<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>moczar &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/moczar/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "moczar"</description>
	<pubDate>Tue, 07 Oct 2008 07:01:17 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[O transformacji, na marginesie rocznicowej fety]]></title>
<link>http://woyke.wordpress.com/?p=185</link>
<pubDate>Tue, 11 Mar 2008 21:46:11 +0000</pubDate>
<dc:creator>Piotr Woyke</dc:creator>
<guid>http://woyke.pl.wordpress.com/2008/03/11/o-transformacji-na-marginesie-rocznicowej-fety/</guid>
<description><![CDATA[Swego czasu bywałem podirytowany, gdy obcując z mediami, które u nas zwie się &#8220;liberalnymi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Swego czasu bywałem podirytowany, gdy obcując z mediami, które u nas zwie się "liberalnymi", czytałem o Marcu'68 jak o jakimś pierwszym wielkim, antykomunistycznym wystąpieniu. Irytowało mnie porównywanie "biletów w jedną stronę" do Holocaustu, subtelne przylepianie niektórym historykom miana "pogrobowców Moczara", a w szczególności stawianie znaku równości pomiędzy rozruchami w Niemczech i Francji, oraz tymi w Polsce i Czechosłowacji. Szczególnie uderzało mnie jednak budowanie marcowego mitu, jakby to on miał się stać początkiem drogi do III RP. Oczywiście każdy pisze historię pod własną legendę, ale w pewnym momencie wydawało mi się, że środowisko związane z KORem nieco się wywyższa ponad innych, zapominając o innych grupach opozycyjnych.<br />
Wreszcie pewnego pięknego, weekendowego poranka (ostatnio takie bywają), czytając wywiad naiwnego dziennikarza z "Aktivista" z Janem Lityńskim, pogodziłem się z czymś, co już od dawna mi chodziło po głowie.</p>
<p>Nie wdając się w teorie spiskowe, jakie klasyczni "prawicowcy" snują przy piątym w piwie- studenci, którzy protestowali czterdzieści lat temu, byli dziećmi socjalizmu. Ich idee wyrosły na gruncie narzuconego z zewnątrz systemu. Ich priorytetem nie było przykładowo ujawnienie prawdy o Katyniu, czy przywrócenie święta 3 maja. Chodziło o obronę wyrzuconych z uczelni kolegów, a i pewnie Praska Wiosna robiła na nich wielkie wrażenie. Adam Michnik sam ostatnio przyznał w wywiadzie, że ówczesna tłumaczenia przed sądem do dzisiaj czynią z niego w oczach wielu ludzi komunistę. Ludzie pokroju Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, czy samego redaktora naczelnego Wyborczej, nigdy nie ukrywali swoich sympatii lewicowych. Pewne elementy marksistowskiej dialektyki, cynizm, sympatia do niektórych aparatczyków a także pewna skłonność do kopania dołków pod samym sobą (ujawniła się przy okazji afery Rywina) czynią z Michnika świetnego oponenta politycznego, ale i ośmieszają ludzi mówiących o "zdradzie w Magdalence" i "nieludzkim Szechterze". Trauma, którą przeżyło w 1968 roku środowisko współtworzące potem KOR, niewątpliwie wpłynęła na drogę, którą obrali w walce z komunistami. Przy tym nie można zapominać o innych pokrzywdzonych wówczas, niemniej to środowisko, nazywane "lewicą laicką" najskuteczniej walczyło później o swoje cele.</p>
