<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>kura-domowa &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/kura-domowa/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "kura-domowa"</description>
	<pubDate>Wed, 08 Oct 2008 10:22:33 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[o tym, jak kura domowa poszła w miasto]]></title>
<link>http://chyba.wordpress.com/?p=263</link>
<pubDate>Thu, 14 Aug 2008 00:00:26 +0000</pubDate>
<dc:creator>sis</dc:creator>
<guid>http://chyba.pl.wordpress.com/2008/08/14/o-tym-jak-kura-domowa-poszla-w-miasto/</guid>
<description><![CDATA[Po niemal dwóch tygodniach pędzenia żywota przykładnej żony i gospodyni domowej - takiej, co to]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><img class="alignright" src="http://republika.pl/blog_nv_1364840/2830380/tr/kurq111.jpg" alt="" width="211" height="256" /><strong>P</strong>o niemal dwóch tygodniach pędzenia żywota przykładnej żony i gospodyni domowej - takiej, co to punkt siedemnasta swojemu wymęczonemu po pracy chłopu stawia na stole obiad, własnoręcznie kręci majonez i z braku lepszych rozrywek wyolbrzymia do rozmiarów bez mała epickich historię przedpołudniowych zakupów w pobliskim warzywniaczku, okraszonych pogawędką z niebywale gadatliwą panią, sprzedającą jajka w sklepiku na rogu - <em>poszłam w miasto</em>. W celu, co należy podkreślić, nie bardzo babskim. Moja wyprawa stanowiła bowiem przyczynek do męskiej decyzji, którą zamierzam niebawem podjąć, dotyczącej zakupu własnego (nareszcie!) komputera.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>D</strong>o owego <em>pójściawmiasto</em> przygotowałam się starannie. W końcu jak wychodzić, to z klasą, zwłaszcza po tylu dniach rozkosznego, acz wybitnie niekonstruktywnego kiszenia się w domowych pieleszach. Na tę intencję - lekce sobie ważąc fakt, że warunki atmosferyczne nie bardzo sprzyjały tego typu akcjom upiększającym - uruchomiłam nawet swój bollywoodzki ejlajner do zadań specjalnych oraz tusz do rzęs, całkiem przytomnie zauważając, że w sklepach komputerowych będę mieć do czynienia głównie z facetami. A skoro moja wiedza o sprzęcie, jaki planuję zakupić, jest równa zeru, postanowiłam podejść do sprawy po niewieściemu i ponadrabiać swą totalną ignorancję miłym uśmiechem i ujmującym trzepotem rzęs. Wydłużonych do granic przyzwoitości.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>T</strong>aktyka okazała się być nadspodziewanie skuteczna. Nie dość, że wróciłam do domu z naręczem zadrukowanych kartek, po brzegi wypełnionych tajemniczo wyglądającymi liczbami, oznaczającymi niewiele mi mówiące parametry któregoś z moich potencjalnych laptopów, to jeszcze mam świadomość, że spełniłam kilka dobrych uczynków. Za takowe uznać można niewątpliwie miłe połechtanie eg (liczba mnoga od <em>ego</em>, jeśli nie istnieje, to nie szkodzi, bo właśnie ją wymyśliłam) panów ze sklepów z komputerami i sprawienie, że poczuli się bardzo potrzebni tak bezradnej sierotce, jak ja.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>M</strong>iałam bowiem okazję przekonać sie na własnej skórze, że nic tak nie wyzwala w facetach chęci niesienia pomocy, jak nieporadne, słodkie stworzenie, żywcem wyjęte ze <em>Słomianego wdowca</em> na przykład. Brawurowo wcieliłam się więc w rolę zagubionego dziewczęcia, oczekującego fachowej porady. Doskonale pamiętając, że <em>mężczyźni wolą blondynki. </em>W każdym znaczeniu tego słowa.<em><br />
</em></p>
<p style="text-align:justify;"><strong>N</strong>ie bez satysfakcji udało mi się jednak dowieść, że czarne dready w niczym nie ustępują platynowej blond-grzywie. Do tego, by w zakłopotaniu nimi potrząsać, nadają się - jak się okazało - wyśmienicie, w związku z czym doskonale spełniły one funkcję perswazyjnego rekwizytu. Zwłaszcza, że temu uroczo bezradnemu potrząsaniu towarzyszyło w dodatku pełne zatroskania pytanie: <em>To jak ja mam wobec tego porównać te komputery i wybrać któryś z nich?</em>, zadane w odpowiedzi na odmowę wydrukowania wszystkich danych o wybranych modelach, jaką usłyszałam w kilku sklepach. A do tego trzepot rzęs, dla pełnego efektu. Kratki szybu wentylacyjnego metra co prawda w pobliżu nie zarejestrowałam, ale okazała się ona niepotrzebna. Dready, rzęsy i uśmiech słodkiego głuptaska załatwiły sprawę. Ha!</p>
<p style="text-align:justify;">•</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>N</strong>a moim stole poniewierają się teraz stosy kartek z parametrami procesorów, dysków twardych, kart dźwiękowych i graficznych. Nie rozumiem z nich ani słowa. Ale ostatecznie jestem przecież kobietą, nie muszę.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>A</strong> laptopa wybierze mi G.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[tradycyjna przyjaźń polsko-… ta, no… no! jak im…]]></title>
<link>http://pismoczki.wordpress.com/?p=842</link>
<pubDate>Fri, 02 May 2008 11:36:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>Pajacyk</dc:creator>
<guid>http://pismoczki.pl.wordpress.com/2008/05/02/tradycyjna-przyjazn-polsko-%e2%80%a6-ta-no%e2%80%a6-no-jak-im%e2%80%a6/</guid>
<description><![CDATA[– a słyszałeś Tatusiu?
