<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>plaza-bohemia &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/plaza-bohemia/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "plaza-bohemia"</description>
	<pubDate>Sat, 11 Oct 2008 12:50:56 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Niedziela wielkanocna]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=120</link>
<pubDate>Tue, 25 Mar 2008 07:28:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.pl.wordpress.com/2008/03/25/niedziela-wielkanocna/</guid>
<description><![CDATA[23 marca - niedziela.
O 10.00 wkraczają do nas z walizkami Aldona i Arnaud. Musieli zwolnić mieszk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>23 marca - niedziela.</p>
<p>O 10.00 wkraczają do nas z walizkami Aldona i Arnaud. Musieli zwolnić mieszkanie, a do wyjazdu na samolot mają jeszcze ze dwie godziny. No i przyjemnie wspólnie zjeść śniadanie wielkanocne. Dzielimy się jajkami i w miłym klimacie biesiadujemy i gadamy. Arnaud śmieje się, że Polacy serwują na śniadanie Francuzowi w Argentynie niemieckie rogaliki. Ano rzeczywiście tak jakoś kosmopolitycznie w tym Buenos.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-690.jpg" title="0803_robocze_bsas-690.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-690.jpg" alt="0803_robocze_bsas-690.jpg" /></a></p>
<p>Wreszcie czas rozstania. Żal, mimo że zaraz będziemy się widzieć w Warszawie.</p>
<p>Z życzeniami dzwonimy do rodzin w Polsce. Skype jak zwykle bardzo ułatwia kontakty na odległość. Dostajemy też sms-y od Aldony, że jechali godzinę, taxi kosztowała tylko 60 peso, dodatkowo trzeba mieć po 18 $ amerykańskich od osoby opłat lotniskowych, foliowanie walizek po 30 peso od sztuki. Foliowanie - wyjaśniam jeśli ktoś nie wie o co chodzi - jest rodzajem pieczętowania bagażu. Trudniej go okraść ale też trudniej do niego dołożyć jakąś kontrabandę (Argentyna jest jedną z dróg "eksportu" latynoskiej koki więc takie obawy nie są bezpodstawne).</p>
<p>Decydujemy się na wycieczka do San Telmo. San Telmo to stara, niegdyś bogata dzielnica Buenos. W XIX wieku została opuszczona przez bogaczy z powodu panującej tam żółtej febry. Wówczas powstały (lub rozwinęły się dzielnice Palermo i Recoleta).</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-694.jpg" title="0803_robocze_bsas-694.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-694.jpg" alt="0803_robocze_bsas-694.jpg" /></a></p>
<p>San Telmo to kolejna typowa pułapka turystyczna. Decydujemy się na opisaną w jakimś przewodniku knajpkę bezmięsną. Ponieważ jest późno na lunch to jemy tam jakieś kanapki. Białe wino - zachwalane jako biodynamiczne - jest skwaśniałe i odsyłamy je (chyba po raz pierwszy w życiu). W zamian dostajemy zdecydowanie lepsze.</p>
<p>Jedziemy na popołudniową milongę w Plaza Bohemia. Joasia ma tylko niezłe miejsce w drugim szeregu i wciąż tańczy, a ja dość dobry róg, z którego nieźle widać pierwszą ligę Argentynek. Jest dość ciasno ale daje się tańczyć. Niestety moje typy (Asia twierdzi później, że zdecydowanie zbyt ambitne) znowu mnie ignorują. Ale tańczę z drugą ligą i wiem, że gdybym decydował się na turystki to mógłbym nie siadać. Obojgu nam wydaje się, że lekcje u Fernando i Vilmy jakoś procentują (choć nie umiemy nazwać dokładnie jak). W każdym razie odnajdujemy - po raz pierwszy na milongach w Buenos - jakąś większą przyjemność (a nie wyłącznie ekscytację nowością i trudnością). Żałujemy, że wcześniej nie chodziliśmy częściej na popołudniowe milongi.</p>
<p>Kolację jemy z Wojtkiem w domu.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Słów kilka o niedzieli]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=93</link>
<pubDate>Mon, 17 Mar 2008 05:41:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.pl.wordpress.com/2008/03/17/slow-kilka-o-niedzieli/</guid>
<description><![CDATA[16 marca - niedziela.