<p>Do 1989 roku zdarzyło się bardzo wiele. Zacząłem mówić o Lityńskim, który stwierdził wprost, że IV RP wprost wynika z jakiegoś braku mitologicznego polskiej prawicy, który polega na tym, iż transformacja ustrojowa została dokonana przez ruchy lewicowe. Obiektywnie patrząc, presję kilku milionów ludzi pracy (wynikającą z gwałtownie pogarszającej się sytuacji w kraju) wykorzystała grupa sprytnych ludzi z własnym pomysłem na Polskę. Nieprzypadkowo, wśród nich byli m.in.Michnik i Kuroń, a także bliski im Geremek. Zmusili oni władze do zawarcia porozumienia, myśląc, że wyłoniony spośród robotników, prosty przywódca (Wałęsa) będzie łatwy do manipulowania. To, że elektrykowi-prezydentowi zamarzyła się samodzielna kariera to już inna sprawa. Z takiego punktu widzenia, marzec 1968 roku faktycznie zdaje się być początkiem przemian. Wydaje mi się, że takie problemy RP jak słabe społeczeństwo, niestałość polityczna i łatwowierność wyborców mogą się brać właśnie przez to, że zmiany w 1989 roku były na wskroś marksistowskie. Kręgosłupem zmian była ekonomia, a nie na przykład jakaś wzniosła ideologia. Nie była to klasyczna rewolucja, tylko wymiana ekipy rządzącej i ustroju na inny. Może gdyby czterdzieści lat temu niektórzy intelektualiści i politycy nie zawiedli się na komunistycznej biurokracji, historia wyglądałaby zupełnie inaczej?</p>
<p>Polscy dziennikarze często lubią porównywać nasz kraj z Hiszpanią. Bo tam również jest silny Kościół, zgodnie rozstano się z dyktaturą i zaczęto się bawić w demokrację. Pomijając absurdalność porównań Jaruzelskiego z Franco, często nie zauważają wymienionego wyżej powodu, czyli powodu przemian. Tego, że u fundamentu dyktatury frankistowskiej legł wielki ideologiczny spór, który rozgrywano przez kilka lat w bardzo krwawym pojedynku. W Polsce nie było żadnej wojny domowej, choć chwała IPNowi za promowanie wiedzy o powojennej konspiracji. Polska naszych dziadków, bądź rodziców stała się łupem wielkiego imperium, pierwszego swego rodzaju w dziejach. Mocarstwa, które wykorzeniało z tradycji politycznych. To przykre, ale nie wyobrażam sobie Kornela Morawieckiego wkraczającego na czele kolumny partyzantów do Sejmu. Co gorsza, nawet jeśli, to obawiam się, że mógłby zostać wyśmiany. Kompromis zawarty przez ludzi uświadomionych wydarzeniami z '68 roku z moczarowcami-moderatami (Jaruzelski itp) wydaje mi się być o wiele bardziej logiczniejszy.</p>
<p>Nawet Kaczyńscy nie uciekali prawie dwadzieścia lat temu od okrągłego stołu (domyślcie się kto był autorem pomysłu koalicji OKP z ZSL i SD). Czy w tej sytuacji faktycznie nie ma sensu "rozdrapywanie ran", "marnowanie pieniędzy" na politykę historyczną i prowadzenie tej "bestialskiej" lustracji? Nie, właśnie teraz zaczyna nabierać sensu, co więcej za jakieś 20-25 lat, kiedy do władzy dobierze się już nowe pokolenie (a może już wtedy nie będziemy mieli żadnej suwerennej władzy?) powyższe stanie się naprawdę potrzebne. Właśnie teraz, gdy PRL powoli przechodzi do tej mniej "żywej" historii, można się zabrać za prawdziwe, naukowe opracowywanie jego dziejów. Problemem jest oczywiście wykorzystywanie np.IPNowskich badań do ewentualnych celów politycznych, ale też coraz bardziej maleje grupa ludzi, których obchodzi czy ktoś miał teczkę, czy może nie.<br />
Może i "zgniły" kompromis w 1989 roku był konieczny. A może nie? Mniejsza, aby to ocenić powinniśmy najpierw pozwolić zbadać w spokoju pięćdziesiąt lat reżimu. Dopóki poważni profesorowie będą nienawistnie nazywać pracowników IPN "pseudohistorykami", będzie to o wiele trudniejsze.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[o marcu 1968 c.d.]]></title>
