<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>muzyka-elektroniczna &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/muzyka-elektroniczna/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "muzyka-elektroniczna"</description>
	<pubDate>Wed, 15 Oct 2008 20:01:00 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[„Strefa Inne Brzmienia. Lublin-Lwów” – refleksje po]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=124</link>
<pubDate>Mon, 21 Jul 2008 18:49:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/07/21/%e2%80%9estrefa-inne-brzmienia-lublin-lwow%e2%80%9d-%e2%80%93-refleksje-po/</guid>
<description><![CDATA[
Takiego wydarzenia jeszcze w Lublinie nie było. Przez 9 dni Kozi Gród był prawdziwą stolicą eu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignnone" src="http://fc04.deviantart.com/fs32/f/2008/201/c/9/MARCIN_MASECKI_TRIO_8_by_grablesky.jpg" alt="" width="458" height="311" /></p>
<p>Takiego wydarzenia jeszcze w Lublinie nie było. Przez 9 dni Kozi Gród był prawdziwą stolicą europejskiej kultury - różnego rodzaju wystawy, warsztaty, panele dyskusyjne oraz przede wszystkim koncerty wpisały się w codzienny rytm Lublina. Pierwsza edycja festiwalu „Strefa Inne Brzmienia. Lublin-Lwów" przeszła do historii. Teraz czas na wnioski.</p>
<p><img class="alignright" src="http://fc06.deviantart.com/fs32/f/2008/202/b/9/HAYDAMAKY_8_by_grablesky.jpg" alt="" width="229" height="337" /></p>
<p>Po pierwsze organizacja. Billboardy, reklama w prasie, Internet itd. - tu bez zarzutu. Trzeba było naprawdę złej woli będąc na miejscu w Lublinie, by nie zauważyć festiwalu. W przyszłości warto zawalczyć o większą reklamę, ale już w skali kraju, tym bardziej, że jest się czym chwalić. Dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie karnetów na koncerty, bo po podliczeniu cen wszystkich biletów w tym roku, wychodzi jednak dość spory koszt zwłaszcza jak dla mieszkańca wschodniej części Polski. Wydaje się, że karnety zbiłyby choć w jakimś stopniu te ponad 250 zł. Lokalizacja występów jest silną stroną organizatorów, bo wyróżnia festiwal spośród innych odbywających się w naszym kraju, ale tu też pojawiają się wątpliwości, np. kwestia otwartego dla wszystkich koncertu finałowego. Zakładając, że w przyszłości „Inne Brzmienia" będą cieszyć się większym zainteresowaniem, należy się zastanowić nad ograniczeniem ilości wpuszczanych widzów albo po prostu biletowaniem wszystkich koncertów. To jednak zbyt mała przestrzeń, by pomieścić wszystkich chętnych. Inna sprawa, to „kwiatki" pokroju okoliczni mieszkańcy próbujący z okien zakłócić ludziom odbiór muzyki.</p>
<p><img class="alignleft" src="http://fc03.deviantart.com/fs32/f/2008/201/1/7/MARCIN_MASECKI_TRIO_1_by_grablesky.jpg" alt="" width="190" height="280" /></p>
<p>Po drugie koncerty. Warto się trzymać obranej formuły, tzn. zapraszać artystów reprezentujących różne, acz nie tak znowu odległe gatunki (festiwal chyba jak żaden inny w Polsce zrealizował postulat „muzyki ponad podziałami"), bo jest to rzecz wyróżniająca „Inne Brzmienia". Wykonawcy, na koncertach których byłem (Morcheeba, Maciej Maleńczuk, Wojciech Waglewski, Fisz, Emade, Haydamaky, Voo Voo) pokazali się z dobrej strony i niektórzy będą musieli poważnie zweryfikować tezę o „zaścianku Polski" w kontekście Lublina, bo nikt tu nikogo nie traktował po macoszemu. Póki co organizatorzy zapunktowali pomysłowością organizując koncert otwarcia na szczycie Wieży Trynitarskiej oraz kilka innych na dziedzińcu u Dominikanów (żałuję, że ominął mnie występ Marcina Maseckiego, Raphaela Rogińskiego oraz Macio Morettiego, wg obiegowej opinii najlepszy na festiwalu). Zapewne za rok czy dwa nie będą to już tak świeże pomysły, ale to już melodia przyszłości podobnie, jak dobór wykonawców (zastanawiam się, czy eksplorując specyficzną jednak estetykę będzie kogo zapraszać bez ryzyka powtarzania artystów).</p>
<p><img class="alignnone" src="http://fc07.deviantart.com/fs32/f/2008/199/1/d/WAGLEWSKI_FISZ_EMADE_3_by_grablesky.jpg" alt="" width="468" height="318" /></p>