Noc z poważnym kryzysem  przeziębieniowym Asi. Rano biegnę do apteki (Joas]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>16 marca - niedziela.</p>
<p>Noc z poważnym kryzysem  przeziębieniowym Asi. Rano biegnę do apteki (Joasia znalazła w Internecie spis aptek dyżurnych w Buenos) po jakiś inhalator, który mógłby ułatwić Asi przeżycie. Znowu brak hiszpańskiego okazuje się  nielada przeszkodą. Tylko wyjątkowa jak na Joasię zapobiegliwość pozwoliła mi dokonać odpowiedniego zakupu. Dyżurna apteka oczywiście zamknięta. Jest okienko jak w polskich aptekach dyżurnych ale przez okienko tu się nie rozmawia, a jedynie przyjmuje pieniądze i wydaje leki. Nie rozmawia się to znaczy to co czytasz: po prostu personel cię przez otwarte okienko nie słyszy i nie widzi - jesteś "aires", jesteś powietrzem tak jak na milondze w oczach Argentynki z pierwszej ligi tangowej dopóki nie oceni cię w tandzie z inna partnerka. Tyle tylko, że tu nie ma jak sie pokazać. Trzeba skierować się za długą strzałką, podejść do trzeszczącego domofonu i bez kontaktu wzrokowego - w którym mógłbyś gestykulować czy robić uroczo bezradne miny - głośno i wyraźnie (jak do mojej mamy) powiedzieć o co ci chodzi. Oczywiście angielski nie działa. Ale przezorna Asia napisała mi ze słownikiem w ręku kilka słów po hiszpańsku. Czytam je więc w dość przypadkowej kolejności: "duży, bardzo proszę, nie, nos, lekarstwo, oddychać, trzeba, bardzo proszę ..." . W odpowiedzi słyszę minutowe przemówienie jak mi się wydaje zakończone pytajnikiem. Więc robię co mogę ale już sprawniej mi się czyta (jestem nieco dyslektyczny więc to w ogóle problem): "trzeba nos duży bardzo proszę lekarstwo nie oddycha..." (albo coś podobnego). I na wszelki wypadek dodaję: "nie hiszpański". Cisza. Po chwili widzę kontem oka, że ktoś otwiera okienko, i przywołuje mnie wdzięcznym latynoskim władczym gestem z głośnym strzałem z palców. Miły młody facet, rozglądając się uważnie czy to aby nie podstęp i czy go ktoś przez to okienko zaraz nie wyciągnie w celu uzyskania okupu w  postaci działki narkotycznych leków po kolejnym kwadransie dyskusji wydaje mi krople i inhalator. Mój mały sukces tego ranka. Inny sukces to pozyskanie kolejnej godziny życia w związku z przestawieniem czasu na zimowy (brzmi to głupio w kontekście 28 st. C).</p>
<p>Leki niemal od razu sprawiają jakąś ulgę. Jemy śniadanie. Po śniadaniu Ja zasiadam do bloga, Asia wreszcie się przesypia, a Wojtek idzie z A&#38;A zobaczyć kolejne cuda Buenos.  Około 17 wyskakuję na sałatkę i kanapkę (oraz po kanapkę dla Asi) do The Coffee Store. Robią tam z ciemnego pieczywa fajną kanapkę z mazistym pleśniowym serem, rucolą i mieszaną sałatą oraz z "sercem palmy". Wytrawna, smakowita i świeża. Trzeba ją tylko jeść nożem i widelcem bo inaczej się rozpada.</p>
<p>Około 18 spotykamy się aby pojechać we trójkę (A&#38;A i ja) na milongę do Plaza Bohemia.  Udajemy, że jesteśmy oddzielnie. Aldona ląduje w środku strefy dla "Pań z drugiej ligi" tangowej, a my z Arnoud w kącie przy kiblu. Mamy co prawda wystawkę pań na przeciwko po skosie ale to "pierwsza liga" dla której nie istniejemy. Jestem pewien, że moglibyśmy zrobić na ich oczach harakiri, a ich godność osobista nie pozwoliłaby  tego dostrzec. Przez dwie godziny wgapiamy się w nie probując złapać jakieś spojrzenie. Całkowicie bezskutecznie. Po prostu tylko nam się wydaje, że istniejemy. Arnaud śledzi linie wzroku faceta, który siedzi po jego prawej stronie (tam zaczyna się pierwsza liga męska) ale nie odkrywa jak facet to robi, że ciągle tańczy. Zaczynam się zastanawiać czy aby nie zacząć rzucać papierowymi kulkami lub strzelać z procy. Coraz poważniej wracamy do pomysłu laserowego wskaźnika konferencyjnego.  Jednocześnie nie do uwierzenia ale Aldona mimo słabego miejsca i braku okularów (co utrudnia jej widzenie czy jest proszona, czy może proszą sąsiadkę) tańczy co chwila (i tylko dwie tandy z Arnoud). Wreszcie na kwadrans przed naszym wyjściem wyrywa mnie blondynka w średnim wieku (wyciągnęła szyje jak żyrafa i mrugała oczami jak szalona). Okazało się, że jest Kanadyjką, a jej babcia była Polką. Miła tanda i wyjątkowo mogliśmy rozmawiać, choć głownie o tym, że oboje nie rozumiemy dlaczego Argentyńczycy tyle gadają wokół tańca.</p>
