie - słyszałem już wiele razy, do znudzenia. Ilość powstających w ostatnim czasie zespołów grających muzykę żydowską wskazywałaby na to, że jest to swego rodzaju zjawisko koniunkturalne. Nie potrafię jednak wkraść się w myśli muzyków z Chanajek, więc ich motywacji nie oceniam. Brakowało mi jednak w ich muzyce świeżości i szczerości. Same stroje stylizowane na żydowskie nie wystarczą. Tak czy owak życzę członkom zespołu, by odkryli piękno i głębię muzyki klezmerskiej, by poszukali w niej raczej inspiracji, a nie koncentrowali się na odtwarzaniu tego, co już od kilkunastu lat można usłyszeć na każdej imprezie związanej z kulturą żydowską.</p>
<p>Kilka lat temu zdarzyło mi się przeczytać wywiad z Konstantym Gebertem, dziennikarzem "Gazety Wyborczej" i redaktorem naczelnym "Midrasza", który zapytany przez dziennikarza bodaj o to czy dostrzega zmianę stosunku Polaków wobec Żydów przytoczył pewien żart krążący wówczas w Warszawie, a brzmiący mniej więcej tak:<br />
"- Co się teraz nosi na Krakowskim Przedmieściu?<br />
- Żydów na rękach".</p>
<p>Rzeczywiście, jest coś sztucznego i nieszczerego w tej eksplozji zainteresowania kulturą żydowską - liczne, koncerty, festiwal na Kazimierzu, warsztaty tańca chasydzkiego, powstające, jak grzyby po deszczu stowarzyszenia przyjaciół Izraela, kultury żydowskiej. Szkoda jednak, że w tym wszystkim brakuje jednak prawdziwości. Nie chcę przez to powiedzieć, że te wszystkie zjawiska są modą, która - jak to moda, ulotna - przeminie tak szybko, jak się pojawiła. Sam znam ludzi, którzy działają w takich organizacjach i głowę dam sobie uciąć, że czynią to z potrzeby serca. Ale jak to zwykle bywa, tuż przy nich pojawiają się też osoby, które na tej fali zainteresowania kulturą Żydów chcą coś ugrać dla siebie. Czasem możliwość zaistnienia w mediach, nagrody, czasem prestiż, czasem nobilitację.</p>
<p>Pamiętam, jak swego razu podczas rozmowy z panią Heleną Szahidewicz - polską Tatarką - zapytałem czy byłoby możliwe ustalenie czy moja babcia ze strony mamy miała pochodzenie tatarskie. W odpowiedzi usłyszałem, że oczywiście jest to możliwe, pani Szahidewicz zapisała nazwisko mojej babci i wspomniała o tym, że od niedawna wiele osób poszukuje w swoich rodzinach korzeni tatarskich, co miałoby stanowić dla nich swego rodzaju nobilitację. Tak się tym zawstydziłem, zacząłem tłumaczyć, że ja nie w tym celu, że to czysta ciekawość, chyba nawet się nieco zaczerwieniłem i już więcej do tego tematu nigdy nie wracałem. Gdy się głębiej nad tym zastanowiłem, uznałem, że jest w tym rzeczywiście jakaś chęć kreowania się, poszukiwania nobilitacji, nadania romantycznego rysu rodzinnej historii, słowem próżność i infantylizm.</p>
<p>Podobnie jest z poszukiwaniem w swoich rodzinach korzeni żydowskich. Są środowiska, gdzie do dobrego tonu należy posiadanie żydowskich przodków i chełpienie się nimi.</p>
<p>Wiadomo - Tatarzy - ułani, przybysze ze stepów, waleczni, odważni żołnierze, miłujący wolność i obdarzeni przez królów polskich szlachectwem. A Żydzi, cóż - z jakiej nacji pochodzi najwięcej noblistów, naukowców, intelektualistów? Część tego splendoru automatycznie przecież spływa na tych, którzy mogą się poszczycić jakimś żydowskim przodkiem.</p>
<p>Wracając zaś do ubiegłotygodniowego koncertu pod ratuszem - zupełnie przez przypadek spostrzegłem tam kilka znanych mi osób, które nigdy wcześniej nie przejawiały zainteresowania kulturą żydowską, które w ogóle, jeśli okazywały zainteresowanie czymkolwiek, to głównie sobą. Wynika zatem z tego, że imprezy związane z kulturą żydowską, to przedsięwzięcia, na których zwyczajnie wypada bywać.</p>
