<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>opowiesci-i-fabularia &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/opowiesci-i-fabularia/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "opowiesci-i-fabularia"</description>
	<pubDate>Sat, 26 Jul 2008 00:01:33 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Szpitalne gawędy, czyli: lać - jak to łatwo powiedzieć.]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/?p=152</link>
<pubDate>Fri, 28 Mar 2008 14:15:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/?p=152</guid>
<description><![CDATA[Nic tak nie pomaga wyjść z dołka jak opowiadanie o mało istotnych pierdołach. Niech, więc stan]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nic tak nie pomaga wyjść z dołka jak opowiadanie o mało istotnych pierdołach. Niech, więc stanie to opowiadanie.</p>
<p>Errata - Niech się stanie opowiadanie. <br />
"Niech stanie" może zabrzmieć dwuznacznie i mało poprawnie, w kontekście zwłaszcza.<br />
____________________________________<br />
Stoję i leję. Jezu, ale to fajne uczucie - lać.<br />
Takie sikanie to frajda jak jasny gwint. Gdyby tylko nie ta rurka z przymocowaną na jej końcu butelką… Eee, co tam, po obchodzie ją wyjmą, a tymczasem leję sobie beztrosko i jest bosko. Wczoraj tak nie było.<br />
Zabrali mnie z samego rana, zaraz po tym jak, nieświadom następstw, odlałem się przed operacją (nigdy nie miałem z tym problemu). Właściwie, co to za operacja? Laparoskopia to nie jest prawdziwa operacja, kilka dziur w brzuchu, które będą wyglądać jak blizny po postrzałach… Kurcze! Można do nich taką historię dorobić, że żadna laska się nie oprze! Trzeba tylko wymyślić jak w nią wpleść dwa zdania: „Co ty wiesz o postrzeleńcach?” i „ Nie chce mi się z tobą gadać”… To drugie to chyba rano? O czym to ja mówiłem...? Acha.<br />
Odlałem się przed tym „laparoskopowaniem” jak baran jakiś, albo inny zwierz mało rozumny, wskoczyłem na łóżeczko a siostry powiozły mnie na blok operacyjny.<br />
Ocknąłem się na "podwójnej" pooperacyjnej w towarzystwie Krzysia i tą rurką wystającą z brzucha. Jeszcze mi nie przeszkadzała, ba, nie wiedziałem, że ją mam.<br />
Chociaż dopiero co otworzyłem oczy to i tak chciało mi się spać dlatego mało zainteresowała mnie pielęgniarka mówiąca „Na siusiu” stawiając w zasięgu mojej ręki kaczkę. „No jasne, że na siusiu” pomyślałem i zapadłem w sen. Gdybym sobie przypomniał, że to siusiu to czynność nadrzędna za nic bym nie zasnął. Oczy zamknąłem „W samo południe” otworzyłem koło „15.10 do Jumy”. Nade mną znowu stała pielęgniarka.<br />
- I jak? Jest siusiu?<br />
Co ona tak się przykleiła do mojej uryny?<br />
- Nie<br />
Odpowiedziałem i już miałem zapaść w dalszą drzemkę…<br />
- Oj, to trzeba zrobić, bo będziemy musieli cewnikować.<br />
Nie lubię tego słowa jeszcze bardziej od rurek wystających z brzucha. Spojrzałem na Krzysia, który z kaczką w dłoni patrzył na mnie nieprzytomnym, a jednak już przestraszonym wzrokiem. Poznałem po tej minie, że próbował.<br />
- Ale ja miałem tam wszystko znieczulane. Nic nie czuję. Jak mam zrobić?<br />
Wyszeptał trwożliwie.<br />
- Niech się pan oklepuje.<br />
Poradziła siostra wesoło i wyszła. Krzyś odprowadził ją tępym wzrokiem do drzwi, a ja brutalnie i bezdusznie roześmiałem się. Od razu dźgnęło mnie sumienie od środka tępym bólem i umilkłem łapiąc oddech. Przy okazji odkryłem rurkę i buteleczkę. Przez dren sączył się powoli krwistordzawy płyn. Kurna, to ze mnie? To dobrze, czy źle? Matko jedyna, ile tego ma wyciec? Dlaczego ta butelczyna taka mikra?<br />
- Nie dam rady. Flaka tam mam…<br />
Wdarł się między wewnętrzne rozterki głos współtowarzysza. Spojrzałem na niego. Lewą ręką uniósł kołdrę, a prawą sięgał gdzieś głęboko pod nią nadzorując uważnym wzrokiem czynności wynikające z „sięgania”. Pościel na jego łóżku poruszała się niespokojnie.<br />
- Tylko sobie krzywdy nie zrób.<br />
Poradziłem odwracając się. Facet majstrujący w tych okolicach przy drugim facecie jakoś mnie rozbił wewnętrznie. Dla złagodzenia wrażeń zacząłem się wiercić. Tak zeszła nam godzinka lub dwie do ponownego pojawienia się, w otwartych drzwiach sali, pielęgniareczki.<br />
- Jakieś nowiny?<br />
Nie wiem jak udaje jej się zawrzeć taki ładunek dobrego humoru w tak krótkim pytaniu.<br />
- Ja nic nie czuję.<br />
Oświadczył Krzyś kategorycznie postanawiając widocznie iść w zaparte.<br />
- Wolno mi już pić?<br />
Zapytałem przytomnie.<br />
- Może pan sobie zwilżyć usta, ale proszę nie pić.<br />
”No to jak ja mam się odlać? Przed operacją byłem w kiblu!” Zawołała przerażona wyobraźnia oglądająca właśnie cewnik ładujący się w…<br />
- Do której mamy czas?<br />
- O 18 kończę dyżur.<br />
I wyszła.<br />
Jasne! Idź sobie kobieto bez serca! Zostaw to wszystko w naszych bezsilnych, schorowanych dłoniach!<br />
- Kurwa<br />
Czego by o Krzysiu nie mówić potrafił w jednym słowie zmieścić wszystko to, na co mi było potrzeba kilku zdań. Chwyciłem kaczkę i wcisnąłem pod kołdrę. Przyszedł czas na czyn. Jednak od zamiaru do wspomnianego czynu droga daleka. Nierzadko przesiąknięta potem, nasączona czerwienią nabrzmiałej od wysiłku twarzy.<br />
- Ni chuja  <br />
Dotarło do mnie tuż przed 18.<br />
- I jak?<br />
Zapytałem bez sensu, odpowiedź bowiem padła z góry.<br />
- Gdzie tam. Nawet goła dupa nie tchnęłaby w niego teraz życia.<br />
Pożalił się przy akompaniamencie głośnego pierdyknięcia plastiku o metalową szafkę.<br />
- A ja się odlałem wcześniej. Żebym mógł chociaż pić…<br />
Zajęczałem spoglądając tęsknie na butelkę mineralnego żywca.<br />
- Miałeś kiedyś cewnik?<br />
W zadanym pytaniu zabrzmiało wyraźne zaniepokojenie.<br />
- Miałem. Podobno wiele zależy od tego kto i jak zakłada. Może boleć jak cholera. Potem to też żadna frajda.<br />
- Kurwa<br />
Znów celnie podsumował Krzyś.<br />
- Pewnie zaraz przyjdzie?<br />
Nie przyszła aż do 19.30. Objawiła się podwójnie, jako nowa, nocna zmiana.<br />
- Jak się panowie czują?<br />
Zapytała troskliwie chyba ta ważniejsza. Przysiągłbym, że obłudnie, bo zaraz padło:<br />
- Kaczuszki pełne?<br />
No jasne, że pełne! W mojej, na ten przykład, jest pełno powietrza, aż po sam wylot!<br />
- Jeszcze nie? Umówmy się tak: Macie czas do 21. Połóżcie się na boczku i samo poleci. Jak się nie uda to nie będzie wyjścia, więc się postarajcie. Możecie się trochę napić, mały łyczek.<br />
Ta milcząca przytaknęła i zostawiły nas. Rzuciłem się na wodę. Wciąż jest nadzieja…<br />
Jeden mały łyczek, drugi mały łyczek, trzeci mały łyczek… Nie mówiła ile tych łyczków, tylko, że małe. Po piątym zdałem sobie sprawę, że jestem pełny, co w niczym nie ułatwiało sprawy. Położyć się na boczku... Na tym bez rurki znaczyło patrzeć na Krzysia podczas czynności pojedynczo intymnej. Krzysiu też się na mnie gapił, tak mu wypadało ze szwów.<br />
Do dupy z takim laniem! Zakorkowałem się na dobre. O 20.30, tonąc w pocie, skrajnie wykończony, błagałem o śmierć. Miała mnie gdzieś, nie przyszła. W akcie desperacji przekręciłem się na ten „zarurkowany” bok. Na bezdechu skupiłem całą wolę i resztkę sił. W głowie zaczęło szumieć jak po bąbelkach…<br />
Tryumfalne „Cha” i potężne westchnienie pełne ulgi oznajmiło mi tryumf Krzysia nad martwą postacią rzeczy. Spiąłem się jeszcze mocniej w sobie i…<br />
Wzruszenie było tak silne, że pociekły mi także łzy. Odstawiłem chlupoczące wesoło narzędzie tortur na szafkę.<br />
- Zapaliłoby się teraz…<br />
- No<br />
Wyszeptałem przez łzy. Było bosko, prawie beztrosko.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wykapana historia, czyli dramat monopolowo-konspiracyjny]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/?p=122</link>
<pubDate>Mon, 11 Feb 2008 12:44:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/?p=122</guid>
<description><![CDATA[Osoby:
Ryszard-synek – główny kapiący, głowa rodziny
Babcia-mama - krwi błękitnej Natenczas]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Osoby:<br />
<em>Ryszard-synek</em> – główny kapiący, głowa rodziny<br />
<em>Babcia</em>-mama - krwi błękitnej <em>Natenczas</em> nieco winem zaciągniętej. Rodzicielka Ryszarda.<br />
<em>Zofia</em>- żona Ryszarda<br />
<em>Sławek </em>– sąsiad z piętra. Były bokser, obecnie kierownik stacji benzynowej ze znajomościami w środowiskach różnych<br />
<em>Andrzej </em>- sąsiad z 1 piętra. Architekt solidnie w solidarną konspirę zaangażowany.<br />
<em>Synek </em>- nieletni bardzo syn Ryszarda i Zofii, przez babkę przyuczany. Odporny jeszcze na uszlachetniające napitki, ze względu na wiek, ale do kart już zdatny.<br />
<em>Grosz </em>– sąsiad z naprzeciwka. Ojciec wcielonego nieszczęśliwie syna.</p>
<p>Miejsce:<br />
Mieszkanie Ryszarda i Zofii na trzecim piętrze bloku spółdzielczego w mieście rewolucyjno stoczniowym. Chwilowo zamienione na barykadę w celu przełamania państwowego monopolu spirytusowego.</p>
<p>Czas:<br />
Końcówka zimy okrutnej roku pańskiego 1981, czyli czas wojenny.<br />
---------------------------------</p>
<p>- Rysiu! Leci!<br />
Wołanie Andrzeja dobiega zza zamkniętych drzwi kuchni. Rysiu pośpiesznie opuszcza posterunek przy drzwiach wejściowych i na paluszkach pędzi za radosnym wezwaniem.<br />
- Synek chodź normalnie, w swoim domu jesteś.<br />
Rzuca babcia do przemykającego przez przedpokój cienia, który odburkuje coś niezrozumiale. Potem staruszka zerka na wnuka wczytującego się w broszurę „Kulisy stanu wojennego” i uśmiecha się ciepło.<br />
- I czego tak krzyczysz? Słychać cię na klatce.<br />
Szepcze Ryszard uchylając lekko drzwi do kuchni i wciskając się do środka.<br />
Pełno tu poskręcanych przedziwnie rurek, a wielki gar na gazie pyrka wesoło przez szybkowarową dyszę.<br />
- Nie krzyczę. Informuję.<br />
Odpowiada urażony do żywego Andrzej ze szklanką w ręku i szerokim uśmiechem na twarzy. Pyta:<br />
- Próbujemy?<br />
- Co tak krzyczycie?<br />
Drzwi uchylają się znowu, a w szparze pojawia się głowa Zosi. Nie było im dane spróbować.<br />
- Przecież nie krzyczymy na rany boskie! Co tu robisz? Miałaś pilnować przez okno.<br />
Ryszard odwraca się do żony dźgając ją wzrokiem. Zosia kiwa z politowaniem głową.<br />
- Śmierdzi tak, że gdyby ktoś chciał donieść, to już byśmy tu mieli nalot. Zimno w tym otwartym…<br />
Przerwało jej brutalne łomotanie pięścią w drzwi połączone z przerażającym: „Otwierać!!!”. Powietrze ścina się w galaretkę, tylko z kranika dochodzi cichutkie, wesolutkie: kap, kap, kap…<br />
- Otwierać!<br />
Drzwi zatrzęsły się ponownie.<br />
- No i widzisz...<br />
Wyszeptał dramatycznie Ryszard, nie wiadomo do kogo w drodze na szafot.<br />
- Szkoda żeby się zmarnowało…<br />
Andrzej szybkim ruchem przechylił szklankę opróżniając ją do dna. Traci na moment oddech i chyba czucie w członkach.<br />
- Żeby wam tylko nic od tego nie było.<br />
Mówi Zosia z podziwem obserwując heroiczną walkę Andrzeja o utrzymanie świadomości.<br />
Rysiu w drodze do drzwi zagląda jeszcze do pokoju i wyrywa dziecku „bibułę”, wciskając ją za książki w półce.<br />
- To akurat, mamo, wydała UB-ecja. Sprawdzaj, co dajesz dziecku do czytania.<br />
I już jest przy drzwiach. Zerka przez judasza. Otwór zasłonięty z drugiej strony. Ciemno, nic nie widać. Gospodarz rozdygotaną ręką przekręca zamek.<br />