<p>Po trzecie przyszłość. Taki festiwal musi być kontynuowany, to nie ulega wątpliwości. Tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę starania Lublina o uzyskanie tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Jak wielkie jest zapotrzebowanie na wydarzenia tego typu pokazały koncerty. Uśmiechy na twarzach artystów nie brały się wyłącznie z czystej kurtuazji - musi być przyjemnie grać dla tak entuzjastycznie reagującej publiczności, co też się nie bierze znikąd. Zwyczajnie takiego wydarzenia brakowało i ludzie są spragnieni podobnych doznań, tym samym nie są zmanierowani, co często się zdarza w większych miastach. Choćby tylko dla tego faktu „Strefa Inne Brzmienia. Lublin-Lwów" musi mieć swój ciąg dalszy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Morcheeba – Festiwal Muzyki „Strefa Inne Brzmienia. Lublin – Lwów”, Lublin, 12.07.2008]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=117</link>
<pubDate>Mon, 14 Jul 2008 14:23:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/07/14/morcheeba-%e2%80%93-festiwal-muzyki-%e2%80%9estrefa-inne-brzmienia-lublin-%e2%80%93-lwow%e2%80%9d-lublin-12072008/</guid>
<description><![CDATA[
Koncert Morcheeby, zapowiadany, jako największe wydarzenie lubelsko-lwowskiego festiwalu okazał s]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img class="aligncenter size-full wp-image-118" src="http://lukaszkusmierz.wordpress.com/files/2008/07/dscn7948.jpg" alt="" width="450" height="337" /></p>
<p>Koncert Morcheeby, zapowiadany, jako największe wydarzenie lubelsko-lwowskiego festiwalu okazał się dowodem na to, że pierwsze wrażenie bywa czasami mylące.</p>
<p>W sobotni wieczór w Lublinie było gorąco i parno, co w kontekście pogody w pozostałej części kraju mogło zwiastować potężną burzę w trakcie koncertu lub w dalszym ciągu saunę. Tak źle i tak niedobrze. Zastanawiała lokalizacja sceny - na lubelskiej starówce, tuż obok Trybunału Koronnego wciśnięta pomiędzy zabytkowe kamienice. Cena biletów (99 zł), mała jak na występ zagranicznej gwiazdy, ale całkiem spora, jeśli brać pod uwagę region i fakt, iż w związku z wakacjami 1/3 miasta wyjechała (czyli studenci) nie nastrajała optymistycznie co do frekwencji i faktycznie - jeszcze kilka minut przed występem Morcheeby była ona przerażająco niska. Dość powiedzieć, że Ross Godfrey na teren festiwalu przemknął wśród ludności praktycznie niezauważony, nienagabywany o autograf czy rozmowę. Potem jednak na scenie pojawił się sześcioosobowy skład i zaczął się koncert.</p>
<p><img class="size-full wp-image-119 alignleft" src="http://lukaszkusmierz.wordpress.com/files/2008/07/dscn7957.jpg" alt="" width="270" height="360" /></p>
<p style="text-align:justify;">Są takie występy, które choć ściągają największe gwiazdy muzyki i tłumy odbiorców, nie elektryzują. Są też takie, które wg racjonalnych przesłanek powinny zakończyć się katastrofą, tymczasem jest zupełnie na odwrót. W sobotni wieczór między Brytyjczykami a lubelską publicznością była chemia. Pierwsi wyluzowani, z uśmiechami na twarzach, ewidentnie zadowoleni i troszeczkę oszołomieni tak gorącym przyjęciem. Drudzy - zaskoczyli z kolei mnie. Okrzyki aprobaty, rzęsiste brawa pomiędzy utworami, które ucichały w jednej sekundzie, gdy zespół zaczynał grać, taniec, nieśmiałe pląsy, uśmiechy na twarzach. Poza tym pełen przedział wiekowy, ale odbiór muzyki jednorodnie pozytywny.</p>
<p><img class="size-medium wp-image-120 alignright" src="http://lukaszkusmierz.wordpress.com/files/2008/07/dscn7951.jpg?w=225" alt="" width="225" height="300" /></p>
<p>Morcheeba sprawę hitów załatwiła na samym początku grając już jako drugie, oczywiście entuzjastycznie przyjęte przez publiczność „Otherwise". Cały set na szczęście nie okazał się promocją ostatniej tylko płyty „Dive Deep", którą reprezentowały przede wszystkim singlowe „Enjoy the Ride", „Gained the World" czy zaśpiewane przez basistę Bradleya Burgessa „Run Honey Run". Dużo było starszych numerów m.in. znane z „Big Calm" „The Sea", „Trigger Hippie", „Over and Over" z wejściem ciężkiego bitu po pierwszej zwrotce, „Blindfold", „Part of the Process" czy chyba najbardziej żywiołowo przyjęte przez publikę „The Music That We Hear (Moog Island)". W pewnym momencie w powietrze wystrzeliły parasolki, zaczął padać deszcz. Na szczęście