<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>opowiadanie &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/opowiadanie/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "opowiadanie"</description>
	<pubDate>Wed, 09 Jul 2008 17:32:54 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA["Przygoda Karola"]]></title>
<link>http://szkarlatnabiblioteka.wordpress.com/?p=11</link>
<pubDate>Wed, 02 Jul 2008 23:22:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Defiler</dc:creator>
<guid>http://szkarlatnabiblioteka.wordpress.com/?p=11</guid>
<description><![CDATA[Czasem bywam sentymentalny, szczególnie przeglądając moje stare prace. Opowiadanie, które zamies]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong><em>Czasem bywam sentymentalny, szczególnie przeglądając moje stare prace. Opowiadanie, które zamieszczam w pierwszej kolejności jest głupie, dziecinne i trywialne. Dlaczego? Ponieważ napisałem je będąc w szóstej klasie podstawówki. Jedyną edycją dzisiaj były ewentualne literówki i jakieś bardzo rażące błędy. Interesującym zjawiskiem jest dojrzewanie stylu pisania wraz z biegiem lat. Kiedy czytam moje dawne teksty, na mojej twarzy pojawia się uśmieszek politowania. Co będzie za 10-15 lat? A co na starość? </em></strong></p>
<p><strong><em>Zapraszam do lektury i proszę potraktować opowiastkę raczej jako ciekawostkę niż coś poważnego.<br />
</em></strong></p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Dziesięcioletni Karol Dybowski wstał z łóżka o godzinie szóstej, jak to codziennie robił, gdy miał iść do szkoły. Zaspany ruszył w stronę łazienki. Po skorzystaniu z toalety i umyciu zębów, tradycyjnie ubrał się, wziął plecak i ruszył w stronę schodów. Zszedł nimi na dół. Swe kroki skierował do kuchni, gdzie czekał na niego talerz z wyśmienitymi kanapkami i szklanka zimnego kakao. Przy lodówce krzątała się mama, najwyraźniej wybierając z lodówki składniki na obiad.</p>
<p class="MsoNormal">- Cześć mamo!- zawołał Karol</p>
<p class="MsoNormal">- Cześć Karolku! Szybko jedz, musisz zaraz wyjść! – odpowiedziała mama, po czym zajęła się swoimi sprawami. Karol popatrzył na zegarek – godzina szósta trzydzieści! Faktycznie musiał się śpieszyć, w końcu w jego szkole lekcje rozpoczynają się o godzinie siódmej. Szybko pożarł przepyszne kanapki z serem i z szynką, a następnie zaczął ubierać lekką kurtkę i jego markowe adidasy. Wyszedł, a gdy był w sporej odległości od domu mama krzyknęła nie wiedząc, że jej syn nie słyszy:</p>
<p class="MsoNormal">- Karolu! Nie zapominaj, że dzisiaj wizyta u ortodonty!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Karol szybkim krokiem szedł w stronę swojej znienawidzonej szkoły. Gdy widział już budynek, spostrzegł, że dwóch robotników naprawia główne wejście. Podszedł bliżej… Na ścianie szkoły wisiała pożółkła kartka. Było na niej napisane, żeby skorzystać z bocznego przejścia. Karol zauważył, że kilku jego kolegów przeszło przez główne przejście, ale on nie chciał się narażać. W końcu raz można posłuchać próśb dyrektorki. Skorzystał, więc z bocznego wejścia i skierował się w stronę szatni. Zostawił tam kurtkę i ruszył w stronę klasy. Był tam akurat wtedy, gdy zadzwonił dzwonek. Pani Genowefa, nauczycielka od historii, zjawiła się szybko.</p>
<p class="MsoNormal"><em>Coś mi tu nie pasuje… Nikt ze sobą nie rozmawia i nauczycielka przychodzi zbyt szybko</em> pomyślał Karol, kiedy wchodził do klasy. Również teraz nikt nie rozmawiał. Gdy chłopiec rozejrzał się po pomieszczeniu, spostrzegł, że każdy patrzy się przed siebie i nawet nie mruga oczyma. Pani Genowefa wyciągnęła ze swojej torby wczorajsze kartkówki i podeszła do Karola.</p>
<p class="MsoNormal">- Słuchaj leniu!!! – Krzyknęła nauczycielka nadzwyczajnym, grubym głosem, plując się okropnie. Ten dźwięk przypomniał mu efekty spowolnienia mowy w znanym programie komputerowym.</p>
<p class="MsoNormal">- Proszę? – spytał oburzony, a zarazem przestraszony Karol, a cała klasa zaczęła się śmiać podobnym do nauczycielki głosem.</p>
<p class="MsoNormal">- Oblałeś kartkówkę! Rodzice muszą cię ukarać! – krzyknęła pani Genowefa i spoliczkowała spanikowanego chłopca</p>
<p class="MsoNormal">- To boli proszę pani! – krzyknął Karol, a klasa śmiała się histerycznym śmiechem… Nauczycielka podeszła do swojej torby, poszperała w niej i po chwili podeszła do niego z obnażonym nożem, na którego ostrzu była zaschnięta krew.</p>
<p class="MsoNormal">- Kara będzie surowa! – wrzasnęła i w tej chwili przerażony chłopiec zaczął uciekać. Biegł przed siebie. Kierunkiem było wyjście. Gdy wybiegł ze szkoły, od razu skierował się w stronę swojego przytulnego domu, by powiedzieć mamie o zdarzeniu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Dobiegł strudzony, i szybko wszedł do środka. Karol mógł teraz odetchnąć. Poszedł do kuchni – ulubionego miejsca przebywania mamy. Stała tam ubrana w kurtkę i szalik. Podrzuciła głową, na znak przywitania i skierowała się do wyjścia, nie zważając na synka. Karol zaczął za nią wołać, ale na próżno – już się ulotniła. Zmęczony i przestraszony usiadł na sofie i przymknął oczy. Zorientował się, że jest w swym łóżku! To był tylko zły sen! Chwilę po obudzeniu się, do jego pokoju weszła mama i pani Genowefa… Obie kurczowo trzymały zakrwawione noże do krojenia mięsa. Po chwili zaczęły się śmiać demonicznym głosem, jaki słyszał w szkole...</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><em><strong>Jeszcze jedno: Z tego co pamiętam zainspirowały mnie opowieści w stylu Dwóch Światów. Założenie było takie, że Karol przeniósł się do świata równoległego poprzez boczne wejście do szkoły. Ach ta dziecięca psychika, prawie jak w "Królu Olch" :) . Co do brutalności, no cóż.. bez niej opowieść nie byłaby w założeniu straszna, prawda?</strong></em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Stwarzanie własnego okręgu.]]></title>
<link>http://grunniens.wordpress.com/?p=43</link>
<pubDate>Tue, 01 Jul 2008 21:21:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>grunniens</dc:creator>
<guid>http://grunniens.wordpress.com/?p=43</guid>
<description><![CDATA[1.
Na pustym parkingu przy małej pizzerii zatrzymał się samochód. Kierowca po zgaszeniu silnika ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>1.</p>
<p style="text-align:justify;">Na pustym parkingu przy małej pizzerii zatrzymał się samochód. Kierowca po zgaszeniu silnika przez dłuższą chwilę siedział w ciemnościach i napawał się chłodnym powietrzem.<br />
Lokal znajdował się na obrzeżach miasta i jako jeden z niewielu był czynny prawie bez przerwy. W trakcie nocy nie było zbyt wielu klientów, jednak właściciel uważał ich liczbę za „wystarczającą do dalszego funkcjonowania restauracji”. Przed frontem budynku postawione były dwie cementowe doniczki z żółtymi kwiatkami, które bez przeszkód zaścielały chodnik swoimi płatkami. Wszystkie ściany budynku niedawno zostały pomalowane pastelową farbą, a ambitnemu właścicielowi pizzerii marzył się jeszcze duży i wielokolorowy neon na dachu. „Wtedy dzieło stałoby się kompletnym”. Brak odpowiedniej sumy sprawiał jednak, że musiał zadowolić się jedynie stosowną tablicą wiszącą koło szklanych drzwi wejściowych.<br />
Gdyby spojrzeć na to miejsce z góry, budynek ukazałby się kwadratem tonącym w zbyt dużej połaci parkingu.<br />
W końcu człowiek wysiadł z pojazdu i nie spiesząc się podszedł pod drzwi pizzerii. Zatrzymał się na chwilę na kratkowanej wycieraczce z gumy i z zadumą wpatrzył się w naklejkę na drzwiach („PCHAĆ”). Zachwycony banalnością jej treści uśmiechnął się do siebie i korzystając z tej sposobności, że szklane drzwi odbijały jego postać niczym lustro - poprawił fryzurę. Potem, zgodnie z poleceniem, pchnął drzwi i wszedł do środka.<br />
Udał się do stolika koło okna i, kiedy tylko pojawił się podstarzały kelner, zamówił kawę. Później wyjął z kieszeni mały notatnik i zaczął przeglądać zawarte w nim opowieści ze swojego życia. Niepozorny zbiór kartek w niebieskiej oprawie był jego najwierniejszym powiernikiem, nieorganicznym żywym przyjacielem. Przewracał powoli strony muskając wzrokiem własnoręcznie napisane zdania. Bawiła go ich banalność, ich naiwna szczerość, która wydawała mu się teraz zupełnie nienaturalna.<br />
Spojrzał na zewnątrz, gdzie ciemne płatki kwiatów unosiły się na wietrze.<br />
Wszystko to samo.<br />
Kelner przyniósł kawę.<br />
-Dziękuję.<br />
W odpowiedzi kelner kiwnął głową i oddalił się nucąc refren popularnej młodzieżowej piosenki.<br />
Człowiek nie zwrócił powtórnie uwagi na filiżankę, tylko wrócił do lektury. Na białych kartkach, starannym pismem między linijkami, płynęły wyrazy jego najmocniejszych emocji, najważniejszych przeżyć, osobistych filozofii. Niektóre z nich uważał teraz za dziecinne i jakże banalne, jednak było tam kilka takich, które urzekały go przenikliwością; człowiek z uznaniem pomyślał o swoich myślach.<br />
Przekartkował kilka bolesnych epizodów, przeczytał ponownie wielokrotnie czytane świadectwa szczęścia i dotarł do niezapisanych jeszcze pustych stron. Metafora teraźniejszości, pustka domagająca się wypełnienia. Szczyt wszystkich czasów będący maleńkim punkcikiem przemieniającym pustkę w przeszłość. A on, wielki autor własnego życia, poczuł się bezwolną pacynką pozbawioną nawet  c u d z e j  ręki, która by nią kierowała. Tkwi nieruchomo i czeka na przeszłość.<br />
-Banał. - mruknął. Rozpoczął się i się skończy. Okrutna symetria życia. Nie był choćby zaniepokojony swoją metafizyczną bezładnością, przerażała go natomiast inna rzecz, równie jak los banalna.<br />
Spróbował kawy. Całkiem niezła.<br />
Z kieszeni, z której wcześniej wydobył notatnik, wyjął długopis i dbając o kaligrafię zapisał na środku strony:</p>
<p style="text-align:justify;"><em>Kto zapłacze po mojej śmierci</em></p>
<p style="text-align:justify;">Po chwili dorysował jeszcze znak zapytania. Poprawił rozpoczynającą literę, tworząc swego rodzaju sygnaturę. Wpatrywał się w napisane przed chwilą zdanie i prowadził chaotyczny dyskurs z przeciwstawnymi opiniami w swoim umyśle.<br />
Dopił duszkiem kawę, położył pieniądze na stole i powstawszy zbliżył się do wyjścia.<br />
-Żałosny banał. - powiedział cicho i wyrzucił notatnik wraz z długopisem do kosza na śmieci.<br />
Wyszedł zamaszystym krokiem i wsiadł do samochodu. Szybko wyjechał z parkingu.<br />
Żałował.<br />
Kawa była gorąca i bolał go język.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[niezauważalne... a istnieje]]></title>
<link>http://wordswillbewritten.wordpress.com/?p=36</link>
<pubDate>Tue, 01 Jul 2008 14:45:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>reel88</dc:creator>
<guid>http://wordswillbewritten.wordpress.com/?p=36</guid>
<description><![CDATA[Siedział na spruchniałym, zwalonym drzewie. Wzrok jego skierowany był na zachód, gdzie Słońce ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Siedział na spruchniałym, zwalonym drzewie. Wzrok jego skierowany był na zachód, gdzie Słońce znikało z sekundy na sekundę coraz szybciej za horyzont. Malutkie światła gwiazd zaczynały być coraz bardziej widoczne na tle pomarańczowo-żółtej łuny.</p>
<p>Myśli jego uciekały dalej niż wzrok mógł sięgnąć. Wyglądał jakby ciągle nad czymś myślał, lecz nie... on próbuje złapać oddech, wydobyć z siebie siły, aby ruszyć w dalszą drogę - za nadzieją, która ucieka mu coraz szybciej i szybciej.<br />
Zastała go już noc, a On dalej siedział i patrzył się ciągle w tym samym kierunku. Wyczekiwał tej nocy. A ciemność ta była dla niego ostatnio domem. Otarł dłonią twarz, jakby chciał zebrać łzy i wstał, nie zmieniając kierunku w którym patrzył ruszył w dalszą drogę. Za nadzieją, która jeszcze go prowadzi, która jeszcze nie odeszła. Idzie, szuka.</p>
<p>Ludzie szepcą, że "to jest włóczęga, który zatracił swoje życie. Niczym upadła dusza, błąka się on po świecie szukając by znaleźć zbawienie lub własną zagładę". Oni nigdy nie zauważą, nie zrozumieją. Jeśli czyjeś oczy czegoś nie widzą nie znaczy, że czegoś nie ma.<br />
On wie, co o nim mówią. Słyszy te szepty, czuje ich zimne spojrzenia. Nie przejmuje się tym. W ciszy kroczy dalej.</p>
<p>Nadzieja nim kieruje, ona go prowadzi. Wkońcu ją znajdzie, wkońcu ją odzyska. Wierzy... a nogi go niosą dalej.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ciemne światło, zimne ciepło.]]></title>
<link>http://wordswillbewritten.wordpress.com/?p=25</link>
<pubDate>Tue, 24 Jun 2008 17:20:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>reel88</dc:creator>
<guid>http://wordswillbewritten.wordpress.com/?p=25</guid>
<description><![CDATA[Późny wieczór. Ciemność pożera coraz szybciej każdy świetlisty kawałek świata. Mrok i chł]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;">Późny wieczór. Ciemność pożera coraz szybciej każdy świetlisty kawałek świata. Mrok i chłód są coraz bliżej. Każdy próbuje się skryć w świetle płomieni ogniska, świec czy też pochodni. Tylko po to by uniknąć bezkresnej, chłodnej pustki.Wielu ucieka i kryje się w świetle.</p>
<p style="text-align:center;">Niewielu zostaje i stawia czoła mrocznej pustce. Tak jak oni. Ona i on. Otoczeni przez las. Stojący w środku innego świata. Nie boją się. Kroczą ramię w ramię. Są razem i będą - póki nie nadejdzie koniec... ich wspólnej wędrówki. Lecz o tym nie myślą, cieszą się sobą. Radują się, że są razem mimo ogarniającego ich zewsząd zła. Nie zważają na nic, czas płynie, a oni razem z nim.<br />