<p>Zaraz potem do domu, gdzie czekał na nas Wojtek, z którym byliśmy umówieni na pójście na argentyńską wołowine do Anastasji (Bulnes esq. Cabello, Palermo).  Na wejście "szampan" Brut - zbyt mało delikatny. Kolacja bardzo smaczna, a Arnaud jako rodowity Francuz wybrał fajnego argentyńskiego Malbeca - reserva. Ja z Aldoną wybraliśmy "ojo" (czyli "oko" wołowiny, a Wojtek i Arnaud krzyżową. Wszytko tak jak za pierwszym razem (soczystość, tłuszczyk itp)  tylko, że "ojo" bardzo delikatne. Jako strzemiennego podano nam lekki likier brzoskwiniowy (moim zdaniem umiarkowanej jakości tak zresztą jak i espresso). Wziąłem jeszcze sałatkę do domu dla Joasi.</p>
<p>Zrobiła się północ i postanowiliśmy podjechać na dwie godzinki do El Beso. Ku naszemu zdumieniu nie zostaliśmy w ogóle wpuszczeni z powodu panującego tam dziś tłoku. Nie pomogły tłumaczenia, że będziemy stać przy barze i nie potrzebujemy stolika. Nie i już.</p>
<p>Powrót do domu, a jutro rano jesteśmy umówieni na kawę w The Coffee Store i zakupy u Diora. Później lekcje.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzień trochę w poprzek z nieoczekiwanym zakończeniem]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=63</link>
<pubDate>Fri, 14 Mar 2008 01:25:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.pl.wordpress.com/2008/03/14/dzien-troche-w-poprzek-z-nieoczekiwanym-zakonczeniem/</guid>
<description><![CDATA[Środa 12 marca. Dzisiejszy dzień był trochę w poprzek. Wstaliśmy niezbyt wcześnie bo ulica str]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Środa 12 marca. Dzisiejszy dzień był trochę w poprzek. Wstaliśmy niezbyt wcześnie bo ulica strasznie hałasowała i słabo spaliśmy. Śniadanie jak zwykle, tylko więcej kawy dla przebudzenia.</p>
<p>Zrobiliśmy długą listę spraw do załatwienia bo to taki wolniejszy od tangowych zajęć dzień. Mieliśmy w pół godziny opędzić bieżączkę, a później zacząć kupować liczne zamówione przez przyjaciół ze Złotej Milongi buty.</p>
<p>Najpierw pranie. Tu co 200-500 metrów są pralnie, a na strychu naszego małego apartamentowca mamy pralki do użytku dla mieszkańców. Nikt zatem nie pierze u siebie w domu. Ale miejscowi Życzliwi ostrzegli nas aby nie zostawiać rozwieszonego prania na strychu bo ktoś może ukraść. Z nie pojmowalnych dla mnie powodów - tak jak w Polsce chodzą kolesie i wyrywają miedziane kable elektryczne żeby sprzedać je na złom - tak tutaj w ciepłym kraju miłych ludzi istnieje statystycznie istotny problem, że ktoś rabuje stare ubrania. Tak, rabuje. Nie chodzi o to, że jakaś dziewczyna chce mieć fajne dżinsy i zwędzi je ze sznurka sąsiadce. Zanieśliśmy nasze "brudy" do pobliskiej obdrapanej pralni dla zwykłych ludzi i ku naszemu zdumieniu musieliśmy oddać pranie przez otwór w stalowej przegrodzie uczynionej z niezwykłą dbałością z grubych krat. Nie z takich jakiś byle prętów ale solidnych krat grubych na kciuk drwala i powiązanych 10 mm płaskownikiem. Takich jakie widziałem na filmie "Ucieczka z Alcatraz"! Przed pralnią na skrzynce po owocach siedział facet, który wyglądał na kogoś w rodzaju "obstawy". Jeśli będziecie w Buenos oddawać swoje T-shirty do prania pamiętajcie żeby mieć dłonie na widoku ochrony bo mogą was wziąć za rabusiów majtek i koszul. Pamiętajcie także aby przynieść ze sobą własny płyn lub proszek do prania. Po pierwsze jest to mile widziane przez obsługę ale po drugie standardowe środki do prania czuć. Czuć w znaczeniu słowa takim, w jakim niegdyś używano go do opisu wrażeń węchowych związanych z "kruszeniem" dziczyzny na mrozie: "o, już dobrze czuć ten comber - skruszał - można go na pasztet". Przekonałem się o tym dzisiaj kiedy wyszedłem na nasz wielki balkon i zamiast zaczerpnąć świeżego powietrza zachłysnąłem się czymś całkiem nieświeżo pachnącym. Pierwsze skojarzenie to takie, że zaśmierdziały się rozsypane na ulicy śmieci. Tutaj ubodzy ludzie rozsypują worki ze śmieciami wystawione do zabrania przez służby i wybierają z nich wszystko co nadaje się do jakiegoś użytku. Czasem to właśnie czuć. Ale nie, ulica czysta. Więc o co chodzi? Wiatr od rzeki? Nie, to sąsiedzi odebrali swoje pranie z pralni i suszyli na balkonie obok na sznurkach. Noście więc własny proszek. Pamiętajcie też o tym aby zaznaczyć, że nie chcecie (tzn bardzo serdecznie dziękujecie za...) aby używano po praniu standardowych perfum (mają one zapobiegać właśnie tej "czujności" prania standarowym proszkiem i wprowadzają z naszego punktu widzenia "czujność" alternatywną. Perfumowaną. Głośno i wyraźnie: "NO PERFUMO, PER FAVORE" i szeroki przyjazny uśmiech. Nasze pranie będzie na piątek popołudniu, a koszule mają być uprasowane. Niestety nie zaznaczyliśmy żeby nie gotowali naszych ubrań i żeby prasowali patrząc na metki. Nie zabroniliśmy też prania suszyć w suszarce (podobno można odebrać w strzępach). W związku z tym zaczęliśmy obstawiać czy moje nowe koszule od Diora staną się jednorazówkami czy jakoś to przetrzymają.</p>
<p>Po oddaniu prania uświadomiliśmy sobie, że nie przetrwamy dnia bez wymiany dolców na pesety bo za lekcje, milongi, taxi itp nie można płacić kartą, a zresztą taka wymiana jest korzystniejsza kursowo. Zatem do banku. Ale jak na złość banku nie znaleźliśmy szybko, za to złapała nam się taksówka ( aktywne łapanie w BsAs trwa zazwyczaj 3-7 sekund, a pasywne nawet zero bo taksowki jak widzą, że nie podążasz gdzieś zdecydowanym krokiem często zatrzymują się przy tobie same). Postanowiliśmy więc pojechać do jednego ze sklepów z butami i tam w okolicy wymienić pieniądze. Sklep nazywa się "Adolfo Marcos Calzados" i reklamuje się, że robi najwyższej jakości ręcznie szyte buty do tanga. Taksówkarz podwiózł nas na miejsce, a tam poprosiliśmy żeby wysadził nas przy lokalnym banku. Wszystko fajnie ale nasz numerek (taki jak w Warszawie na poczcie) ma przed sobą 45 innych numerków. Znając Argentyńskie tempo obsługi postanowilismy wrócić tu z naszym numerkiem w przyszłym roku, a tymczasem udać się do innego banku . W Bankpatagonia ucieszeni mniejszą kolejką odstaliśmy swoje, a na koniec dowiedzieliśmy się, że potrzebny jest paszport. Miałem przy sobie xero paszportu (tak nam zalecali rozmaici globtroterzy i miejscowi doradcy) i oryginał prawa jazdy. Niewystarczające i gdy próbowaliśmy dyskusji po 30 sekundach naszego delikatnie okazywanego niezadowolenia zbliżył się do nas facet w kuloodpornej kamizelce i napisem na plecach "policia federal" i zaczął odpinać kaburę z wielkim pistoletem. Uznaliśmy to za sygnał do zakończenia rozmowy. W kolejnym banku może nasze dokumenty byłyby wystarczające ale tam nie robią wymiany jeśli nie masz obywatelstwa argentyńskiego (!). W kolejnym facet miał na zegarku 15,01 (a ja 14,59). Płynną angielszczyzną wyjaśnił, że "nic nie może dla nas zrobić" bo o 15,00 nie wpuszczają już interesantów, a to jego zegarek pokazuje "oficjalny czas" a nie mój... Wreszcie jakaś Argentyńczyk powiedział nam o kantorze wymiany walut w pobliskiej "galerii" 20 m. stąd. Oczywiście 20 m przerodziło się w 200 m ze skrętem w boczną ulicę, galeria wyglądała na całkiem wymarłą, a kantoru nikt nie rozpoznałby bo był bez najmniejszego oznaczenia - ot, w obłażącej z farby wnęce kawałek lustrzanej szyby z otworem ledwie na oko i szparą na dole jak w skrzynce pocztowej.</p>
<p><a title="kantor wymiany walut w Buenos" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-278.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-278.jpg" alt="kantor wymiany walut w Buenos" /></a></p>