pogoda nie zniszczyła tego wieczoru i po kilku minutach wszelką ochronę przed zmoknięciem można było schować. Z resztą sam band podtrzymywał temperaturę - tu szczególne słowa uznania dla wokalistki Mandy. Wiadomo, że nie jest łatwo zastąpić charyzmę i ciekłokrystaliczny głos Skye Edwards. Francuzka kipi energią na scenie, czaruje urokiem osobistym i ma bodaj najbardziej zbliżoną barwę głosu do Skye ze wszystkich wokalistek, które pojawiły się w Morcheebie po jej odejściu. Reszta zespołu również w formie, a Ross wycinał całkiem zgrabne solówki na gitarze. Tym samym wiadome było, że fani wyciągną skandowaniem „Mor-chee-ba" zespół na bisy, na których wybrzmiały m.in. zaśpiewane po francusku przy akompaniamencie gitary akustycznej „Au-delà" (jakiś widz nie wytrzymał i krzyknął ekstatycznie do artystów, czym wywołał uśmiech na twarzy Rossa) i oczywiście roztańczony überhit „Rome Wasn't Built in a Day". W sumie zespół zagrał mniej więcej półtorej godziny. Prywatne rozczarowania? Tylko jeden utwór z „Charango".</p>
<p><img class="aligncenter size-full wp-image-121" src="http://lukaszkusmierz.wordpress.com/files/2008/07/dscn7954.jpg" alt="" width="450" height="337" /></p>
<p>Lokalizacja koncertu okazała się udanym posunięciem. Otwarta przestrzeń, ale jednocześnie bliskość starych kamienic wywołuje wrażenie, jakbyśmy byli w jakimś zabytkowym pałacu z otwartym dachem. Mury bardzo ładnie zbierały dźwięk, a nad sceną górowała Wieża Trynitarska. Cena biletów spowodowała to, że na Morcheebę przyszli ci, którzy autentycznie chcieli tam być, co było widać po reakcji zgromadzonych na placu ludzi oraz po twarzach muzyków. Z resztą w pewnym momencie Ross Godrefy (wznoszący co jakiś czas toasty z kubeczka z wiadomym raczej płynem i z butelek Budweisera) rzucił do ludzi, iż chciałby być wśród nich i zamiast grać, bawić się tak jak oni tego wieczora.</p>
<p><em>Za pomoc przy opracowywaniu relacji i zdjęcia dziękuję Kamili.</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Őszibarack „Plim Plum Plam”]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=115</link>
<pubDate>Thu, 10 Jul 2008 15:07:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/07/10/oszibarack-%e2%80%9eplim-plum-plam%e2%80%9d/</guid>
<description><![CDATA[

Brzoskwinia (Persica), niewysokie drzewo owocowe z rodziny różowatych, pochodzenia chiń.; w cie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><img class="alignnone" src="http://merlin.pl/Plim-Plum-Plam-Digipack_Oszibarack,images_big,23,2154192.jpg" alt="" width="200" height="200" /></p>
<p style="text-align:justify;">
<p><em>Brzoskwinia (Persica), niewysokie drzewo owocowe z rodziny różowatych, pochodzenia chiń.; w cieplejszych strefach klimatu umiarkowanego uprawia się odmiany b. zwyczajnej (P. vulgaris); owoce żółte, omszone, z rumieńcem, soczyste; deserowe i na przetwory (Encyklopedia popularna PWN, Warszawa, 1982). </em></p>
<p>Őszibarack mają „problem". Granie, jakie proponują, wymyka się stereotypowemu wyobrażeniu przeciętnego polskiego słuchacza na temat muzyki elektronicznej. Jeśli przyjąć, że wedle tego schematu myślowego elektronika jest muzyką „lekką, łatwą i przyjemną", to na „Plim Plum Plam" jest faktycznie lekko i przyjemnie... Ale już nie łatwo. Zapomnijcie o klasycznym 120 beats per minute + 2-3 loopy + jakiś wokal. Agim Dżeljilji, producent płyty i głównodowodzący ekipy z Wrocławia, postawił na tym LP tyle ścieżek, że amator coweekendowych techniawek złapie się za głowę. Pełno tu żywych instrumentów - jest gitara, bas, perkusja, skrzypce, altówka, trąbki, róg plus kilka innych. W dodatku czasami słuchacz ma wrażenie, że obcuje nie tyle z klubową załogą, co regularną orkiestrą swingową!</p>