<link>http://gegenjay.wordpress.com/?p=409</link>
<pubDate>Sat, 08 Mar 2008 21:18:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>kilogram13</dc:creator>
<guid>http://gegenjay.pl.wordpress.com/2008/03/08/o-marcu-1968-cd/</guid>
<description><![CDATA[(prawy.pl)
Marcowe semikalia
smak do komunizmu
 Ach, jak ten czas leci! Jeszcze niedawno, to znaczy ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>(prawy.pl)</p>
<p><b>Marcowe semikalia</b><br />
smak do komunizmu</p>
<div class="index_wiadomosc_content_pierwsze_intro"> Ach, jak ten czas leci! Jeszcze niedawno, to znaczy 19 lutego, „cała Polska” obchodziła jubileusz 86 urodzin Władysława Bartoszewskiego. Z tej okazji jubilat otrzymał mnóstwo gratulacji, ale jakoś nie było słychać, by dostał jakąś nagrodę. Pewnie dlatego powiedział, że wprawdzie warto być przyzwoitym, co do tego nie ma żadnych wątpliwości, ale „nie zawsze się to opłaca”.</div>
<div class="index_wiadomosc_content_pierwsze_intro"><span class="index_wiadomosc_content_pierwsze_tresc">Czy ktoś wreszcie zrozumie tę aluzję? Przyzwoitość musi w końcu zacząć się opłacać, bo jak tak dalej pójdzie, to przyzwoitego człowieka trzeba będzie szukać u nas ze świecą. Co prawda płk Józef Rybicki mawiał, że przyzwoitych ludzi skrywa ziemia, ale widać zdarzają się wyjątki. Natychmiast resztą zauważyła to Magdalena Albright, która mając specjalnego nosa do skarbów od razu spenetrowała, że jednym z dwóch naszych skarbów narodowych jest właśnie Władysław Bartoszewski, a drugim – oczywiście sam „drogi Bronisław”, czyli Bronisław Geremek. Czy pani Albright tylko omyłkowo przypuszczała, że Władysław Bartoszewski, podobnie jak Bronisław Geremek, jest Żydem, czy też skomplementowała go autentycznie – tego oczywiście nie wiemy, chociaż niczego wykluczyć nie można, bo ona sama tez do końca nie była pewna, kim naprawdę jest. Raz na przykład była „Czeszką”, innym razem „czuła się” Serbką – zupełnie jak mickiewiczowski Konrad, co to „nazywał się Milijon, bo za milijony kochał i cierpiał katusze”.</p>
<p>Więc jeszcze niedawno, bo 19 lutego „cała Polska” obchodziła 86 urodziny Władysława Bartoszewskiego, a tu już następny, oczywiście znacznie ważniejszy jubileusz – bo 40 rocznica tak zwanych „wydarzeń marcowych”, kiedy to znowu doszło do wybuchu organicznego „polskiego antysemityzmu”, wskutek czego liczne skarby narodowe wraz z rodzinami, zostały „zmuszone do emigracji”. Rzeczywistość była jednak trochę bardziej skomplikowana, niż jej interpretacja, preparowana aktualnie zarówno przez „prasę międzynarodową”, organizacje „przemysłu holokaustu” oraz „światowej sławy historyków”, zatem – incipiam.</p>
<p>Po śmierci Chorążego Pokoju i Nauczyciela Ludzkości, która jak wiadomo, nastąpiła 5 marca 1953 roku, coraz bardziej paląca stawała się kwestia, kto będzie odpowiadał za ludobójstwo. Wiadomo przecież, że sam Stalin osobiście nie zamordował 100 milionów ofiar, nie zatłukł ich na śledztwach, nie zrywał im paznokci i tak dalej. Ktoś przecież musiał mu pomagać. Kto? Kogo teraz wskaże nieubłagany palec? W takich momentach liczy się refleks, którym w Polsce wykazali się stalinowcy pochodzenia żydowskiego, zarówno na wysokich, jak i na niższych szczeblach. „Szef, co mu dawał dyrektywy, uderzył zaraz w ton płaczliwy, (...) więc choć sam kazał łamać kości, najmniejszych nie miał stąd przykrości, po latach zaś oklaski zbierał, że humanista i liberał” – wspomina Janusz Szpotański w „Towarzyszu Szmaciaku”. Nieubłaganym palcem wskazali na tubylców, którzy z tego powodu zachowali w pamięci głęboką urazę.</p>