Natykają się na strumień. Mimo, że błyszczące ciemnym granatem lustro wody nie wygląda uspokajająco, daje im ono nadzieję na przetrwanie. Napoili się czystą wodą, postanowili odpocząć. Ciepło ich własnych ciał chroniło ich przed atakującym chłodem mroku. Minęła chwila, potem kolejna i następna. Nie mogli, nie chcieli rozluźnić uścisku. Spoglądali sobie w oczy, przez cały ten czas widzieli własne odbicia w błyszczących ognikach. Nie interesował ich świat. Byli tylko oni. Nie używając słów - rozmawiali.<br />
Pięćdziesiąt uderzeń serca później postanowili ruszyć w dalszą drogę. Nie wzdłuż wartkiego strumienia. Zdecydowali przejść przez szybko płynącą błyszczącą granatową toń. Spoglądając sobie w oczy weszli do mroźnej wody, która obudziła ich umysły. Przestali spoglądać sobie w oczy, patrząc przed siebie brodzili ostrożnie. Woda sięgała im prawie do szyi. Ciągle trzymali się za ręce. Gdy niespodziewanie lustro wody przykryło im głowy - spanikowali. Woda opadła, można było zaczerpnąć świeżego powietrza, ale on nie mógł tego zrobić. Nie czuł uścisku jej dłoni. Nie było jej. Odeszła. On został. Sam, pośród wrogiej chłodnej ciemności. Opuścił wartki nurt strumienia. Obejrzał się za siebie, gdzie jeszcze przed kilkoma chwilami był ze swoją ukochaną, ciepła słona łza spłynęła mu po policzku. Ruszył w dalszą drogę. Towarzyszyła mu pustka, smutek, złość, poczucie winy, ... nadzieja i wiara. Dzięki czemu kroczył dalej tylko po to by ją odnaleźć, by ją odzyskać. Wspomnienie jej głębokiego, szklistego, ciepłego spojrzenia dodawała mu sił. Wędruje dalej...</p>
<p style="text-align:center;">Pomarańczowo różowa łuna wyłania się znad widnokręgu zapowiadając świt. Nowy dzień. Światło i ciepło, radość i szczęście. Koniec ukrywania się. Świat jest bezpieczny. Wielu opuszcza swoje kryjówki.<br />
Niewielu szuka cienia... by odnaleźć światło.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[To nie bajka]]></title>
<link>http://rzeczywisnie.wordpress.com/?p=139</link>
<pubDate>Fri, 06 Jun 2008 19:35:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>Julia</dc:creator>
<guid>http://rzeczywisnie.wordpress.com/?p=139</guid>
<description><![CDATA[Naoglądałam się na youtubie umoralniającego Kapitana Planety. Pamiętajcie dzieci: gaście świa]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Naoglądałam się na youtubie umoralniającego Kapitana Planety. <em>Pamiętajcie dzieci: gaście światło i głosujcie na demokratów. The power is yours!</em> (każdy głos się liczy) Najfajniejsza w tej kreskówce jest rzecz jasna Gaja o głosie Whoopi Goldberg. Zniszczyć dubbingiem coś takiego...<br />
Moja ulubiona lubelska gazeta - Opornik - w kwietniowym numerze dała kilka pouczających wskazówek co do dbania o ekologię. Np. "Podłączona do prądu ładowarka, nawet jeśli komórka jest naładowana lub po prostu odłączona nadal pobiera energię. Wygaszacze ekranu w naszych komputerach wcale nie zmniejszają zużycia energii." <a href="http://hf.org.pl/ao/index.php?id=323" target="_blank">Link do reszty tekstu.</a> Generalnie stosuję się do tych zasad, poza unikaniem zmywania pod bieżącą wodą (o zgrozo!).<br />
<em>Gooooo Planet!<br />
</em><br />
Kapitan Planeta to kreskówka. Dużo ludzi mówi na kreskówki "bajki". Na bajki mówią baśnie albo odwrotnie. To jedna z tych nielicznych niepolicznych niezlicznych rzeczy, które mnie irytują. No bo kto mógłby nazwać thriller z horrorem a telenowelę serialem? Z całym szacunkiem do jednych i drugich. Mieszanie gatunków jest niefajne.<br />
W ogóle Andersen wg mnie nie pisał baśni. To pseudobaśnie, mroczne, metaforyczne opowieści dla dorosłych, stworzone przez wrażliwego dziwaka. Baśnie są dla dzieci i chociaż często okrutne, zawsze niosą pozytywny przekaz. Andersen stworzył piękne opowieści. Niepokojąco piękne, ale nie pozytywne.<br />
To nie to co opowieść o Szeherezadzie.</p>
<p>Wokół padają imperia i rodzą się bogowie. Słucham Cave'a, Depeszów, tego co zawsze. Staram się wczuć w sytuacje innych, jak zawsze. Dziś wieczorem chciało mi się płakać z niemożliwości porozumienia się. Sztuka opowiadania, wnioskowania dalej wydaje mi się ważna, chociaż może być niewystarczająca. Czasem lepsze jest zwykła wola zrozumienia się nawzajem.</p>
<p>Wciąż marzę o nieprawadopodobnych scenariuszach na umilenie sobie bycia. Wierzę w baśnie, nie w bajki. Nie w telenowele.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[English story]]></title>
<link>http://darkpl1.wordpress.com/?p=100</link>
<pubDate>Mon, 02 Jun 2008 08:09:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>dArk</dc:creator>
<guid>http://darkpl1.wordpress.com/?p=100</guid>
<description><![CDATA[Coś ostatnio zostałem opierniczony, że zaniedbuję bloga. Niestety, nie mam ani sił ani inwencji]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Coś ostatnio zostałem opierniczony, że zaniedbuję bloga. Niestety, nie mam ani sił ani inwencji, żeby cokolwiek napisać, winą obarczam pogodę oraz bezsenność, która nie pozwala mi na odpowiednie zregenerowanie sił. Poszperałem więc w czeluściach moich dokumentów i wyszperałem opowiadanie. Napisane kiedyś na IS, siłą rzeczy musiało być po angielsku. Jednakże, nie ma się co martwić, opowiadanko jest krótkie, proste i jak zwykle bez określonego sensu ;] O ile dobrze pamiętam, dostałem za nie 4 z plusem. W niedługim czasie wstawię tutaj tłumaczenie, w tej chwili nie mam za bardzo kiedy tego przetłumaczyć ;] Temat opowiadania nie był określony, jedynym warunkiem było to, że miał się kończyć słowami: "And the door remained closed", limit słów wynosił 250.<!--more--></p>
<p><em>I was walking home late at night. It was warm, because it was that time of the year, where leafs on trees haven’t decided yet, whether to fall or not. The sky was a battlefield for two opposite forces: city lights and stars. Both have decided that no retreating will be considered.<br />
The city itself seemed to be quite pleasured with itself, I could even think about it as about very big and fat animal, that is lying and resting after big meal.<br />
And while everything seemed so romantic and poetical, I was far away from wondering about all those things. I was walking home, but this walk was far beyond the time limit that my mother has set. In my mind, I was imagining all those things that she will do to me, or with my poor body, when I will finally arrive.<br />
The meters were passing, when I was trying to find a reason of my delay reliable enough, that it would not wake the monster of doubt in my mother’s mind. But, of course there is no good idea around, when it’s needed. And I was pretty sure that improvisation will do no good to the integrity of my body.<br />
But, insert the sound of increasing tension, I was finally standing in front of my house door. I have inserted the key and turned it slowly. And then tried to push the door.<br />
But the door remained closed…</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Koncepcja Zalewskiego]]></title>
<link>http://rynarzewski.wordpress.com/?p=193</link>
<pubDate>Sun, 25 May 2008 20:12:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Maciek Rynarzewski</dc:creator>
<guid>http://rynarzewski.wordpress.com/?p=193</guid>
<description><![CDATA[Mechanicznym ruchem złapał za klamkę, jednak na chwilę zawahał się nie mogąc podjąć decyzji]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Mechanicznym ruchem złapał za klamkę, jednak na chwilę zawahał się nie mogąc podjąć decyzji czy ma drzwi pchnąć czy pociągnąć. Po chwili przetwarzania danych zdecydował się popchnąć drzwi. Zrobił krok do przodu i znalazł się w jasno oświetlonym pomieszczeniu o wysokim suficie. Blask przemysłowych jarzeniówek był tak silny że musiał przesłonić ręką oczy przyzwyczajone jeszcze do panującego na zewnątrz mroku. Po chwili powolnym ruchem zabrał znad oczu rękę. Był w sporych rozmiarów pomieszczeniu wypełnionym ustawionymi w szeregi półkami. Znajdowały się na nich różne towary w agresywnie kolorowych<img class="alignleft" style="float:left;margin:1px;" src="http://farm1.static.flickr.com/82/268892570_604bfd05ab.jpg?v=0" alt="" width="301" height="405" /> opakowaniach. Wszystkie one starały się przyciągnąć choć na chwilę jego wzrok. Do tego zostały stworzone. Przyciągnąć wzrok, zmusić do podejścia do półki, a w końcu za pomocą krzykliwych napisów, uśmiechniętych kobiecych twarzy zmusić go do kupienia ich. On nie był jednak w stanie odebrać jakichkolwiek, nawet podświadomych, sygnałów. Aktywne były jedynie te jego funkcje, które niezbędne były do życia i dotarcia do pokoju na odpoczynek. Jedna jedyna tylko myśl kołatała się w jego głowie: „mleko, chleb, ser”</p>
<p style="text-align:justify;">W czasie kilkumetrowej podróży od drzwi jego umysł monotonnie powtarzał: „mleko, chleb, ser, mleko,chleb,ser,mlekochlebsermlekochlebser... Nie były to nawet jego myśli, ale zakodowane w jego umyśle polecenie. Szedł ze spuszczoną lekko głową, nie podnosząc jej o nie miał na to siły. Kierując się zakodowanym gdzieś w głębi umysłu planem sklepu kierował się w kierunku lady. Nie wykonując żadnych zbędnych ruchów, dotarł do blatu. Teraz zmusił swoją się by podnieść głowę i spojrzeć na sprzedawcę. Był to młody hindus w bordowym turbanie na głowie, który był zdecydowanie znudzony swoim zajęciem. Właśnie odkładał gazetę i wlepiał na twarz obowiązkowy uśmiech. Spojrzał na klienta i pytającą podniósł brwi, co zapewne miało znaczyć:<br />
- ...czym mogę panu pomóc?<br />
- Poproszę jeden chleb, litr mleka i jeszcze może kostkę sera – odpowiedziałby klient, gdyby miał na to siłę. Tak z jego ust wydobyło się niewyraźne – chleb, mleko i ser.</p>
<p style="text-align:justify;">W czasie gdy sprzedawca poszedł przynieść zamówione produkty klient stał nieruchomo wpatrzony tępo w przestrzeń przed sobą. Nie pozwolił swojej głowie opaść, gdyż ponowne podniesienie jej, kiedy wróci młody hindus, kosztowało by wiele energii której tak bardzo mu brakowało. Rozmazany obraz przed oczami i całkowicie wyłączony mózg powodowały iż nie zauważał nawet upływu czasu jaki spędził przed ladą.</p>
<p style="text-align:justify;">Sprzedawca był już z powrotem i przeciągał zakupy nad czytnikiem. W tym czasie on  sięgnął do kieszeni, wyciągnął kartę i przeciągnął ją nad czytnikiem płatności. Dołożył jeszcze swój kciuk i mechanicznym ruchem wykonał akcję odwrotną do niedawno wykonanej. Schował kartę.</p>
<p style="text-align:justify;"><img class="alignright" style="float:right;margin:1px;" src="http://farm1.static.flickr.com/79/268892022_5489de3159.jpg?v=0" alt="" width="250" height="332" />Hindus zapakował zakupy do plastykowej torby wręczył ją mu i skinął głową. Mogło to oznaczać „ dziękuję za zrobienie u nas zakupów i dobranoc panu”. Klient przejął od niego ładunek, a nieznaczna zmiana u niego wyrazu twarzy znaczyła zapewne „dziękuję, dobranoc”. Kiedy przejął zakupy od sprzedawcy w ręce zaciążyło mu około dwa kilogramy produktów niezbędnych, aby jego organizm uzupełnił braki energii. Skierował się do wyjścia. W tym czasie mózg odłączył ośrodek mowy i całkowicie oczyścił się z jakichkolwiek zbędnych myśli. Po wykonaniu polecenia chlebmlekoser całą pozostałą energię skierowano na funkcje motoryczne. Prawa ręka w tył, lewa noga w przód, lewa ręka w tył, prawa noga w przód. I tak dalej zgodnie z zakodowanym w umyśle schematem. Jedna część mózgu wychwyciła z podświadomości polecenie. „Dom”. Już inna część mózgu opracowała program dla ciała, które zgodnie z poleceniami w nim zawartymi miało przemieścić się spod sklepu do mieszkania jak najkorzystniejszą trasą, przy jak najkrótszym. Mózg spośród kilku wariantów trasy wybrał ten najbardziej ekonomiczny. I już wprowadził pierwsze polecenia dla kończyn. Biologiczna maszyneria już ruszyła.</p>
<p style="text-align:justify;"><em>Już od jakiegoś czasu wszystkie nasze ośrodki badawcze pracują nad stworzeniem idealnego narzędzia, które potrafiłoby wykonać wszystkie nudne, nieprzyjemne lub uwłaczające ludzkiej godności zadania jakie na swej drodze spotyka człowiek. Nasi naukowcy podążając za nową koncepcją doktora Zalewskiego odnośnie budowy mózgu, opracowała epokowy wynalazek. Zdradzę państwu, że u podstaw naszego projektu legło pytanie: po co starać się podnieść roboty do poziomu inteligencji potrzebnej do samodzielnego podejmowania decyzji. Można przecież do tego stopnia obniżyć zdolności umysłowe człowieka pozbywając się wszelkich zbędnych fragmentów mózgu tak, by stał się on programowalnym narzędziem.<br />
I oto mam przyjemność ogłosić że nasze badania zakończyły się całkowitym sukcesem! Oto przedstawiam państwu pierwszą i najdoskonalszą zarazem generację bio - robotów stworzoną w naszych laboratoriach! Oto Homo Instrumentum lub jak państwo wolą Hl-1</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[..::Sonorus::.. ]]></title>
<link>http://msitko.wordpress.com/?p=443</link>
<pubDate>Tue, 20 May 2008 17:07:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Sitek</dc:creator>
<guid>http://msitko.wordpress.com/?p=443</guid>
<description><![CDATA[
Rozdział I
Patrzył w spokojne oczy swojego zwierzchnika i powoli zaczynał ogarniać go gniew.