<p>Decyzja żeby włożyć tam 500 dolców emocjonalnie była równa decyzji aby włożyć te 500 dolców do kratki ściekowej na ulicy. Sam w to nie wierzę ale zrobiłem to i odniosłem sukces - forsa nie popłynęła w dal tylko wróciła do mnie w postaci peso po całkiem dobrym kursie 3,12 peso za dolara.</p>
<p>Teraz niemal biegiem do "Adolfo Marcos Calzados" bo dzień prawie uciekł, a my ledwie pozyskaliśmy nieco gotówki. Niestety okazało się, że sklep istnieje (za kratami wewnątrz podwórka) ale buty do tanga? Tu gdzieś jest jedna para - męskie 38. Teraz nie robimy już do tanga ale proszę jakie przyjemne buty wizytowe...</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-280.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-280.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-280.jpg" alt="0803_robocze_bsas-280.jpg" /></a></p>
<p>Wściekli i głodni (bo już po 16) wpadliśmy na pobliski róg coś zjeść. Niestety nie ma co opisywać prócz przestrogi aby nie brać w BsAs ziemniaków i sosów w "europejskim stylu". Joasi ryba była niezjadliwa. Ja połknąłem kotlecik z polędwicy i sałatę - czyli najbezpieczniejszy wybór w Argentynie jeśli ktoś jada ssaki.</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-287.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-287.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-287.jpg" alt="0803_robocze_bsas-287.jpg" /></a></p>
<p>Ze względu na porę postanowiliśmy się rozdzielić. Joasia do El Chino na swoje ulubione tortury. Ja postanowiłem sprawdzić "Fabio Shoes" - sklep z butami reklamowanymi jako szyte przez tancerzy dla tancerzy (Riobamba 10, X piętro, apartament 10A; www.fabioshoes.com.ar). Niestety okazało się, że Asia zapomniała butów do tańca, a na nogach ma klapki. W ostatniej chwili taxi do domu i do Chińczyka.<br />
<a title="0803_robocze_bsas-310.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-310.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-310.jpg" alt="0803_robocze_bsas-310.jpg" /></a></p>
<p>Z przyjemnością pojechałem metrem i per pedes. Tu zazwyczaj dość łatwo znaleźć adres ale nie ma żadnych oznaczeń. Po prostu klatka schodowa z domofonem. "Ola!", "ola, I'm interested in your shoes", "bzzzzz" i możesz wejść. Jedziesz windą do mieszkania, w którym pod sufit pudełek, jest nawet dwoje jakiś klientów z Niemiec, trzy osoby obsługi. Bardzo fajny design ale właściwie wyłącznie do tango nuevo. Mnie nie pasowała również jakość (oczywiście ocena na oko wyłącznie - może ktoś ma takie buty dwa lata i w nich tańczy i jest zadowolony). Pod wkładkami czuć palcem prawdziwe szewskie pobojowisko, podeszwy cięte nożem, i ślady butaprenu od czasu do czasu. Pożegnałem się z miłym uśmiechem i tyle.</p>
<p>I tak za późno żeby jeszcze dziś cokolwiek załatwić więc dla odprężenia spacer przez miasto. Kongres (jak twierdzą Argentyńczycy za duży).</p>
<p><a title="0803_robocze_bsas-298.jpg" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-298.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-298.jpg" alt="0803_robocze_bsas-298.jpg" /></a></p>
<p>To mnie zadziwia w Buenos, że w mieście ogromnego chaosu architektonicznego, wielu ruin, popsutych chodników, śmieci na ulicach, dużych obszarów prawdziwego ubóstwa prawie nie ma dewastacji "mienia publicznego". Wiele skwerów z "ogródkami jordanowskimi" dla dzieci, gigantyczne pomniki i gmaszyska, parki z ławkami, metro i to wszystko oszczędzone przez wandali a nawet graficiarzy. Ci ostatni zajmują czasem z dużym kunsztem nikomu niepotrzebne powierzchnie brzydkich płotów. A może to tylko specyfika niezłych dzielnic w których bywamy?</p>
<p><a title="graffiti w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-300.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-300.jpg" alt="graffiti w Buenos Aires" /></a></p>