– nie. a co?
– nie co a o czym.
– niekoniecznie.
– co niekoniecz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>– a słyszałeś Tatusiu?<br />
– nie. a co?<br />
– nie <strong><em>co</em></strong> a <em>o czym</em>.<br />
– niekoniecznie.<br />
– co <em>niekoniecznie?</em><br />
– <em>o czym</em> niekoniecznie słyszałem albo co?<br />
– no o tym że nie będzie olimpiady w pekinie.<br />
– nie. a dlaczego?<br />
– <em>dlaczego</em> nie słyszaleś?<br />
– też. ale dlaczego <em><strong>nie będzie</strong></em>…<br />
– a bo <strong>znów</strong> mają jakąś nową śmiertelną grypę…<br />
– <em>Chińskie wyroby to tandeta ale <a href="http://wiadomosci.onet.pl/1,15,11,43263768,117635686,5064168,0,forum.html">choroby mają <strong>oryginalne i solidne</strong></a>!</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Rozwijać się trzeba.]]></title>
<link>http://flammette.wordpress.com/?p=8</link>
<pubDate>Sat, 26 Apr 2008 22:24:01 +0000</pubDate>
<dc:creator>Sol</dc:creator>
<guid>http://flammette.pl.wordpress.com/2008/04/27/rozwijac-sie-trzeba/</guid>
<description><![CDATA[Sol dzisiaj zdobywała nowe umiejętności. Mianowicie, podnosiła swoje kwalifikacje kury domowej. ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Sol dzisiaj zdobywała nowe umiejętności. Mianowicie, podnosiła swoje kwalifikacje kury domowej. Jak na dobrą córkę przystało, grzecznie wysprzątała, co wysprzątać miała, pranie nastawiła, w ogródku pomogła, a potem... a potem opanowała kuchnię ^^ Dziwiąc się nieco swej szanownej rodzicielce, że na to pozwoliła, znając wybitny talent Sol do kucharzenia... mniejsza. Zadaniem bojowym na dziś były placki. Niedziela jutro, święto - trzeba coś na stole po obiedzie postawić. Zatem Sol dzielnie rękawy zakasała i do pracy przystąpiła. Od pracy w kuchni podobno się tyje - przez nieustanne próbowanie, czy aby czegoś nie brakuje, czy aby przypadkiem nie dosłodzić, dosolić, dopieprzyć... Cóż, to chyba w jakowymś bardziej zaawansowanym stadium pichcenia. Sol, jako początkująca, więcej chyba kalorii straciła niż zyskała przy tej zacnej robocie, bo biegać nieustannie musiała tam i nazad, żeby Wyjątkowo Istotne Sprawy skonsultować z bardziej zaprawioną w kuchennych bojach mamą swą prywatną. Parę radosnych komunikatów o braku koniecznego do pieczenia produktu później (które to braki udało się uzupełniać dzięki tajemnemu sejfowi babci), blacha z plackiem wylądowała wreszcie w piekarniku. Godzinka oczekiwania... i sukces! Udało się Sol odnieść zwycięstwo nad kuchennymi chochlikami ;P Zachęcona wiktorią szybciutko zabrała się za przygotowanie drugiego smakołyku, który również można uznać za całkiem udany. Co prawda, nikt jeszcze ich nie próbował, z racji temperatury wypieku, ale pierwsze pochwały zostały otrzymane z ust samej ochmistrzyni patelni i blachy w postaci babci - czyli zmagania były owocne.</p>
<p>Tym oto sposobem Sol - znaczy ja - zdobyła pierwsze szlify prawdziwej Kury Domowej. Upiekłam placka i jestem z siebie dumna! (teraz feministki mnie zagryzą...)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kury domowe tańczą na rurze]]></title>
<link>http://dziewczynka.wordpress.com/?p=62</link>
<pubDate>Fri, 08 Feb 2008 15:17:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mała dziewczynka</dc:creator>
<guid>http://dziewczynka.pl.wordpress.com/2008/02/08/kury-domowe-tancza-na-rurze/</guid>
<description><![CDATA[Z Przekroju:
Kury domowe tańczą na rurze
Rura kojarzy się z jednym. Niesłusznie. Historia tego t]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Z <strong>Przekroju</strong>:</p>