<p>Śmierć Chorążego Pokoju miała też i inne następstwa, m.in. to, że komunizm zaczął jakoś więdnąć. Jeśli chodzi o „wrogów ludu” z „ciemnogrodu”, to wiadomo, ale problem polegał na tym, że smak do komunizmu zaczął tracić również „proletariat”, a nawet „młodzi”. W tej sytuacji znany internacjonalista Mikołaj Diomko, używający też ksywy „Moczar”, wpadł na pomysł, by komunistyczną ideologię zaszczepić na ciągle żywym pniaku nacjonalizmu. Nacjonalizm jednak potrzebuje wroga. Wróg w postaci Sowietów oczywiście był; każdy mógłby go bez trudu wskazać, ale sęk w tym, że akurat jego Moczar wskazać ani nie chciał, ani nie mógł. Musiał zatem znaleźć wroga zastępczego. Akurat nastręczyła się okazja; 6 czerwca 1967 roku Izrael przeprowadził zwycięski Blitzkrieg przeciwko Egiptowi i innym krajom arabskim wspomaganym przez Sowiety. W Polsce wywołało to nastrój Schadenfreude, co z Moskwy dostrzegła argusowym okiem caryca Leonida i obsztorcowała Władysława Gomułkę, który 19 czerwca, na zjeździe związków zawodowych zaczął się odgrażać, że rozgoni „syjonistyczną piątą kolumnę”.</p>
<p>Wprawdzie teraz nikt się do tego nie przyzna, ale entre nous „kolumna” istniała rzeczywiście, podobnie zresztą, jak i dzisiaj i ze swej strony też dążyła do konfrontacji. 30 stycznia 1968 roku, podczas przedstawienia „Dziadów” w Teatrze Narodowym miała miejsce demonstracja przeciwko cenzurze, a więc – przeciwko jednemu z twardych jąder komunistycznego reżimu. W jej następstwie minister Jabłoński kazał wyrzucić z Uniwersytetu Warszawskiego Adama Michnika i Henryka Szlajfera. W odpowiedzi 8 marca 1968 roku na dziedzińcu UW odbyła się demonstracja studentów w obronie wyrzuconych. Podwiezieni na miejsce milicjanci i ormowcy rozpędzili demonstrantów pałami, więc zamieszki przeniosły się na ulice, a już następnego dnia ogarnęły inne uczelnie w Warszawie oraz pozostałych miastach. Oczywiście zostały spacyfikowane, zaś pod tym pretekstem „partyzanci” – bo tak właśnie nazywano partyjną frakcję dowodzoną przez Moczara – rozpoczęli czystkę w partyjnym i administracyjnym aparacie według kryteriów rasowo-politycznych. Nie każdy Żyd bywał bowiem prześladowany. Żydem niekoniecznie był ten, co nim był, tylko ten, kogo wskazała partia. W rezultacie wielu Żydów skorzystało z okazji i opuściło cudny komunistyczny raj, którego Polska, z łaski Roosevelta i Churchilla była „nierozerwalnym ogniwem”.</p>
<p>Ta emigracja, szacowana na 15 tys. osób, obejmowała w większości dawnych komunistycznych funkcjonariuszy, często zbrodniarzy, którzy przedłużyli sobie okres dobrego fartu i nie wyjechali, wzorem 25 tys. innych żydowskich stalinowców, w roku 1957. Wtedy właśnie pojawiła się anegdotka o Aaronku, którego pan nauczyciel wyrzucił z klasy, bo się zesmrodził. Tę myśl dosadniej wyraził Roman Zimand, też były stalinowiec, mówiąc, że „nikt nie ma prawa uciekać z miejsca, w którym nasrał”. Jedną z takich emigrantek była Helena Widerszpil, wspominana przez Szpotańskiego jako „upiorna stalinówa”, ale oczywiście z męczeńską palmą „biednej ofiary reżymu”. Naturalnie o żadnym „wypędzaniu” nie było mowy; któż nie chciał wtedy wyjechać z Polski na Zachód? Jak wspomina A. Zambrowski, kiedy Międzynarodówka Socjalistyczna chciała potępić Gomułkę za „antysemityzm”, obroniła go Golda Meir tłumacząc, że on tylko pozwala Żydom wyjechać do Izraela. Warto dodać, że znaczna część tych stalinowców, zwęszywszy kasy pełne, zaraz wynajęła się do demaskowania „polskiego antysemityzmu” i „upokarzania Polski na arenie międzynarodowej”.</p>