<p>Mieszkańcy BsAs kochają psy, troszczą się o nie i mają dla nich wiele tolerancji. Wszystkie widziane przez nas zwierzaki (a było już ich ponad sto) widzieliśmy odkarmione, wyczesane, wesołe - wyraźnie zadowolone z życia. Psy często towarzyszą ludziom w pracy, na zakupach itd. Tak jak te urocze pieski w okienku "kiosku Ruchu".</p>
<p><a title="psy w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-294.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-294.jpg" alt="psy w Buenos Aires" /></a></p>
<p>W Palermo - gdzie mieszkamy - w środku dnia widać wielu zawodowych wyprowadzaczy psów wędrujących z uroczymi gromadkami po 5-8 sztuk zgodnie spacerujących czworonogów.</p>
<p>Jak już nieźle się zlazłem - w metro i do domu. Po chwili przyszła Joasia i postanowiliśmy po krótkim odpoczynku pójść na polecaną nam przez Fernando środową milongę do Plaza Bohemia. Powinna zaczynać się o 22.00 więc celowaliśmy na 22.45. Oczywiście próbujemy wejść jako nie para. Na miejscu rozczarowanie - jakieś zajęcia dla facetów. Chyba technika. Czterdziestu hombres uczy się w parach prowadzenia. Kolejny raz okazuje się, że to co napisane w zapowiedziach nie musi zgadzać się z życiem. Moja zwykła refleksja w takich sytuacjach to "no, znowu dzień do kitu". Zacząłem już schodzić po schodach kiedy słyszę, że Joasia nie daje za wygraną i szlifuje swój hiszpański starając się ustalić dlaczego nie ma milongi, kiedy będzie następna, skąd można brać aktualne informacje itp. Nagle woła mnie na górę i mówi, że milonga zacznie się za kwadrans. Zawracam więc, ale słyszę tym razem już angielski (co znaczy że Joasia sprawdza czy aby dobrze zrozumiała po hiszpańsku) : "to znaczy, że może mnie poprosić kobieta? i ja mogę poprosić mężczyznę?, i każdy może poprosić każdego? i jego też może poprosić mężczyzna?" (i tu widzę palec wskazujący skierowany do mnie). "Janusz, wchodzimy!" - zapadła nasza wspólna decyzja.</p>
<p><a title="gejowska milonga w Plaza Bohemia w Buenos Aires" href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-311.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-311.jpg" alt="gejowska milonga w Plaza Bohemia w Buenos Aires" /></a></p>
<p>Fantastyczny klimat dziecięcej wolności, prawdziwej zabawy, spontaniczności, szczęścia płynącego ze swobody wyrażania siebie poza konwenansem, czułości i miłości... Jeśli chcieć się czepiać to tego, że część osób naprawdę słabo tańczyła, a część poruszała się w tłumie jak miejscowi taksówkarze. Tak, czy inaczej wieczór wynagrodził nam wszystkie małe niepowodzenia dnia. Na tym zakończę dzisiejszą relację.</p>
<p>janusz</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dziś dwie milongi]]></title>
<link>http://elosito.wordpress.com/?p=46</link>
<pubDate>Mon, 10 Mar 2008 14:27:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>elosito</dc:creator>
<guid>http://elosito.pl.wordpress.com/2008/03/10/dzis-dwie-milongi/</guid>
<description><![CDATA[Najpierw uwaga administracyjna: do większości poprzednich wpisów dodałem zdjęcia i tak już bę]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Najpierw uwaga administracyjna: do większości poprzednich wpisów dodałem zdjęcia i tak już będzie dalej. Video nie przewiduję bo mam tu starego i za słabego ThinkPada.</p>
<p>Niedziela. Jak zwykle zaczęliśmy dzień od musli z jogurtem i własnej już kawy (kupiliśmy mały ekspres Elektroluxsa -80 peso - i mamy ustalone, że Angel zwróci nam za niego). Do mieszkania należy bardzo duży balkon, a na nim stoliki i krzesełka. Próbowaliśmy więc zjeść na świeżym powietrzu ale słońce wygoniło nas w jakieś trzy minuty (uczucie jakby ktoś przypiekał rozpalonym żelazkiem każde naświetlone miejsce). Kończyliśmy śniadanie w domu. Warto zaznaczyć, że mamy tu wczesną jesień i tylko jakieś 25 stopni C (w cieniu oczywiście), jednak kąt naświetlenia jest zabójczy.</p>