- Już otwieram, już…<br />
Drzwi otwierają się z łoskotem pchnięte od zewnątrz. Do mieszkania wpada krępy jegomość o kędzierzawych włosach i wybucha powstrzymywanym dotąd śmiechem.<br />
- Mieliście na mnie poczekać!<br />
Skarży się, a jego słowa echem odbijają się na całej klatce.<br />
- Sławek, jak rany! Boga w sercu nie masz!<br />
- Szkoda, mogliby cię zamknąć. Miałbyś piękny ślad w życiorysie…<br />
Z wyraźnym żalem w głosie mówi babcia i wraca do mieszania niebieskiej krwi z czerwonym winem. <br />
- Co to znaczy "ślad w życiorysie?"<br />
Pyta wnusio pozbawiony tymczasowo lektury.<br />
- To znaczy, że wsadzany jest bohaterem, a wsadzający świ…<br />
- Mamo! Karty przeboleję, ale tego już za dużo. Ja ci to wytłumaczę synek, wieczorem.<br />
-Akurat<br />
Mruczy babcia pod nosem, kiedy jej syn znika za kuchennymi drzwiami popychając przed sobą słaniającego się ze śmiechu Sławka. Andrzej siedzi z nieprzytomną miną na taborecie.<br />
- Można by tym oślepić szwadron ZOMO.<br />
Mówi nie poruszając się, rozmarzonym wzrokiem podziwiając obraz, jaki podsunęła mu wyobraźnia.<br />
- Daj szklankę.<br />
Rysiu chwyta szkło wciąż ściskane miłośnie przez dłoń przyjaciela.<br />
- Rysiu! Rysiu!<br />
Dramatyczne wołanie dobiega z drugiego pokoju, gdzie Zosia powróciła do obserwacji przedpola.<br />
- Jezusie! Czego?!<br />
- Chodź tu natychmiast!<br />
Kategoryczny ton nie pozostawia miejsca na manewr opóźniający.<br />
- Idę! A wy nie pijcie, tylko do butelki!<br />
Żona niespokojnie zerkała na chodnik spoza firanki. Przez otwarte okno wdziera się do mieszkania obezwładniający chłód.<br />
- Są.<br />
Wyszeptała.<br />
- Kto?<br />
Zapytał również szeptem Ryszard.<br />
- Jak to, kto? Stoją przed klatką. Dwóch.<br />
- Wiedziałem, że ktoś musi zakablować…<br />
Nie dokończył tylko obrócił się na pięcie i wrócił do kuchni.<br />
- A pamiętasz Andrzejku, jak ci kudły w 70 obcięli?<br />
- Pamiętam. Jechałem do Miastoprojektu. Kolejka zatrzymała się przed stocznią. Drzwi się otworzyły, a my jak głupki poszliśmy po torach, bo nie było wiadomo co się dzieje...<br />
- Chyba nas mają! Rozbieramy to ustrojstwo, może się uda.<br />
Przerwał bezceremonialnie wspominki Rysiu, podszedł do kuchenki i wyłączył gaz pod garnkiem.<br />
- No już chłopaki! Stoją na dole, jak wejdą będzie po nas.<br />
Demontaż szedł sprawnie, przy wtórze nawoływania babci z drugiego pokoju o walce wszystkimi możliwymi metodami.<br />
Było już prawie po wszystkim, kiedy lekkim pukaniem drzwi oznajmiły „gości”. Babcia zamilkła. Rysiu zastygł z ciepłym wciąż garnkiem w rękach. Zosia rzuciła się do syna siedzącego w drugim pokoju. Andrzej nic nie zrobił, tylko się nie poruszał. Sławek za to z obrzydzeniem wrzucił do zlewu trzymaną w ręku spiralnie zwiniętą rurkę.<br />
- Chryste! Wykończysz mnie dziś!<br />
Zasyczał Ryszard.<br />
- To ja otworzę...<br />
Stwierdził Andrzej i ruszył do przedpokoju.<br />
- Miałem kurwa kiedyś stację…<br />
- Tak Sławeczku, a teraz będziesz miał własnościowe 2x2 i udział w cechu bimbrowniczym. Może nas nawet pokażą w telewizji, na tle czołgu antyspekulacyjnego.<br />
Garnek znów wylądował na kuchence. Zapadła martwa cisza, w którą jak wystrzał wdarł się cichy szczęk zamka, a potem radosny głos Andrzeja.<br />
- To Grosz. Na dole stoi jego "młode" z kolegą. Zwiali z jednostki, trzeba im jakoś pomóc.<br />
- Chwała bogu. Zaraz tę maszynę wypierdolę za okno, lepiej dezerterom pomagać niż jeszcze raz przechodzić przez takie nerwy.<br />
Rysiu opadł na taboret i odetchnął głęboko. Sławek łakomie przyglądał się bimbrowni, babcia z pokoju wołała:<br />
- Ucz się synek, na dole stoją prawdziwi bohaterowie!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Odgrzewane Danie]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2008/01/10/odgrzewane-danie/</link>
<pubDate>Thu, 10 Jan 2008 13:44:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2008/01/10/odgrzewane-danie/</guid>
<description><![CDATA[Opowiadałem już kiedyś tę historię. Mimo, iż Smutas skasował ją doszedłem do wniosku, że w]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Opowiadałem już kiedyś tę historię. Mimo, iż Smutas skasował ją doszedłem do wniosku, że wpisuje się całkiem nieźle w bieszczadzki nurt no i jest autentyczna, dlatego dałem wypowiedzenie Hirkowi.<br />
Jest jeszcze jeden powód. Pochłania mnie bez reszty rzeczywistość, a nie chcę by <em>wirtulandia</em> straszyła ciszą.<br />
Wybaczcie odgrzewane danie. <span> </span><span> </span><span> </span><span> </span></p>
<p align="justify" style="border-right:medium none;border-top:medium none;border-left:medium none;border-bottom:windowtext 1.5pt solid;padding:0 0 1pt;"><font face="Times New Roman"></font></p>
<p>- Aaaaaa!!!<br />
Opętańczo wrzeszcząc, z uniesioną nad głową siekierą, potężnym kopniakiem otwierając drzwi wypadłem na zewnątrz. Ciemność czekała na mnie, razem z dzikim sercem Bieszczad bijącym w piersi głodnego niedźwiedzia.<br />
Wskoczyłem w nią bez wahania. Z duszą wojownika i szaleństwem w oczach ruszyłem walczyć o życie. </p>
<p align="justify"><font face="Times New Roman"></font></p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal"><font face="Times New Roman"><span>                                                                   </span>* * * *</font></p>
<p align="justify"><font face="Times New Roman"></font></p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal"><span>  </span>- Gdzie tam Kowalikowo, żadne bzdury! Jędrzejowa na własne oczy widziała, że to lokis – mówiła z przejęciem kobieta w filcowych kaloszach i wzorzystej chuście na głowie - Krowę jedną łapą obalił!</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- A nawet i gdyby, to co? Zima znaczy będzie ostra. Wy to Lisoniowa zawsze z jako straszno historio wyskoczycie. Niech i sobie łazi. Powiem wam, kto to widział, żeby tako poro bydełko na noc zostawiać przy zielonym. Jędrzejowa zawsze najmądrzejsza to i sobie teraz po połoninkach za nim polata. O idzie…</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Zerknąłem we wskazanym przez brodę Kowalikowej kierunku. Takie same filcaki, ten sam przygarbiony, ale żwawy chód, chusta tylko haftowana w nieco inne wzory. W żaden sposób nie było widać po niej niedawnego spotkania z niedźwiedzią bestią.<br />
Nie poczułem wtedy zimnego ukłucia niepokoju, słuchałem, co prawda rozmowy, ale cóż to miało wspólnego ze mną? Właściwie nie ma co ukrywać, że byłem nieuleczalnie, romantycznie i młodzieńczo zakochany w Bieszczadach, miewałem momentami przebłyski bluźnierczej myśli, że moja miłość może nie być odwzajemniona. Zdarzało mi się też, na krótką chwilę przyznać, iż uczucie to jest trudne i skomplikowane, ale to chwile zaledwie, znikające w naiwnej młodzieńczej fascynacji. Gorzała ona we mnie wiarą, iż góry nie mogą uczynić mi niczego złego.<br />
Ten stan miłosnego uniesienia podsycały jeszcze przypadki i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Właśnie dzięki takiemu zbiegowi okoliczności trafiłem do Staszka, inżyniera z Warszawy, który przeniósł się tu, by na odludziu wybudować dom i założyć stadninę. W końskim interesie pomoc zawsze jest mile widziana, więc powitano mnie z otwartymi ramionami. Dwa dni później obejmowałem posterunek na wysuniętym, samotnym pastwisku za schronienie mając niewielką izbę zbitą z desek owiniętych foliowymi workami pod pokaźnych rozmiarów wiatą. Reszta zadaszonej przestrzeni była noclegiem dla dwudziestu jeden koni, pozostawionych pod moją opieką.<br />
Do najbliższej wsi była godzina jazdy wierzchem, nie przeszkadzało mi to, a cotygodniowe wizyty w sklepie urastały do rangi wydarzenia kulturalnego rekompensującego całkowicie samotność. Tego dnia było podobnie. Chciwie słuchałem wiadomości przekazywanych z melodyjnym ukraińskim akcentem i napawałem się obcowaniem.<br />
Wszystko, co dobre kończy się jednak, by mogło zacząć się lepsze. Przytroczyłem worek z prowiantem do siodła i ruszyłem w drogę powrotną. Późne popołudnie i rozsądek nakazywały pośpiech nie miałem jednak ochoty się śpieszyć. Chciało mi się śpiewać. Była to moja ostatnia wizyta w sklepie, pod koniec tygodnia miałem wrócić razem z końmi do stajni, kiedy więc minąłem ostatnie chałupy zawyłem, jak mi się zdawało czysto i śpiewnie, a echo poniosło mój ryk nieludzki w knieję, dając dzikiej zwierzynie czas na ucieczkę. Wypływała ze mnie ta pieśń przedziwna, aż do granicy lasu gdzie zamilkłem onieśmielony nieco ciszą, jaka przywitała jeźdźca i jego wierzchwca. Zmierzch straszył mrokiem, na wąskiej ścieżce potęgowany jeszcze przez cień, jaki dawały drzewa.<br />
Koń zastrzygł uszami. Wsłuchałem się w ciszę. Skądś tam dobiegł tubalny ryk, bóg wie jakiej, dziczyzny. Wierzchowiec zatrzymał się i zaczął przestępować niespokojnie z nogi na nogę.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- Spokojnie Konsola – poklepałem ją uspokajająco po szyi<br />
– <span> </span>To gdzieś daleko. Idziemy, śmiało.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal"><em>Przyłożyłem łydkę</em> i ruszyliśmy. Jednak niepokój konia i mi się udzielił, śpiew wypadł raczej blado. Zamilkłem, tym bardziej, że klaczkę zdawała się denerwować jeszcze bardziej ta radosna twórczość. Milczenie było naszym towarzyszem w reszcie drogi powrotnej. Dopiero widok majaczącej w ciemności wiaty i rżenie witających nas z daleka koni, wrócił ducha.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Tego wieczora z radością powitałem płomień naftowej lampy, światło rozpraszało lęk, oddalało obawy. Zamknąłem na skobelek zbite ze sobą deski udające drzwi, położył się na posłaniu ze słomy i odetchnąłem głęboko.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- Jeszcze chwila i zasnę – powiedziałem do siebie gasząc lampę.<br />
Sen przyszedł szybko, od razu ciągnąc mnie na głębię. Śniłem jelenie na rykowisku i wiedziałem już, jakie zwierzę napełniło nas niepokojem. Zapewne uśmiechnąłem się przez sen i śniłem dalej sny, których nie pamiętam.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Obudziły mnie deski trzeszczące pod naporem dzikiej, brutalnej siły. Cała buda razem z łóżkiem kołysała się i gruchotała. Po omacku zacząłem szukać lampy, nie wiedząc jeszcze śni mi się, czy to jawa? Narożnik przy drzwiach zatrzeszczał złowieszczo.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- Matko boska, zaraz to wszystko rozleci się w drzazgi! – zawołałem w myślach.<br />
Ręce telepały się klaszcząc o napotkane sprzęty. Wreszcie odnalazłem i jakimś cudem zapaliłem lampę.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Jędrzejowa na własne oczy widziała, że to lokis… - powróciło echem zdanie sprzed sklepu.<br />
- Już po mnie… - pomyślałem myślą równie rozdygotaną co dłonie.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Unosząc lampę rozejrzałem się po izbie nagle ożywionej potwornością natury.<br />