<p>Dziś natomiast spostrzegłem na placu pod ratuszem banery reklamujące wielokulturowość Podlasia - estetycznie wyglądające całkiem nieźle - ze zdjęciami przedstawiającymi żydowskich mieszkańców Białegostoku, meczety, ogólne wrażenie dość pozytywne, ale z drugiej strony - zupełnie przez przypadek - jeszcze zanim pojawiłem się na na Rynku Kościuszki, dopadły mnie nieco smutne myśli na temat naszej wielokulturowości, ale o nich napiszę innym razem. Nie chciałbym jedynie byśmy ugrzęźli w płytkim zachwycie nad często pozorną, czysto zewnętrzną różnorodnością naszego regionu, nie chciałbym, by stała się ona dla nas pewnym alibi, które miałoby nas uchronić przed zmianami, które są nieuniknione, jeśli mamy być rzeczywiście częścią nowoczesnego świata. Motyw wielokulturowości jest modny, dobrze się sprzedaje, jest świetnym tworzywem do kreowania wizerunku miasta i regionu, ale to mogą być tylko pozory, opakowanie dla turystów z innych części Polski i świata, którzy wpadną tu na tydzień, dwa, pozachwycają się meczetami, kościołami, cerkiewkami, mizarami, kirkutami, i odjadą, a my pozostaniemy w naszej dusznej, ciasnej zaściankowości, prowincjonalnym totalizmie, wyglądającymi tak samo czy to w wydaniu Polaków, Białorusinów, Tatarów czy wyznawców katolicyzmu, prawosławia czy muzułmanów.</p>
<p>Ale o pozorach naszej wielokulturowości i rzekomej różnorodności, która w gruncie rzeczy sprowadza się jedynie do rytuałów, różnić językowych, wyznaniowych, napiszę następnym razem.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Rodzinna historia o polsko - żydowskich relacjach]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/?p=22</link>
<pubDate>Thu, 15 May 2008 09:01:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.pl.wordpress.com/2008/05/15/rodzinna-historia-o-polsko-zydowskich-relacjach/</guid>
<description><![CDATA[Są takie wydarzenia, opowieści, które zapisują się w świadomości człowieka i kształtują je]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Są takie wydarzenia, opowieści, które zapisują się w świadomości człowieka i kształtują jego postawy już na całe życie. Do dziś pamiętam historię opowiedzianą mi przez mamę dobrych kilkanaście lat temu. Dotyczyła ona jeszcze czasów przedwojennych, a choć mama urodziła się w czasie wojny, znała ją od swojej mamy. Rzecz działa się bodaj w roku 1938 czy 1939 w Warszawie, bo choć cała rodzina ze strony mamy wywodziła się z okolic Postaw i Głębokiego, to dziadek postanowił kupić dom w Warszawie. Dziadek, tj. tata mojej mamy był sprawnym gospodarzem, miał ogromny sad, z którego owoce wysyłał nawet do stolicy. To mieszkanie w warszawskiej kamienicy dziadkowie nabyli być może z myślą o swoich dzieciach, wnukach, prawnukach; zastanawia też dlaczego wybór nie padł na Wilno? Ale dziś już odpowiedzi na te pytania niestety nie poznamy. Zdarzało się czasem, że babcia pomieszkiwała w tym warszawskim mieszkaniu razem ze swoim synkiem, przyszłym bratem mojej nienarodzonej jeszcze mamy.</p>