<p>Po śniadaniu ćwiczenia domowe z kisielowania i odpowiedniego prowadzenia i stawania partnerki i stawiania nóg. Po godzinie Joanna zapytała mnie czy jestem pewien, że MUSIMY to robić dalej, czy nie możemy tak jak przyzwoici Polacy  spędzić reszty życia oglądając telenowele, jeść schabowe i chipsy, grillować  w lecie smażąc boki na polskim łagodnym słońcu - krótko mówiąc czy mamy jakiś powód żeby się tak samobiczować zamiast szybko doprowadzić nasze mózgi do odpowiedniego stanu zapchania cholesterolem, dającego dozgonne poczucie szczęścia?  Przyznam, że natychmiast byłem  gotów pójść tym tropem porzucając moją partnerkę w pół kisielowatego "ocho" mówiąc sobie, że przecież każdy tańczy "swoje tango", a moje może być przecież przy grillu. Niestety Joanna w ułamku chwili otrząsnęła się ze swojej słabości i zażądała ciągu dalszego. Koszmar.</p>
<p>Po odrobieniu lekcji domowej prysznic i nasza ulubiona już pizzeria Romario.<br />
<a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-223.jpg" title="Romario"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-223.jpg" alt="Romario" /></a></p>
<p>Pół pizzy z rucolą, suszonymi pomidorami z oliwy i serem, a drugie pół z innym serem i cebulą. Sałata z oliwą i balsamico, mała butelka miejscowego białego wina z lodu, dużo wody i czarna kawa.</p>
<p>Dalej postanowiliśmy zobaczyć kawałek starego śródmieścia BsAs i udać się na popołudniową milongę na świeżym powietrzu w Plaza Bohemia (Maipu 444) gdzie podobno jest więcej miejsca na parkiecie i przychodzi więcej starszych ludzi, którzy spokojnie tańczą. Postanowiliśmy jechać metrem. Dziesięcioprzejazdowy bilet kupiony w kiosku ze słodyczami  kosztuje 18 peso dla jednej osoby. Metro jest dość stare i niezbyt czyste ale sprawia wrażenie bezpiecznego i nieźle zorganizowanego.</p>
<p>Wylądowaliśmy na Plaza de Maya.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-230.jpg" title="Plaza de Maya"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-230.jpg" alt="Plaza de Maya" /></a></p>
<p>Trochę posiedzieliśmy przy fontannie, a Joasia pogadała sobie  z młodymi Urugwajczykami. Potem  spacer przez miasto - tu pełne "imperialnych" alei i gmachów. No i turystów.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-234.jpg" title="0803_robocze_bsas-234.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-234.jpg" alt="0803_robocze_bsas-234.jpg" /></a></p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-231.jpg" title="0803_robocze_bsas-231.jpg"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-231.jpg" alt="0803_robocze_bsas-231.jpg" /></a></p>
<p>Okazało się, że nasza milonga zaczyna się dopiero za pół godziny (o 18.00) i w ogóle nie jest na powietrzu tylko w sali przypominającej polskie gminne domy kultury z lat 70. a powietrze przesycone jest zatykającym wprost zapachem naftaliny.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-236.jpg" title="Plaza Bohema"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-236.jpg" alt="Plaza Bohema" /></a></p>
<p>Czekając na początek milongi patrzyliśmy na jakąś prywatną lekcję (fatalnie prowadzoną naszym zdaniem) i wypiliśmy małego musującego Bruta. Zapach naftaliny - okazało się - pochodzi z pisuarów męskiej toalety, które wypełnione są kilogramami jakiś "naftalinowych" kulek (WC usytuowany właściwie w obrębie sali za przepierzeniem).  Na ścianie męskiej toalety zabytkowy automat z prezerwatywami (podobny jest w El Beso), co wskazuje, że  tańczenie tanga   może mieć rozmaite odsłony.</p>
<p>Tu, jak i na pozostałych znanych nam milongach gospodarz (lub gospodyni) usadza przy stoliku wg zasad organizacji sali i własnego widzimisię (nowy zawsze dostaje fatalne miejsce - chyba, że jest Joanną solo, która z nieznanego mi powodu dostaje miejsca super). Otrzymaliśmy też "numerki" do losowania szampana (częsty zwyczaj). Plaza Bohemia ma  szatnię (która jest też kasą) przed wejściem na prostokątną salę. Na przeciwko wejścia w jednym rzędzie siedzą faceci, a po prawej pary i też faceci (w trzech rzędach). Na lewym (krótkim) boku w trzech rzędach kobiety i podobnie (ale w jednym rzędzie) na ścianie długiej wejściowej - też kobiety. My dostaliśmy stolik narożny po prawej stronie na ścianie "męskiej" - przy kiblu. W zasadzie poza duszącym zapachem to bez znaczenia bo przez to czekanie staliśmy się PARĄ co oznacza, że żaden facet nie mógł poprosić Joanny, a żadna kobieta nie była gotowa spojrzeć w moją stronę i dać się poprosić .  Oczywiście proszenie wyłącznie wzrokiem.</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-240.jpg" title="Plaza Bohema"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-240.jpg" alt="Plaza Bohema" /></a></p>