Kantar, siodło, kapelusz, łopata, młotek, nie rozpakowane żarcie…</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- Chryste, co ja mam tego niedźwiedzia łopatką zatłuc? – myśli galopowały wraz ze wzrokiem po nielicznych sprzętach. Deski gięły się i trzeszczały coraz bardziej. Skobelek trzymał jeszcze jakimś cudem. Jeden celny, a przypadkowy cios z zewnątrz otworzy jednak niedźwiedziowi drogę do środka. W chybotliwym płomieniu lampy coś błysnęło krótko srebrnym blaskiem.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- Siekiera! – zawołałem i chwyciłem narzędzie ukryte pod słomą zaścielającą podłogę.<br />
Drewniany trzonek zakończony naostrzonym kawałkiem metalu przemienił mnie nieoczekiwanie z ofiary w obrońcę. Trzymałem ją mocno zaciskając na gładkim drzewcu palce. Nie miałem, dokąd uciekać. Jedyny ratunek czekał na zewnątrz, ratunkiem była w walka! Strach to broń potężna zdolna przemienić człowieka w Athyllę...<br />
Postawiłem lampę tak, by świeciła zza pleców, to dawało mi przewagę.<br />
Wszystko znów się zatrzęsło, zakolebało cud boski sprawił, że nie zawaliło się grzebiąc mnie pod stertą desek. Albo teraz, albo nigdy!<br />
- Aaaaaa!!!<br />
Opętańczo wrzeszcząc, z uniesioną nad głową siekierą, potężnym kopniakiem otwierając drzwi wypadłem na zewnątrz. Ciemność czekała na mnie, razem z dzikim sercem Bieszczad bijącym w piersi głodnego niedźwiedzia.<br />
Wskoczyłem w nią bez wahania. Z duszą wojownika i szaleństwem w oczach ruszyłem walczyć o życie. <br />
 </p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">Zamarłem dostrzegając przeciwnika.... Krowy też znieruchomiały przestraszone.<br />
W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, jakie spotkało mnie szczęście w postaci bydła rogatego Jędrzejowej ocierającego się ze wszystkich stron o bacówkę, jakby je stado pcheł po tyłku gryzło. W narodzonym dopiero co herosie obudziła się furia i gniew prawie boży. Gdyby nie siekiera w rękach zapewne ciskałbym w mleczne stado gromami.</p>
<p align="justify" style="margin:0;" class="MsoNormal">- A żeby wam nogi kopytami do samej dupy obrosły, zabłąkane bydlęta!!! Żeby wam mleko w cyckach skisło!!! Żebyście chciały się wysrać i nie mogły!!! Żeby was śnieg poparzył!!! Żebyście po wodzie chodziły, a napić się nie mogły!!!<br />
Krzyczałem tak jeszcze długo dając upust nagromadzonej energii i fantazji. Potem zacząłem się śmiać. Zdawać by się mogło, że to góry śmieją się echem razem ze mną lub ze mnie rade z dowcipu i miłości nie do końca odwzajemnionej.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Fucha]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/12/29/fucha/</link>
<pubDate>Sat, 29 Dec 2007 19:59:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/12/29/fucha/</guid>
<description><![CDATA[- To ostatnia ściana, rozbierać?
Obudziło mnie z zamyślenia to pytanie. Rozejrzałem się dooko]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>- To ostatnia ściana, rozbierać?<br />
Obudziło mnie z zamyślenia to pytanie. Rozejrzałem się dookoła sięgając wzrokiem aż po horyzont z wyjątkiem miejsca, w którym stał murarz naprzeciwko cienkiej kreski muru, jaki pozostał po… No właśnie, po czym? Co od czego oddzielał nim zaczęło się szaleństwo rozbiórki, salon od przedpokoju? Nie pamiętam. Dziwne…<br />
 Ściana stała twardo i dumnie, wyprostowana, bez śladu pęknięć, czy jakiś wad. W bieli farby odbijało się słońce spływające blaskiem z niczym nieskrępowanego nieba. Przyglądałem się jej lekko przymrużonymi oczyma, gładka jak lodowa tafla. Wyciągnąłem ostrożnie rękę spodziewając się spotkania z kąśliwym chłodem. Pomyliłem się, nie pierwszy raz zresztą źle oceniłem sytuację. Pozory mylą, tak chyba brzmi najstarsza prawda świata?<br />
 Spod warstwy farby i tynku promieniowało ciepło, pulsowało i oplatało dłoń, jak robi to człowiek chcą powiedzieć coś ważnego i trudnego, nie pozwalając jednak by słowa zabrzmiały zbyt szorstko szuka pomocy w dotyku. Cegły żyły.<br />
- To jak, rozbieramy jo?<br />
Murarz stał przypatrując mi się jakoś dziwnie.<br />
- Nie<br />
Odpowiedziałem krótko wciąż z dłonią wtuloną w mur. Wspomnienia napływały falami sprawiając, że ożywałem i umierałem po kilka razy na sekundę.<br />
- Jak pan chce, ja bym tam jo wywalił. Ciężko bedzie budować od nowa z to ściano pośrodku…<br />
Zawiesił zdanie czekając na głos rozsądku, który miał teraz przeze mnie przemówić.<br />
- Nie buduję od nowa, tylko na nowo.<br />
- Jak zwał, tak zwał – skwitował zawiedziony - Jak to mówio: <em>czyje małpy tego cyrk</em>. Tylko nie zapomnij pan o drzwiach, znowu. Same okna nie wystarczo. A tak z ciekawości, nie myślałeś pan, żeby się stąd całkiem wyprowadzić?<br />
Zamilkłem na chwilę obracając w sobie to pytanie.<br />
- Myślałem. Proszę spojrzeć w tamtą stronę.<br />
Wskazałem murarzowi południowo-zachodnią krawędź betonowej ławy.<br />
- W wylewaniu tamtego fundamentu pomagała moja matka, pierwsze okno osadziłem w ścianie, która z niego wyrosła.<br />
Pamięć miejsca szybko wracała.<br />
- W tej części, gdzie teraz stoimy miała udział babka, tu był kominek i salon. Ojciec, pod tamte ściany nośne. Jestem... Nie mógłbym budować oderwany od…<br />
Murarz przyglądał mi się z zainteresowaniem.<br />
- Powiem inaczej. Budowałem myśląc, że tego tu nie ma i sam pan widział, co mi z tego wyszło.<br />
- Myślisz pan, że teraz będzie inaczej?<br />
- Myślę, że teraz wiem, co jest ważne i nie zapomnę o drzwiach.<br />
Majster roześmiał się.<br />
- To ja ide, czeko robota. Do widzenia<br />
Nie odpowiedziałem, usiadłem opierając plecy o ostatnią-pierwszą ścianę. Przyjemne ciepło przenikało przez koszulę i napełniało spokojem.<br />
- A teraz pomyślę, czego tak naprawdę chcę.<br />
Powiedziałem głośno w samo południe i przymknąłem oczy. </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Opowieści ze starej szafy 3]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/10/12/opowiesci-ze-starej-szafy-3/</link>
<pubDate>Fri, 12 Oct 2007 11:55:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/10/12/opowiesci-ze-starej-szafy-3/</guid>
<description><![CDATA[ Jest w naszej rodzinie taka tradycja, że najstarszy męski potomek z najstarszego syna nosi imię]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> Jest w naszej rodzinie taka tradycja, że najstarszy męski potomek z najstarszego syna nosi imię Józef. Tak miał na imię najstarszy brat mojego ojca, mój dziadek - najstarszy syn mojego pradziadka, który będąc Józefem był też najstarszym synem prapradziadka, sam też był pierworodnym… itd.<br />
Józef to ważne imię w naszej familii, on dzierży klucze historii, on przekazuje następnym pokoleniom znaki naszej tu bytności. Jestem pierwszym nie Józefem, który został obarczony i zaszczycony tym przywilejem, obowiązkiem(?). Przez wiele lat nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego.<br />
  Najstarsi z pokolenia zawsze byli twardzi. Oni decydowali o tym, w jakiej kolejności i komu trzeba pomóc. Na nich można się było wesprzeć, im powierzyć sekrety, od nich oczekiwać wybaczenia. Dla nowego pokolenia byli wzorcami i autorytetami. Każde <em>młode </em>chciało być takie jak wuj, dziadek, stryjek, jak Józef. Też chciałem być Józefem. Józefowie mieli barwne, ciekawe, nierzadko dramatyczne życiorysy. Skupię się na jednym, tym, w którego byłem wpatrzony jako berbeć i nastolatek, który do dziś jest dla mnie kimś ważnym i wyjątkowym.<br />
  Najstarszy brat mojego ojca. Niewysoki, szczupły mężczyzna o kędzierzawej bujnej czuprynie z od zawsze wplecionymi w nie srebrnymi pasmami. Kiedy się śmiał, śmiało się w nim wszystko, kiedy był poważny, wszystko dookoła zdawało się wsłuchiwać w tę powagę, bo za chwilę padnie pewnie jakieś ważne zdanie, słowo. Wszyscy się z nim liczyli, wszyscy go słuchali. Nie zabiegał, ani nigdy nie starał się o to by tak było, to się działo samo. Czasami wydawał się wstydzić i krępować, gdy zauważał, jakim szacunkiem cieszy się w całej rodzinie. Zawsze z przyjemnością opowiadałem, czego dokonał, kim był.<br />
  Na wojnę poszedł z ojcem. Do niewoli także trafili razem. Dziadek z odłamkiem w nodze ugrzązł w obozie jenieckim, wujek uciekał dwukrotnie. Za drugim z sukcesem. Dotarł do Francji i partyzantki, nie zabawił w niej zresztą drugo. Wydany przez jakiegoś francuskiego komunistę ucieka do Anglii. Potem Afryka i Włochy. Służył w II Korpusie Polskim w IV Wołyńskim Batalionie Piechoty, w ramdze porucznika. Przychodzi koniec wojny i znowu Anglia, dziewczyna niemówiąca po polsku, ale do serca i rozterki - W<em>racać, nie wracać?</em> Wielu było przeżywających podobne dylematy, wielu zostało i wielu wróciło.<br />
  W 1949 <em>bezpieka</em> zgarnęła go wprost ze statku. Z więzienia wypuścili go tuż przed śmiercią Stalina. Do domu wszedł tak jak zszedł ze statku, tylko mundur na nim wisiał, a włosy nabrały tego szlachetnego srebrnego połysku. Podobno zamknął się w pokoju na tydzień, by potem przez całą noc rozmawiać ze swoim ojcem. Ponoć właśnie po tej rozmowie widziano dziadka z rękoma zakrywającymi twarz i łzami wypływającymi spod nich. Dzisiaj myślę, że te łzy uratowały go przed babcią, bo były to jedyne łzy, jakie widziała płynące z oczu jej męża. Moja babka, bowiem była twardsza i bardziej pryncypialna niż wszyscy Józefowie razem wzięci. Kochana i uwielbiana z tą samą mocą z jaką się jej obawiano. <br />
  Po tej rozmowie wuj Józef wrócił z wojny. Ożenił się, urodzili mu się dwaj synowie, co dziwne żaden z nich nie nosi imienia swego ojca, dziada, pradziada. Żadnemu z nich nie przekazano kluczy do rodzinnych tajemnic, wszyscy przysłuchiwaliśmy się opowieściom, które powierzała nam babcia. Wszyscy zaglądaliśmy do szafy gdzie wisiał jego i dziadkowy mundur. Szafy, w której babcia skrzętnie przechowywała historię, a my głodni bohaterskich tajemnic po każdej <em>lekcji </em>ukradkiem, jeszcze raz zerkaliśmy do niej chciwie, tak jakbyśmy zaglądali do Narni. Chcąc nie chcąc jesteśmy przesiąknięci jej zapachem, ścieżkami, które zaprowadziły nas tu gdzie jesteśmy.<br />
  Mój ojciec jest najmłodszym synem swojego ojca. Do tego tym, który zawsze przeciwstawiał się matce i obyczajom, dlatego był zaskoczony jej żądaniem, co do imienia swojego pierworodnego. Chyba tak samo jak tym, że „<em>najstarszy</em>” jego brata nie nosi <em>magicznego imienia,</em> jak mawia. Ustąpił tylko połowicznie, w zamian za zaakceptowanie żony.<br />
  Całkiem niedawno, tuż po śmierci wuja Józefa, opowiedział mi, co wydarzyło się podczas nocnej rozmowy między ojcem i synem. Dał mi też eksponat do starej szafy, małą książeczkę w czerwonej okładce ze zdjęciem mężczyzny o kędzierzawych, lekko szpakowatych włosach.<br />
Dlatego wuj <em>wyszedł</em> tuż przed, nie po śmierci Stalina,<font size="+0"> </font>też Józefa.<br />
  Tak oto moja babka ustami mojego ojca udzieliła mi ostatniej lekcji. Kocha się w naszej rodzinie ponad miarę, rozumie i wybacza. Nie zapomina się jednak nigdy, ani tego, że do niej należysz, ani tego, że ją zdradzasz.<br />
Jestem, więc ni to Tomasz, ni to Józef. Facet z kluczami do tajemnic starej szafy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pożyjemy, zobaczymy]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/08/20/pozyjemy-zobaczymy/</link>
<pubDate>Mon, 20 Aug 2007 06:30:10 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/08/20/pozyjemy-zobaczymy/</guid>
<description><![CDATA[Puk, puk*
Kto tam?