-M]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><a href="http://msitko.files.wordpress.com/2008/05/lg_100_07021.jpg"><img class="alignnone size-full wp-image-444 aligncenter" src="http://msitko.wordpress.com/files/2008/05/lg_100_07021.jpg" alt="" width="497" height="139" /></a></p>
<p>Rozdział I</p>
<p>Patrzył w spokojne oczy swojego zwierzchnika i powoli zaczynał ogarniać go gniew.<br />
-Musimy coś zrobić! Nie możemy bezczynnie siedzieć i patrzeć, jak to się rozprzestrzenia!<br />
-A jak myślisz, Litosie, po co cię tu wezwałem ? Myślisz, że nie zdaję sobie sprawy z obecnej sytuacji?<br />
- Nie, ja...<br />
- Posłuchaj. Serwitorzy donoszą mi na bieżąco o sytuacji w stolicach głównych pańśtw świata. Nie ma powodu do obaw, mamy czas, aby się zabezpieczyć i przygotować defensywę. Archaniołowie zostali uprzedzeni. Nie zdarzy się nam taka sytuacja, jaka zdarzyła się we Francji, nie pozwolimy na to.<br />
- Ale... Lempirze... - zaczął Litos - Jak wróg znowu uderzy...? Przecież nawet nie wiemy, jak TO wygląda. Widzieliśmy za to, co może zrobić.<br />
- Wtedy byliśmy całkowicie nieprzygotowani. Teraz - przejechał ręką po czole - jest inaczej. Zmniejszyliśmy obszary obserwacji, zwiększyliśmy liczbę ekwatoriałów. Nie ma miejsca na żaden przeciek. <!--more--><br />
Litos znał te niesamowite urządzenia. Ekwatoriały, bo tak się nazywają, służą do obserwacji ciał niebieskich. Pomysł zaczerpnięty był wiele lat temu od ludzi żyjacych na ziemii. Lecz tu, w niebiosach, w innym wymiarze, po małym tuningu i udoskonaleniach znakomicie nadawały się do obserwacji punktów na ziemii. On sam miał swój model, choć jego był o wiele mniejszy od tych używanych przez serwitorów z Armi Niebieskiej.<br />
- A więc, chcesz znać powód mojej wizyty. - ciągnął Lempir - Otóż, jako naczelnemu archaniołowi przysługują tobie pewne prawa...<br />
- Naczelnemu...<br />
- Tak, tak,. właśnie awansowałeś. Więc zapominając o twoim wcześniejszym wybuchu, muszę powierzyć ci inne zadanie. Musisz zająć się przygotowaniem obrony w małym państwie...<br />
Litos wiedział już, co to oznacza. Przenoszą go. Znowu. Nie było go tu nawet pełne 3 miesiące, a już go przenoszą. Zapytał:<br />
- Jak małe?<br />
- No... mniejsze, niż miewałeś dotychczas. 40 milionów mieszkańców, kilkanaście większych miast, urocze krajobrazy.<br />
- Nazwa i położenie.<br />
- No cóż, skoro... ale dobrze. Udasz się do Polski, to kraj leżący w środkowej Europie. Tu masz namiary - podał mu kilka spiętych kartek - a na pocieszenie powiem ci, że będziesz miał towarzysza.<br />
Litos uniósł sie w fotelu. Towarzysza? Po co? Jak narazie świetnia radził sobie sam z organizowaniem defensyw i ofensyw w różnych krajach ziemskiego świata, a i to nie tylko.<br />
- Oho, chyba się zbliża - rzekł Lempir i wyciągnął wskazujacego palca w kierunku drzwi.<br />
W drzwiach ukazała się ONA. Czas jakby stanął w miejscu. Litosa sparalizowało. O<br />
na jest... piękna. Głębokie czarne oczy, wspaniałe usta, jakby stworzone do, nie, nie wolno tak myśleć. To twoja nowa agentka, będziecie razem pracować... Ale ona jest... cudowna. Idealna w każdym calu, a przez to ani trochę męcząca i...Gdzieś przez mgłę przedarła się ta zabłakana myśl - Ale ona nie jest stąd. NIE może byc stąd. U nas takich nia ma...<br />
Nagle wszystko prysło. Czas znów ruszył swoim dawnym torem.<br />
- Mogłaś to sobie darować, Leukono.<br />
Szef poprawił sobie marynarkę i przetarł oczy, co świadczyło o tym,że on także znalazł sie pod wpływem czaru tej chodzącej doskonałości.<br />
- A wiesz, Lempirze - powiedziała przyjemnym, delikatnym głosem - nie mogłam się powstrzymać. - Po czym uśmiechnęła się do niego tak, że Litosowi zrobiło się lekko na duszy, jakby własnie dostał najwspanialszy podarunek, o jakim zawsze marzył.<br />
- Litosie, to jest Leukona. Twoja nowa wspólniczka. Razem polecicie do Polski.<br />
Litos wstał. Coś takiego zdarzyło mu się poraz pierwszy: cieszył się ze swego wspólnika. Gdy przydzielano mu jakiegoś archanioła, zawsze albo po kilku dniach zostawał odsyłany, albo sam chciał zmienić wspólnika i brał sobie kogoś z agencji. Aż do teraz.<br />
- Litosie, Leukona ma zarejestrowane kilka umiejętności, w tym właśnie ten czar, któremu obaj... ulegliśmy - spojrzał lekko zakłopotany na swe dłonie, ale natychmiast się opanował - a także lewitację, i stwarzanie różnych iluzji... Inne są w papierach, które dostałeś.<br />
Leukona wpatrywała się z lekkim zaciekawieniem w obu panów, bo o ile ten pierwszy był już per "panem" na pewno, to jeśli chodzi o Litosa, to "panem" został całkiem niedawno, zaledwie kilka wieków temu. W hierarchi aniołów stopnie dostaje się nie tylko za osiągnięcia, ale też za wiek.<br />
- Jeśli twój nowy wspólnik ci nie odpowiada, mogę go zmienić.<br />
- Nie...Myslę, że nie trzeba będzie... - odparł Litos.<br />
Limpur spojrzał na niego zaskoczony. Uśmiechnął się.<br />
- Nie mówiłem do ciebie, Litosie. Leukono?<br />
- Nie, ja też nie mam nic do zarzucenia.<br />
Z muszli pod sufitem rozległy się trzaski i szumy. Po krótkiej chwili kobiecy głos odparł "Prekursor Limpur wzywany jest niezwłocznie do sali odpraw" Najwyższa Rada ma coś do przekazania osobiście."<br />
- No coż, wybaczcie mi, ale na mnie już czas.<br />
I wyszedł.<br />
W gabinecie zostali tylko Litos i Leukona. Litos w milczeniu czytał dane mu dokumenty. Leukona usiadła przy biurku. Litos rzucił papiery na swój fotel po czym powiedział:<br />
- Tak, a więc będziemy pracować razem. - jego umysł pracował już normalnie, odrętwienie i oczarowanie mineło. - Pani jest z...<br />
- Leukona. Mów mi Leukona, Litosie.<br />
- Dobrze... Leukono... Otrzymałaś dokumenty na temat naszego nowego zadania?<br />
- Oczywiście. Zapewniłam nam nawet wsparcie logistyczne z namiarami do 100 kilometrów, a to i tak dużo, jak na nasze Biuro Juzingowe...<br />
- Ooo.. - Litos był pod wrażeniem - świetnie. To kiedy wyruszamy?<br />
W głośnikach coś strzeliło. Słychać było strzępy jakiejś rozmowy i szumy.<br />
- Ta atlantydzka magia, wiecznie taka kapryśna. - westchnęła lekko - Jak tylko dadzą nam godzinę odprawy, co może sie zdarzyc w każdej chwili. - odparła.<br />
- Świetnie.<br />
Powtarzasz się Litosie, pomyślał z lekkim rozdrażnieniem.<br />
- To może ... pójdziemy na ...drinka do "Niebiańskiego Atlasu" w dzielnicy Kothosha? To niedaleko od naszego bloku. - rzekł Litos.<br />
- Dobrze, czemu nie? Co powiesz na "Mleczną Ambrozję"?<br />
Litos uśmiechnął się do niej. Bratnia dusza, wyczuł to od razu. I wiedziała, jaki jest jego ulubiony napój.To będzie ciekawa wyprawa...</p>
<p>_________________</p>
<p>Znalazłem to na starych płytach, nagranych dawno temu... Gimnazjum było wspaniałe ;)</p>
<p>Dalszych przygód nie ma.. Nawet nie doszli do pubu.....</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wikihistoria [by Desmond Warzel] ]]></title>
<link>http://rynarzewski.wordpress.com/?p=184</link>
<pubDate>Fri, 16 May 2008 20:24:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>Maciek Rynarzewski</dc:creator>
<guid>http://rynarzewski.wordpress.com/?p=184</guid>
<description><![CDATA[Odkąd znalazłem to opowiadanie w necie na stronie ABBYS and APPEKS [TUTAJ] po głowie chodziło mi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><span style="color:#888888;">Odkąd znalazłem to opowiadanie w necie na stronie ABBYS and APPEKS [<a href="http://www.abyssandapex.com/200710-wikihistory.html" target="_blank"><strong>TUTAJ</strong>]</a> po głowie chodziło mi przetłumaczenie go na polski i udostępnienie szerszemu gronu. Na przekład nie otrzymałem zgody autora, nie zrobiłem tego w celach komercyjnych, nie jestem zawodowym tłumaczem [robie takie coś pierwszy raz w sumie], nie trzymałem się w kilku miejscach oryginału, jednak są to zmiany małe oraz nie zmieniające zasadniczego sensu, fabuły ani innych ważnych elementów opowiadania.</span></p>
<h2><strong>WIKIHISTORIA </strong></h2>
<p style="text-align:justify;"><strong>autor: Desmond Warzel</strong></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Miedzynarodowe Stowarzyszenie Podróżników w Czasie: Forum członków; Subforum: Europa – wiek XX – Druga Wojna Światowa</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Strona 263</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>11/15/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 14:52:28, FreedomFighter69 napisał:</em></span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Zdaje sprawozdanie z mojej pierwszej wycieczki, odkąd jestem członkiem MSPC: właśnie wróciłem z Berlina w roku 1936, gdzie zająłem miejsce jednego z kamerzystów Leni Riefenstahl i dokonałem zamachu na Adolfa Hitlera podczas otwarcia Igrzysk Olimpijskich. Niechaj świat cieszy się wolnością!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 14:57:44, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Wrocilem z Berlina w roku 1936; Obezwladnilem FredomFighter69 zanim dokonal swojego  wyczynu. FreedomFighter69, jako ze jestes nowym czlonkiem, przeczytaj prosze biuletyn  <span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">MSPC nr 1147 dotyczacy zabijania Hitlera przed swoja kolejna „wycieczka”. Jesli tego nie zrobisz moze to skutkowac twoim wydaleniem na mocy zarządzenia nr 223.</span></span></p>
<p style="text-align:justify;">
<span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 18:06:59, BigChill napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Oszczędź dzieciaka SilverFox316; wszyscy zabijają Hitlera podczas swojego pierwszego wypadu. Ja tak zrobiłem ;]. A z resztą to i tak zostaje naprawione w ciągu kilku minut, więc co to za problem?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 18:33:10, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Latwo ci tak mowic BigChill, o ile mnie pamiec nie myli ty sam nigdy jeszcze nie zglosiles sie by tam wrocic i cos naprawić. Myzlisz ze nie mam nic lepszego do roboty?</span></p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>11/16/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">O<em> 10:15:44, JudgeDoom napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Dobre wieści! Właśnie opuściłem okopy we Francji w październiku 1916-tego, gdzie zastrzeliłem młodego bawarskiego posłańca wojskowego o imieniu Adolf Hitler! Nieźle jak na pierwszy raz, co?:D  <em>Sic semper tyrannis!</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em></em></span><br />
<span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 10:22:53, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Powrocilem z Francji w roku 1916, gdzie w ostatniej sekundzie zapobiegłem przedwczesnej smierci Hitlera z rak JudgeDoom'a i co nieprawdopodobne, powstrzymałem sie takze z trudem od jednoczesnego zastrzelenie JudgeDoom'a, co oszczeddziłoby nam lat poprawiania jego kolejnych blazenstw. LUDZIE PPRZECZYTAJCIE BIULETYN 1147!!!</span></p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 15:41:18, BarracksRoomLawyer napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">W kwestii formalnej: tematy dotyczące służby Hitlera w bawarskiej armii powinny znajdować się w dziale dotyczącym I Wojny Światowej.</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>11/21/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong></strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 02:21:30, SneakyPete napisał:</em></span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Wiedeń 1907: po licznych próbach, udało mi się dostać do Akademii Sztuk Pięknych i ułatwić przyjęcie Hitlera do tej instytucji. Żegnaj Hitlerze dyktatorze, witaj Hitlerze średnio popularny malarzu krajobrazów! Przyniosłem ze sobą także kilka jego obrazów, znajdą się jacyś kupcy?</span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 02:29:17, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em></em></span><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Zalatwione ;]. </span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Powrocilem wlasnie z Wiednia w 1907-ym, gdzie upewnilem się co do wydalenia Hitlera z Akademii przy pomocy skomplikowanego numeru obejmującego prefekta, koze i pokazną ilosc oliwy... ;] Teraz zwracam się do naszych nowych braci, ktorzy pomimo zachowan sprzecznych z naszymi zasadami, nie maja zamiaru przeczytania Biuletyny 1147  (ani Dodatku: Inne Srodki Zmiany Losu Hitlera – i tutaj pije do ciebie SneakyPete). Pozwole sobie stresci go specjalnie dla ciebie i oszczedzic ci kłopotu czytania go: brak Hitlera oznacza brak Trzeciej Rzeszy, brak II Wojny Swiatowej, brak programu rakietowego, brak elektorniki, brak komputerow, brak podrozy w czasie. Rozumiesz teraz?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 02:29:49, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">PS do SneakyPete'a: twoje obrazy Hitlera nie sa nic warte, cwoku, bo najpewniej przywiozłes je tutaj prosto z roku 1907, co znaczy że farba jest nadal swierza. Nie daje rady juz! Co za debile!!!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 07:55:03, BarracksRoomLawyer napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Amen, SilverFox316. Ja jednakże w kwestii formalnej, dyskusja dotycząca Wiednia na początku XX wieku, powinna znaleźć się w tamtym forum , a nie tutaj. Jest to tutaj zdaje się powracający problem. :)</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>11/26/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">O<em> 18:26:18, Jason440953 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">SilverFox316, wydajesz sie wiedzieć dużo o zasadach, więc co mysłiusz o podróży, do powiedzmy, Braunau w Austri do roku 1875 i zabiciu Alojzego Hitlera nim będzie miał okazję zostać ojcem Adolfa? Co ty na to? Pytam tylko z ciekawości, bo już tam byłem i zrobiłem to :P</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 18:42:55, SilverFox316 napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Jason440953, zerknij na rozporządzenie nr. 7, które mowi ze weszystkie zasady MSPC dotyczace postaci historycznych odnosza sie takze ich przodkow. Pisze to dla dobra wszystkich pozostałych, jako ze mlodemu Jasonowi wytłumaczylem juz to odobiscie gdy ciagnalem go za włosy z powrotem z roku 1875. Gdyby ktos wybralby się... powiedzmy do Moline w Illinois, powiedzmy do roku 2080 i zainterweniowal nie dopuszczajac do poczecia Jasona440953. Do mnie taka wizja przemawia. ;]</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 21:19:17, BarracksRoomLawyer napisał:</em><br />