<p>Któregoś razu podczas jednego z takich pobytów do drzwi mieszkania w warszawskiej kamienicy ktoś zastukał. Babcia byłą święcie przekonana, że to pewna uboga sąsiadka, która choć przychodziło jej to z trudem, to jednak czasem zdobywała się na odwagę i prosiła o pożyczenie zapałek. Tym razem jednak była to inna sąsiadka, mieszkająca w kamienicy Żydówka. Nie wiem czy w owej kamienicy mieszkało kilka czy tylko jedna rodzina żydowska, ale z opowieści należałoby wyciągnąć wniosek, że większość stanowiły jednak rodziny polskie.</p>
<p>Żydówka stała w drzwiach zapłakana, była kobietą cichą, nieśmiałą, lękliwą i bardzo poczciwą, babcia ją szalenie lubiła i szanowała. Owa kobieta, której imienia nie poznam już pewnie nigdy, która z dużym prawdopodobieństwem podzieliła los większości swoich rodaków w czasie wojny, choć miejmy nadzieję, że może jednak jacyś dobrzy Polacy pomogli jej przeżyć ten czas pogardy; przyszła do babci, by prosić ją o zwrócenie uwagi swemu synkowi, by ten razem ze swoimi kolegami nie dokuczał i nie bił jej synka (na imię miał chyba Szymek). Babci zrobiło się ogromnie wstyd i przykro, żal jej było tej dobrej kobiety i jej kilkuletniego synka, który próbował dołączyć się do zabaw swoich polskich kolegów, ale ci najwyraźniej nie mieli ochoty na przyjmowanie go do swojej paczki.</p>
<p>- Pani Szpakowa, niech pani porozmawia ze swoim synkiem, by nie bił mego Szymusia. - takie mniej więcej słowa miała wypowiedzieć zapłakana matka.</p>
<p>Babcia była nie tylko zasmucona i zawstydzona, ale także zła na swego pierworodnego, w rodzinie nie było żadnych antysemickich tradycji, żadnych antysemickich wybryków. W Adamowcach, w których po wyjściu za mąż mieszkała babcia ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że w nieodległej wiosce mieszkali Tatarzy, gdzieś troszkę dalej Litwini, tuż za miedzą Łotysze, nieco bliżej prawosławni, a więc pewnie Białorusini, w miasteczkach spotykało się Żydów. Nie było czasu i nie było miejsca na pogardę wobec osób innej narodowości, innej religii, innego języka. Tak więc, choć babcia była osobą o łagodnym usposobieniu i raczej skłonną do wybaczania, to tego wydarzenia nie mogła ot tak po prostu puścić w niepamięć. Jej synek, choć wówczas jeszcze jedynak, oczko w głowie mamusi, 6 może 7 - letni smyk dostał tęgie lanie, gdy wrócił do domu, a historia ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako ważna bądź co bądź nauka.</p>
<p>Mama opowiedziała mi ją po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej, nie pamiętam ile mogłem mieć lat, i w której mogłem być klasie. Pamiętam natomiast, że gdy mama mi ją opowiadała żywo sobie wyobrażałem wszystkie obrazy z tej opowieści. Widziałem kilkukondygnacyjną kamienicę z podwórkiem studnią, biegające po podwórku i wydzierające się wniebogłosy dzieciaki, grupkę urwisów, która przypiera do ściany zapłakanego Szymka i małymi piąstkami okłada go po brzuchu i po głowie, a później z wilgotnymi zlęknionymi oczami Żydówkę, która z wielkim trudem przemogła strach, ból i wstyd i przyszła prosić babcię o pomoc.</p>
<p>Można powiedzieć łzawa, sentymentalna historia, ale to właśnie przede wszystkim ona dużo bardziej niż przeczytane później książki, artykuły, obejrzane filmy, wysłuchane audycje ukształtowała moje postrzeganie świata. I szalenie się cieszę, że miałem taką babcię.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wielkanocna podróż]]></title>
<link>http://opiekunogrodow.wordpress.com/?p=11</link>
<pubDate>Mon, 24 Mar 2008 16:29:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>opiekun ogrodów</dc:creator>
<guid>http://opiekunogrodow.pl.wordpress.com/2008/03/24/wielkanocna-podroz/</guid>