Jutro
Skądeś przyszło?
Z wczoraj
Innej drogi nie było?
Nie było
To, co ty za]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em>Puk, puk*<br />
Kto tam?<br />
Jutro<br />
Skądeś przyszło?<br />
Z wczoraj<br />
Innej drogi nie było?<br />
Nie było<br />
To, co ty za jutro jesteś?<br />
Dzisiejsze<br />
Coś kręcisz, nie wiem czy cię wpuszczę<br />
To sobie pójdę<br />
Jak to i nie będzie ciebie wcale?<br />
Nie będzie<br />
Powiedz mi, chociaż, z czym przychodzisz.<br />
Nie mówi się szczym tylko siusiamy.<br />
Jak mam cię wpuścić skoro nie wiem, co przynosisz?<br />
Niosę ciebie<br />
To będę jeszcze jutro?<br />
Póki, co nie chcesz mnie wpuścić<br />
Wolałbym cieszyć się na jutro, niż się go obawiać.<br />
Nie obawiaj się jutra póki puka. </em></p>
<p>Słońce daje czadu do obłędu. Pod kapeluszem czuję drobne kropelki potu. Lepszy kapelusz niż <em>bejzbolówka</em>... Nagi się czuję bez włosów. Dwa dwulatki biegają po wybiegu podszczypując się. Do ogrodzenia podchodzi izabelowata klacz i szturcha mnie pyskiem w ramię, wyciągam dłoń w stronę chrap. Odchodzi, nie oczekiwała przyjaźni tylko smakołyka. Dwulatki przestały brykać i podbiegają w nadziei, że coś rozdaję. Patrzą ciekawie, gdyby mogły zajrzałyby mi do kieszeni, podchodzą jeszcze bliżej i pewnie coś tam do siebie szepczą, bo jak na komendę odwracają się i galopem odbiegają na drugą stronę wybiegu.<br />
- W wannie na budzie stoi chleb.<br />
Odzywa się piskliwie mała, piegowata blondynka ubrana w jasne bryczesy i sztylpy tego samego koloru, co mój kapelusz. Musiałem spojrzeć nieprzytomnym wzrokiem, bo powtarza zdanie wskazując ręką białą, dziecięcą wanienkę stojącą na budzie Drapichrusta.<br />
- Jak chce się pan umówić na jazdę to niech pan idzie do biura. To w stajni.<br />
Strzela kolejną informacją, niezrażona moim milczeniem. Błyszczą bielą te jej spodzieńki w prażącym słoneczku i pachnie nowością każdy cal odzieży. Dobre na zawody, ale na codzienną jazdę szkoda takiego garnituru. Sztylpy powinna inne sobie sprawić, raz dwa się zniszczą i nie będą już tak efektownie wyglądać. Patrzę się na nią i ani słowem się nie odzywam, chociaż widać, że blondynka chce pogadać, chociażby po to żeby odegnać zdenerwowanie.<br />
- Pan pierwszy raz?<br />
Wszystkim, którzy coś tam robią pierwszy raz wydaje się, że ci dookoła też. Korci mnie żeby zdjąć kapelusz i przetrzeć glacę chusteczką, niby z potu. Zadziwiające jak świecący, nagi łeb, w połączeniu ze szczupłością twarzy, działa studząco na przypadkowych rozmówców. Chyba jednak nie chcę jej  straszyć… Czy ona jest winna temu, że stoi teraz obok mnie w całej rynsztunkowej okazałości? Cóż ona może poradzić na to, że za chwilę włoży nogę w strzemię i chwytając się łęku wdrapie się na siodło? Pewnie nawet w zdenerwowaniu zapomni przywitać się z wierzchowcem, dać mu się powąchać, poklepać pieszczotliwie po szyi, szepnąć coś by dać mu poznać siebie. A tu jeszcze trzeba sprawdzić popręg, czy czaprak aby na pewno dobrze leży, wreszcie ustawić strzemiona. Niska jest to będzie musiała podciągać na koniu…<br />
- A pani teraz ma jazdę?<br />
- Tak. To już moja druga.<br />
Odpowiada z dumą, zadowolona, że nie zostawiam jej z tym niezręcznym milczeniem.<br />
- Na jakim koniu?<br />
- …Taki ciemnobrązowy, podpalany z czarną grzywą.<br />
- To Dym. Dym to profesor. Lubi precyzyjne dane. Jak nie będzie pani dawać mu jasnych sygnałów, co ma zrobić to stanie i się nie ruszy. Nie zmęczy się pani tym, że chodzi gdzie mu się podoba. Dobry koń, żeby nauczyć się pracy łydką.<br />
Rozgadałem się, a blondynka najwyraźniej przestraszona wywodem o łydce już otwiera usta żeby zapytać jak to robić żeby było dobrze. Przerywa jej wołanie, mówi <em>przepraszam</em> i odbiega kurcgalopkiem podniecona jak nastolatka by zacząć swoją jazdę. Uśmiecham się pod nosem. Urlop to dobra pora żeby nauczyć się czegoś nowego.<br />
 Młodziaki zmęczyły się brykaniem i stoją bez ruchu, każdy w swoim narożniku, a może szykują się do jakiejś nowej zabawy? Izabelowata podskubuje wysuszone źdźbła trawy. Pięknie wygląda platynowa grzywa na tle brązowego umaszczenia. Do tego porusza się wdzięcznie, z niewymuszoną gracją. Ma dobre proporcje. Przypomina kobietę przechadzającą się pośród tłumu mężczyzn, świadomą spojrzeń, jakie jej towarzyszą. Zdawać by się mogło, że u kostek wyrosły jej hermesowe skrzydła, które unosząc nieznacznie stopy nad ziemię wprawiają biodra w ten kołyszący ruch... Ogier stąpałby inaczej. Twardo, bez namysłu i wahania. Krokiem przywódcy.<br />
- Nawet o tym nie myśl.<br />
Słyszę tuż obok siebie.<br />
- Gdybyś wiedział, o czym myślę…<br />
Odwracam głowę i uśmiecham się do M. wyciągając dłoń na powitanie.<br />
- Prawda, że fajna blondi. Szwedka, właścicielka też. A ty, kiedy przywieziesz tu swojego?<br />
Tydzień przed chemią kupiłem konia. Nie, ja go wybłagałem po wielu miesiącach próśb, gróźb, narzekań na nieżyczliwość. Byłem upierdliwy aż do obrzydzenia. Gdyby L. i P. nie sprzedali mi go zapewne zabroniliby więcej do siebie przyjeżdżać. M. wie, że go mam i przymawia się żeby stał u niego. Nie, dlatego, że koń jest wyjątkowy, ale dlatego, że jeżdżę u niego prawie od zawsze, przywożę darmowe wino i zarażam znajomych <em>koniarstwem</em>. Pożyczy nawet przyczepkę, żeby go można było przetransportować z Mazur.<br />
- Przywieź, koń musi być chodzony.<br />
Przekonuje<br />
- Pożyjemy zobaczymy. Idę, pewnie zaraz zwalą się tu ludzie.<br />
- Kiedy?<br />
Pyta, wiedząc, że ja wiem, że on wie. Od kogo wie nie mam pojęcia. Wzruszam ramionami, sam nie znam odpowiedzi na to pytanie. Odchodząc macham ręką, zerkam jeszcze raz na bawiące się źrebaki i platynową lady. Gdybym się nigdy nie zakochał i tak wiedziałbym, co to miłość. Pożyjemy zobaczymy…</p>
<p>* <em>Napisałem ten wiersz(?) z myślą o konkretnej osobie i miejscu, ale pozwalam sobie zamieścić go i tu.  Mam nadzieję, że nie będzie mieć mi tego za złe.</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Czasami wystarczy mieć szczęście]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/08/06/czasami-wystarczy-miec-szczescie/</link>
<pubDate>Mon, 06 Aug 2007 16:16:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/08/06/czasami-wystarczy-miec-szczescie/</guid>
<description><![CDATA[Adam jest fotografikiem, zaczaja się na przyrodę, chwyta ją obiektywem i zamienia w nieruchome ob]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Adam jest fotografikiem, zaczaja się na przyrodę, chwyta ją obiektywem i zamienia w nieruchome obrazy. Adam przyjechał w Bieszczady, żeby <em>znieruchomić</em> wilki. Adam, co rano opuszcza spokojną przystań u R. i z mapą w ręku wyrusza w szarości przedświtu na polowanie. Wraca wieczorem. Wracałby wcześniej, ale błądzi. Głodny, niezadowolony, z mnóstwem zdjęć. Na żadnym z nich nie ma wilka, a w Adamie jest coraz mniej optymizmu i spokoju. Wieczorem <em>raczy się</em>, aż skończy mu się film, albo wyczerpią baterie.<br />
Tomek jest włóczykijem i nie zaczaja się na przyrodę, to przyroda zaczaja się na niego, po to by sobie z niego zażartować, albo przestraszyć. Tomek nie wie konkretnie, dlaczego przyjechał w Bieszczady, ale mógłby tu <em>znieruchomieć</em>. Tomek wstaje o dziewiątej i zazwyczaj robi coś pożytecznego, chyba że się włóczy po okolicy, bez mapy. Nigdy jeszcze nie zabłądził no, ale może dlatego, że nigdy specjalnie nie chciał <em>gdzieś</em> trafić. Wraca wieczorem, albo i nie, bo Wołosate niedaleko. Nie ma kasy, więc się nie <em>raczy</em>, przez co nie wyczerpują mu się tak szybko baterie.<br />
  Było przed dziewiątą, kiedy już na nogach, wybierał się na jeżyny. Zabrał ze sobą kankę, żeby przyjemne mogło stać się też pożytecznym. Miejsce, w którym rosły było jego skrzętnie skrywaną tajemnicą, nigdzie indziej nie były tak słodkie i w takiej obfitości. Przypominały lipcowe krzaki malin tonące w czerwonej powodzi owoców. Poranek był chłodny, niedługo pewnie chwycą przymrozki. Szedł dziarskim, rytmicznym krokiem, nie śpieszył się, ale też nie spacerował, miał cel. Żeby oszczędzić czas szedł na skróty. Las był gęsty, nie tak jednak, by musiał się przez niego przedzierać. Tomek nie lubił udeptanych ścieżek, tak samo jak przedzierania się.<br />
  Adam wyszedł później niż zwykle. Wychodził dźwigając brzemię beznadziejności przedsięwzięcia na plecach. Nie miał już nadziei, chciał pomyśleć chodząc, w miarę możliwości niedaleko, żeby się nie zgubić. Trzymał się szlaków, które zaprowadziły go nad San. <em>Przystopował</em> go na kilku klatkach, posiedział na kamieniu, krzyknął na jelenia, który śmiał zabłądzić tu w poszukiwaniu niewiadomo, czego. Wracał ciężkim krokiem człowieka zawiedzionego myśląc o tym, że dziś jest dobry dzień na urwanie filmu.<br />
Tomek z kanką pełną jeżyn już wrócił. Skupione dookoła niego towarzystwo słuchało chciwie opowiadania.<br />
- Chodź posłuchaj Adaś, niesamowite ... – zawołał do niego R. przyjaźnie.<br />
- Eeeee – odpowiedział.<br />
- No chodź, nie pożałujesz – zachęcał niezrażony R.<br />
Ociągając się, powoli, dla świętego spokoju przysiadł się do nich.<br />
- No mówię wam, najpierw usłyszałem  pochrapywania i chrząkania – opowiadał Tomasz z wypiekami na twarzy.<br />
- To niedaleko tych moich jeżyn było… Przerywane takim głuchym, przerażającym warczeniem. Z początku nie zwróciłem uwagi, że prócz tych dźwięków nie ma nic, nawet ptaków i drzewa tak jakoś mniej szumiały. Tylko to grrry, wrrrooom, chrrrryyy. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i powiem wam, że jak już to piekło zobaczyłem, to się o mało ze strachu nie posrałem. Całe szczęście, że wiatr szedł na mnie, bo jak nic byście tych jeżyn dziś nie posmakowali.<br />
Wskazał palcem kankę wypełnioną, w jego mniemaniu czarnym złotem, a wzrok wszystkich powędrował w tym kierunku. Adam zaś zmieniał się na twarzy nie spuszczając opowiadającego z oczu.<br />