W kwestii Formalnej: dyskusja o dzięwietnastowiecznej Austri i Illinois w dwudziestym pierwszym wieku powinny znaleźć się w odpowiadaących im forach.</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>12/01/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">O <em>15:56:41, AsianAvenger napisał:</em><br />
FreedomFighter69, JudgeDoom, SneakyPete, Jason440953,  jesteście bandą zwykłych rasistów. Niechaj światło mej prawości zaświeci nad waszym zapyziałym gniazdem żmij!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 16:40:17, BigTom44 napisał:</em><br />
No to sie teraz kurwa zacznie. :/</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 16:58:42, FreedomFighter69 napisał:</em><br />
Rasistą? Za zabicie Hitlera? WTF?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 17:12:52, SaucyAussie napisał:</em><br />
AsianAvenger, chyba nie chcesz przerabiać jeszcze raz tej sprawy z Nagasaki, co? Dopiero co wszyscy zdążyli ochłonąć po twoim ostatnim razie.</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 17:22:37, LadyJustice napisał:</em><br />
Popieram SaucyAussie. AsianAvenger, bredzisz jeszcze bardziej niż zwykle. Jest w tym jakiś sens? </span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 18:56:09, AsianAvenger napisał:</em></span><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><br />
Sens w tym taki, że wszyscy wałkują kwestię, która, nawet jeśli udana, uratowałaby jedynie kilka milionów europejczyków. A przecież nie większym problemem byłaby wyprawa do Fuyuanshui w Chinach do roku 1814 i zabicie Hong Xiuquan, udaremniając Powstanie Tajpingów w połowie XIX wieku i ratując tym samym pięćdziesiąt milionów istnień ludzkich. Lecz co to jest 50 milionów żółtków mniej lub więcej, co nie chłopaki? Mamy przecież Polaków i Francuzów o których trzeba się martwić!</span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 19:01:38, LadyJustice napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Więc co cię powstrzymuje od zabicia go AsianAvenger?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 19:11:43, AsianAvenger napisał:</em></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-style:normal;">Tylko po to żeby Si</span>lverFox316  pokrzyżował mi plany? Nie warto się wysilać?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 19:59:23, SilverFox316 napisał</em></span><em>:</em><br />
<span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">Jak dla mnie ten pomysl wydaje sie całkiem sensowny, AsianAvenger. Nie widze zadnych problemow z tym zwiazanych.</span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 20:07:25, Big Chill napisał:</em><br />
Dawaj chłopie!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 20:11:31, AsianAvenger napisał:</em><br />
Dobrze więc. Powrócę dosłownie za moment jako zbawca milionów!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 20:14:17, LadyJustice napisał:</em><br />
Właśnie sprawdziłem linie czasu, gratuluje ci sukcesu AsianAvenger!</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>12/02/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">O<em> 10:52:53, LadyJustice napisał:</em><br />
AsianAvenger?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 11:41:40, SilverFox316 napisał:</em><br />
AsianAvenger, potrzebujemy twojego raportu, kolego.</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 17:15:32, SilverFox316 napisał:</em><br />
Dobra, wyglada na to ze AsianAvenger był potomkiem Hong Xiuquan :/. Jacys ochotnicy zeby wrocic tam i powstrzymac go od zniszczenia jego wlasnej egzystencji?</span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><strong>12/10/2104</strong></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;">O</span><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em> 09:14:44, SilverFox316 napisał:</em></span><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><br />
Ktokolwiek?</span></span></p>
<p style="text-align:justify;"><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><em>O 09:47:13, BarracksRoomLawyer napisał:</em></span><span style="font-family:Times New Roman,Times,serif;"><br />
W kwestii formalnej: ta dyskusja przynależy do forum dynastii Quing. Wszyscy jesteśmy dorośli; czy możemy skupić się na ważniejszych sprawach?</span></p>
<p style="text-align:right;">Tłumaczył: Maciej Rynarzewski</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tygrysica T-235 oraz niedługotenzapieprzsięskończybuhaha.]]></title>
<link>http://whisperofloneliness.wordpress.com/?p=39</link>
<pubDate>Thu, 15 May 2008 20:21:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>whisperofloneliness</dc:creator>
<guid>http://whisperofloneliness.wordpress.com/?p=39</guid>
<description><![CDATA[Już niedługo. Cholera już niedługo. Zaraz skończy się ten zapieprz w szkole, znajdzie się spo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Już niedługo. Cholera już niedługo. Zaraz skończy się ten zapieprz w szkole, znajdzie się sporo wolnego czasu, słońce będzie świecić ile wlezie i tak do końca roku szkolnego, aż do wakacji- tak, w zasadzie już jestem jedną nogą w terminiepo23czerwca. Uczyć się nie mogę- nic mi nie chce wchodzić, bo najzwyczajniej w świecie mi się nie chce.</p>
<p>W jednej sprawie zmądrzałam i nauczyłam się na nią gwizdać- zajebiście cenna umiejętność. I jakoś to będzie. Dzień ,a właściwie wieczór raczej optymistyczny. Przyświeca mi myśl, że nie długo to wszystko się skończy ,a od wolności dzielą mnie 2 sprawdziany z fizyki, 2 z geografii i jeden z biologii.</p>
<p>Na pewno trochę mnie będzie ściskać w sercu ,że rozstaję się z tymi moimi, bądź co bądź, ale kochanymi debilami klasowymi ^^ owszem narzekało się niekiedy na klasę i w ogóle ,ale w gruncie rzeczy, gdzie indziej takich znajdę. Właśnie TAKICH. Nigdzie. Gdzie znajdę takiego drugiego Bodzia ,który w przypływie ochoty, skacze na przerwie po kurczaka po czym wcina nóźki w sali od muzyki. Takiego Pawełka słodziutko mówiącego  "Beatka", kiedy chce Tymbarka albo 20 groszy. I w ogóle cały ten Zakon Borsuka ,który wielokrotnie zmieniał nazwy (Buki, Niedźwiedzia, Suma czy też w końcu Dzika). Eh łezka się kręci w oku. Bądź co bądź sympatyczne ,wesołe dziewczynki służące pomocą i wsparciem. Ah i ta kultura. Zdarzały się chwile słabości ,kiedy to chciałam wymordować całą klasę np. zostajemy na lekcji czy idziemy na mecz? "Zostajemyy!" Rozstrzelać, mówię Wam.</p>
<p>Ale bądź co bądź klasa jak klasa. Szkoda się żegnać, ale jednocześnie chce już do liceum i chcę poznać nowych ludzi.</p>
<p>Dzisiaj na polskim miała miejsce radosna twórczość uczniów klasy rozszerzonej. Temat opowiadania pisanego na lekcji: dzień, w którym spotkałem mieszkańca obcej planety (na podstawie "Gwiezdnych dzienników". Niestety nie zmieściliśmy się w opisie jednego dnia xP</p>
<p><em>"Nigdy nie zapomnę tego dnia, bowiem od niego wszystko się zaczęło. Wtedy wpadła mi do głowy pewna wizja: ja i ona. Te opływowe kształty, ognisty temperament, lubiąca ostrą jazdę... Po prostu gotowa na wszystko. Kochanka doskonała: Tygrysica T-235 z uranowym turbodoładowaniem i ze świeżutkim zapasem podtlenku azotu, który zapewniał szybkość i komfort jazdy w jednym. Dnia 13 lipca (piątek) wyruszyliśmy w podróż naszego życia.</em></p>
<p><em>15 lipca- lekkie zachmurzenie, temperatura powietrza  69 stopni w skali Wacława. Wg planu o 12 mieliśmy dotrzeć do Księżyca, jednak niespodziewany atak żądnych krwi ognistych kulek Czirios zepchnął nas na inną nieznaną planetę. Ku mojemy zdziwieniu "niezniszczalny" kadłub towarzyszki mojej podróży przy pierwszym stosunku z powierzchnią planety uległ rozkładowi na części pierwsze. O zgrozo...</em></p>
<p><em>16 lipca- dzień słoneczny, temperatura Wacek* wie jaka, godzina poranna. Skutkiem nadzwyczaj szybkiego procesu samokonsumpcji był brak dużego palca u lewej nogi. Ten niepokojący symptom zmobilizował mnie do podjęcia wyprawy w celu znalezienia czegoś do zjedzenia i... wedty go ujrzałem... Ta niesamowita** zielona blacha pokrywająca jego ciało wzbudziła we mnie... nadzieję***."</em></p>
<p><em>c.d.n.</em></p>
<p><em>*chuj, **zajebista, *** sami se dopowiedzcie. cenzura ze względu na jeszcze jakieś pozostałe normy języka na lekcji polskiego.</em></p>
<p><em>spisali: Agnieszka P., Artur G., Beata D.</em></p>
<p>I koniec bajeczki na dobranoc.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O Ani]]></title>
<link>http://charleene.wordpress.com/?p=25</link>
<pubDate>Mon, 12 May 2008 13:51:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>charleene</dc:creator>
<guid>http://charleene.wordpress.com/?p=25</guid>
<description><![CDATA[Ostatnio w ramach rozwoju intelektualnego i rozszerzania horyzontów czytam literaturę dla dzieci. ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ostatnio w ramach rozwoju intelektualnego i rozszerzania horyzontów czytam literaturę dla dzieci. Wiecie, "Tajemniczy opiekun", Bracia Lwie serce", "Patty", "Jana ze Wzgórza Latarni", "Przyjaciel wesołego diabła" i tak dalej. No i ostatnio odświeżyłam Anię z Zielonego Wzgórza.<br />
Kiedy wracam do książek i filmów, które czytałam albo oglądałam jako dziecko, zwykle przeywam lekki szok, bo zaczynam rozumieć jak wielki wpływ miały czasem na moje życie, na mój odbiór różnych postaci, na to jak czasem tworzę różne postaci, jaki mam albo miałam system wartości... Na naprawdę wiele rzeczy. Przy Ani również ten szok przeżyłam, ale uderzyło mnie w niej coś innego. No bo patrzcie:<br />
"- (...) Życie moje jest prawdziwym cmentarzem nadziei. Przeczytałam kiedyś to zdanie w jednej z książek i odtąd pocieszam się nim, ile razy doznaję jakiegoś rozczarowania.<br />
- Chciałabym wiedzieć, co stanowi tę pociechę? - rzekła Maryla.<br />
- To, że wyrazy te brzmią romantycznie i elegancko, jak gdybym była bohaterką jakiejś powieści. Szalenie lubię wszystko, co romantyczne, a cmentarz pogrzebanych nadziei jest chyba czymś najbardziej romantycznym... Prawie że rada jestem, iż go posiadam."</p>
<p>Coś świta? To spójrzcie jeszcze na to:</p>
<p>" - (...) Kordelia, przypuszczając, że są same, pchnęła Geraldinę do wody, śmiejąc się szyderczo &#62;&#62;Cha, cha, cha!&#60;&#60; Tymczasem Bertram, znajdujący się w pobliżu, spostrzegł to i rzucił się w fale wołając: &#62;&#62;Uratuję cię, moja niezrównana Geraldino!&#60;&#60; Niestety jednak, zapomniał, że nie umiał pływać i utonęli oboje, trzymając się mocno w objęciach. Wkrótce potem fale wyrzuciły ich ciała na brzeg. Zostali pochowani we wspólnym grobie, a pogrzeb ich był wyjątkowo wspaniały, Diano. Uważam, iż daleko romantyczniej jest zakończyć powieść pogrzebem niż weselem."</p>
<p>Od teraz w każdej emo dziewczynce i w każdej autorce opowiadanio - bloga będę widziała Anię z Zielonego Wzgórza.<br />
Ludzie się nie zmieniają.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[ViC (II)]]></title>
<link>http://darkpl1.wordpress.com/?p=82</link>
<pubDate>Mon, 05 May 2008 18:30:42 +0000</pubDate>
<dc:creator>dArk</dc:creator>
<guid>http://darkpl1.wordpress.com/?p=82</guid>
<description><![CDATA[Świat. Coś, bez czego nie możemy się obyć. Ani on nie może istnieć bez nas, bo kto jak nie my]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNoSpacing" style="text-align:justify;text-indent:7.1pt;"><span>Świat. Coś, bez czego nie możemy się obyć. Ani on nie może istnieć bez nas, bo kto jak nie my nazwaliśmy go, opisaliśmy go i wykorzystujemy go? Może nie jest zadowolony z tego ostatniego punktu ale rozczulił się nad tymi małymi stworzeniami, które z uporem właściwym tylko tej rasie próbują zrozumieć wszystko, co je otacza. Poskrobał sie po głowie. Zastanowił się nad tym ‘rozumieniem’. Nie bardzo wiedział jak to możliwe, skoro on sam był tak stary, że nie umiał wyjaśnić dlaczego łupie go w kościach, gdy nadchodzi zmiana ery kosmicznej.</span></p>