<p>Odbioru nie ułatwia Patrisia, czyli wokalistka i autorka tekstów. Raczej nie poskandujecie sobie z nią na koncertach. Liryki często zahaczają o <em>storytelling</em>, żadne tam radiowe refreny, poza tym wszystkie zostały napisane po angielsku i nie jest to angielszczyzna typu „I love you and you love me". O nie nie nie. Dobrze, że jest książeczka, a i tak wiele osób będzie się posiłkować słownikiem angielsko-polskim. Dominuje tematyka związkowo-duchowo-fizyczna („Liquid Song", „Toss Your Lasso", „Motocross", „Molly" czy „Twitter"), ale również pojawia się np. wątek cygańskiego życia i swoistego carpe diem: „I'm so familiar with station smell/Lack of ticket/Lack of home" („Surfin' Safari"). Aha, kto dotąd nie słyszał Patrisi z tego, co robi w Őszibarack czy wcześniej w Husky, ma zagwarantowane dodatkowe przeżycia. Jej wokal ludzie różnie odbierają, ale na pewno nie pozostają wobec niego obojętnym. Ja tam lubię i kibicuję od pierwszego spojrz...Yyy, usłyszenia.</p>
<p>Nie uraczycie tu singli skrojonych na miarę (radiowych list przebojów) i to raczej wynika z drogi, jaką obrał zespół, niż z indolencji songwriterskiej. Nie ta filozofia grania. Z resztą jeden z bardziej chwytliwych na płycie utworów, wspomniany już wcześniej „Surfin' Safari" został w wersji „radio edit" z ponad 6 minut obcięty do 3 minut z hakiem. Ot, znak czasów. Inne mocne punkty „Plim Plum Plam"? Na pewno „Point Blank", który ze swoim wstępem (witalną perkusją i kolejno aktywującymi się instrumentami) jawi się, jako idealny opener koncertów, rozbrykane „A Piece of Work" („Boo-yah boo-yah"!) z elektroniczną sieczką w samym środku utworu i największy „hit", czyli „Stop Calling Me Skinny". Szalejący po pięciolinii „plumkający" klawisz, równo przycięty bicik i chyba najbardziej „radio friendly" refren z całej płyty. No i Patrisia ze swoimi wokalizami, ale to wiadomo.</p>
<p>W pierwszym odruchu chciałem zaklasyfikować „Plim Plum Plam" do „ambitnej elektroniki", ale to by ewokowało skojarzenia takie, iż elektronika generalnie nie jest muzyką ambitną, a na to zgody z mojej strony nie ma. Płytę wrocławian znalazłem na półce „nowe brzmienia" i to jest najbezpieczniejsze określenie, a jeszcze lepiej jest mówić o muzyce Őszibarack, jako o... Muzyce Őszibarack.</p>
<p><em>Őszibarack (język węgierski) - brzoskwinia (Wikipedia).</em></p>
<p><a href="http://www.myspace.com/oszibarack" target="_blank"><strong>Posłuchaj</strong></a></p>
<p style="text-align:justify;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Air France „No Way Down [EP]”]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=113</link>
<pubDate>Sat, 05 Jul 2008 16:21:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/07/05/air-france-%e2%80%9eno-way-down-ep%e2%80%9d/</guid>
<description><![CDATA[
Bolączka każdego piszącego - jak za pomocą słów uchwycić nieuchwytne? W takich momentach mam]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignnone" src="http://www.klicktrack.com/assets/shops/sy/releases/yours0082/images/front-hirgb_200x200.png" alt="" width="200" height="200" /></p>
<p>Bolączka każdego piszącego - jak za pomocą słów uchwycić nieuchwytne? W takich momentach mam ochotę powiedzieć „nie, nie będę nic pisał - po prostu słuchajcie i pozwólcie muzyce oddziaływać, pozwólcie jej Was zmieniać". Mimo to zawalczę, bo jest o co.</p>
<p>Nazwa może być myląca, bo Air France to Szwedzi nagrywający dla wytwórni Sincerely Yours (m.in. The Tough Alliance). Ba, jeśli nazwa, to co dopiero sama muzyka, która lokuje się na przeciwstawnym biegunie, niż skandynawski chłód i dystans. Spójrzcie na okładkę. Ona doskonale ilustruje zawartość „No Way Down". Wspomnienia z dzieciństwa, dobre chwile wyidealizowane w naszej pamięci przez czas, pachnąca łąka, latawiec puszczony na wietrze, zabawa, beztroska, letnie wieczory, zachód słońca, przyjaciele na zawsze... Niby muzyka elektroniczna, stworzona na komputerze, a tyle w niej życia, tyle emocji, ludzkich emocji. Posłuchajcie np. „June Evenings", dla mnie najlepszego utworu na EP-ce, zaczynającego się nie jak zwykła piosenka, ale rzecz wyjęta z jakiejś bajkowej (nie)rzeczywistości - głos dziewczyny opiewający „ten" wyjątkowy czas, w tle odgłosy przyrody, delikatna pulsacja basu, wchodzą kolejne ścieżki i wreszcie potężne trąbki, które chwytają gdzieś głęboko głęboko. Smaczków tu, co nie miara - ot, początek zamykającego całość „Windmill Wedding". Wyciskające łzy z najbardziej zatwardziałych cudo wymakające się wszelkim próbom zamknięcia je w kilku słowach, wolne i nieuchwytne, jak konie, które słychać w tle. Brzmi pretensjonalnie? Cóż, muzyka Szwedów na pewno taką nie jest.</p>