- Powolutku, po cichutku podchodziłem do granicy drzew. Ta polana nie jest duża, miałem je naprawdę blisko i jak na dłoni. Upolowały jelonka. Taki chudziak, drobiazg prawdziwy. Krążyły dookoła niego, a jeden z nich szarpał trupa. Cały pysk miał umazany krwią, a kłów nie chował ani na chwilę. Mogłem zobaczyć jak mu posoka z nich kapie. Obserwował te, co też by chciały się do posiłku dorwać i powarkiwał. Łeb podnosił tylko po to, by kłapnąć zębiskami na tego, który podszedł zbyt blisko. Wszystkie z nastroszoną sierścią i obnażonymi zębiskami przyglądały się temu i chodziły na ugiętych łapach. Nosy opuszczone nisko, grzbiety przygarbione pokorą wobec przywódcy. Takie dzikie, gotowe rzucić się sobie nawzajem do gardła, żeby ustalić kolejność posiłku. Coś niesamowitego… Jak je zobaczyłem zaraz przygięło mnie do ziemi i nie mogłem się z tych kucek podnieść, bo nogi miałem jak z waty. Bałem się, że jak złamię jakąś gałązkę, albo narobię innego hałasu, to mnie rozszarpią na miejscu, a jednocześnie nie mogłem oderwać wzroku od tego niesamowitego obrazu.<br />
Adam zmieniał się na twarzy coraz bardziej, nikt tego jednak nie widział, bo wszyscy oczyma wyobraźni byli na polanie zbroczonej krwią.<br />
- W końcu jakimś cudem wycofałem się stamtąd, a jak zapierniczałem potem przez ten las to nie macie pojęcia, prawie nóg nie pogubiłem. No szkoda, że nie mam aparatu…<br />
Tu Adam wstał.<br />
- Dosyć – wyszeptał – Mam dość, wyjeżdżam.<br />
Popatrzył nienawistnym wzrokiem na Tomasza i poszedł się spakować. Dziesięć minut później żegnał się z R.<br />
- Ale ty widziałeś te wilki? – zapytał niespokojnie R., kiedy siedzieli wieczorem przy ognisku dopijając pozostawione adamowe zapasy trunku, naciągając film do granicy zerwania.<br />
- Gdybym wiedział, że się o to zapytasz dałbym sobie tyłek pogryźć – odpowiedział.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Z Przypadków Filantropa* Weekend'owego]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/07/21/z-przypadkow-filantropa-weekendowego/</link>
<pubDate>Sat, 21 Jul 2007 22:51:11 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/07/21/z-przypadkow-filantropa-weekendowego/</guid>
<description><![CDATA[Przez miękkie serce to się człowiek uszarga, namorduje, pieniądza natraci, ran na ciele i psychi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Przez miękkie serce to się człowiek uszarga, namorduje, pieniądza natraci, ran na ciele i psychice dorobi. Wiem, co mówię, utyrany jestem taki, że ledwo nogami mogę ruszać. Palcami od rąk jeszcze jako tako, ale reszta ciała ogłosiła strajk i tylko czekać jak mi białe miasteczko rozbije i nie wypuści na wieczór nigdzie poza cztery ściany, a sobota jest przecież!<br />
Od pukania do drzwi o dziewiątej rano się zaczęło. W sobotę! Sumienia trzeba nie mieć…<br />
- Panie Tomku – babcia sąsiadka z piętra wyżej<br />
– Ja bardzo przepraszam, że tak wcześnie, ale syn wyjechał za pracą i nie mam kogo poprosić…<br />
- Dzień dobry pani. Nic nie szkodzi, co się stało?<br />
Uśmiecham się, do babci sąsiadki no, bo czegóż to ona może chcieć? Żarówka się w łazience przepaliła, pieczywo trzeba kupić, po które i tak przecież pójdę? A jej syn faktycznie w jakiejś Anglii, Irlandii, czy innej Szwecji europejski grosz zarabia.<br />
- A dzień dobry, przepraszam, że tak od razu od prośby zaczęłam…<br />
Będzie grubsza sprawa jednak, bo babcia sąsiadka się szczotkuje.<br />
- Słuchałam prognozy pogody…<br />
- Może pani wejdzie nie będziemy tak rozmawiać przez próg.<br />
Matko jedyna, święty elektoracie, ona chyba dom chce budować, a ja mam fundamenty wylać za syna emigranta, bo babcia sąsiadka wchodzi… Boże siada! Jakby nie usiadła, to by nie było tak źle, siadanie to już nie tylko fundamenty, ale wyciągnięcie murów do poziomu pierwszego piętra. Zastanawiam się czy nie dostać ataku kaszlu, najlepiej takiego gruźliczo-rozdzierającego.<br />
- …Pogoda ma się popsuć, już na dziś zapowiadali powrót tych paskudnych deszczy – babcia mówi ja się przygotowuję by w odpowiednim momencie dać popis aktorskich zdolności.<br />
- A jak zacznie padać to..., a Krzysiu dopiero w połowie sierpnia przyjedzie, wtedy to już las tam urośnie.<br />
- Ale w czym mogę pani pomóc? – pytam się bo faktycznie na budowlankę zaczyna mi to wyglądać.<br />
- O trawnik, panie Tomku. No mokrego nie ruszy, kosiarka elektryczna – tłumaczy - już zarosło, ja sama nie dam rady, ledwo do kościoła i z powrotem. Pan taki młody, silny, pan dałby radę. Ciasta upiekę, sernik…<br />
Trzeba wiedzieć, że jedyną rzeczą, z jaką nigdy nie byłem kompatybilny to właśnie działka i prace, jakie są przypisane temu rodzajowi aktywnego relaksu. W polu, traktor, widły, wieś – tak. Działka – nie! Miałem kiedyś to wiem i nic tu nie da sernik, nawet włoski jabłecznik by nie dał. Babcia chyba wyczuła moje nastawienie, bo wzięła mnie na litość, że sama, samiuteńka z nikąd pomocy. Jak po pożyczkę to wszyscy wiedzą kiedy ona emeryturę dostaje, a o urodzinach to nikt nie pamięta, a ja taki uśmiechnięty zawsze i dzień dobry powiem i jak siatki niesie to jej pomagam. Jednym słowem poległem. O jedenastej z kluczami od jej działki w ręce stałem przed furtką ogródka i gmerałem przy kłódce. Długo gmerałem, za długo…<br />
- A pan to, kto? – pyta się życzliwa i czujna babcia sąsiadka działkowa, mnie wnuczka klatkowego babci sąsiadki.<br />
- Pani Teresa poprosiła żebym trawę skosił… – już jest koło mnie i patrzy, czym ja otwieram i czy to, aby nie klucz uniwersalny.<br />
- A to całe szczęście – mówi nieco uspokojona widząc, że to oryginały.<br />
W końcu skobelek odskakuje i wchodzę. Trawa faktycznie wysoka, że w chowanego można się bawić. No nic, trzeba się wziąć za robotę. Miałem wytłumaczone, co gdzie stoi, więc raz, dwa, trzy, sprzęt był wyciągnięty, ja przebrany, zwarty i gotowy. Tu się zaczęły schody i moja niekompatybilność. Pierwsze, co nawaliło to korek - przepalił się skubany. Na szczęście zapasowe były na liczniku, tylko licznik wciśnięty w róg altanki i zasłonięty szafką, w szafce dziura na ten licznik, ale od środka... Jak nie otworzysz drzwiczek, to się nie dowiesz gdzie ta cholera jest. Śledztwo trwało czterdzieści pięć minut i zostało uwieńczone sukcesem, licznik został odnaleziony. Kosiarka wystartowała. Mp3 grało, słońce świeciło, trawa w pocie czoła koszona. Na wszelki wypadek omijałem kępy tego, co to nie wiedziałem, czym to może być, żeby jakiegoś drogocennego kwiata, całe życie hodowanego, nie skosić. Beztrosko śmigałem warczącą maszyną do czasu aż w gąszczu traw kabel zniknął. Zniknął na chwilkę, tylko po to żeby się odnaleźć pod kosiarką. Pierdyknęło i stanęło. Przedłużacz piękny, pomarańczowy, widać od razu, że syn Krzysio kupił w OBI, taaaaaki długi. Musiałem skleić jedno z drugim. Wziąłem z apteczki plaster, bo była na wierzchu, nie będę przecież w poszukiwaniu izolacji przewracał babci sąsiadce w szafkach, po raz drugi. Nóż do odizolowania przeciętych przewodów też leżał na wierzchu. Zanim opowiem o następnym wydarzeniu muszę dodać na swoje usprawiedliwienie, że byłem wstrząśnięty i załamany przecięciem nie swojego kabla, na nie swojej działce, przez swoją nieuwagę i rozważałem w duchu: czy nie powinienem aby odkupić? Kabel od strony kosiarki wyrównałem i odizolowałem raz dwa, z jedną malutką raną cięta na kciuku, nie ma, o czym mówić. Ten od strony altany też poszedł nieźle, przynajmniej ta piękna zewnętrzna pomarańczowa warstwa… Co mi do łba strzeliło, żeby tę wewnętrzną izolację, bezpośrednio z przewodów ściągać zębami, nie mam pojęcia, może przez ten skaleczony kciuk? Chyba nawet nie straciłem przytomności, tylko się ciemno zrobiło przez chwilkę, a nad głową zatańczył wielki sterowiec z napisem Allegro. Skoro już leżałem, pozycji kucznej nie udało mi się utrzymać przy naładowywaniu wewnętrznych akumulatorów, pomyślałem, że nie zaszkodzi jak chwilę odsapnę przed dokończeniem naprawy i powrotem do koszenia. Popatrzyłem chwilę w niebo, uspokoiłem naelektryzowane serce, pozazdrościłem pilotowi sterowca, na całe szczęście faktycznie przelatywał, to nie była halucynacja. Postanowiłem w tej chwili oddechu, że jednak odkupię przedłużacz, mając nadzieję, że nie był to prezent urodzinowy od syna (niech szlag trafi ministra od bezrobocia i emigracji).<br />
Reszta żniw na szczęście poszła już gładko, OBI też niedaleko, więc wyrobiłem się do czwartej. Siedzę, poruszam niemrawo palcami i nie wiem czy opublikuję dziś ten tekst, bo komp z siecią jest w drugim pokoju i trzeba by było wstać. Moje zmęczenie mnożę przez wnuczki, płci obojga, siostry, babci sąsiadki, które przyszły w odwiedziny. Dzielę przez sernik, co był, ale go te siostrzane wnuczki, 18 i 16 lat, zjadły jak ja tę trawę… Tak sobie myślę, że filantropia to ciężkie i niebezpieczne zajęcie.<br />
<em><em><font size="2"> </font></em></em></p>
<p><em><em><font size="2"><br />
*Etym. - gr. <em>philanthrōpia</em> 'dobroczynność; życzliwość' od <em>philánthrōpos</em> 'kochający ludzkość'</font></em></em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Politycznie, Niepolityczne Rymowanie]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/07/13/politycznie-niepolityczne-rymowanie/</link>
<pubDate>Fri, 13 Jul 2007 18:41:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/07/13/politycznie-niepolityczne-rymowanie/</guid>
<description><![CDATA[Zmienia nam szkołę, bez dania racji,
Pewien wysoki urzędnik od edukacji
I chociaż plącze mu si]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="center">Zmienia nam szkołę, bez dania racji,<br />
Pewien wysoki urzędnik od edukacji<br />
I chociaż plącze mu się <em>Łysek </em>i <em>Szkapa Nasza</em><br />
Nikogo za dyletanctwo swe nie przeprasza.</p>
<p align="center">Następna, w pasiastym krawacie, gabinetowa persona<br />
Zrzędzi, że przez służby, specjalnie, została podpuszczona,<br />
A obyczajem nowym, zupełnie nieparlamentarnym,<br />
Za łapownictwo chcą go osadzić w zakładzie karnym.</p>
<p align="center">Trzeci, zdawałoby się, naczelnik tej zbieraniny,<br />
Udaje, że za błędy podwładnych nie ponosi żadnej winy,<br />
Że on tu jest jedyny sprawiedliwy, nieskazitelnie czysty,<br />
A każdy, kto myśli inaczej to duch diabelski, nieczysty.</p>