<p>No a teraz wicemarszałek Stefan Niesiołowski utrzymuje, że przywrócenie im polskiego obywatelstwa jest „sprawą honoru Polski”. Jest to ten sam Stefan Niesiołowski, który 28 lutego głosował za uchwałą blokującą możliwość przeprowadzenia referendum w sprawie Anschlussu Polski do Eurokołchozu. Stefan Niesiołowski był kiedyś jednym z liderów Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Czy to aby nie jego miał na myśli autor spostrzeżenia, że „żadne wyznanie tak nie pierdzi, jak katolickie”?</p>
<p><b>Stanisław Michalkiewicz</b><br />
<a href="http://www.michalkiewicz.pl/">www.michalkiewicz.pl</a></p>
<p>Tekst ukazał się w tygodniku Najwyższy Czas!</p>
<p></span></div>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[o marcu 1968]]></title>
<link>http://gegenjay.wordpress.com/2008/03/07/o-marcu-1968/</link>
<pubDate>Fri, 07 Mar 2008 21:58:26 +0000</pubDate>
<dc:creator>kilogram13</dc:creator>
<guid>http://gegenjay.pl.wordpress.com/2008/03/07/o-marcu-1968/</guid>
<description><![CDATA[(prawy.pl)
Stalinięta wracają z ciepłych krajów?
 Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafil]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>(prawy.pl)</p>
<p><b>Stalinięta wracają z ciepłych krajów?</b></p>
<div class="index_wiadomosc_content_pierwsze_intro"> Jak pamiętamy, starożytni Rzymianie potrafili każde spostrzeżenie przedstawić w postaci pełnej mądrości sentencji. Tak właśnie postąpił również poeta Wergiliusz, zauważając, że „fama crescit eundo”, co się wykłada, ze plotka rośnie w miarę rozchodzenia się.</div>
<table style="border:1px double #d1d4db;float:left;margin-right:0;margin-bottom:10px;" width="625">
<tr align="center">
<td style="width:410px;text-align:center;"><img src="http://prawy.pl/r2_grafa_prop.php?nazwa_obrazka=./admin/felietony/gfx/37188.jpg&#38;px=400" class="index_wiadomosc_content_pierwsze_img" /></td>
</tr>
<tr>
<td>&#160;</td>
</tr>
</table>
<p><span class="index_wiadomosc_content_pierwsze_tresc">Plotki mogą rozchodzić się albo w przestrzeni, albo w czasie, ale w jednym i w drugim przypadku rozrastają się tak samo. Oto już w najbliższą sobotę, 8 marca, minie 40 lat od tak zwanych „wydarzeń marcowych”, które plotka próbuje dzisiaj przedstawić, jako wybuch „organicznego polskiego antysemityzmu” – coś w rodzaju miniaturowego holokaustu, którego ofiary pozostają nieutulone w żalu aż do dnia dzisiejszego.</p>
<p>Tak się składa, że wydarzenia te pamiętam również jako ich – najpierw mimowolny, a potem – już świadomy i dobrowolny uczestnik, jako że w marcu 1968 roku byłem studentem III roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Marii Curie- Skłodowskiej w Lublinie. Zanim jednak przejdę do samych wydarzeń, chciałbym przedstawić je na tle historycznym, dzięki czemu ich istota, przebieg i następstwa – a także dzisiejsza, rozrośnięta „fama” – staną się lepiej zrozumiałe.</p>