<p>Przeganiające czarne chmury, pogodne „No Excuses", „Collapsing at Your Doorstep" z tekstem-definicją tej EP-ki: „Sort of like a dream, isn't it? No better", mistyczne, pachnące letnim deszczem „No Way Down" czy przenoszące nas w świat bajki, otwierające EP, podniosłe „Maundy Thursday" - tu nie ma brzydkiej, niepotrzebnej sekundy, nic tylko leżeć na trawie, patrzyć w niebo i frunąć. I tu pojawia się jeden, tak naprawdę jedyny zarzut wobec Air France. Z tej podróży, gdy już wybrzmi ostatni dźwięk, nie chce się powracać do szarej codzienności.</p>
<p><a href="http://www.klicktrack.com/klicktrack/releases/air-france/no-way-down" target="_blank"><strong>Posłuchaj</strong></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ladytron „Velocifero”]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=107</link>
<pubDate>Fri, 13 Jun 2008 16:54:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/06/13/ladytron-%e2%80%9evelocifero%e2%80%9d/</guid>
<description><![CDATA[
Wampirzyce electropopu powracają. Ok, może „wampirzyce&#8221; to lekkie nadużycie skoro w tym ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.popculturemadness.com/Entertainment/Pics/Ladytronheadline.jpg" alt="" width="200" height="200" /></p>
<p>Wampirzyce electropopu powracają. Ok, może „wampirzyce" to lekkie nadużycie skoro w tym zespole jest jeszcze dwóch facetów, ale wiadomo - to panie grają w ataku Ladytron. Poza tym, kto by się nimi przejmował skoro jest tam Mira Aroyo. <a href="http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?attachment_id=108" target="_blank"><a href="http://www.100xr.com/100_XR/Artists/L/Ladytron/Ladytron-band-2001.jpg" target="_blank">Mira człowieku (druga od lewej)!</a> </a>Prywata wcale bezwstydnie załatwiona, przejdźmy więc do meritum.</p>
<p>„Velocifero" to czwarte dziecko tego angielsko - bułgarsko - szkockiego konglomeratu. Kwartet słynący z arktycznej muzyki i takiego też wizerunku/zachowania na scenie ma w naszym kraju oddaną grupę fanów, co samo w sobie mogłoby się wydawać zaprzeczeniem (casus Kraftwerka wydaję się tu znamienny). Czy wyczekujący „Velocifero" będą ukontentowani? Na pewno. Co z resztą słuchaczy, którym nazwa „Ladytron" mówi tyle, co „savoir-vivre" popularnej blondynie reklamującej lody „K-oral"?</p>
<p>Reszta dostanie zwarty, trzymający dobry poziom album. Na „Velocifero" nie ma <em>killerów</em>, ale też brak... <em>Fillerów</em>. Gdyby jednak spróbować wskazać najjaśniejsze punkty, to pierwszy w kolejności byłby singiel „Ghosts". Fajny, bujający podkład, chwytliwy refren i te chłodne, ladytronowe „coś". Ciekawie, poprzez dołączanie się kolejnych ścieżek budowane jest napięcie w openerze „Black Car" zaśpiewanym nota bene po bułgarsku (ten patent powraca jeszcze w „Kletvie"). Wyróżnia się struktura ostatniej piosenki na LP, czyli „Versus" - wersy zbudowane na wzorze „something versus something", które wyśpiewuje najpierw sam kobiecy głos, potem wraz z męskim wokalem, by w końcu pozostał tylko ten drugi. W warstwie muzycznej - dość gęsto, epicko wręcz (pamiętajmy, że to ciągle electropop, a nie post-rock), kozacki motyw klawiszy. „They Gave You a Heart, They Gave You a Name", to kolejny numer w historii muzyki zbudowany na motoryce „Blue Monday", także nie może nie chwycić. Powala tłustość „Burning Up", osacza mrok „Predict The Day", ujmuje melodia „Tommorow".</p>
<p>„Velocifero" wydaje się być bardziej wyrównaną, ciekawszą i przez to lepszą płytą, niż poprzednia „Witching Hour". Z drugiej jednak strony tamta miała <a href="http://pl.youtube.com/watch?v=dtqGoHouoE0" target="_blank">„Destroy Everything You Touch"</a>. Tu nie ma takiej surowej, pierwotnej energii, która powodowałaby gęsią skórkę. Co kto lubi.</p>
<p><a href="http://www.myspace.com/ladytron" target="_blank"><strong>Posłuchaj</strong></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kagel i Stockhausen]]></title>
<link>http://concertone.wordpress.com/?p=10</link>
<pubDate>Wed, 26 Mar 2008 21:39:03 +0000</pubDate>
<dc:creator>maciek</dc:creator>
<guid>http://concertone.pl.wordpress.com/2008/03/26/kagel-i-stockhausen/</guid>
<description><![CDATA[Owoców nadrabiania lekturowych zaległości ciąg dalszy.