<p align="center">Wydaje się chłopcom, co władzę sprawują,<br />
Że za decyzje i czyny ludzie ich nie podsumują.<br />
Może nawet myślą (byłoby to niespodzianką):<br />
<em>Lepiej miast rządzeniem zająć się przepychanką.</em></p>
<p align="center">Po co na kark brać sobie społeczne niezadowolenie,<br />
Wszak igrzyska już od Cezarów zawsze są w cenie.<br />
Lecz nie pomyślą jeden, drugi, a nawet trzeci i czwarty,<br />
Że nasze życie nie jest, jak ich rządzenie - na żarty.</p>
<p align="center">Przyjdzie im kiedyś za błędy zapłacić frycowe,<br />
Pod wyborczą urną położyć niefrasobliwą głowę<br />
Bo pod pręgierzem arkusza wyborczego<br />
Wyjdzie na jaw ile wyrządzili nam złego.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Telefony(?) bez przerwy drrrrr]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/07/04/telefony-bez-przerwy-drrrrr/</link>
<pubDate>Wed, 04 Jul 2007 11:34:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/07/04/telefony-bez-przerwy-drrrrr/</guid>
<description><![CDATA[Utopiłem telefon. Gdzie tam telefon - komórkę! Nigdy jakoś te dwa wyrazy telefon i komórka nie ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Utopiłem telefon. Gdzie tam telefon - <em>komórkę</em>! Nigdy jakoś te dwa wyrazy <em>telefon</em> i <em>komórka</em> nie mogły w moim pojmowaniu świata zaistnieć na jednej płaszczyźnie komunikacyjnej. Być może, dlatego, że <em><strong>TELEFON,</strong></em> to podania, prośby, tęskne wyczekiwanie, czasami lata całe.</p>
<p>Pewnego dnia pan w niebieskim mundurku do drzwi zastukał i lekko koślawiąc zdania, nie pierwszy to jego telefon dzisiaj, mówi:<br />
- Telefonik zakładamy…?<br />
Matko jedyna on się pyta, stwierdza czy co? Trzeba go szybko za próg wciągnąć żeby się nie rozmyślił. Potem do pokoju, na fotel, niech odpocznie momencik, bo widać, że wielce utrudzony pracą.<br />
- Może kawy się pan napije?<br />
Zerka spode łba i jakoś tak z niesmakiem usta krzywi. No jasne, że kawy nie! Jakaś pomroczność chyba z tej radości musiała rozum zaćmić. Wódki , tej, co się w zamrażarce chłodzi też nie bo jeszcze nie założy, ale Pola Cocty… Pola Cocta rarytas, na pewno będzie rad, jak Kraj Rad. Szczególnie jak podzwonić tą chłodzoną <em>połówką</em>, w ramach dopingu, że jest i czeka na sygnał…w słuchawce rzecz jasna. Pan monter inteligentny w lot chwyta, za napój grzecznie dziękuje i odstawia na stoliczek:<br />
- Niech poczeka – mówi, mrużąc porozumiewawczo oko.<br />
- To gdzie to cudo istalować?<br />
Chwila wystarcza, żeby były kable i gniazdko. Zaraz potem aparat z tarczą wesoło terkającą przy wybieraniu kolejnych cyfr. Potem to już tylko wino, kobiety i śpiew, koniecznie przez telefon.</p>
<p>To nie moje wspomnienia, ale telefon i dla mnie był podobnym wydarzeniem, nie mogłem uwierzyć, kiedy pojawił się u mnie w domu. O mały włos ojciec z wielkiej radości byłby mi kupił rower nie ma, więc co się dziwić, że telefon, komórce nie równy. Tę drugą w każdym kiosku, na każdym rogu nieledwie można kupić bez żadnego wysiłku, żadnej ofiary, czy starania. Małe to takie, wszędzie można ze sobą wziąć, wszędzie i zawsze może się odezwać. Człowiek nie zna dnia, ani godziny, kiedy wibra mu w kieszeni jestestwem zatrzęsie. Mnie nie trzęsie, od jakiegoś już czasu, bo ze złości, że się utopiła, pięknym łukiem wyrżnąłem nią w matkę ziemię, bo jak raz właśnie wtedy wolałem żeby się nie topiła, nie rozwalała, nie traciła zasięgu i inne takie tam. Straciłem przez tę złość dwudziesto-pierwszo wieczną wszystkie numery chcianych i niechcianych, potrzebnych i tych, co psu na budę. Miałem iść zaraz kupić nowy, nie poszedłem, nawet nie wiem, dlaczego, bo mogłem przecież, ale nie i wiecie, co? Nie brak mi jej! Na spacer mogę wyjść wolny, ciesząc się <em>okolicznościami przyrody</em>, bez nagabywania tych, co nie wiedzą o tym, że akurat słońce zachodzi. Jak jestem w domu to proszę bardzo Telefon, który od dłuższego czasu milczał dzwoni wesoło. Nagle się okazało, że ja ten domowy telefon w ogóle mam i można przez niego wszystko załatwić! Myślę też sobie, że poczekam z kupnem przenośnego, osobistego terrorysty do końca lata i tak mi bóg dopomóż.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Siódme Niebo - c.d.]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/06/16/siodme-niebo-cd/</link>
<pubDate>Sat, 16 Jun 2007 13:57:24 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/06/16/siodme-niebo-cd/</guid>
<description><![CDATA[Nie pasuje mi tutaj Siódme Niebo w związku z tym zdecydowałem się przenieść je w inne miejsce,]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nie pasuje mi tutaj Siódme Niebo w związku z tym zdecydowałem się przenieść je w inne miejsce, w którym będę palec ssał i pstrzył Internet wypocinami własnej wyobraźni. Oczywiście robię to przenosząc tam także wasze komentarze, jeżeli się pod takim tekstem pojawiły. Pomyślałem też, że w ten sposób będę mógł przypomnieć kilka rzeczy z innego wirtualnego <em>popisowiska</em>. Zapraszam was tam serdecznie link znajdziecie pod hasłem <a target="_blank" href="http://fikcje.wordpress.com">Z palca wyssane</a>.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[S. - "Niedźwiedź Pana Adamsa"]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/06/14/s-niedzwiedz-pana-adamsa/</link>
<pubDate>Thu, 14 Jun 2007 10:59:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/06/14/s-niedzwiedz-pana-adamsa/</guid>
<description><![CDATA[- O perfumo jak żeś słodka* – mówię przed pierwszym wbiciem wideł. Guano* jest twarde i zbit]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>- <em>O perfumo jak żeś słodka</em>* – mówię przed pierwszym wbiciem wideł. <em>Guano*</em> jest twarde i zbite w kilkuletnią, prawie betonową warstwę. Stajnia Augiasza, przy tej, to mały pikuś na rowerku. Zaczęło się normalnie, znaczy od progu. Potem radośnie i ufnie zagłębiałem się w temat, stopniowo i systematycznie usuwając warstwy końskiego nawozu zmieszanego z podściółką. Szybko okazało się, że systematyczność musiała ulec po ciężkim boju ciekawości i niedowierzaniu. Wbrew logice, bowiem nie zmierzałem w kierunku małych tylnych drzwi, jakie widziało się stojąc w otwartych wierzejach stajni, ale gdzieś w głąb ziemi, coraz niżej i niżej. Dziw mnie brał na to straszny, <em>perfuma</em> straciła swoją słodycz, a widły zostały zamienione na ciężką siekierę. Wiedziony potrzebą dogłębnego zbadania zagadnienia, postanowiłem wyrąbać sobie wąską ścieżkę wprost do wzmiankowanego tylnego wyjścia. Byłem już w połowie stajni, kiedy otworzyły się one równie szeroko jak wrota główne, a tubalny, roześmiany głos zaczął mnie wesoło nawoływać. Zajęty pracą badawczą nie zauważyłem, że zgięty w pół, wyrąbując materiał z najniższych pokładów <em>hipogeologicznych</em> jestem dla <em>nawoływacza</em> niewidoczny. Wyprostowałem się i tu zdziwiłem się jeszcze bardziej. Tylko ramiona i głowę miałem nieco powyżej poziomu gówna.<br />
- Głębiej już nie będzie – powiedział z przekonaniem S. podrzucając beztrosko kilof.<br />
- A ile jest stopni przy drzwiach? – zapytałem.<br />
S. zafrasował się troszkę, poszczypał bródkę, podrapał po głowie i z rozbrajającą szczerością zakomunikował:<br />
- Cholerka nie pamiętam.</p>
<p>S. był najweselszym, najszczerszym i najbardziej zawziętym facetem, jakiego poznałem. Żeby wybudować dom na grzbiecie wzgórza musiał sam wykarczować kawał bieszczadzkiego lasu. Trwało to rok, w międzyczasie gromadził pustaki i inne rzeczy, które są niezbędne do jego postawienia. Szybko się okazało, że tradycyjnych materiałów budowlanych starczy tylko na stajnię, ale za to wielką (niech ją jasny gwint!), przestronną na piętnaście boksów przy każdej ze ścian. Ambicje S. miał niepoślednie, to trzeba mu przyznać.<br />
Z oszczędności, pod tym samym dachem mieściła się wspomniana stajnia, garaż z warsztatem i dom. Całość sprawiała monumentalne wrażenie, chociaż wbijała się tarasami poszczególnych segmentów w pochyłość terenu. Stąd wynikała różnica poziomów między wejściem i wyjściem ze stajni, także z garażu do domu. Część mieszkalna powstała z mieszaniny betonu, gliny i słomy, jakimi napełniano przygotowane wcześniej formy ścian. Kiedy wszystko wyschło i związało, rozbierano drewniane <em>korytka</em> i ściana stała. Spryciarz, gdyby kupił materiał na lewo, rozebrano by mu całość. Faktury w komunie to święta rzecz, ważniejsza od samej cegły szczególnie, gdy ktoś chce coś zrobić samodzielnie i dla siebie. Władza robiła mu pod górkę tylko do momentu wizyty dziennikarza z <em>Razem</em>, który opisał i obfotografował osadnika i jego dzieło. Prasa to potęga. Pokazywał mi ten numer, w którym ukazał się duży, dwustronicowy artykuł. Na fotkach wyszedł jak Pan Adams z serialu o niedźwiedziu z Gór Skalistych. Ktoś pamięta <em>Niedźwiedzia Pana Adamsa</em>?<br />
Jego konie można spotkać w wielu ośrodkach zajmujących się hipoterapią. Powodzi, zdaje się, mu się całkiem nieźle.<br />
Podobnie jak większość tych, którzy trafiali w bieszczadzką głuszę był postacią barwną i z wszech miar interesującą. Co znamienne dla ludzi osiedlających się tam z głębi Polski, również wykształconą. Nikt z tych, których tam poznałem nie żałował, że zamieszkał w najdzikszym rejonie Socjalistycznej Ojczyzny. Może właśnie, dlatego, że najdzikszym, więc najbardziej oddalonym od socjalistycznych standardów? Być może, dlatego, że złoto-czerwona jesień jest tam najpiękniejsza? A może ziemia, poraniona i przesiąknięta nieszczęściem głośniej woła o miłość niż inna? Są tacy, którzy się tego boją, są tacy, którzy takiemu wołaniu nie potrafią się oprzeć.</p>
<p>*Kwestia Oberona ze <em>Snu Nocy letniej</em> W. Shakespear'a.<br />
*<em>Guano</em> - ptasie odchody ładniej brzmią niż końskie g...no;)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Siódme Niebo ]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/06/05/siodme-niebo/</link>
<pubDate>Tue, 05 Jun 2007 15:36:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/06/05/siodme-niebo/</guid>
<description><![CDATA[- Popieprzyły wam się priorytety!
