<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>prawactwo &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/prawactwo/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "prawactwo"</description>
	<pubDate>Tue, 07 Oct 2008 00:21:31 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Lewactwo, prawactwo i Web 2.0]]></title>
<link>http://wronski.wordpress.com/?p=52</link>
<pubDate>Sat, 05 Apr 2008 13:02:03 +0000</pubDate>
<dc:creator>Marcin Wroński</dc:creator>
<guid>http://wronski.pl.wordpress.com/2008/04/05/lewactwo-prawactwo-i-web-20/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy zaczynałem pisać pierwszego „Komisarza Maciejewskiego”, wydrukowałem dwa pierwsze rozdz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy zaczynałem pisać pierwszego „Komisarza Maciejewskiego”, wydrukowałem dwa pierwsze rozdziały i poprosiłem znajomych o opinię. Kilka dni później na spotkaniu przy wódce mój przyjaciel zrobił dziwną minę. Trunek kiepski? Durnoty wysmarowałem? Nie, nie to. Przełknął, co tam miał w kieliszku, i zapytał, co się stało, że w tej książce ściąga mnie na lewo.<!--more--></p>
<p>Odkąd się znamy, ma poglądy zdecydowanie liberalne, ja też – odkąd się znamy. A jednak nieprzypadkowo zrobiłem sympatyczną postać z poety i dziennikarza, który dał się omamić komunizmowi, ponieważ i mnie kiedyś dotknęła niczym jakaś wstydliwa choroba fascynacja lewactwem. Sam nie wiem, skąd się wzięła, ale wciąż mam po niej ślady w rozumie jak po jakiejś ospie. Na przykład Federico García Lorca zainteresował mnie kiedyś nie dlatego, że był wspaniałym poetą, ale dlatego, że zamordowali go frankiści. Przyswoiłem sobie parę słów po hiszpańsku nie po to, żeby zostać torreadorem, ale by zrozumieć, o czym jest „Viva la FAI” i „No pasaran”. Wciąż nieco lepiej znam repertuar pieśni z 1905 roku niż z 1918. Na co nudniejszych zajęciach na mojej katolickiej uczelni czytywałem pod ławką Majakowskiego (zwłaszcza gdy odkryłem, jakie piorunujące wrażenie robi to na koleżankach). Co prawda wszelki romantyzm rewolucyjny dawno mi przeszedł, niestety zmiany w organizmie pozostały, bo</p>
<p><strong>lewactwo jest chorobą, podobnie zresztą jak  prawactwo.</strong><br />
Spotkaliście kiedyś kogoś o skrajnych poglądach, kto – zanim dał w mordę – umiał spokojnie i rzeczowo wytłumaczyć, dlaczego nienawidzi właśnie Żydów albo tak strasznie nie lubi kapitalizmu? Z równym powodzeniem można pytać alergika, co mu właściwie zawiniły nieszczęsne pyłki brzozy. A druga sprawa – jak w przypadku każdej choroby, również czerwoną zarazę da się przeanalizować statystycznie, wskazując wiek zapadalności, grupy ryzyka, długość trwania infekcji i szanse wyzdrowienia.</p>
<p>Pierwowzorem mojego powieściowego poety-komunisty był mój krajan Józef Łobodowski – dziś postać mało znana, choć w latach 30. należał do czołówki młodych pisarzy, a potem był jednym z mocniejszych filarów polskiej emigracji. Komuch na emigracji? Ano właśnie...</p>
<p><strong>Zakażenie</strong><br />