<p class="MsoNoSpacing" style="text-align:justify;text-indent:7.1pt;"><span>- Może to przez zimno. Albo nie, to na pewno to promieniowanie. – poskrobał się znowu po głowie, co powodowało, że pokolenia naukowców na Ziemi zastanawiały się co będzie gdy te dwie supergalaktyki, dziwnie przypominające palec oraz głowę porośniętą siwymi włosami z zadatkami łysinki tu i ówdzie, zderzą się i jak można na tym zarobić. – Ludzie to jednak zdolne bestie, trzeba przyznać, mikrofalówka dobra rzecz, a na tych małych elektrowniach, słońcach, nie można nic a nic polegać. – pomyślał, co przejawiało się miliardami wybuchów supernowych oraz zmianą kierunku wiatru na Jowiszu.</span></p>
<p class="MsoNoSpacing" style="text-align:justify;text-indent:7.1pt;"><span>Rozciągnął się wygodnie (naukowcy zdecydowanie potwierdzają teorię o rozszerzaniu się wszechświata, obserwacje przez teleskop Hubble’a na nowym poziomie) po czym ułożył głowę na poduszce i zwinął się w pozycję zwaną embrionalną (nagłówki w gazetach: ‘Wszechświat kurczy się! Pradawny Hubble porażką!’).</span></p>
<p class="MsoNoSpacing" style="text-align:justify;text-indent:7.1pt;"><span>- Być może coś mi się przyśni. Mlask, mlask... Hrrr... we śnie... wszystko jest możliwe... hrmmm...</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bank Gospodarki Żywnościowej ogłasza...]]></title>
<link>http://mekkasqad.wordpress.com/?p=6</link>
<pubDate>Sat, 03 May 2008 20:22:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Three Eyed Master</dc:creator>
<guid>http://mekkasqad.wordpress.com/?p=6</guid>
<description><![CDATA[Gdy tylko się zbudził, nie przebrawszy się nawet w codzienne szaty, podszedł do ławy stojącej ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Gdy tylko się zbudził, nie przebrawszy się nawet w codzienne szaty, podszedł do ławy stojącej nieopodal okna jego wieży. Wieży w pałacu, który wznieśli dla niego poddani <em>-"Panie, niegodzi się abyś mieszkał w domostwach, w jakich mieszkamy my zwykli poddani",</em> słyszał gdy protestował przeciw tej budowie. Młody chłopak który został niedawno księciem rubasznego ludu Hobbitów, otworzył okno wpuszczając do sypialni nieśmiałe promienie wiosennego Słońca. Na skraju horyzontu dostrzegł rozległą zieleń , na której przesuwały się wysepki bieli. Tak to były pastwiska, miejsce w którym upłyneło jego beztroskie dzieciństwo. Sanktuarium w którym mógł cieszyć się życiem, nieprzejmując się tym co się dzieje w kraju czy poza jego granicami.To było kiedyś... Nagle poczuł przeciąg,  gdy odwrócił się zobaczył stojącego w drzwiach gońca.  Młodzieniec wydobył ze skórzanej tuby zwój pergaminu, wyciągnął go przed siebie i okazując respekt schwylił głowe wbijając wzrok w podłogę. Książe chwycił list, złamał pieczęć i zaczął czytać:</p>
<p style="text-align:center;">"Czcigodny Władco, proszę o wybaczenie tego że nie pisałem do Ciebie przez trzy dni, ale nie chciałem zapeszyć i przerwać pozytywną koniunkturę na rynku. Dzięki zdobytym przez nasze komando, znaczy specjalny pion Ministerstwa Spraw Zagranicznych, informacjom o spodziewanym na pierwszy dzień miesiąca krachu na giełdzie żywnościowej udało nam się nie tylko zgromadzić wystarczające zapasy, ale także przestawić krajową produkcję na wytwór jedzenia. Kroki te pozwoliły na zapełnienie naszego skarbca złotem.<br />
Ministerstwo Infrastruktury przeznaczyło całą nadwyżkę na zakup nowej ziemii, muszę przyznać że sporo tego wyszło. Dokładniej mówiąc to ćwierć ze 100000 :-) Placówka dyplomatyczna w zaprzyjaźnionej krainie zamieszkałej przez Hobbitów, melduje że ich władca nie zdąrzył skorzystać z artefaktu Pradawnych i nie załamał czasu w tak sprzyjających dla nas warunkach.  Szkoda."</p>
<p style="text-align:left;"><em>- Chyba jednak postąpiłem słusznie, dołączając do tej koalicji</em> - pomyślał książe odsyłając posłańca.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[ViC (I)]]></title>
<link>http://darkpl1.wordpress.com/?p=79</link>
<pubDate>Fri, 02 May 2008 09:00:27 +0000</pubDate>
<dc:creator>dArk</dc:creator>
<guid>http://darkpl1.wordpress.com/?p=79</guid>
<description><![CDATA[Przedstawiam oto wszem i wobec zaczątek nowego opowiadania, tym razem być może uda napisać się ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Przedstawiam oto wszem i wobec zaczątek nowego opowiadania, tym razem być może uda napisać się coś więcej, coś spójnego, coś co będzie miało sens. Póki co, pierwsza część, malutki wstęp, zabawa słowami, postaciami i sytuacją. Opowiadania będą publikowane pod wspólnym tytułem 'ViC'. Czemu tak? Bo więcej mi się nie chciało myśleć ;] A ciąg dalszy historii być może nastąpi ;]</p>
<p>Zapraszam do czytania. <!--more--></p>
<p>- Masz zamiar to zjeść? – bardziej stwierdził, niż zapytał Viz, nie starając się ukryć obrzydzenia. – Od tego można umrzeć!<br />
- Wolisz umrzeć z głodu?<br />
- Punkt dla ciebie. Ja biorę środkową część. – zamiast obrzydzenia pojawiło się rozbawienie. – Chrup, mlask. – skonstatował z zadowoleniem.<br />
Słońce spokojnie odbywało swoją codzienną wędrówkę i wbrew pozorom wcale nie była ona zabarwiona monotonią. Można powiedzieć, że odkąd ludzie zeszli z drzew, żadne bóstwo nie może narzekać na brak rozrywek.<br />
W tym wypadku jednak, przeszkodą ku obserwacji było kilka milionów ton ziemi oraz skał, które radośnie tworzyły sporą górę, stanowiącą całkiem interesujący obiekt turystyczny. Oczywiście, gdyby jacyś turyści zapuszczali się w te strony.<br />
Z punktu widzenia Viza oraz Castiena, przeszkodą ku obserwacji słońca było kilka milionów ton ziemi oraz skał, które równie radośnie tworzyły sklepienie oraz sufit, na oko o grubości ośmiuset stóp. Jeśli sufit i sklepienie, to na myśl od razu przychodzą lochy, jaskinie, kopalnie oraz inne centra krasnoludzkiej rozrywki. Szkopuł w tym, że żaden z ich przodków nawet w najbardziej ostrej libacji alkoholowej nie próbował poderwać krasnoludzkiej dziewoi, głównie z tego powodu, że ciężko odróżnić kiedy mamy do czynienia z dzierżcą topora a kiedy z dzierżką.<br />
Można więc założyć, że nie byli zadowoleni ze swojego tymczasowego, wkrótce mogącego zamienić się na wieczne, miejsca pobytu.<br />
- Cholera!<br />
- Coś nowego? – Castien nie spodziewał się niczego nowego, bo jakie niespodzianki mogą czekać na dwóch ludzi zamkniętych w jaskini o wymiarach małego domku?<br />
- Nie. Próbowałem zawrzeć w tym jednym słowie wszystko, co myślę o narodzinach, życiu i śmierci istoty ludzkiej. – gdyby ironia mogła przechodzić przez ściany, to zdecydowanie uścisnęłaby rękę Viza a potem wręczyła mu dyplom. Z wyróżnieniem.<br />
- Mówiłeś przecież, że już nie przeklinasz.<br />
- Cholera to nie przekleństwo.<br />
- Chodziło mi o myśli, które doczepiłeś do tego słowa. – Castien pokręcił głową. Czasami wydawało mu się, że gdzieś tam w czeluściach dziwnego umysłu Viza czai się Minotaur, który próbuje zbudować swój własny labirynt. - Ciekawe, kiedy go złapał. – pomyślał.  – Byłeś kiedyś na Krecie?<br />
- Co?<br />
- Powiedziałem to na głos? Nieważne.<br />
Czas lubi się wlec. A czasami bywa samobójczy i godzinami wisi na drzewach.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Zniesienie świadomości"]]></title>
<link>http://tedeward.wordpress.com/?p=274</link>
<pubDate>Sat, 26 Apr 2008 20:50:55 +0000</pubDate>
<dc:creator>tedeward</dc:creator>
<guid>http://tedeward.wordpress.com/?p=274</guid>
<description><![CDATA[Hitowe i kultowe (a jakże!) opowiadanie mego autorstwa! Ot, potajemnie i w najściślejszej konspir]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify">Hitowe i kultowe (a jakże!) opowiadanie mego autorstwa! Ot, potajemnie i w najściślejszej konspiracji w tym tygodniu rozpocząłem pracę nad tym pierwszym, poważnym projektem. Oto wynik. Ów twór można zaszufladkować jako science-fiction, acz nie wiem czy nie bardziej skłania się ono w stronę fiction niż science. Ponadto, wiele innych elementów zawarto. Z resztą, czytajcie sami (jeżeli podołacie).</p>
<p style="text-align:center;"><a href='http://tedeward.files.wordpress.com/2008/05/zniesienie_swiadomosci.pdf'>Zniesienie świadomości (pdf)</a><br />
<a href='http://tedeward.files.wordpress.com/2008/05/zniesienie_swiadomosci.doc'>Zniesienie świadomości (doc)</a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[tytuł]]></title>
<link>http://thesilus.wordpress.com/?p=197</link>
<pubDate>Mon, 07 Apr 2008 18:22:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>thesilus</dc:creator>
<guid>http://thesilus.wordpress.com/?p=197</guid>
<description><![CDATA[A nie ma cie tam wariatów? Nie, bo niby czemu? A racja, choć pytaniem na pytanie miło odpowiadać]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNoSpacing">A nie ma cie tam wariatów? Nie, bo niby czemu? A racja, choć pytaniem na pytanie miło odpowiadać nie jest. Szedłem raz ulicą, w sumie nic specjalnego, szło się bo szło. Przede mną w sumie też nic specjalnego nie było, ni też czekało. Pora… <span> </span>chyba wieczorną porą to było. Sam spacer był oddechem wiosny, oddechem wiosny w płuca, z papierosem w ręku, z głową pustą. Nie ważne gdzie doszedłem, nie ważne też gdzie szedłem. I tu taki mały zwrot akcji, choć ni to romantycznie ni wspaniale czy pięknie to sms’a dostałem. A jak było by lepiej? O poczcie, że tak powiem tradycyjnej, nie wspomnę, albowiem trudno by było akurat listonosza spotkać. Ale choćby telefon, a już lepiej spotkanie przypadkowe. No, ale nie ważne. Idę sobie idę, albowiem w sumie nigdzie dojść nie chcę i dostaję tego bezdusznego, jakby się zdawało, sms’a. nie tyle co treść co prędzej numer mnie zaskoczył. Rzadko kiedy dostaje się sms’a od powiedzmy nieznajomej, z powiedzmy „przypadku”. Jedyną mą reakcją był lekki, może szyderczy uśmiech. Schowałem telefon i szedłem sobie dalej, albowiem w sumie do nikąd nie zmierzałem. Może to papieros się skończył, nie wiem – ale na pewno zapaliłem kolejnego. Czy to wtedy zszedł z mej twarzy ten uśmieszek? Czy to był ten moment w którym spłynął on, zwolna, bowiem jam tego ni jak zauważył, czy też może wyparował gdzieś moment wcześniej; tak czy inaczej uśmiechu nie było. Twarz, lub prędzej jej wyraz – poważny, z lekką dozą smutku. A co miałem powiedzieć? Nic przecież, co ja będę mówił. Czasem dobrze jest coś rzec, lecz kiedy już pisze się cos to, to zostaje, a co gorsza wywiera wpływ i co jeszcze gorsze w jakiś sposób działa. Choć w sumie, brak działania też wywołuje fale na srebrzystej tafli jeziora horyzontów zdarzeń, czyż nie? Ach, nie, tego pytania jam sobie nie zadał, w mych uszach brzmiało tylko „z przytupem” zespołu co najmniej wspaniałego, zwanym przeze mnie a i zapewne przez innych „voovoo”. Ależ, tak, tak odpływam od tematu który tak czy na wskroś jest jakoś zajmujący. Może nie dla ciebie, może i nie dla mnie – ale kto wie. Czy odpisałem? No skoro, fale wywołane być mają, czemu tafli nie wzburzyć? Ach, nie, nie! Nie „zburzyć” tylko „nie wzburzyć”. Tak więc, odpisałem. Niby myśl pierwsza, czemu nie znaleźć słów jakże okrutnych, co zapewne układały by się w myśl jednak piękną „to pomyłka”. Ale cóż, znów mało romantyczno-tajemniczo-pięknie zapewne mam za dużo darmowych minut. I żem odpisał. Słowa ważne już nie są, gdy sama odpowiedz wywiera wpływ, nie tyle co sam wpływ, lecz więcej! Sama odpowiedz, bez znaczenia słów, wywołała ten, wcześniej wspomniany wpływ, na same fale! Które tak czy inaczej, rozeszły się z pierwszą myślą adresata. Ależ nie mnie, mówię o twórcy nie szczęsnego sms’a. Ależ, czemuż ja to piszę? Sam sobie to pytanie zadać bym musiał, bym później sądzony o pomówienia nie był. Piszę, albowiem świat kołem się toczy, zdarzenia się powtarzają a czas jest. Czas zawsze był, choć czasem nie odpowiedni. Tak czy owak, świat poszedł na przód. Nie zostawił nic w tyle, skoro po czasie i tak już nic w przeszłości nie zostało. Nie zostało? No, nie dla wszystkich zapewne. Ależ kończ już Pan i wstydu…? Co? Ha, ha, ha! Tak w sumie racja. Nie, nie, już jestem poważny. Poważnie. Czymże bym był jak nie kowadłem i młotem w celi zimnego cara, dajmy na to, Mikołajewa? No sam nie wiem, a ty, a tak Pan, więc Pani? Czy owak, nie wie tym bardziej.</p>
<p class="MsoNoSpacing">Jak w mym umyśle, za tamtego czasu słyszałem, słowa cudownie piękne „Nim stanie się tak, jak gdyby nigdy nic nie było” znów z cudowności sześciu literek „voovoo”. To i tak w sumie myślałem, nim stanie się inaczej lepiej aby stało się tak, jak gdyby nigdy nic nie było. Bowiem co było? A co było.. wiele było, choć co to znaczy, z bariery czasu i tak mało widać horyzontu jaskrawego. A pieprzy Pan. A dziękuje, w sumie może i nawet tak, ale co to ma to do czego? Praktycznie nic, jak też zresztą cała resztę do pozostałej reszty z 8,20 a dla nie wprawionych, z Lucky Strików. I tak żebym dodał w sumie na ten już co by tu mówić koniec, to mogę powiedzieć jeno: cóż i co dalej?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Rozdział Drugi - Ucieczka.]]></title>
<link>http://anomandaris.wordpress.com/2008/04/05/rozdzial-drugi-ucieczka/</link>
<pubDate>Sat, 05 Apr 2008 12:15:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>Anomandaris</dc:creator>
<guid>http://anomandaris.wordpress.com/2008/04/05/rozdzial-drugi-ucieczka/</guid>
<description><![CDATA[Rozdział drugi – Ucieczka.