Z UbuWeb można ściągnąć mało znan]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Owoców nadrabiania lekturowych zaległości ciąg dalszy.</p>
<p>Z <a href="http://www.ubu.com/" target="_blank">UbuWeb</a> można ściągnąć <a href="http://www.ubu.com/sound/kagel02.html" target="_blank">mało znany utwór Mauricio Kagla <em>Der Schall</em> (1968)</a>. Szczerze mówiąc, zupełnie niewykluczone, że był tam od bardzo dawna - w końcu ta strona jest prawdziwą kopalnią i łatwo czegoś nie zauważyć. Tym, którzy tego jeszcze nie znają, polecam <a href="http://www.ubu.com/sound/polish.html" target="_blank">podstronę z polską muzyką elektroniczną ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia</a> (Dobrowolski, Knittel, Kotoński, Mazurek, Penderecki, Rudnik, Schaeffer, Sikorski, Wiszniewski, a także Francuz François-Bernard Mâche).</p>
<p>Z kolei ze<a href="http://www.virgilmoorefield.com/" target="_blank"> strony Virgila Moorefielda</a> można ściągnąć 11-minutowy filmik (.mov) z <a href="http://www.virgilmoorefield.com/Stockhausen.html" target="_blank">jedną sceną <em>Helikopter-Streichquartett</em> Stockhausena w autorskim opracowaniu</a> (modele zamiast prawdziwych helikopterów, kwartet gitarowy zamiast smyczkowego itd.) zespołu Digital Music Ensemble.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[10 lat „Moon Safari”]]></title>
<link>http://lukaszkusmierz.wordpress.com/?p=45</link>
<pubDate>Sat, 16 Feb 2008 15:45:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>lukaszkusmierz</dc:creator>
<guid>http://lukaszkusmierz.pl.wordpress.com/2008/02/16/10-lat-%e2%80%9emoon-safari%e2%80%9d/</guid>
<description><![CDATA[
Rzęsisty deszcz rozbijający się o taflę wody, późny wieczór/noc. Z ciszy powoli wyłania si]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.astralwerks.com/air/grfx/air_safari.gif" align="middle" height="310" width="163" /></p>
<p>Rzęsisty deszcz rozbijający się o taflę wody, późny wieczór/noc. Z ciszy powoli wyłania się spokojny bit, a po nim kolejne warstwy klawiszy generowane z różnej maści syntezatorów. Na pierwszy plan wybija się solo na organach przywołujące skojarzenia z niejakim Rayem Manzarkiem. Kolejne faktury dźwięków zagęszczają piosenkę, wreszcie pojawiają się hand clapy, które towarzyszą nam już do końca tego w całości instrumentalnego utworu. „La femme d'argent" to zaprzeczenie typowego open tracka - leniwy, ale zwarty i spójny wewnętrznie trwający ponad 7 minut numer, czyli zagranie, na które w tym miejscu mogli sobie pozwolić tylko najwięksi.</p>
<p><i>Jean Benoit-Dunckel i Nicolas Godin. Zanim zaczęli razem działać jako Air, pierwszy studiował matematykę, drugi architekturę. Wcześniej wraz z kilkoma innymi muzykami grali w zespole o nazwie Orange. W momencie ukazania się „Moon Safari" obaj mieli po 29 lat.</i></p>
<p>Intensywny, charakterystyczny motyw rozpoczyna piosenkę. Wchodzi perkusja i zmysłowo przeciągane słowa „sexy boy" - tak brzmi refren pierwszego singla z „Moon Safari". Z kolei zwrotka „Seksownego chłopaka" to erotyczna gra ledwie muskanych klawiszy i witalnego, nadającego numerowi drapieżności basu. Kontrast delikatnie w zwrotce, intensywniej w refrenie zostaje dopełniony solo na moogu i jeśli ktoś jeszcze miał wątpliwości, to w tym momencie zostały one rozwiane. „Sexy Boy" to najwspanialsza audio-ilustracja dwójki kochanków, jaką mógł przynieść schyłek lat dziewięćdziesiątych.</p>
<p><i>Air, czyli w tłumaczeniu na polski „powietrze". To jedna z możliwych interpretacji nazwy zespołu. Tą bardziej odpowiadającą prawdzie, jest rozwinięcie pierwszych liter układających się w wyraz „Air" w „Amour", „Imagination", „Reve", a więc „miłość", „wyobraźnię", „sen/marzenie".</i></p>
<p>„All I Need" jest jednym z utworów, dzięki którym najmocniej odżywają moje wspomnienia z lat dziecięcych. Właśnie wtedy zgłębiałem fenomen telewizji kablowej, a Viva i MTV bardzo często puszczały video do wspomnianego singla (dziś ciężko uwierzyć, że takie piosenki jeszcze 10 lat temu były hołubione przez stacje muzyczne). Wstęp zagrany na korgu, czyli rzecz, która jest równie mocno zapisana w mojej pamięci, co i pierwszy pocałunek, wyznanie pięknie zaśpiewane przez Beth Hirsch z równie mądrymi, uniwersalnymi, co i oczywistymi słowami-prawdami: „All in all there's something to give / All in all there's something to do / All in all there's something to live / With you...", no i te końcowe takty bezczelnie zgapione przez rodzimych hip hopowców (kto słuchał polskiego hh w tamtych czasach bez trudu odgadnie których). Takie rzeczy były wtedy „modne", szok jak wiele się zmieniło, gdy o tym głębiej pomyśleć.</p>