<p>Wszystko zaczęło się od śmierci Józefa Stalina, która – jak podało Radio Moskwa – nastąpiła 5 marca 1953 roku, a więc równo 55 lat temu. Wprawdzie Józef Stalin był „Słońcem Ludzkości” – tak przynajmniej utrzymywał wówczas i prof. Leszek Kołakowski i Bronisław Geremek i wiele innych autorytetów drobniejszego, że tak powiem, płazu – ale pozostawił po sobie kilkadziesiąt milionów trupów. W większości Rosjan, ale przedstawicieli innych narodów też wśród nich nie brakowało. Kiedy zatem zakończyły się uroczystości pogrzebowe i rytualne lamenty, a także – kiedy już towarzysze radzieccy szczęśliwie ukatrupili Wawrzyńca Berię – wszyscy zaczęli się zastanawiać, na kogo wskaże teraz nieubłagany palec, jako na współwinowajcę stalinowskich zbrodni. Nie musze dodawać, ze im bardziej ktoś był w to zamieszany, tym większy odczuwał niepokój. Te nastroje szybko przeniosły się również do Polski, gdzie niepokój gwałtownie wzrósł po tak zwanym tajnym referacie Chruszczowa, który część tych zbrodni ujawniał.</p>
<p>W takich sytuacjach ogromnie liczy się refleks. Lepszym refleksem wykazali się stalinowcy pochodzenia żydowskiego, których było całkiem sporo zwłaszcza w aparacie propagandy i terroru.. Stalinowcy z propagandy pierwsi podnieśli nieubłagany palec, wskazując na tubylczych funkcjonariuszy aparatu terroru, jako na właściwie jedynych sprawców „błędów i wypaczeń”, będących treścią „kultu jednostki”. Ci tubylczy siepacze nie posiadali się ze zdumienia i zgorszenia. Owszem – łamali kości, zrywali paznokcie, mordowali i rabowali – co do tego nie ma wątpliwości – ale rozkazy przecież wydawali im tamci! W ten oto sposób narodził się antagonizm, który odbił się czkawką w marcu 1968 roku i odbija się również dzisiaj.</p>
<p>Sytuacja nieco się uspokoiła, kiedy po „odwilży” w 1956 roku opuściło Polskę około 25 tysięcy Żydów – głównie z aparatu i UB – ale antagonizm między dawnymi wspólnikami komunistycznych zbrodni tlił się nadal.</p>
<p>Pewną pożywką dla niego były objawy starczego uwiądu komunizmu, jaki pojawiać się zaczął w latach 60-tych. Żeby jakoś temu przeciwdziałać, niektórzy komunistyczni zbrodniarze, jak np. Mikołaj Diomko, znany bardziej pod pseudonimem Mieczysława Moczara, postanowili podjąć próbę zaszczepienia więdnącego komunizmu na ciągle żywym pniu nacjonalistycznym. W ten właśnie sposób w PZPR pojawiła się frakcja „partyzantów”, mająca porachunki z nadal silnym w partii lobby żydowskim.</p>
<p>Ale z nacjonalizmem jest ten problem, że trzeba mu wskazać wroga. Wróg oczywiście był; każdy wiedział, że to Związek Radziecki, ale Moczar ani nie chciał, ani nie mógł przecież go wskazać. Z pomocą „partyzantom” przyszedł przypadek.</p>
<p>Oto w czerwcu 1967 roku na Bliskim Wschodzie wybuchła „wojna sześciodniowa”, zakończona sromotną klęską popieranych przez ZSRR krajów arabskich. W przeważającej części opinii polskiej, a już na pewno – w środowiskach studenckich, wywołało to rodzaj mściwej satysfakcji, że wreszcie ktoś Sowietom skopał tyłek, niejako również w naszym imieniu. Podkreślam to z naciskiem, bo dzisiaj pojawiają się głosy, że wtedy właśnie doszedł do głosu rzekomy „organiczny polski antysemityzm”. Tymczasem było akurat odwrotnie.</p>