 
 
Cesarzu Nieba, Władco Burzy,
Wiatr w swej lekkości Tobie tylko s]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><strong><em><span style="font-size:16pt;font-family:&#34;">Rozdział drugi – Ucieczka.</span></em></strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em> </em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em> </em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Cesarzu Nieba, Władco Burzy,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Wiatr w swej lekkości Tobie tylko służy,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Chmur bez liku na Twe żądanie,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Spełnić deszcz rzęsisty na ziemi wołanie</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Równości istot twych w niebie błaganie</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Czystości krwi w ich żyłach czekanie,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Aż zejdziesz na ziemi gnaty marne,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>I zapełnisz je deszczem i gradem.</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em> </em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Kochanko wiatru, niespokojna pani,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Czy widzisz ich? Czy słyszy ich wołanie?</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Czy spełnisz je? Czy zatrzymasz swe sanie,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Którymi po niebiosach krążysz nieprzerwanie,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Wiatr niosąc, chłód morskiej bryzy,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>A ludzie na ten wiatr stawiają płaszczy kryzy.</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em> </em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Wichrze potężny, sługo Cesarza prężny,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Na Twe zawołanie</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>orkanów tysiące tutaj stanie!</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Na Twe zawołanie</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>setki bryz morskich stanie!</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Na Twe zawołanie</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Kochanka Wiatrów zatrzyma swe sanie!</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Na Twe zawołanie,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Sztorm wielki na morzu powstanie!</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Po Twoim zawołaniu,</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center"><em>Nikt przy życiu nie ostanie.</em></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align:right;" align="right">Zawołanie do burzy, część pierwsza.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:right;" align="right">Gradobiciel</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:right;" align="right">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span> </span>Morze szalało.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wylewało z siebie tony wściekłości, uderzając raz po raz falami o burty statku, których chwiał się i chwiał, a jednak nie chciał utonąć. Marynarze w pocie czoła, z nieludzkim prawie wysiłkiem próbowali wymknąć się nagłej burzy, która nawiedziła północne krańce Morza Mistrali, tuż przy zatoce Kła. Wiatr i fale nieuchronnie niosły okręt w stronę zatoki, a dla załogi oznaczało to wyrok śmierci.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Bowiem na pokładzie była sama księżniczka Mostanii, Alasara Venturion, która chciała pilnie dostać się na Wyspy Jaszczura, w celu omówienia traktatu o wzajemnej pomocy wojennej. Jednak ta burza pokrzyżowały i szanse na traktat, i pogrążyły w niepamięci szanse na zachowanie pokoju. Królestwo Mostanii od dobrych kilkudziesięciu lat miało zatarg z Czerwonym i Małym Kłem, podwójnymi stolicami państwa, które utworzyła istota zwana Karmazynowym Królem. Zatarg ten był na tyle poważny, że Czerwońcy, jak nazywano mieszkańców Kłów, na pewno spróbują przejąć okręt.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Alasara wiedziała, że ona przeżyje, by zgnić w jakimś lochu, podczas gdy dyplomaci Karmazynowego Króla będą doprowadzać jej ojca do rozpaczy omawianiem warunków kapitulacji jego królestwa. Ale jej załoga.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Oni już nie żyli.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wicher po raz kolejny uderzył z niespotykaną furią, po raz kolejny wielkie bałwany wody zalały pokład i zmiotły zeń kilku pechowych marynarzy. Reszta nadal usiłowała walczyć z naturą i losem, których ich tu rzucił. Każdy z nich walczył ile tylko mu zostało sił, ale również każdy wiedział, że marynarz umiera na morzu, sami wybrali swój los, decydując się na taki zawód. Bosman również to wiedział, ale on był odpowiedzialny za swoich ludzi i nie chciał dać im zginąć. Dlatego, woląc niepewną śmierć w Zatoce Kła, od pewnej na morzu, skierował swoje kroki pod pokład, w celu znalezienia Alasara i przemówienia jej do rozumu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zapukał do jej kajuty.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Wejść! – rozległ się krzyk pani kapitan, jej książęcej mości Alasary II Venturion.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Otworzył drzwi i zachwiał się, gdy rzuciło statkiem na bok. O ile dobrze słyszał, złamał się jeden z pomocniczych masztów. Księżniczka nie zachwiała się, wisiała w powietrzu, z nogą założoną na nogę, co spowodowało nagły dopływ krwi do kroku bosmana.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">Alasara była nieziemsko piękna. Jej długie, platynowe włosy opadały do nęcącego wcięcia w talii, która to stanowiła rozdroże dla przyjemności wzroku. Na górze oczy mogły napotkać pokaźne, kształtne piersi, wychylające się lekko z rozpiętej koszuli, na dole jednak były nogi księżniczki. Pełne uda, na których delikatnie rysowały się mięśnie, wyrzeźbione łydki z starannością, której nie powstydziłby się arcymistrz rzeźby.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-indent:35.4pt;">- Tak? – jej dźwięczny głos, przekrzyczał wiatr, gnący żagle okrętu. Bosman wiedział, że księżniczka jest również zdolną władającą ścieżkami, dlatego coś takiego jak przekrzyczenie wichru było dla niej fraszką.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Najjaśniejsza pani, nie możemy nadal kierować się na zachód. Tam jest same jądro burzy. Okręt pójdzie na dno.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Więc co proponujesz?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Płynąć z wiatrem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Do zatoki Kła? Zgłupiałeś? Tam czeka was śmierć.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Niekoniecznie, najjaśniejsza pani. Możemy zboczyć z kursu wytyczonego przez burzę i zatrzymać się przy brzegach Puszczy Kre’s’talnath.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Księżniczka zamilkła i potem nagle zaszczyciła bosmana spojrzeniem pomarańczowych, gorejących oczu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zgoda.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span> </span>A jednak się nie udało, pomyślała Alasara, gdy bosman zakomunikował jej, że widzieli zbliżające się okręty Kłów. Nie dało się w żaden sposób naprawić statku. Uderzył w nich tak potężny wicher, że złamał wszystkie maszty i porwał jej kilku marynarzy. Na statku zostało może z siedem osób, kompletnie zrezygnowanych i do cna wyczerpanych.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Ale to nie koniec, pomyślała Alasara.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Nie damy tym gnojom możliwości rozpoczęcia wojny. Albo oni zginą, albo my zginiemy. Nikt mnie nie uwięzi i nikt moją osobą nie będzie szantażował mojego ojca, Serenasa Venturion. Nikt się do niej nie odzywał. Wszyscy ocalali marynarze wiedzieli dlaczego giną i przez kogo, ale nie mieli siły na nic. Czekali tylko końca.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Bosmana nie było od wczoraj. Zmyła go fala.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>A czerwone żagle okrętów wojennych Kła cały czas rosły. Nadszedł czas. Wóz albo przewóz.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Przyjaciele. – powiedziała cicho do ocalałej załogi. – Możemy wpaść w ich ręce i być kartą przetargową w nadchodzącej wojnie. Wykorzystają nas i będą szantażowali całe Królestwo Mostanii. Innymi słowy, jesteśmy zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju. Z chwilą naszego pojmania skazujemy Mostanię na fatalny konflikt, który może się skończyć unicestwieniem naszej ojczyzny. Wiecie, co chce wam zaproponować. Wybór należy do was. Ja mam zamiar zginąć w walce.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Odwróciła się na pięcie i stanęła na sfatygowanym dziobie statku. Rozpostarła szeroko ręce i skupiła swą moc, potem objawiła ją nagle w błysku magicznej energii, która pomknęła, odbijając się od wody, w kierunku pierwszego statku Kłów. Przed nimi wyrosła jednak ciemnozielona ściana wody, którą ją pochłonęła.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Księżniczka nie żałowała ani siebie, ani swych ścieżek. Uderzała raz za razem coraz większymi porcjami mocy, aż osunęła się na kolana ze zmęczenia. Obejrzała się do tyłu i zobaczyła, że jej załoga leży w kałużach krwi, a oczy, teraz szkliste i nieruchome, wpatrują się w nią z niemym wyrzutem. Za jej plecami roiło się od Karmazynowej Gwardii, najpotężniejszych czarodziejów Czerwonego i Małego Kła, gwardii honorowej Karmazynowego Króla.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Jeden z nich ukłonił się przed klęczącą Alasara i powiedział w najczystszym mostańskim.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Księżniczko Alasaro Venturion, shalah rem, o Dobrotliwa.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Pierdol się, magu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Księżniczko, jeśli nie zachowasz konwenansów, które Cię chronią przed traktowaniem jak śmiecia, to będę zmuszony powiadomić Karmazynowego Króla, że jednak chcesz być jego jeńcem wojennym, a nie gościem w Czerwonym Kle.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- I myślisz, że się na to nabiorę?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Moje intencje są czyste jak źródlana woda C’ters Hak’th. – Karmazynowy Gwardzista wspomniał o potokach, nad którymi rozciągała się letnia rezydencja Rodziny Królewskiej Mostanii. Nie mógł tego wiedzieć.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- C’ters Hak’th. Zdumiewająca wiedza, Gwardzisto, doprawdy zdumiewająca. Szkoda, że przez pozorną czystość Twoich intencji widzę szlam Twojego władcy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Księżniczko. To nie są bezpieczne słowa. Moi towarzysze szybko się uczą tego języka i niektórzy czują się osobiście odpowiedzialni za zmycie zniewagi ich pana.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A twojego nie?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mężczyzna ubrany w czerwone szaty zamilkł na moment, rzucając jej wrogie spojrzenie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Karmazynowy Król nie musi kwestionować mojego oddania. Ty też nie powinnaś.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Doprawdy?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Doprawdy. Księżniczko Alasaro, krótkie pytanie, skoro nie chcesz bawić się w protokół rozmów rodem z dworu w Zastrock: Wolisz spać na zimnym kamieniu czy w ciepłym łóżku?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Alasara spojrzała na niego i jakoś dowlekła się do trupa jednego z marynarzy. Swoimi pięknymi, idealnymi wręcz dłońmi dotknęła jego zakrwawionej piersi i wymalowała nią pewien symbol na pokładzie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wszyscy magowie cofnęli się ze zgrozą. Jej rozmówca westchnął głośno.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Więc wolisz kamień.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Tak, głupcze.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Sparaliżować ją i do ładowni. Może być do beczki z słonymi rybami. Aha, przedtem połamać jej palce u rąk i nóg. Potem nadgarstki. Wykonać.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Błogosławiona ciemność wyuczonego omdlenia zapewniła jej spokój na kilka godzin. Potem obudziła się w celi.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Nikt nie słuchał jej krzyków, gdy w końcu ją złamali.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span> </span>Selvil Sareloth śmiał się i klaskał, skacząc dookoła półelsana, który przed chwilką zniknął z tego świata. Jego ciało leżało powyginane w różnych kierunkach, zadając kłam ludzkiej anatomii, która by nie dopuściła do tak skomplikowanie rozstawionych kończyn. Ale to już nie było ważne, on i tak nie miał duszy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Pożarł ją Selvil, który teraz pląsał wesoło wokół trupa, klaszcząc i śmiejąc się potępieńczo. W tym dzikim tańcu zawadził o złamaną rękę półelsana i runął jak długi na posadzkę okrągłego pomieszczenia. Popłynęła krew, ale on się tym nie przejmował. Wstał i otrzepał się z kurzu, dotknął swojej zakrwawionej głowy i oblizał z lubością krew.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Potem usłyszał znajome głosy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zaznakor jeklanacar zaznabar kanzelar!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Moksero’va Ugh’ry’thet’hyrth nolones!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zabić?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Puścić?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zostawić? – szeptali bez opamiętania. Selvil nie wiedział kto. Ale to było nieistotne.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Obejrzał się dookoła i zobaczył kupę wijących się białych, oślizgłych larw na podłodze. Splunął na nie gęstą flegmą, a ta podniosła się nagle i utworzyła z grubsza humanoidalną postać, ubraną w grubą czarną szatę z kapturem. Po niej biegały najróżniejsze robale.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Spóźniłeś się! – krzyknął Selvil.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Tak!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Tak!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Esanor się spóźnia. – warknął ochryple Feathos Larvin, kolejny z duszożerców. – Powinien już tu być.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- I jestem. – rozległ się suchy jak wiór głos tuż za ich plecami. Esanor zawsze zjawiał się niespodziewanie. Był potężnym władającym ścieżkami, tak potężnym, że Selvil wzruszył ramionami i splunął po raz kolejny. Tym razem na ziemię.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dobrze.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Oczywiście.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zapadła cisza.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Selvil, idiot, po co nas wezwałeś?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ha! Chcecie odpowiedzi? Poproście!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Mówże, kretynie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Poproś!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Mów.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Poproś. – zanucił Selvil, przybliżając swoje zwierzęce oblicze w kierunku kaptura Feathosa. Wijące się larwy mu nie przeszkadzały.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dobra, proszę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ha! Księżniczka Alasara wpadła w ręce Karmazynowej Gwardii! I jest w drodze na Kieł.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Doprawdy? – warknął Esanor, skrzypiąc szyją, gdy obracał głowę w stronę Selvila.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Sprawdź, trupku.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Duszożerca pokręcił znowu głową i skinął głową. Wszystkiemu towarzyszyło tarcie o siebie kości.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Rzeczywiście. Selvil ma rację, Feathosie. Co zamierzamy?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Trącić albo popchnąć. Jak wolisz.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Trącić tylko. Poczekamy, aż się konflikt rozwinie. Ale…</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ale co?! – ryknął nagle Selvil, podskakując gorączkowo wokół nich.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Musimy powstrzymać kukiełki.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zapadła krótka chwila milczenia.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Selvil?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mag rzucił mu zdumione spojrzenie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zajmiesz się kukiełkami?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie no, jasne, jak kłopoty to Selvil. Jesteście okropni, sami będziecie podróżować zwiedzać dalekie krainy, odwiedzać potężnych wrogów, a Selvil ma się zająć kukiełkami w zapchlonym, ohydnie śmierdzącym zgniłymi rybami Nosgoth!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- No, taka twa rola, Sarelothcie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie no, fajnie. Zostanę i się nimi pobawię. Kto przeszkadza?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nikt. Sssskieruj ich gdzie nie będą przeszkadzali.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ostatnio ktoś im sprawił łomot, hihihi, duży łomot. Uciekali. Haha. Jak zające. Jakie zające?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Więc dowiedz się kto im sprawił łomot. A potem obejmij go.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mag oblizał nagle wargi swoim czarnym, upstrzonym zielonymi plamkami, językiem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Się zrobi.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Za dekadzień w tym samym miejscu. – oznajmił Esanor i zniknął, jakby nigdy go tu nie było.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Feathos Larvin rozwiał się na strumienie wielkich, ciemnych ciem, które znikały w ciemnościach korytarzy, znajdujących się pod Nosgoth. A Selvil zwiesił tylko smętnie głowę i ruszył korytarzem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>On nie znał takich fajnych sztuczek.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal"><span> </span>Okolice Parku Nosgoth były najdroższymi nieruchomościami w całym mieście. To tutaj najczęściej nie było mgły, ani smrodu wiecznie pracujących hut, tu też mieszkała sama elita Nosgoth, rzesze nic nie wartych szlachetków i potężnych osobistości.