<p>DJ okazał się kolejnym "nieśmiertelnym" Argentyńczykiem - gdy wyszedł do toalety i długo nie wracał, a jego miejsce zajął dwa razy młodszy starzec, obawialiśmy się, że DJ właśnie umarł.   Ale nie, później tańczył z werwą i z przerwami tylko na cortiny! Sala szybko zapełniła się ludźmi, a gdy zaczęli tańczyć od razu powstało nam w głowach pytanie: "ile lat potrzebujemy żeby się do nich zbliżyć? Zwłaszcza do tego wysokiego "Glancusia" w białych spodniach, granatowej marynarce i dwukolorowych lśniących butkach. Później uświadomiliśmy sobie, że Glancuś to ni mniej ni więcej Oscar Casas więc nam trochę ulżyło bo wiadomo, że ojciec Oscy'iego jest poza zasięgiem.  Obawialiśmy się, że popsujemy efekty swoich  ćwiczeń i zaczniemy tańczyć znowu ze starymi nawykami. Poszło nam jednak nieźle. Oboje mieliśmy wrażenie że jest nam wygodniej i przyjemniej niż dotąd (pierwsze lekcje i poranne tortury dały już efekt?). Faktem jest też, że nie było dużego tłoku na parkiecie (mają parkiet a nie płyty) tzn. nie większy tłok niż w "Złotej" w popularny wieczór.  Z pewnością będziemy tam wracać dla poćwiczenia "w boju".  Po dwóch godzinach metro i do domu. Po drodze jeszcze zakupy spożywcze w małym niemal "delikatesowym" supermarkecie.</p>
<p>W domu na kolację zrobiłem jajecznicę na pomidorach i zielona herbatę. Mimo braku pieprzu smakowała nieźle.</p>
<p>Prysznic, zmiana ciuchów i do El Beso (Las Morochas) dla złapania klimatu (Asia jeszcze nie widziała) i ćwiczeń w sytuacji parkietu naprawdę tłocznego. Weszliśmy jako nieznani sobie ludzie. Asia dostała jeden z najlepszych stolików w pierwszym rzędzie. Mnie usadzono w najczarniejszym kącie najdalej od wejścia, w drugim rzędzie. Właściwie w oczy mogłem zajrzeć tylko kelnerce. Dodatkowo tym razem (inaczej niż w środę) było chyba więcej facetów. Joasia natychmiast została porwana i do końca wieczoru dużo tańczyła (choć też i trochę siedziała). Później okazało się, że  jeden Norweg  popsuł jej tandę bo kompletnie sobie nie radził i Joasia obawiała się, że nikt jej już nie poprosi (ale nie miała racji). Poznałem go poprzednio w El Beso - najniższy Norweg świata, który tańcząc - bez przesady - mógłby bez trudu ssać pierś każdej partnerki. Ja sądzę, że go to zwyczajnie rozprasza. Mnie by rozpraszało.</p>
<p>No i miłe spotkanie.  Patrzę a oczom nie wierzę -  Asia siedzi przy stoliku  ze znaną nam  ze Złotej Milongi  Ewą  F.</p>
<p>Ja miałem tylko dwie tandy (nie z Joasią) : jedną z Brazylijką, a drugą ze Szwajcarką. Szwajcarka świetnie tańczyła i podobnie jak ja nie mogła wyjść ze zdziwienia nad tutejszym  obyczajem rozmawiania na parkiecie wrzaskiem przez pół każdego utworu.  Następnym razem nie chcę stolika i będę operować z pozycji przy barze. Doświadczyłem honoru bycia potrąconym przez Tete szalejącego w przedziwnym układzie brzuchów z kobietą w zaawansowanej ciąży. Tete przeprosił MNIE. Będę długo pamiętał tę chwilę...</p>
<p><a href="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-245.jpg" title="El Beso"><img src="http://elosito.wordpress.com/files/2008/03/0803_robocze_bsas-245.jpg" alt="El Beso" /></a></p>
<p>W domu byliśmy o koło trzeciej. Niestety istnieje prawdopodobieństwo, że Joasia zaziębiła się od klimy dobrze schładzającej jej świetną miejscówkę. Jakieś leki na noc i spać.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