<description><![CDATA[Godzina 8.30, wielkanocna niedziela, wyjeżdżamy do Augustowa. Podróż zajmuje nam godzinę i 15 m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Godzina 8.30, wielkanocna niedziela, wyjeżdżamy do Augustowa. Podróż zajmuje nam godzinę i 15 minut. Wielkanocny stół zgodnie z tradycją suto zastawiony, nie brakuje też wódki, jak to na polskich świętach. Nikt się jednak nigdy nie upija, sam wódki nie lubię, ale korzystam z okazji i w drodze powrotnej samochodu nie będę już prowadzić.</p>
<p>Od dyskusji dotyczących polityki nie sposób się powstrzymać, to także polska tradycja świąteczna i nie tylko świąteczna. Cieszy mnie to, że pokolenie mojej ciotecznej siostry - zbliżające się powoli do 40 lat nie ma przekonania o wyjątkowości polskiego narodu. Dowiaduję się o tym przy okazji opowiedzianej przez ciocię historii, która przytrafiła się jej przy okazji jakiegoś lekarskiego kongresu odbywającego się kilka lat temu w Wilnie. Kilka lekarek z Bydgoszczy o wielkopańskich manierach demonstrowało w restauracji wobec litewskich kelnerek swoją rzekomą, urojoną wyższość i ledwie skrywaną pogardę. Wielu Polaków nie może się najwyraźniej jeszcze wyzbyć wobec Litwinów czegoś w rodzaju postkolonialnej protekcjonalności. To właśnie wówczas wyrażamy swoje oburzenie na poczucie wyjątkowości niektórych naszych rodaków - ja - 32 - latek, moja siostra i jej mąż - zbliżający się do lat 38. Strasznie mnie to cieszy. To już mam nadzieję trwała zmiana pokoleniowa, szczera, przemyślana, niekoniunkturalna, nie wyczytana z modnych gazet.</p>
<p>Powrót do domu wieczorem, wyjeżdżamy, gdy jest jeszcze widno, ale cały dzień jest pochmurno, pada śnieg, już nie prószy, ale pada, tak jak w pełni zimy. Po drodze znowu mijamy dwór hrabiego Brzostowskiego za Sztabinem, nazywanego kiedyś "czerwonym hrabią". Zasłużył na ten przydomek dbałością o swoich poddanych, o ich sytuację społeczno - materialną, edukację, rozwój własnych dóbr dla korzyści swojej i ich mieszkańców. Nie mam zamiaru się mądrzyć i przepisywać informacji o Brzostowskim, zainteresowanych odsyłam, do krótkiej notki biograficznej na stronie:</p>
<p>http://www.suwalszczyzna.com.pl/miejsca/dane_m/sztabin.htm</p>
<p>Dalej, tuż za Suchowolą mijamy Chodorówkę. Gdyby nie zapadający błyskawicznie zmierzch i wyjątkowo brzydka pogoda zatrzymalibyśmy się przy interesującym kościele, wyglądającym na barokowy z elementami renesansowymi - choć to akurat mogło mi się tylko wydawać. Jak tylko zrobi się cieplej wrócę tu, zdobywszy wcześniej solidną wiedzę dotyczącą wsi i kościoła, już wydrukowałem materiały znalezione na stronie internetowej białostockiej pracowni Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.</p>
<p>Po dotarciu do domu nie sposób obejść się bez Internetu - szukam oczywiście materiałów dotyczących Chodorówki, i jak to zwykle bywa przy okazji znajduję mnóstwo innych równie interesujących, w tym białoruskie czasopismo w wersji internetowej poświęcone sprawom Pojezierza Białoruskiego i Wileńszczyzny - www.westki.info</p>
<p>Istny raj, mnóstwo artykułów, esejów, wiadomości dotyczących stron rodzinnych mojej mamy - m.in. Postaw i Głębokiego, a więc na swój sposób także i moich.</p>
<p>Jest już późny wieczór, ale nie potrafię sobie odmówić przyjemności przeczytania kilku interesujących mnie artykułów. O owocach lektury napiszę innym razem.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