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Jedną z owych osobistości był Kelthalion Seregnar, bajecznie bogaty kupiec, właściciel kilkunastu wielkich kompanii kupieckich, które prowadziły interesy z wszystkimi krajami, miastami-państwami, plemionami, ludami i rasami, jakie można było znaleźć na tym kontynencie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mieszkał on w ogromnej rezydencji, która była obiektem przeraźliwej zazdrości każdego z patrycjuszy miasta. On sam jasno im dawał do zrozumienia, że nie wie, jak mogą ściskać się w ich malutkich domkach. Nikt go nie lubił. Każdy mu zazdrościł. Bo i było czego.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wysoki, zdobione ornamentami w dziwnym języku, mur odgradzał rezydencję od zgiełku ulicy, a jednocześnie ochraniał pięknie utrzymany ogród, w którym Kelthalion lubił przesiadywać w słoneczne dni i czytać książki, jednocześnie paląc fajkę wodną. Sama posiadłość pana Seregnara była ogromna, jej dwa skrzydła wznosiły się wysoko ponad inne budynki i błyszczały oślepiającą bielą, gdy padało na nie światło. Specjalny, sprowadzony z Nostrogu marmur o srebrnej barwie znakomicie odbijał światło. I skutecznie odstraszał podglądaczy, którzy nader często chcieli dowiedzieć się o tym bajecznie bogatym człowieku.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zwykle próbowali się dowiadywać tego czy owego poprzez podglądanie przez okna, jednak na tą ewentualność Kelthalion również się przygotował. Okna działały jako lustro, odbijały wścibskie spojrzenia, jednocześnie pozwalając wszystkim domownikom obserwowanie okolicy. Ale rzadko kto miał okazję korzystać z tych zdobyczy techniki. Pan Seregnar był bardzo samotny.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Oprócz służby mieszkał u niego przyjaciel o wątpliwej reputacji skrytobójcy, którego nikt – pewnie poza samym Kelthalionem – nie znał z imienia czy nazwiska. W zasadzie mało kto wiedział jak on w ogóle wygląda. Ale wszyscy wiedzieli, że on tam mieszka.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>I mieli rację.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Kelthalion, siedząc w głębokim fotelu i pykając fajkę, czytał opasły tom, obleczony w skórę jakiegoś demona. Obok niego, na wysokim szklanym stoliczku stał kieliszek z winem, nienapoczęty, czekający na swojego właściciela.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Na Varga Vickernessa, przyjaciela pana Seregnara, który to właśnie zmaterializował się w rogu pomieszczenia i wolno podszedł do drugiego fotela. Usiadł na nim i czekał.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zawsze musiał czekać, aż Kelthalion przeniesie na niego swoją uwagę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Witaj, przyjacielu. Z czym dzisiaj do mnie przychodzisz?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Z wojną, przyjacielu. Z wojną.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Och, to zaskakujące. A między kim ta wojna, można wiedzieć?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Między Karmazynowym Królem a Królestwem Mostanii.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zapadła krótka cisza, przerwana nagle przez strącony kieliszek i rzuconą w dal książkę. Zwykle spokojny pan Seregnar wstał z fotela i pykając fajkę, zaczął chodzić po pomieszczeniu. Był wściekły.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Był wściekły dlatego, że spora część jego kapitału znajdowała się właśnie w filiach kompanii kupieckich, mających siedzibę w Mostanii. Oczywiście nie mogło to zaszkodzić to jego całemu interesu, ale lwia część dochodów mogła nagle przepaść. Wszystko przez bezużyteczny konflikt, dzięki któremu Mostania przestanie istnieć, a wraz z nią, przestaną istnieć kompanie handlowe.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Jego kompanie handlowe!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Co się stało? – spytał Varga, nabijając tytoniem fajkę i rozpalając ją od płonącej świecy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Głupia sprawa, przyjacielu. Statek księżniczki Alasary Venturion został zniesiony przez gwałtowną burzę do Zatoki Kła. Została zatrzymana. Teraz pewnie już jest w jakimś lochu pod Czerwonym Kłem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Cudownie, po prostu cudownie. Czy ten idiota, Serenas, ojczulek naszej ważkiej księżniczki, zdaje sobie sprawę, że nie może wygrać z Karmazynowym Królem? Że nie odkryto jeszcze sposobu, który by potrafił pokonać ich niszczącą magię? Że nie ma żadnej armii na tym cholernym kontynencie, która by pokonała Karmazynowy Korpus?!</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Przyjacielu. Myślę, że nie zdaje sobie sprawy. Czy to mam mu przekazać?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Daj mi chwilę pomyśleć. I nalej sobie wina. Znakomity rocznik. Wybacz, że stłukłem ci kieliszek. – Kelthalion machnął ręką i szkło połączyło się.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Skrytobójca wiedział, że nie można przeszkadzać swojemu przyjacielowi w myśleniu. Ono było dla niego swoistym wybawieniem, drogą ucieczki od wszelkich kłopotów i problemów. Zwykle po „daj mi pomyśleć” następowała chwila ciszy, a potem długie i żmudne wyjaśnienie dlaczego ma zrobić tak, a nie inaczej. Varg nigdy nie sprzeciwiał się jego zdaniu. Znali się już tak długo, że nauczył się mu ufać całkowicie. Zwłaszcza, że to Kelthalion ciągle zapewniał mu nowe wyzwania.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>A te skrytobójca kochał ponad wszystko.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Mam! – krzyknął pan Seregnar. – Już ci tłumaczę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Słucham.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że księżniczka będzie w najlepiej strzeżonym lochu, zabezpieczonym przed każdym rodzajem ścieżek, będzie tam gęsto od strażników. Ale! Ale! Ale co jest największą siłą Kłów?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Magowie, oczywiście.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Otóż to. Gdy ktoś znajdzie się w Kle i ruszy do lochów, nie wzbudzając podejrzeń, wyrzynając ręcznie strażników, wtedy nic ich nie zaalarmuje. Jednak, gdy już się tam dojdzie, wtedy przy wejściu będzie czekała Karmazynowa Gwardia, a wtedy wszystko szlag trafi. A więc potrzebny jest plan, na mocy którego Karmazynowy Król da rozkaz zdjęcia blokady i umożliwi transport. Musisz więc wedrzeć się do pałacu, narobić zamieszania, uciec do lochów i czekać na zdjęcie blokady. Lochy pod Kłem są rozległe, pobawisz się w chowanego.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jest jeden szkopuł.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jaki?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie przeżyje walki z dwoma magami, a na murach zawsze jest dwójka magów. W związku z uwięzieniem księżniczki zapewne będzie ich więcej.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A więc pojedziesz tam z Szkarłatnymi. Myślę, że Łajza, Veit i Mesrath zapewnią Ci należyte wsparcie. I pomogą odciągnąć uwagę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Czy…?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie, nie musisz się o nich obawiać. Masz wydobyć księżniczkę w lochów i skierować ją tutaj. Potem zniknij na jakiś czas. Skontaktuje się z tobą, gdy nadejdzie pora.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Po co mam znikać?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Kelthalion uśmiechnął się lekko.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Myślisz, że Karmazynowy Król ogłosi, że stracił księżniczkę? Nie. Zwyczajnie wyśle za tobą pogoń, będzie szukał Twoich śladów, a w międzyczasie będzie kontynuował prowadzenie zwycięskiej kampanii.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Racja.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Skrytobójca podniósł się. To kolejne wyzwanie. A wyzwania nie mogą czekać. Podszedł do cieni w rogu pokoju i zniknął.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Ach, Varg, jak ja lubię cię za twoje nie dociekanie przyczyn, jak ja lubię tą twoją ignorancję, która pozwali mi oszukiwać cię na nieprawdopodobne pieniądze, jak ja ją lubię, gdy raz po raz ryzykujesz życie, by się sprawdzić. Ktoś kto by nas znał, mógłby powiedzieć, że mnie kochasz i zrobisz dla mnie wszystko. Ale to nieprawda. Przynajmniej to pierwsze.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Ja natomiast kocham…, co ja kocham? Chyba nikogo oprócz siebie. No cóż, trudno. Mam przynajmniej tą świadomość, że moja miłość jest cholernie wielka. A pożądanie… zgaśnie, gdy przybędzie tu Alasara Venturion, najpiękniejsza księżniczka Królestwa Mostanii.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">
<p class="MsoNormal" style="text-align:center;" align="center">
<p class="MsoNormal"><span> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Varg zmierzał szarymi, pustymi ulicami nocnego Nosgoth, poszukując pewnej grupy ludzi, których musiał zabrać na drugi zatracony koniec kontynentu, gdzie mieli podrzynać gardła, przebijać serca, ogółem zabijać i mordować. Oczywiście ci ludzie będą musieli być uzdolnieni magicznie, by przeżyć. Magowie z Kła nie zwykli patyczkować się z kimkolwiek, a na widok wojowników pozbawionych magicznej osłony mogliby tylko wybuchnąć szyderczym śmiechem. Dlatego Varg wziął to pod uwagę i wybrał ludzi z najlepszych służących mu i Kelthalionowi. Będą musieli się ukrywać, by potem – nagle – odsłonić całą swoją moc i przyciągnąć uwagę wszystkich. Nie wykluczone, że przy okazji zginą. Ale zarówno Varg jak i pan Seregnar nie ukrywali, że życie ludzkie ma dla nich niewielkie znaczenie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mijał kolejne ulice, kolejne wielki, monumentalne katedry, pamiętające jeszcze czasy rządów Serafina Ulth’ogora, fanatyka i mordercy, który na blisko dwieście lat sprawował rządy nad całym Nosgoth. Jego rycerze mordowali za każdego odstępstwo od wytyczonych przez niego ścieżek. Ulice miasta wtedy codziennie widziały zabójstwa, nazywane wtedy ręką sprawiedliwości. Ale mieszkańcy cieszyli się z tego. Wszystko było lepsze niż rządy ostatnich wampirów, w tym Lethiasa i oczywiście, legendy całego kontynentu, Caine’a.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Caine był na swój sposób dobrym władcą. Każdy przejaw potęgi, która mogła mu dorównać, skrupulatnie likwidował. I to wcale nie zabijając delikwenta.</p>
<p class="MsoNormal">Więził ich i torturował całymi latami, a potem wypuszczał – całkowicie odartych z woli – na ulice, gdzie padali pod ciosami znacznie słabszych drapieżników miasta. A tych było dosłownie mnóstwo.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Sam Varg kiedyś do nich należał. Był wtedy jeszcze młody, nie wiedział zbyt wiele o świecie i prawach nim rządzących, wtedy liczyło się dla niego wino, śpiew, kobiety i walka. Potem przyszły ciężkie czasy, gdy skrytobójcy nie byli potrzebni i Varg klepał biedę, nawet nie mogąc kogoś zabić dla pieniędzy. Rycerze Serafina znaleźliby go i natychmiast zabili. A to Varga zupełnie nie interesowało.</p>
<p class="MsoNormal">Potem nagle, zupełnie niespodziewanie, dostał zaproszenie do sporej rezydencji pewnego kupca.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Jak zasięgnął informacji, to dowiedział się, że kupiec ten jest niebywale bogaty i znienawidzony przez wszystkich, łącznie z Serafinem i jego rycerzami. To go zastanowiło. Skoro ktoś jest obiektem nienawiści władcy Nosgoth, to zwykle szybko kończył, albo z przebitym sercem, albo siedząc w beczce na stosie i obserwując coraz szybciej zbliżające się płomienie. Ów kupiec jednak chyba był im potrzebny na tyle, by go zostawić w spokoju.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Przyszedł do jego rezydencji z zamiarem zdobycia informacji, które pozwoliłyby mu go bezkarnie zabić. Odszedł pobity, stłamszony, całkowicie rozpracowany, a przy tym mając ogromną nadzieję na przyzwoite życie. Bo kupiec, którego odwiedził, był najbogatszą istotą na kontynencie. Miał takie ilości złota, o jakich Varg nawet nie marzył. I chciał je pomnożyć. Przy pomocy Varga.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>On jednak widząc stosy złotych monet, od razu zaatakował kupca, gotów porwać tyle ile tylko zdoła unieść i wynieść się do dalekich południowych krajów, gdzie mógłby spokojnie wieść życie dobrze płatnego skrytobójcy. Jego plan nie powiódł się – głównie dlatego, że kupiec nie dość, że odbił jego sztylety, skopał go jak psa, a potem zelżył jak burą sukę, to wyciągnął rękę i pomógł mu wstać.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Varg niczego nie rozumiał.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Potem mu to kupiec wytłumaczył. Używając słów, które skrytobójca pamiętał do dziś.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Drogi panie Vickerness, jestem bardzo zniesmaczony pańską reakcją na widok mojego złota. Zachował się pan jak, nie przymierzając, złodziejaszek, którym pan nie jest. Od dawna nikt nie przekraczał progu mojego domostwa, nigdy nikt nie oglądał tego skarbca, nikomu też nie mówiłem o moich planach i stanie finansowym moich kompanii handlowych. Od dawna też nie pomogłem wstać pokonanemu przeciwnikowi. Teraz to robię. Wie pan dlaczego?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Varg nie miał pojęcia, ale kupiec nie dał mu odpowiedzieć. Kontynuował.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Bowiem potrzebuje kogoś obdarzonego wystarczającym talentem do ścieżek, a pan taki ma, niech pan nie robi zdziwionej miny, wiedział pan o tym od dawna, tylko nie umiał pan tego nazwać, oraz oczywiście umiejętności cichego, skrytego zabijania. Panie Vickerness, zaprosiłem tu pana, pokazałem panu moje bogactwo, nie po to, żeby pan mógł się ślinić na jego widok, a po to, żeby mógł pan sobie wyobrazić, że posiada pan takie ilości złota. Jest pan mi potrzebny, rozumie pan?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Varg nie rozumiał, ale skinął głową.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dlatego od tej chwili, jesteśmy wspólnikami. Pan wykonuje za mnie zadania, których nie mogę się podjąć ze względu na moją pozycję, pan również zapozna mnie ze półświatkiem Nosgoth, powie pan wszystko, co pan wie o swoich byłych przyjaciołach, którzy pana zdradzili. Któregoś dnia przyjdzie pan i zobaczy ich głowy na złotych tacach. To będzie pierwsza forma zapłaty. Drugą będzie nauczenie pana jak właściwie używać mocy, którą potocznie zwie się magią. Obawiam się, że ma pan talent tylko do Arald Tren, ale to nic nie szkodzi, tylko ona będzie panu naprawdę potrzebna.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ale dlaczego ja? – odważył się wtedy zapytać Varg.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dlatego, że się pan marnuje w tych nędznych slumsach, zabijając pomywaczki i stajennych, byleby tylko mieć co do gęby włożyć. Ale również dlatego, że pańskie umiejętności są potrzebne mi do obalenia tejże tyranii pod której jarzmem jesteśmy. Ale to będzie wymagało dużo czasu i dużo wysiłku.</p>
<p class="MsoNormal">Czy jest pan na nie gotowy?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Skrytobójca kiwnął głową.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Chodzi mi oczywiście o przejęcie jak największej liczby bogactw, które to posłużą do zapewnienia sobie monopoli na rynkach innych państw, by pomnożyć to co pan widzi tysiąckrotnie. Oczywiście, dostanie pan swoją część, dziesięć od sta uzyskanych dóbr, co pewnie da panu możliwość życia jak król, do końca pana dni, jednak czy nigdy pan nie marzył o nieśmiertelności? Ja marzę cały czas. A nieśmiertelność to albo ascendencja albo wieczna pamięć prostego ludu. Co pan by wolał?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wtedy Varg nie wiedział. Teraz już był prawie pewien.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Och, widzę, że nie jest pan gotowy dać odpowiedź na to pytanie. Spodziewałem się tego. Proszę, niech pan za mną pójdzie, do gabinetu, gdzie omówimy pańskie przenosiny do tej rezydencji, oczywiście tylko do czasu, aż znajdziemy panu dogodniejsze miejsca do zatrzymywania się między zadaniami…</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>I to było na tyle. Varg zdołał powiedzieć tylko jedno zdanie podczas całej przemowy owego kupca, ale w tej chwili rozumiał, że on czuł się zwyczajnie samotny. Mimo, że nigdy by się do tego nie przyznał, to czuł potrzebę współpracowania z kimś, przełożenia części odpowiedzialności na czyjeś barki. Wiedział też, że zadania, które mu zlecał Kelthalion zwracały uwagę Ascendentów, a więc istot na tyle potężnych, by wstrząsnąć posadami każdego z państw na Nosgoth. Widocznie sam nie chciał z nimi walczyć – dlaczego? – tego Varg nie wiedział.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Przypominał sobie jednak spotkanie z jednym Ascendentem, Nalsanderem, Heroldem Ścieżki Ciemności, który na swój sposób okazał mu sympatię.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Usłyszawszy dla kogo pracuje, nie zabił go, a jedynie poturbował.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Tak, to była korzystna transakcja.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Skrytobójca podejrzewał, że Kelthalion jest również Ascendentem, ale on wyprowadził go z błędu. Zwyczajnie przyznał się, że nie jest człowiekiem, a członkiem rasy liczącej sobie kilkaset tysięcy lat. Sam – jak mówił – miał blisko dwieście tysięcy lat, ale kto mógł to sprawdzić? Wtedy Varg stał się ostrożny wobec swojego wspólnika. Istoty takie jak on miały nieznane motywy i ambicje, równie dobrze mogły chcieć mieć wszystkie pieniądze na świecie, ale równie dobrze mogły pragnąć zagłady całego Nosgoth. Pamiętał doskonale ten dzień, gdy Kelthalion wyprowadził go z błędu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Przyjacielu. – wtedy już mówił do niego per<span> </span>„przyjaciel”. – Unikasz mojego wzroku jak ognia, starasz się nie pokazywać mi na oczy, ukrywasz się, kluczysz, starasz się uciec ode mnie i naszego zadania.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jakiego znowu zadania? – warknął Varg, trzymając dłonie na rękojeściach noży. Był przygotowany do walki. Jak zawsze podczas spotkań ze swoim przyjacielem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zdobycia ekonomicznej władzy nad światem oczywiście. Myślisz, że do czego dążę od kilku tysięcy lat? Do zdobycia pieniędzy, które zapewnią mi dobrobyt? Spójrz, mogę zapewnić dobrobyt sobie i połowie mieszkańców Nosgoth, ale to byłoby marnotrawstwo surowców, które można przekuć na narzędzia. Narzędzia sprawowania władzy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A więc interesuje cię władza nad milionami istnień?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Skądże, po co mi taka odpowiedzialność? Po co mi zainteresowanie bóstw i Ascendentów? Żeby mogli mnie odszukać i zabić? To niedorzeczne.