Grzmiał Cherubin na siedzącego po drugiej stronie marmuroweg]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Popieprzyły wam się priorytety!</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">Grzmiał Cherubin na siedzącego po drugiej stronie marmurowego biurka starego Stróża o obliczu pobrużdżonym wielowiekową, ciężką pracą.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Wam się, zdaje się, zdaje, że działacie w pojedynkę, a nie w kolektywie! Wam ambrozja Wolę Bożą przesłoniła! Jak tak dalej pójdzie to się Dopustu doczekacie i skończycie przy czyśćcowych celach, jako cieć!</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">Anioł Stróż poruszył się niespokojnie na niewygodnym krześle i zerknął szybko na zwierzchnika.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Nie patrzcie tak na mnie, bo sami sobie taki los kujecie. Wy, ten przebieraniec i ta zgraja zacietrzewionych, drobiowych młodzików! Dwa wieki ciężkiej roboty do kosza wywalacie! Jak ja będę wyglądał przed Serafinami na koniec kwartału? Ostatni raz was upominam, Bracie. Następna wpadka, pióropusze do magazynu i stróżówka! Czy to dla was jasne?! To jazda do roboty! - Walnął pięścią w stół. <br />
Niespodziewanie do twarzy napłynęła mu krew, a pierś, nagle ściśnięta stalową obręczą bólu, nie podniosła się w kolejnym oddechu. Cherub potrząsnął gwałtownie piórami. Drobniutki puch zawirował w powietrzu.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Won – zasyczał odwracając się by ukryć swój stan. </p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">Stróż wstał bez słowa i ruszył do wyjścia. Za drzwiami czekała na niego nerwowo podgryzająca paznokcie gromadka młodych aniołów.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal"><em>Krótko cię trzymał. Chyba nie było tak źle? Nawet nie było słychać żeby strzelał piorunami</em>. Rozświergotały się poklepując go po plecach i uśmiechając sztucznie. Strząsnął z siebie ich dłonie, wyprostował. Górował nad nimi wzrostem i rozpiętością skrzydeł. Powiódł po nich wzrokiem, a oni uciszyli się zdziwieni tą demonstracją.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Chcesz się wycofać? Przestraszyłeś się Gniewu Bożego?</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">Głos dobiegał gdzieś spod ściany. Dźwięczał metalicznie, nieprzyjemnie. Młodzież rozstąpiła się ukazując jego właściciela. Ubrany był na ludzką modłę. Świeżo wypastowane buty błyszczały smoliście wystając spod czarnej sutanny zwieńczonej bielą koloratki. Siedział przygarbiony z opuszczoną głową i rozpostartymi lekko skrzydłami. Stary Stróż był pewien, że była to wystudiowana poza, obliczona na efekt, jaki osiągało się przy wstawaniu, a który praktykowali aniołowie mizernego wzrostu. Nie mylił się, anioł powoli zaczął wstawać, rozpinając skrzydła aż do trzasku niebezpiecznie naciągniętych ścięgien. Młodzi cofnęli się przestraszeni. Spojrzał na nich pogardliwie.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Bóg jest na wakacjach, nie wiadomo czy wróci.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">To zdanie uzupełniło dramatyzm pieczołowicie odegranej sceny. Dało się słyszeć świst wypuszczanego zbiorowo powietrza.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Daruj sobie te pokazy – stary wyga stał nieporuszony - I nie rób mi z gęby cholewy. Dałem słowo, podpisałem krwią, nie mam wyboru. Wracam na dół.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">Zagrzmiało potężnie i Anioł Stróż znikł. Nikt się nie poruszył, chociaż moc i siła anioła zakonnika jakby zwiotczała i zmiękła w lekceważeniu, jakie przed chwilą mu okazano.</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">- Wy dwaj, od bliźniaków. – chlasnął ostrym tonem jak mieczem, odbudowując nadwątlony autorytet - Będziecie mieć go na oku, a reszta niech wraca do swoich zadań, wiecie, co macie robić.<br />
Anioły znikały kolejno wśród mniejszych i większych eksplozji. Zakonnik zdematerializował się na końcu. Zrobiło się cicho i pusto.</p>
<p>  W gabinecie Cherubina nie było ani pusto ani cicho. Gabriel klęczał obok nieruchomego ciała posapując ciężko. Masaż serca nie jest prostą sprawą. Uriel stał skupiony wpatrując się oczami Archanioła w pustkę przed sobą. Białka były całkowicie pozbawione tęczówki, a źrenice zwężały sie lub rozszerzały. Zaglądał w <em>Otchłań</em>.<br />
- Nie widzę jego duszy – wyszeptał<br />
- Pogięło… Cię… Czy… co… Przecież… – Gabriel nabrał głęboko powietrza przed <em>usta-usta</em>. Sprawdził czy resuscytacja coś daje i niezadowolony wrócił do rytmicznych ucisków klatki piersiowej.<br />
- To… Cherubin… One… Nie… Umierają… - przerwał zrezygnowany - A Ten, rwa mać, wręcz przeciwnie.<br />
- Dalej nie widzę duszy.<br />
- A jak żył to widziałeś ślepy baranie?!<br />
- Widziałem.<br />
- No to, co chcesz teraz zobaczyć?<br />
- O rzesz ty…<br />
- W rzeczy samej Urielu, w rzeczy samej…</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal">&#160;</p>
<p style="margin:0;" class="MsoNormal"><font face="Times New Roman"><em>Teraz dopiero: C.D.N</em>.</font> </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Śmierć]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/05/25/smierc/</link>
<pubDate>Fri, 25 May 2007 13:25:34 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/05/25/smierc/</guid>
<description><![CDATA[ Dla niej się rodzimy. Do niej, wbrew wszelkim nadziejom, zmierzamy. Ciąży na nas swą tajemnic]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> Dla niej się rodzimy. Do niej, wbrew wszelkim nadziejom, zmierzamy. Ciąży na nas swą tajemnicą od chwili, gdy po raz pierwszy w niemowlęcej niepamięci dostrzegamy otaczający nas świat. Jest z nami zawsze. Dojrzewa w nas i razem z nami, tak powszednia jak chleb. Objawia się w naszych życiorysach ranami, które nie zawsze potrafi zabliźnić czas. Dziś ją spotkałem w obcym mi człowieku. Szedł krętą ulicą wciśniętą między cmentarz od zachodu i ścianę lasu od wschodu, przeciskał się bezszelestnie przez szarość wieczoru. Wyjeżdżając z zakrętu widziałem migotliwe światełka pamięci wyłaniające się z dnia na nagrobnych płytach. Jego jeszcze nie mogłem dostrzec, był za kolejnym łukiem drogi powoli i systematycznie zmniejszając dystans, jaki nas dzielił.<br />
 Lubię tę porę dnia, lubię tę ulicę. Jest coś magicznego w kruchej drucianej siatce, która, niewidoczna w tym świetle, odgradza świat żywych od umarłych. Nie skupia na sobie uwagi, pozwalając przez ułamek sekundy doświadczyć nierozerwalności tych dwóch światów. Jest też coś wzruszającego w ciszy rozświetlonej rozkołysanymi i drżącymi płomieniami zniczy.<br />
Memento mori - zdają się wołać zza szyby. Carpe diem - szepczą, kiedy pozostają li tylko obrazem pod powiekami.<br />
 Wjeżdżałem w zakręt, on dotarł w swoim makabrycznym pochodzie, do jego środka. Uśmiechałem się lekko zadowolony z tego, że jestem. Jego twarz była odarta z wyrazu. Zobaczyłem oczy puste i już nie ludzkie, bo pozbawione życia, wyprane z nadziei. Zadziwiające jak wiele szczegółów dostrzega się w takich sytuacjach ile drobiazgów, zazwyczaj umykających naszej świadomości, dociera do nas z krystaliczną jasnością. Poczułem jak włos jeży mi się na głowie z przerażenia widząc tę nieubłaganą konsekwencję towarzyszącą jego krokom, chociaż widziałem ich raptem dwa. Reszta jest dla mnie cudem. Kiedy go omijałem nie odwrócił w moją stronę głowy, nie uskoczył, ani się nie zatrzymał, ślepy na wszystko. Spoglądając we wsteczne lusterko widziałem Jego sylwetkę niknącą w mroku. Zatrzymałem się z postanowieniem ratowania go i tego, któremu będą obce cuda. Zabłyszczały światła następnego samochodu, wyłaniającego się, jak gdyby nigdy nic z koszmarnego zakrętu. Zwątpiłem w zdrowie własnych zmysłów, wątpię do dziś. Nie miałem odwagi zawrócić.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Opowieści ze starej szafy (2)]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/05/19/opowiesci-ze-starej-szafy-2/</link>
<pubDate>Sat, 19 May 2007 16:00:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/05/19/opowiesci-ze-starej-szafy-2/</guid>
<description><![CDATA[Było już ciemno i stanowcza za późno jak na pedałującego środkiem drogi dwunastoletniego chł]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Było już ciemno i stanowcza za późno jak na pedałującego środkiem drogi dwunastoletniego chłopca. Basałyk wiedział o tym i śpieszył się, mama będzie zła, przywita go ze ścierką przerzuconą przez ramię i pełnym wyrzutu głosem:<br />
- Gdzie ty się włóczyłeś do tej pory? Wiesz, która jest godzina? A ja już nad jezioro miałam iść cię szukać!<br />
Jarek nauczył się nie odpowiadać na retoryczne pytania, po części dlatego, że próba usprawiedliwienia niezmiennie kończyła się trafieniem lnianego przedłużenia matczynej ręki w plecy. Nie było ono jakieś szczególnie bolesne, ale wstyd piekł mocniej od razów.<br />
<em>Miastowi są przecież na wakacjach i ten grubasek w okularach nie da mi potem żyć. Kurturarny baran</em>*.<br />
- Auuu – krzyknął. Rower był dla niego za duży i jeździł na nim stojąc wciśnięty połową ciała pod poprzeczkę ramy. Zgrabnie wyskoczył spod niej zatrzymując się by rozetrzeć bolące biodro. Dynamo przestało się kręcić, żarówka w lampce pozbawiona prądu zgasła. Dopiero teraz zrobiło się naprawdę ciemno, usłyszał wyjącego gdzieś na wsi psa. Przeszył go dreszcz. Zimno – pomyślał. Zrobiło mu się jakoś dziwnie i straszno. Rozejrzał się, ale niewiele potrafił zobaczyć w otaczającej go ciemności, wiedział, że jest gdzieś na wysokości <em><strong>Górki</strong></em>.</p>
<p>Werandę i zebrane wkoło stolika towarzystwo oświetlało światło docierające tu z wnętrza domu. Pito kawę i ajerkoniak. Przed dwójką dzieci wciąż obecnych przy stole, ale przebranych już w pidżamy, stały kubki, z których unosił się smakowity zapach kakao.<br />
- No nie wiem gdzie on się podział. Miał wrócić od Teresy na kolację. Już ja mu dam jak wróci.<br />
- Daj spokój Krysiu, wakacje są, musi chłopak trochę poszaleć. O jedzie!<br />
Faktycznie na drodze zamajaczył obłok kurzu, z każdą chwilą przybliżający się wraz z niemiłosiernym zgrzytem wszystkich ruchomych i nieruchomych części welocypedu, mordowanego nadświetlną prędkością.<br />
- Ależ pędzi! – zawołał z podziwem mężczyzna uspokajający przed chwilą Krystynę.<br />