Łobodowski studiował na tym samym katolickim uniwersytecie co ja, mieszkał w tym samym mieście – wówczas endeckim do imentu. Tu zetknął się z gettami ławkowymi na uczelni i opluwaniem przez prawackich pismaków ludzi zasłużonych dla polskiej niepodległości, którzy mieli jednak pecha urodzić się Żydami. Niezgoda na taką rzeczywistość okazała się czynnikiem zaburzającym układ odpornościowy młodego (wiek zapadalności) Łobodowskiego. A ponieważ lewicowe poglądy były w modzie – tak jak w latach 80. noszenie irokeza i symboli anarchistycznych – osłabiony organizm (grupa ryzyka) padł ofiarą infekcji. Ktoś o bardziej ślamazarnej naturze, jak ja, pewnie by pokichał, poparskał i tę chorobę jakoś przechodził, ale nie on. Tak jak dżuma z nieznanych przyczyn atakowała głównie ludzi silnych i zdrowych, tak samo było z nim i komunizmem.</p>
<p><strong>Galopujący przebieg infekcji</strong><br />
Pisał wiersze konfiskowane przez cenzurę (m.in. tomik „O czerwonej krwi” aresztowany za obrazę religii i moralności) i redagował komunistyczne pisma („Barykady”, „Dźwigary”, „Trybuna”). Jeśli spotkał po nocy któregoś ze szczególnie nielubianych kolegów-korporantów, zabierał mu czapkę i wrzucał ją na latarnię. Nic więc dziwnego, że bywał częstym gościem w Wydziale Śledczym i w areszcie na lubelskim zamku, a swoje studia prawnicze na KUL-u zakończył na pierwszym roku. Również talenty pedagogiczne zupaków w Szkole Podchorążych w Równem nie na wiele się zdały. Łobodowski pisze i wysyła znajomym wiersze z woja, które zupełnie nie przypominają „Pierwszej Brygady”. I też niejedną noc, zamiast na kompanii, spędza za kratkami.</p>
<p><strong>Przesilenie</strong><br />
Około 1935 roku w biografii Łobodowskiego jest coś niejasnego, jakaś biała plama. Niby wydaje jeszcze „Dźwigary”, ale nawet w tej komunistycznej bibule zaczyna zmieniać ton – nie odżegnuje się od lewactwa, jednak Związek Sowiecki przestaje budzić jego entuzjazm. Czyżby zastosowano eksperymentalną kurację, którą w obawie przed konkurencją należało zatrzymać w tajemnicy? Sam Łobodowski wiele lat później w fabularyzowanej autobiografii „Dzieje Józefa Zakrzewskiego” pisze o nielegalnym przedostaniu się przez granicę polsko-sowiecką i obserwowaniu na własne oczy skutków stalinowskiego ludobójstwa – klęski głosu na Ukrainie spowodowanej przymusową kolektywizacją i „dekretem o pięciu kłosach” (5 kłosów zabranych z kołchozowego pola = 10 lat łagru lub czapa). Oficjalne biografie mówią z kolei oględnie o oddalaniu się poety od dawnych towarzyszy, zbliżeniu z awangardą i literacką śmietanką stolicy. Mniej życzliwi dodają, że nie bez przyczyny w tym właśnie okresie uhonorowano go nagrodą Polskiej Akademii Literatury. Jednak Łobodowski, choć już nie czerwony, pozostaje opozycjonistą i nieraz daje wyraz swojej niezgody wobec coraz bardziej nacjonalistycznej polityki rządu.</p>
<p><strong>Całkowite wyleczenie</strong><br />
Podczas wojny Łobodowski wraz ze swoim oddziałem trafia najpierw na Węgry do obozu dla internowanych. Stamtąd ucieka do Francji, a z niej (po przygodach z aresztowaniem i znowu umieszczeniem w obozie dla zdemobilizowanych żołnierzy)  do Hiszpanii. Planuje przez Portugalię dostać się do Anglii, jednak zostaje aresztowany po raz kolejny. Krwawy reżim generała Franco – jakim chcieli go widzieć przedwojenni polscy komuniści – okazuje się jednak wcale nie taki krwawy. Łobodowski wkrótce zostaje zwolniony i osiada na stałe w Madrycie. Tu w 1949 roku rozpoczyna współpracę z sekcją polską Radia Madryt, tłumaczy hiszpańskich klasyków, ma swoją rubrykę w londyńskich „Wiadomościach”, jest w stałym kontakcie z „Kulturą” Giedroycia. Na emigracji to zatem znany człowiek, autorytet od spraw polsko-ukraińskich, antykomunista do bólu, natomiast w kraju nikt o nim nie słyszy – nawet jako o parszywym wrogu ludowej ojczyzny. PRL ukarał bowiem niewiernego towarzysza, oprócz zakazu druku, zakazem wymieniania jego nazwiska w jakichkolwiek publikacjach (poza niewielkimi odstępstwami). Przez ponad 40 lat oficjalnie takiego człowieka nigdy nie było, a to dla pisarza gorzej nawet, niż gdyby go ktoś codziennie wyzywał od grafomanów.</p>
<p>Promotor mojej magisterki opowiadał mi o swoim spotkaniu z Łobodowskim krótko przed jego śmiercią w 1988. Niespecjalnie interesowało go życie literackie w kraju, pytał tylko o Lublin. Może to był tylko sentyment starego człowieka? A może jakaś dziwaczna, chorobliwa skłonność do powracania w miejsce, gdzie zaraził się lewactwem? Jakkolwiek nieprawdopodobnie by to brzmiało, jestem skłonny uwierzyć w tę drugą hipotezę. Nie, żebym miał czelność porównywać swój blady życiorysik z przygodami Łobodowskiego, jednak i u siebie dostrzegam podobną tendencję. Mój rozum odrzuca lewactwo, a mój uciemiężony podrozum wciąż do niego wzdycha.</p>
<p><strong>Dlatego na widok lewaka nie spluwam przez lewe ramię,</strong><br />
nie żegnam się krzyżem świętym ani nie odbezpieczam rewolweru. Podchodzę jak do nieszczęśnika, który przechodzi chorobę znaną mi z doświadczenia, tylko w ostrzejszej formie. Ale wszystko ma swoje granice, zwłaszcza gdy czyjeś lewactwo lepi się od głupoty albo ocieka cynizmem.</p>
<p>Kilka dni temu przeglądałem sobie jeden z moich ulubionych blogów o starożytnościach i coś mnie podkusiło, żeby skomentować <a href="http://archeowiesci.wordpress.com/2008/03/30/ciezkie-zycie-zwyklych-egipcjan/" target="_blank">artykuł</a>. Dlaczego to zrobiłem, skoro zwykle poprzestaję na oglądaniu? Pojęcia nie mam. Po kilku godzinach zajrzałem pod ten sam tekst, aby zobaczyć, jakie były inne komentarze (nie mówcie mi tylko, że Wy tak nie robicie!). Wtedy ku swemu zaskoczeniu wyczytałem, że</p>
<p><strong>ciężkie życie egipskiego proletariatu</strong><br />
ma wiele wspólnego z sytuacją w Tybecie. Zaintrygowany tym surrealistycznym skojarzeniem kliknąłem w link i przeniosłem się na stronę Centrum Informacji Anarchistycznej (CIA – prawda, jaki ładny skrót? anarchistyczny i w dobrym guście). Tam czekała na mnie bomba – ku swemu przerażeniu przeczytałem pseudouczony bełkot, w którym pewien lewacki amerykański pseudointelektualista udowadniał, że Tybetańczykom w sumie na jedno wyszło, bo gdyby ich nie torturowała chińska bezpieka, to bez wątpienia robiliby to samo feudalni ciemiężyciele spod sztandarów Dalajlamy.</p>
<p>Zapewne bym się całkiem zraził do blogów, ale po pierwsze, pod cynicznym bełkotem autora znalazłem wiele komentarzy zniesmaczonych i oburzonych tym samym artykułem anarchistów. A po drugie, jak najszybciej wszedłem na prawacką stronę Narodowego Odrodzenia Polski, gdzie poczytałem sobie wiele równie haniebnych bzdur, tylko na inne kopyto. Mówcie Państwo, co chcecie, ale nie ma to jak Web 2.0! Ile musiał przeżyć Łobodowski, żeby zabić argumentami wgryzającego mu się w mózg czerwonego pasożyta. A my wszystkie prawdy, kontrprawdy i g... prawdy mamy podane na tacy w jednym miejscu.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