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Więc po co?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- By kupić sobie wolność.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Wtedy Varg zaniemówił, ale Kelthalion pośpieszył z wyjaśnieniami.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Kilkadziesiąt tysięcy lat temu moja rasa przegrała zakład z inną rasą. Zakład o tyle ważny, co absurdalny. Wyobraź sobie, że my – es’lan’verzy – założyliśmy się z Klanem Księżyca, patriarchami feniksów. My, urodzeni pod zbawienną gwiazdą Losu, mający zawsze ogromne szczęście, założyliśmy się z największymi oszustami wszelkich czasów. No i oczywiście myśleliśmy, że wygramy. Nie dostrzegliśmy pułapki i wtedy moja rasa musiała uciekać z tego świata. Ja musiałem zostać. Jako poręczenie naszej przegranej.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Co z tymi feniksami?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Oni również przegrali! Los zadrwił z naszych ras. Oni musieli znaleźć inne miejsce, nad którym mogliby latać na swych ognistych skrzydłach, a my musieliśmy opuścić Nosgoth, przenosząc się do Arald Tren, gdzie uwięzili nas wasi bogowie. Och, mój lud zaprawdę jest nieszczęśliwy. Tyleż wieków w niekończących się labiryntach bez wyjścia. To smutne.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Cholernie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Władza nad ludźmi i nad ich wieczna bolączką – pieniądzem, jest dla mnie kluczem do wolności. Obiecałem Klanowi Księżyca, że zdobędę pieczę nad ekonomią każdego królestwa, miasta-państwa, plemienia czy rasy, by potem im to oddać.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- W zamian za co?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Za własne życie, oczywiście.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A ja do czego jestem ci potrzebny? Jak już będziesz miał wszystkie bogactwa tego świata, to nie będę ci potrzebny. A wtedy mnie zabijesz.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Kolejny absurdalny pomysł, przyjacielu. Gdzie się podziała twoja inteligencja? My obaj się nie rozstaniemy. Gdy Klan Księżyca wróci, my uciekniemy stąd na wschód.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Na wschodzie nic nie ma.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Ależ jest, mój drogi. Feniksy gdzieś musiały odlecieć prawda?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>To go naprawdę zaniepokoiło. I niepokoiło nadal, jeśli trzeba być szczerym.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Ale nauczył się już wiele lat temu ignorować niepokój, tak samo zrobił teraz, gdy dochodził do dwóch strzelistych katedr, by znaleźć wciśnięty między nimi maleńki kościółek – miejsce pobytu Szkarłatnych, jednej z wielu grup skrytobójczych, które kontrolowali z Kelthalionem. Varg nie miał zielonego pojęcia jak dostali się do środka, ale w sumie niewiele go to obchodziło. On w końcu od dawna nie używał drzwi.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Podskoczył i zatrzymał się na samym skrawku niezbyt ciekawego witraża zdobiącego podwyższenie ołtarza. Położył na nim ręce i przeniknął do środka. Oczywiście nie widzieli go. Byli już całkiem pijani, ale nie była to tylko zasługa alkoholu – skrytobójca otoczył się wianuszkiem ukrywających go cieni. Potem całkowicie w nich zniknął, by opaść wolno na podłogę i podejść niepostrzeżenie do Veita. Wyjął bezszelestnie sztylet i przyłożył mu do tętnicy szyjnej.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mężczyzna znieruchomiał, a pozostali natychmiast wzięli z niego przykład. Łajza, przyjaciel Veita, wysoki i barczysty mężczyzna o wyglądzie niezbyt rozgarniętego rolnika; Mesrath Błękitny siedział nadal i przyglądał się kropelce krwi, która pojawiła się na szyi jego towarzysza. No i Gutlaff Nostras, skrzyżowanie krasnoluda z człowiekiem, wielkie, podejrzanie inteligentne chłopisko.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Panowie. – odezwał się cicho Varg, dopiero wtedy zabierając sztylet. Wiedział, że jego głos ich uspokoi – w końcu nie zabija się zdolnych podwładnych, ot tak, dla zabawy. – Nieco więcej ostrożności następnym razem.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jasne, panie Vickerness. Zapamiętamy. – odparł natychmiast Gutlaff, wstając i przyjmując pozycję wskazującą, że jest gotowy do otrzymania rozkazów.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Co pana do nas sprowadza? – odważył się zapytać Łajza, potrącając ręką dzbanek, który pięknie udekorował ceramicznymi odłamkami i plamami wina posadzkę kościółka.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Interes, panie Łazja, interes. A cóż innego? – powiedział całkowicie obojętnie, a potem dodał. – Za dwadzieścia dzwonów macie być trzeźwi i gotowi do podróży ścieżkami.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Znowu będę rzygał… - mruknął Veit, sprawdzając czy nadal ma puls.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Wszyscy idziemy do Kła. Resztę dowiecie się później. Do zobaczenia, panowie. – powiedział cichutko skrytobójca i podszedł do jednego z cieni w rogu pomieszczenia. Po chwili już go nie było.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Brr, zawsze mnie przechodzą dreszcze, gdy tak się zjawia, mówi coś i nagle znika. – odezwał się nagle Mesrath, chwytając kolejny dzbanek wina.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Po chwili reszta zrobiła to samo.</p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal"><span> </span>Zatoka Wolnych Miast była zaiste pięknym miejscem na osiedlenie się i zbudowanie swojej przyszłości. Każde z Wolnych Miast było ostoją spokoju i oazą życzliwości. Ich założyciele byli ludźmi, którzy wiele przeżyli i to ich trzymało razem, wiedzieli bowiem, że rozproszeni zostaną pożarci przez molocha jakim było Nosgoth.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Prawie trzydzieści wieków temu spod tyranii Caine’a w Nosgoth wyrwało się kilku wielkich władających ścieżkami, którzy zjednoczyli kilka okolicznych plemion i stworzyli państwo, które potem przez blisko dwa tysiące lat musiało walczyć o swoją niepodległość z bliskim sąsiadem. Dwa tysiące wieków zmieniło wojownicze, brutalne i barbarzyńskie plemiona w zorganizowany lud, który zaczął odpierać ataki armii Nosgoth, a nawet czasami kusił się na atak na Filary Nosgoth.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Oczywiście nic to nie dało. Nosgoth było nie do zdobycia przez żadną śmiertelną armię, jednak dało to kolejnym władcom miasta, że Wolne Miasta nie są wioskami pełnymi dzikusów, a zorganizowanym państwem. Państwem, które cały czas rosło w siłę i coraz bardziej zagrażało hegemonii jego największego rywala na północnej części kontynentu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>A wszystko to dzięki potomkom założycieli Wolnych Miast, Dargdanu, Celestianu i Koranu, którzy od wieków tworzyli Bractwo, organizację de facto sprawującą władzę w owych miastach. Oczywiście, byli królowie, królowe, całe dynastie, które upadały i rosły na nowo, jednak ponad tym wszystkim stali Mistycy Bractwa, potężni władający ścieżkami, dbający o dobrobyt i spokój mieszkańców.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>A teraz jeden z mistyków, Halvar Kenturion, potomek Celestiana Wielkiego, niepokoił się coraz bardziej o pokój między Wolnymi Miastami a Nosgoth. Kruchy traktat o wzajemnej nieagresji w każdej chwili mógł być złamany, a głównym tego powodem była niespodziewana burza, która zniosła statek księżniczki Alasary do Zatoki Kła, do miejsca gdzie czekały ją lata gnicia w lochach i długie godziny tortur. Do czasu, aż Karmazynowy Król zdobędzie całą Mostanię.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Burza z pewnością nie była przypadkowa, Halvar był wręcz pewien, że ktoś ją wywołał specjalnie, by zachwiać równowagą na kontynencie, doskonale zdając sobie sprawę, że jeśli Kły uderzą na Mostanię, to Nosgoth – mając spokój na południu – zechce odzyskać swoje dawne terytoria i dostęp do Oceanu Lodu. Mistyk musiał się dowiedzieć kto to zrobił. Musiał to wiedzieć.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>By znaleźć sprawcę i pokazać mu swoją moc.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Ale to nie było realne w jego gabinecie, w celestiańskiej siedzibie Bractwa. Musiał ruszyć swoje stare, sfatygowane ciało i znaleźć swojego głównego informatora, Vex’a Cwanego, największą mendę świata przestępczego Celestianu, który był nader niewielki. Mistyk wstał z kanapy, postawił kropkę na końcu swoich notatek i wyszedł na taras Wieży Bractwa. Stamtąd łagodnie spłynął na ruchliwą ulicę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Żaden z mieszkańców nie dziwił się, że siwobrody staruszek spływa powietrzem na ziemie i ruszył ku kantorowi Mordreda. Wszyscy doskonale znali tutaj Kenturiona i rozumieli na czym polega jego rola. Pozdrawiali go zdejmowaniem nakryć głowy i życzliwymi uśmiechami, które radowały serce starca.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Po niedługim marszu mistyk dotarł do kantoru Mordreda, wysokiego, wąskiego budynku o przyciemnianych szybach, na którym wisiał niezgrabny, prawie nieczytelny szyld „Mordred – adwokat”. Oczekujący, a tych było naprawdę wielu, rozstąpili się przed nim, wskazując miejsce przy ladzie, by mógł pierwszy skorzystać z usług Mordreda, ale on tylko przywitał się z nim i skierował na zaplecze, gdzie jak zwykle urzędował Vex. Zapewne coś w tej chwili jadł.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mistyk się nie mylił – on w ogóle rzadko się mylił – ale tym razem trafił w sedno. Wielki, z brzuszyskiem wylewającym się zza pasa, mężczyzna o czerwonej owalnej twarzy, wyposażonej w kilka lejących się podbródków, pochłaniał właśnie ogromną miskę gulaszu. Obok miski stało kilka podobnych o resztkach, podobnych do potrawy, którą właśnie spożywał oraz kilka wypitych butelek wina.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Witaj, Vex. Widzę, że apetyt ci dopisuje, przyjacielu. – powitał go Halvar, siadając naprzeciwko szpiega; ten machnął niecierpliwie ręką, co pewnie miało oznaczać gest powitania.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Doskonale wiesz, że kiedy się stresuje, to dużo jem. A ciekawi cię czym się stresuję?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Proszę bardzo, mów. Tylko nie chcę słyszeć o grożących ci zabójcach, zemstach zza grobu, prewencyjnych ataków wrogich wywiadów i podobnych, nieistotnych, sprawach.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie to nie. – Vex zabrał się ponownie za jedzenie.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Doskonale wiesz, że chroni autorytet Bractwa. Ktokolwiek się na ciebie będzie chciał porwać, to dowie się o naszym zdaniu w tej sprawie. Bądź spokojny.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nadal nie jestem. Wasz autorytet ostatnio mocno podupadł. Zwłaszcza w Nosgoth. Moi szpiedzy znikają jak…</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- … kęsy w twoich ustach? – odważył się zapytał Halvar.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- To nie było grzeczne, starcze. Przepadają jak kamienie w wodzie, o, to porównanie jest lepsze.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A z jakiego powodu?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Moje żarcie zawsze wychodzi z drugiej strony, nie?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Mistyk nie skomentował.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dobra, prawdziwie niepokoi mnie nagła zmiana polityczna między Mostanią, a Kłami. Zmiana nader dla nas niefortunna.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Właśnie w tej sprawie do ciebie przychodzę, przyjacielu. – szpieg wyraźnie skrzywił się, gdy staruszek tak go nazwał.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- O, nie. Nie wchodzę w ten interes.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dlaczego?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Za dużo tam się zmieni. Mam zamiar zniknąć z moim dobytkiem, schować się w jakiejś dziurze, gdzie mnie nikt nie znajdzie, a gdzie będę mógł korzystać z uciech życia.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Czyli z jedzenia, pomyślał Halvar.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Czyli zapewne wiesz o uwięzionej Alasarze Venturion?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jasne, dowiedziałem się przedwczoraj rano. Uwierz mi, ale wtedy chyba zjadłem całego barana bez odchodzenia od stołu.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Wierzę ci oczywiście. Kto zamierza się tam wybrać? I po co?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- No cóż, lista jest długa. Karmiciele Dusz, Tancerze Spirali i chyba Szkarłatni. Być może ruszą także Zieloni i Czarni, ale tego nie jestem pewien.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- A tych pierwszych jesteś?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jak na to, że umrę z wyrazem szczęścia na twarzy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zapewne. Vex, na bogów, nie uspokoiłeś mnie. Myślałem, że byłem pierwszy.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Za dużo myślisz, staruszku, a za mało działasz. Tu wszyscy z Nosgoth biją cię na głowę, a bogowie, których przed chwilą wezwałeś, doskonale wiedzą, że w dzisiejszych czasach liczy się tylko szybkość reakcji. Siła już utraciła znaczenie. A szkoda.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Zaiste. Więc każ natychmiast wyruszać Kompanii Wron do miasta, żeby dostali się jakoś do lochów i oswobodzili księżniczkę.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>Szpieg milczał przez chwilę, bez żadnego wahania mieszając w misce ręką i wyławiając kolejne kawałki mięsa.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nadstaw uszy, staruszku. Wytęż słuch. Karmiciele Dusz i Tancerze Spirali. Rozumiesz? Dociera to do twojego starego mózgu?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Dociera. Zaleć im ostrożność w używaniu ścieżek. Najlepiej by było, gdyby w ogóle ich nie używali.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Hm… wiesz, że będziesz potrzebował nowego mistrza szpiegów?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- O, a to dlaczego?</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Bo Dreuz i Gothrom wyprują mi flaki, gdy usłyszą te rozkazy. Chyba, że wyprzedzi ich Pomidor i dostanę w łeb toporem. Tak czy inaczej, niezbyt przyjemna perspektywa.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Niech mają się na baczności. Ich dawne winy jeszcze nie przeminęły. W każdej chwili możemy ich zacząć szukać.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Nie no, jasne, wykorzystać autorytet Bractwa i wszyscy poszczają swoje spodnie. Tak czy inaczej, starcze, to będzie cię więcej kosztować – transport, wyżywienie, dziwki dla tych matołów, opłacenie jakiegoś władającego ścieżkami, by wysłał ich na ścieżkę, z której ty już zdołasz ich ściągnąć.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Wyślij cenę do Banku Ciangardich. Dostaniesz stosowną zapłatę. No i premię.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>W oczach szpiega błysnęła chciwość.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>- Jeśli akcja się uda.</p>
<p class="MsoNormal"><span> </span>I natychmiast zgasła. Vex wyjął kolejną butelkę wina i kolejny kubek. Na szczęście wcześniej wytarł tłuste łapska w serwetkę.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Napijesz się? Mam tu pyszne półwytrawne, gordoriavińskie wino z dzikiego easlatha.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Widocznie za dużo ci płacimy, skoro sprowadzasz wino od tych cholernych ukrywających się wyrzutków. A niech tam, nalej.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>Wino zostało rozlane. Następnie skosztowane.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Rzeczywiście dobre, sprowadź kilka skrzynek na mój rachunek do Wieży Bractwa.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Zamierzasz leczyć niepokoje winem? – błysnął uśmiechem szpieg, jednak zaraz się opamiętał. Pomimo, że staruszek był zwykle życzliwy i skory do wybaczania drobnych obraz, to nadal władał mocą zdolną spopielić Vexa, budynek, w którym był oraz całą dzielnicę. – Dobra, nie było pytania.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Hm, widzę, że wyprzedzasz moje reakcje. Dobrze, że pracujesz dla mnie.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Zaiste, zaiste, starcze…</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;text-align:center;" align="center">*<span> </span>*<span> </span>*</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;">
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>Kapitan Thras’goth Orlantar, oficer zamkowy Kła, spokojnie spał sobie w swoim domu w dzielnicy najbogatszej szlachty. Obok niego leżały dwie kompletnie nagie półelsanki o czarnych włosach i migdałowych oczach, bliźniaczki. Obie były krańcowo wyczerpane i wyglądały jakby przebiegło po nich stado rozjuszonych słoni. Nie można było zaprzeczyć, że Kapitan Orlantar był uzdolniony w ars amandi i to wcale nieźle.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Ty, bierzemy go, czy robimy zawieruchę? – mignął Dreuz palcami w stronę Gothroma.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Bierzemy po cichu. Nie możemy sobie pozwalać na zwracanie uwagi, przyjacielu.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>- Jasne, przyjacielu. – odmignął mu ponownie Dreuz.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>Język migowy, którym się posługiwali dwaj skrytobójcy został wymyślony przez ową dwójkę, gdy jeszcze należeli do Akademii Nosgoth, całkiem jawnej szkoły skrytobójców, potężnego narzędzia w rękach patrycjatu Nosgoth. Żaden z mistrzów szkoły nie podejrzewał jednak, że dwaj najlepsi studenci są zdrajcami, że któregoś dnia dostaną rozkaz i zdekapitują Akademię, zabijając całą Radę Siedmiu i uciekając. Nikt tego nie spodziewał. Oprócz, naturalnie, Dreuz i Gothroma.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>Obaj mieli nawet podobny sposób poruszania, charakteryzujący się cichy, pewnym krokiem, przypominającym nieodłącznie skradającego się kota. Posługujący się taką samą bronią, znający te same posunięcia podczas walki tworzyli zespół zgrany do tego stopnia, że niewiele śmiertelników mogłoby im stawić czoła.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>No, ale w Czerwonym Kle mieszkali praktycznie tylko magowie.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>A to komplikowało sprawy.</p>
<p class="MsoNormal" style="margin-left:18pt;"><span> </span>Uderzenie ci