<p><i>„Moon Safari" był pierwszym albumem wydanym przez Air. Za debiutancki album nie należy raczej uznawać „Premiers Symptomes", który to ukazał się wprawdzie wcześniej, bo w 1997 roku (reedycja w 1999 r.), ale zawierał jedynie luźny zbiór singli z początków działalności francuskiego duetu.</i></p>
<p>Rozbiegane oczy publiczności, dwójka dziewczyn zaciekle grających w ping ponga na jakimś turnieju, przebitka na Jeana i Nicolasa, którzy grają na konsoli w kultowego Ponga. Czemu Kelly (jedna z zawodniczek) „ogląda gwiazdy"? Zobaczcie sami, jeśli spędziliście lata 90 odłączeni od telewizji i nie widzieliście jakimś cudem kolejnego katowanego wówczas przez stacje singla Air. Singla zmienionego w warstwie muzycznej w stosunku do wersji albumowej, dodajmy. „Kelly Watch the Stars" z „Moon Safari" brzmi lepiej, niż ta sama piosenka z wideoklipu. Jest przede wszystkim soczystsza, bogatsza w instrumenty, przez to cieplejsza, a i potencjał hookowy ma lepszy. Kolejny bezbłędny utwór na bezbłędnej płycie.</p>
<p><i>Gitara basowa, perkusja, mini moog, tamburyn, rhodes, instrumenty smyczkowe, organy, fortepian, korg MS20, gitara akustyczna, flet poprzeczny, gitara elektryczna, wurlitzer, vocoder, casiotone, cymbałki, clavinet, harmonijka, tuba, mellotron - to instrumenty użyte na „Moon Safari", efektów nawet nie próbuję liczyć. Dzięki nim debiutancki longplay Francuzów, choć jest nowocześnie zaaranżowany, brzmi tak bardzo retro. </i></p>
<p>Spalona słońcem preria, niebo zachodzi szkarłatem kończącego się dnia, a nad ziemią unosi się piach wydobywający się spod końskich kopyt. „Talisman" od zawsze kojarzył mi się z archetypową sceną z większości westernów, wiecie, oto na swym rumaku w kierunku widnokręgu pędzi samotny jeździec. Jeśli przyjąć takie porównanie, to z każdym taktem ta jazda jest coraz szybsza, bardziej dynamiczna, a uczucia pędu i pełnej swobody, które towarzyszą takiej chwili zostają uchwycone w „Talismanie" przez mistrzowskie partie zagrane na syntezatorach.</p>
<p><i>W 1998 roku media zaczynały powoli kierować swój wzrok w stronę odnoszących coraz większe sukcesy hip hopowców. Wtedy (jeszcze) mainstreamowe wydawnictwa z tego gatunku godziły w przeważającej części wysoki poziom artystyczny z solidną ilością sprzedanych egzemplarzy. Nie był to czas, w którym Air mogło startować z uprzywilejowanej pozycji, mimo że sukcesy odnosili tacy wykonawcy, jak Tricky czy Morcheeba, to jednak byli to muzycy z trochę innej bajki. W tym kontekście nie dziwi zachowawcze 7.9 od Pitchforka (wydane 6 lat później „Talkie Walkie" zostanie ocenione na 8.3), jednak większość krytyków rozpływała się w zachwytach nad talentem Francuzów, a „Moon Safari" wylądowało w czołówce wielu podsumowań za rok 1998. </i></p>
<p>„Remember together, remember forever" - zapamiętaj tę chwilę, gdy jesteśmy razem, zapamiętaj ją na zawsze. Refleksyjne „Remember" może odnosić się do chwil spędzonych razem przez parę zakochanych ludzi, ale równie dobrze może ewokować obrazek przedstawiający przyjaciół, którzy właśnie przeżywają wspólnie coś dobrego, coś, co utkwi w ich pamięci do końca życia lub... Ciebie i mnie słuchających „Moon Safari". „Souviens toi ce jour-là, toi et moi" - zapamiętaj ten dzień, ty i ja.</p>
<p><i>„Moon Safari" zachwyciło nie tylko krytykę. Album sprzedawał się świetnie na całym świecie, duet zaczął podbijać również listy przebojów w Stanach Zjednoczonych, tam też jesienią 98 r. dał koncert w kolebce grunge, Seattle. Ponadto zespół został zaproszony do legendarnego brytyjskiego programu Top of the Pops, a pod koniec roku rozpoczął trasę koncertową po Europie. W rodzimej Francji Air triumfowali m.in. w plebiscycie „Victoires de la Musique" w kategorii najlepszy album techno/dance, a ich krajanka i znana diva Francoise Hardy nagrała piosenkę Jeana i Nicolasa, „Jeanne" (pochodzącą z b-side'u singla „Sexy Boy"). </i></p>
<p>Majaczące, ledwie zaznaczone muzyczne tło oraz delikatny, piękny i kruchy zarazem niczym porcelana głos Beth Hirsch: „How'd you do it? How'd you find me? / How did I find you? / How can this be true? / To be held and understood". „You Make It Easy" to chyba najbardziej wyciszona piosenka na „Moon Safari", a na pewno najbardziej poruszająca. Jednocześnie jest to kolejny namacalny dowód geniuszu Jeana Benoit-Dunckela i Nicolasa Godina, czyli jak napisać nowoczesną piosenkę retro, zagraną na klasycznych instrumentach, a mieszczącą się w szufladce z napisem „elektronika".</p>