<p>Oczywiście Breżniew natychmiast to zauważył i już 19 czerwca 1967 roku Władysław Gomułka zaczął się odgrażać, że zlikwiduje „syjonistyczną piątą kolumnę”. Czy ta kolumna była syjonistyczna – obawiam się, że o żadną ideowość tego typu posądzać jej raczej nie można. Była to raczej sitwa zorganizowana na zasadzie rasowo-plemiennej – ale była i ze swej strony też dążyła do konfrontacji, dzięki której mogłaby opuścić cudny komunistyczny raj nie z piętnem stalinowskich zbrodniarzy, tylko biednych ofiar komunizmu – z czego na wrażliwym Zachodzie znowu można by ciągnąć profity.</p>
<p>Dobra okazją stały się „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka w Teatrze Narodowym. Dramat ten, jak wiadomo, obfituje w akcenty antyrosyjskie, które podczas kolejnych przedstawień wywoływały demonstracyjnie burzliwe oklaski. Strasznie denerwowało to Gomułkę, który sztorcowany przez Breżniewa i wystraszony nie na żarty sytuacją w Czechosłowacji, nakazał w końcu zdjąć „Dziady” z afisza. Ostatnie przedstawienie stało się okazją do burzliwej demonstracji, przy czym autentyczne oburzenie ogarnęło również ludzi zirytowanych „skandaliczną dyktaturą ciemniaków”. I kiedy wyrzucono z uniwersytetu dwóch uczestników tej demonstracji: Adama Michnika i Henryka Szlajfera – 8 marca na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się protestacyjny wiec. Milicja i ormowcy rozpędzili go pałami, wskutek czego rozruchy przeniosły się na ulice Warszawy. Przypadkowo będąc tego dnia w stolicy i natknąwszy się na rozpędzany przez milicje pochód, natychmiast się do niego przyłączyłem, a następnego dnia zdałem kolegom w Lublinie szczegółową relację.</p>
<p>Demonstracje studenckie, jakie na następnych dniach miały miejsce we wszystkich ośrodkach akademickich w Polsce, nie miały ani charakteru antysemickiego, ani filosemickiego – tylko po prostu antykomunistyczny. I wielu polskich studentów przypłaciło swój udział w tym buncie represjami.</p>
<p>Wkrótce też rozpoczęły się wyjazdy z Polski żydowskich emigrantów. Zmiana miejsca zamieszkania zawsze wiąże się z jakimś przeżyciem, ale używanie na tę okoliczność określenia „wypędzenie” - nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Kto nie chciał wyjeżdżać, ten wcale nie musiał i nie było mu z tego powodu gorzej, niż wszystkim innym Polakom. Pogorszenie swojej sytuacji mogli odczuwać ci, którym skończył się okres dobrego fartu albo w propagandzie, albo w partii, albo w milicji, albo w wojsku, albo w administracji gospodarczej. Utracone posady w komunistycznym establishmencie – oto całe ówczesne „męczeństwo”. Spora część tych świeżo upieczonych „męczenników” weszła zresztą natychmiast w rolę „ofiar komunistycznego reżymu”, z tym większą gorliwością, im wyższą rangę w tym reżymie posiadali i im więcej zasług dla jego umocnienia położyli. To właśnie o nich mówił popularny wówczas dowcip o Aaronku, którego dyrektor przyłapał podczas lekcji na szkolnym boisku.</p>
<p>- Dlaczego nie w klasie – zapytał? - Bo logiki nie ma – odparł Aaronek. - Jak to: logiki nie ma? Co to ma znaczyć? - Bo, panie dyrektorze, ja się zesmrodziłem i pan nauczyciel mnie wyrzucił z klasy na świeże powietrze, a cała reszta siedzi w tym smrodzie.</p>
<p>Warto o tym pamiętać również i dzisiaj, kiedy „marcowi męczennicy” dość natarczywie domagają się przywrócenia obywatelstwa, a niektórzy tubylczy dygnitarze podlizują się im i nadskakują, pewnie w nadziei na łaskawy chleb w nowym reżymie.</p>
<p>Mówił Stanisław Michalkiewicz</p>
<p>Felieton z Radia Maryja/www.michalkiewicz.pl</p>
<p></span></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