Jarek zeskoczył w biegu z roweru i nie troszcząc się więcej o niego, kopniakiem otworzył sobie furtkę.<br />
- Mamooo!!! – wył gnając co tchu do domu.<br />
Minęła dobra chwila nim go uspokojono, a trupia bladość ustąpiła mu z twarzy. Potem kazano opowiadać.<br />
- Widziałem! – zawołał na nowo ulegając przerażeniu.<br />
- Matko jedyna, co?! - Krystynie udzielił się synowski strach.<br />
- Ducha! – ścierka, w magiczny sposób znalazła się w matczynej ręce, jako zapowiedz nietolerowania kłamstwa w tym domu.<br />
- Ja ci dam ducha! O której miałeś być? A ja tu już nad jezioro miałam iść! Ja ci dam ducha!<br />
- Mamo naprawdę! Koło <em><strong>Górki</strong></em>! W bryczesach był i butach do kolan i czapce białej i po wódkę mi kazał do gorzelni jechać!!!<br />
- Janek… - wyrwało się dramatycznym szeptem łysiejącemu mężczyźnie.</p>
<p>Kuzynowi Jarkowi nikt nie opowiadał o stryju* lowelasie, niestroniącym od gorzałki i konnych wycieczek na pola, by zdybać przy stogach jakąś pannę, albo i nie pannę. Mnie babcia już raczyła wprowadzić w historię najnowszą rodziny i los stryja Jana, najmłodszego brata mojego dziadka, potocznie nazywanego Wujkiem. Otóż stryj oddał życie w tajemniczych okolicznościach, ale na posterunku, czyli w stodole, w której urządził sobie gabinet by przyjmować interesantki. Życie uwodziciela-pijaczka, przysporzyło mu wielu wrogów i jeszcze więcej przyjemności, chociaż koniec spotkał go okrutny i straszny, spłoną wraz ze swoim słomianym gabinetem. Pożodze nie oparł się też dom stojący nieopodal, z którego pozostały do dziś tylko murowane piwnice. Dlaczego <em>tajemnicze okoliczności</em>? Ogień, który tej nocy rozszalał się nad mazurskim jeziorem nie oszczędził żadnego z naszych rodzinnych zabudowań. Gorzelnia, która stała przy rozsypującym się dworze poprzednich właścicieli, czyli w sąsiedniej wiosce, dziwnym trafem także stanęła w płomieniach, zarażając nim oborę i stajnię. Babcia skwitowała te wydarzenia mówiąc:<br />
- I tak, komuniści położyliby na tym swoją łapę, lepiej się stało, nie mieli, czego kraść.<br />
O stryju mówiła zaś tak:<br />
- W każdej szanującej się rodzinie musi być duch. Powinien podzwaniać, najlepiej łańcuchami, bądź zgrzytać, koniecznie zbroją. Nasz pije i snuje się po wsi, a wszystko przez komunistów, złe obyczaje i reformę rolną. Ty się prowadź dobrze... Tak na wszelki wypadek.<br />
Czego jak czego, ale poczucia humoru nie można było babci odmówić.</p>
<p>*<em><strong>Kurturarny grubas</strong></em> - o mnie mowa złośliwie zresztą. Z otyłości wyrosłem z przekręcania wyrazów i słowotwórstwa niestety nie.<br />
*<strong><em>Stryjek</em></strong> - dziadek stryjeczny, dokładnie. Stryj jest krócej, a większość, odchodzącego już niestety pokolenia, tak go nazywała, dla mnie, więc też zaistniał jako stryj Jan.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Opowieści ze starej szafy]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/04/27/opowiesci-ze-starej-szafy/</link>
<pubDate>Fri, 27 Apr 2007 10:49:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/04/27/opowiesci-ze-starej-szafy/</guid>
<description><![CDATA[  Pradziadek mój rodzinę kochając ponad wszystko, a w przedśmiertnym widzeniu ujrzawszy bolszew]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>  Pradziadek mój rodzinę kochając ponad wszystko, a w przedśmiertnym widzeniu ujrzawszy bolszewika ziemię naszą depczącego, bliskich zaś w kajdanach wywożonych ku dali sinej od łez, nakazał ewakuację i mocą ostatniej woli ją namaścił. Dziadek młodzian podówczas jeszcze, z głową wiatrem podszytą, ale w posłuszeństwie ojcowskim wyćwiczoną, zebrał plemię nasze i ku Mazurom się puścił, by od zarządcy zdania rachunków, swoją własną osobą, zażądać. Wieś, ani wielka, ani zasobna, a dla duszy dziadzia stanowczo za ciasna. Podzieliwszy, więc między dwóch swoich braci dobro nieruchome, samemu gotowiznę w skrzyni zatrzymawszy, rzekł do swojej małżonki, a babci mojej szacownej.<br />
- Na tułaczkę się nie godziłaś, tak i zrozumiem jak z dziatwą tu ostaniesz. Ja ku temu miastu, co z wody się podnosi ruszę, gdy miejsce dla was przysposobię, wrócę po ciebie. Bacz jednak tu na wszystko i ucha nadstawiaj, bo Prus blisko, a tumulty wszczyna z byle, jakiej okazji i co złego jeszcze z tego być może. Patrz, więc uważnie, by cię zawierucha nie ogarnęła. <br />
Dziadzio sprytny był, wiedział, że babcia za nic sama z przychówkiem nie zostanie w miejscu niespokojnym, chociaż Grunwald, co nieopodal był, otuchą napawał. Veto, więc założyła stanowcze na pomysł ten i ku dziadzinemu zadowoleniu, dzieciny ochędożywszy, na niepewny chleb razem z nim ruszyła. Chleb nie okazał się aż tak niepewny, bo Dziadzio dom wystawił szybko, na wzgórzu, z którego pola było widać, morza kawałek i miasto co z niego rosło piękne, bogate. Dom akurat w czas stanął - babcia mojego rodziciela powić miała.<br />
  <em>Dziwny to był rok, niespokojny i lato gorące, jakiego dawno nie bywało, zmiany jakoweś zwiastujące niebywałym gorącem swoim.</em> Ledwo od połogu odpoczęła, musiała w łzach ukochanego męża i syna najstarszego żegnać, co na wojnę wielką ruszali. Prus nie tylko tumulty wszczynał, ale i z całą swoją potencją na nas ruszył. Potem jeno wieści przyszły, że pojmani w bitwie. Dziadzio ranien do domu na wzgórzu wrócił, syn zaś ucieczką ze stalagu się salwując, Europę przewędrował, by do polskiego wojska trafić. Świat on przeszedł nim wojna skończyła się szczęśliwie i w domu mógł odpocząć, na obczyźnie zostać nie chciał. Rodziciel zaś mój rósł niepostrzeżenie, nie wiedząc nawet, czym wolność jest i słowo zakazami nieskrępowane. Brat, co to ze statku do więzienia zabrany był za <em>nie tego</em> orła na mundurze, wrócił. Dziwny tylko jakiś, w latach posunięty, chociaż młody przecież jeszcze. Z dziadziem o ziemi pradziadowej rozprawiał, w dalekim kraju teraz leżącej i niszczejącej pewnie, bo kto się niby miał nią zająć jak kochającego serca przy niej nie masz? Tatko zaś rósł i doroślał, na siostrzanych weselach tańcząc. Lubił on zabawę za młodu, lubił bardzo. Tak w niej zagustował, że i do pracy się wziął, nie chcąc od nestora na hulanki grosza, co przecież i tak jego nie był. Z tej pracy, to bieda wyszła, z którą babcia długo pogodzić się nie mogła. Otóż ojciec pannę poznał i zakochał się w niej bez pamięci. Otumaniła go ta miłość do imentu, a tak bardzo, że żadne nakazy i zakazy rady dać jej nie mogły. Poszedł za nią, na sam koniec, w mezalians, czym krwi w rodzinie napsuł i błogosławieństwa nie otrzymał na nową drogę życia. Poprzysiągł zatem, dzieciom swoim głów bajaniem o <em>Ojcach</em> nie skalać, jeno do <em>schłopiałych</em> stryjów je wozić. Dziadkowi po niesławnym ożenku zachorzało się i zmarło, ale od ran wojennych zmarniał, tylko babcia mówiła, że syna to marnotrawnego wina. Przysięgała jednak przy łożu boleści mężowi, że przebaczy i synową na łono rodziny wprowadzi. Przysięgi dotrzymała, kiedy jasnym się stało, że chociaż gałąź nasza rozrosła się nad wyraz bujnie, to więcej w niej do haftowania rąk, niż do szabli, a te, co do szabli zwyczajne być powinny nijak do niej nie pasują. Tylko u tego jej syna dyzgusta czyniącego młode pacholę rokowało na przyszłość nadzieję, bo to i grzeczne i okiem bystrym strzelając jakoweś oznaki rozumu zdradzało. W imię przyszłości i pamięci rodzinnej babcia przebaczyła w końcu i edukacji brzdąca się podjęła, każdą zimę u synowej spędzając w tym celu. Pacholę okazało się bystre nad wyraz, rodzinne zawiłości w lot pojmując. Ścigały go przez to spojrzenia zazdrosne, że tak miłość nestorki sobie zaskarbił i na manowce tą miłością sprowadził, od starszeństwa jej oko odwracając. <br />
  Zwyczajem rodzinnym w godzinie ostatniej przysięgano, tym razem babci, a przysięgał syn najstarszy z rodzeństwem płci obojga, że pacholikowi pieczęcie rodzinne oddadzą, wbrew uświęconym tradycjom, jak w latach do tego dojrzeje. Majętności zaś, by krzywdy nie mieli, rozdała między nich. Po prawdzie niewiele tego zostało, ten dom na wzgórzu, złotych monet dwie, zastawy sztuk kilka i szafa, która rapcie do szabli praojca pamięta. Siedzę tak i papiery przekładając z lewa na prawo na krążek błyszczący trafiłem szkarłatnym kamieniem ukoronowany, któren całą tę historię ożywił. Myślę tak sobie: czy aby się babcia nie myliła w sądzie swoim, zbyt wielką we mnie pokładając nadzieję? Tak i odwagi w sobie nie znalazłem by ony krążek do palca przymierzyć. Alem przysiągł sobie (chwalić boga jeszcze nie na łożu śmierci, rodzinnym obyczajem), że rok nie minie jak ziemię, która moich przodków nosiła odwiedzę, a jak jakiego bolszewika spotkam to i może wojenka się trafi.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Drogi]]></title>
<link>http://smutas.wordpress.com/2007/04/13/drogi/</link>
<pubDate>Fri, 13 Apr 2007 09:28:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>smutas</dc:creator>
<guid>http://smutas.wordpress.com/2007/04/13/drogi/</guid>
<description><![CDATA[ Nzebe szedł szybkim sprężystym krokiem. Żar, który spływał z nieba niewidzialnymi, rozpalon]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> Nzebe szedł szybkim sprężystym krokiem. Żar, który spływał z nieba niewidzialnymi, rozpalonymi strugami, rozedrganego powietrza zdawał się po nim ześlizgiwać i wsiąkać w podnoszące się przy każdym kroku drobinki pyłu. Skwar zmieniał go z kurzu w rdzawy duszący tuman. Nzebe nie zwracał na niego uwagi, tempo, które sobie narzucił pozwalało mu pozostawić go za plecami, a on unosił się nad drogą w nieruchomym powietrzu, jak sidła, jeszcze długo po jego przejściu . Nie czuł zmęczenia, wsłuchany w młodzieńczą sprężystość, z jaką uzbrojone w sandały stopy, odrywały się od ziemi by zdobywać nieznane. Czuł się panem tej drogi, wszystkich dróg, wiedział, że One są jego przeznaczeniem, nie cel, do którego miały go zaprowadzić, ale One same.<br />
 Słońce zawisło w kulminacji, , kiedy dotarł do Kamienia Przodków. Cień, jaki do tej pory rzucał skrył się, by przeczekać największy skwar. Starcy mówili, że kamień rośnie wysysając siłę z odpoczywających w jego cieniu wędrowców. Martwe ciało białego mężczyzny oparte o głaz zdawało się potwierdzać ich opowieść. Nzebe przyglądał mu się z pewnej odległości. Mrówki i smród gnijącego mięsa nie pozwalał podejść bliżej.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