<p><i>Po „Moon Safari" Air nagrali jeszcze 4 albumy - „The Virgin Suicides", „10 000 Hz Legend", „Talkie Walkie" oraz „Pocket Symphony". Osobną kategorię stanowi płyta „Everybody Hertz", która to zawiera remixy z „10 000 Hz Legend" w większości wykonane przez innych, znanych artystów (m.in. Modjo czy The Neptunes). W tej dyskografii znajdują się momenty zarówno lepsze („Walkie Talkie"), jak i mocno krytykowane („Pocket Symphony"). Poza tym Air uczestniczyli w tak oryginalnych projektach, jak nagranie płyty-słuchowiska opartego na książce Alessandro Baricco „City Reading-Tre Storie Western" i współpracowali z innymi muzykami (płyta „5:55" Charlotte Gainsbourg, córki Jane Birkin i Serge Gainsbourga). Nie należy zapominać również o solowym albumie Jeana nagranym przez niego w 2006 roku pod pseudonimem Darkel. Repertuar Air bywa coverowany przez innych artystów, np. wersję „Sexy Boy" Franz Ferdinanda można znaleźć na stronie „b" singla „Walk Away" szkockiej grupy. </i></p>
<p>Promyki słońca wpadają przez okno i nie dają nam spać ani chwili dłużej. Natura budzi się do życia, rozpoczyna się kolejny wiosenny dzień. Pogodna partia zagrana na tubie nie pozostawia wątpliwości, że to będzie dobry dzień. Dziś możesz spróbować zrealizować ambitne plany, które od dawna chodziły Ci po głowie - jest szansa, że wszystko się uda. „Ce matin-là" jest jak całe „Moon Safari", tylko jeszcze „bardziej" - nie spotka Cię tu nic złego, nieprzyjemnego, smutnego. Możesz im zaufać.</p>
<p><i>Twórczość Air jest silnie związana z kinem. Szczególnie mocno współpracują z amerykańską reżyserką Sofią Coppola - ich piosenki wchodziły na większość ścieżek dźwiękowych do jej filmów, a płyta „The Virgin Suicides", to przecież nic innego, jak soundtrack do obrazu Coppoli pod tym samym tytułem. Ponadto wiele piosenek Jeana i Nicolasa powstało z inspiracji kinem. „Le voyage de Penelope", „Cassanova ‘70", to nazwy filmów, a Kelly z „Kelly Watch the Stars" pojawiła się w wyniku fascynacji dwójki Francuzów postacią z serialu „Aniołki Charliego" graną przez Jaclyn Smith. </i></p>
<p>Leniwie, jakby od niechcenia trącane struny akustycznej gitary, jeszcze bardziej „rozlazłe" klawisze, bit będący zaprzeczeniem rozkwitającego wówczas „French touch" i przemykające w tle odgłosy bawiących się dzieci. W 3:17 i 3:32 spadają jakieś dziwne, elektroniczne komety. „My baby blue is a new star in the sky" przewijające się przez cały track. Na początku 5 minuty znowu harmider rozbawionych maluchów. „New Star in the Sky (Chanson pour Solal)" to już ostatni „powrót do przeszłości" na „Moon Safari".</p>
<p><i>Do źródeł inspiracji Air często wrzuca się wykonawców z gatunku „oczywistych", jak np. Jean Michel Jarre czy Vangelis. Sami artyści swoich „ojców chrzestnych" upatrują jednak w kim innym: „Przypuszczam, że nasze inspiracje, to współcześni kompozytorzy, jak Philip Glass czy nawet muzycy klasyczni z początku XX wieku, jak Ravel lub Erik Satie" mówi Jean. Odcinają się również od wrzucania ich do jednego worka z wykonawcami pokroju Daft Punk czy Cassius: „Coraz bardziej staramy się odejść od brzmienia pop. Nie mamy nic wspólnego z DJ-ami, ponieważ jesteśmy czystej krwi muzykami. Nasza muzyka eksploruje bardziej harmonię, niż rytm" przyznaje artysta. </i></p>
<p>Penelope to najatrakcyjniejsza kobieta w całym lokalu. Piękna, seksowna, rezolutna, wyniosła. Wszyscy mężczyźni oglądają się za nią, ale ona ich nie dostrzega. Możesz zabiegać o jej względy, ale i tak to nic nie da, bo to ona ustala reguły gry i wybiera sobie kochanków. Mimo, że wiesz, iż igrasz z ogniem ciągnie Cię do niej, jak ćmę do światła... „Le voyage de Penelope'' kończy kosmiczne safari z Air pozostawiając słuchacza z poczuciem audialnego spełnienia.</p>
<p><i>W 1998 roku Francuzi mieli powody do dumy z jeszcze jednego powodu. Na przełomie czerwca i lipca odbyły się w tym kraju Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Impreza była perfekcyjnie zorganizowana, mecze toczone na wysokim poziomie, a w finale reprezentacja „Tricolores" pokonała jedenastkę Brazylii 3:0 po dwóch golach Zinedine Zidane'a i trafieniu Emanuela Petit.</i></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