<blockquote><p><strong><a href="http://przekroj.pl/index.php?option=com_content&#38;task=view&#38;id=3424&#38;Itemid=61" title="Kury domowe tańczą na rurze" target="_blank" rel="nofollow">Kury domowe tańczą na rurze</a></strong><br />
Rura kojarzy się z jednym. Niesłusznie. Historia tego tańca i sportu nie jest tak prosta jak jego główne narzędzie. I już dawno toczy się nie tylko w klubach ze striptizem<br />
Ćwiczenia na rurze kształtują charakterystyczną dla profesjonalnych tancerek sylwetkę: harmonijną i mocną<br />
Prosta rura, a tyle możliwości. Wspinaczka, ocieranie, zaczep, obroty, pozycje do góry nogami, figury statyczne, wygięcia – akrobacje z użyciem rury mają sportowe nazwy. Bo choć rura to podstawowy warsztat pracy tancerek erotycznych, nie tylko im służy.<br />
– Przy pole dance pracują wszystkie grupy mięśni, zwłaszcza rąk, ramion, brzucha oraz nóg – tłumaczy 31‑letnia Dana Hesse, włoska nauczycielka „pole dance” (tak taniec na rurze nazywa się po angielsku). – Ćwiczenia na rurze kształtują charakterystyczną dla profesjonalnych tancerek sylwetkę: harmonijną i mocną.<br />
The Bambolaia Studio, pierwszą – i jak dotąd jedyną – akademię pole dance we Włoszech Hesse otworzyła dwa lata temu. Chętnych nie brakuje. „Zwykłe” kursantki przyjeżdżają nawet z drugiego końca Mediolanu. Te „zrzeszone”, tancerki z night-clubów w rodzaju ekskluzywnego Foca Loca, zaglądają tu, żeby podszkolić umiejętności. – Jedne chcą, by udzielać im lekcji, inne przychodzą po prostu skorzystać z naszej rury i potrenować samodzielnie – tłumaczy Hesse, która romans z pole dance- nawiązała dziewięć lat temu. Tańczyła dorywczo, w klubach nocnych, „żeby za coś skończyć studia”. Tymczasowe zajęcie szybko przerodziło się w pasję. Dana zaczęła odkrywać nie tylko finansowe, ale także sportowe atuty tańca. Sama nauczyła się akrobacji na rurze. Z czasem dziewczyny, z którymi pracowała w klubie, zaczęły ją prosić, żeby nauczyła je kroków i figur, które pokazywała podczas swoich nocnych występów.<br />
Po latach systematycznych ćwiczeń zrobienie chorągiewki (tancerka opiera klatkę piersiową o rurę i trzyma się rękami, reszta ciała jest uniesiona prostopadle do niej) czy zjazd do góry nogami nawet na zwykłym słupie znaku drogowego nie sprawia Danie najmniejszej trudności.<br />
Polki skarżą się na forach internetowych, że u nas nie ma szkół pole dance. Fakt, nie ma. Narzekają też nasze sąsiadki zza wschodniej granicy. Niepotrzebnie. Googluję. Znajduję. Dzwonię. Jak wyglądają zajęcia u pani? – Jest rozgrzewka, są obroty na rurze, zjazdy... Zależy od tego, kto w jakiej formie jest na początku – tłumaczy Elena Shishkova z Nowosybirska. Po rosyjsku mówi się na to „sziestowoj taniec”, ale szkoła tańca i fitnessu, którą prowadzi od kwietnia ubiegłego roku, nazywa się już z angielska – Poledance. Właścicielka przez kilkanaście lat tańczyła w klubach. Uczeniem zajęła się pięć lat temu. O pole dance mówi, że to „taniec elitarny”. Kształci na kilku poziomach zaawansowania – od początkującego do mistrzowskiego.<br />
Jak długo trzeba trenować, żeby dojść do klasy mistrzowskiej? – Czas nie ma znaczenia, zwłaszcza dla pasjonatów i fanów tego tańca. Jeśli ma się do niego talent i zamiłowanie, w półtora roku można osiągnąć mistrzowskie rezultaty. Pasja, pasja – to słowo Elena powtarza jak mantrę.<br />
Do szkół pole dance przyjmowane są wszystkie chętne. Wiek, figura, profesja oraz możliwości fizyczne są nieistotne. – Zwykłe kobiety, które mają normalną pracę, rodzinę i nie za dużo wolnego czasu, też przychodzą poćwiczyć albo po prostu nauczyć się, jak zrzucić ciuchy w seksowny sposób – opowiada Dana Hesse. – Zadziwiają mnie niektóre kobiety po czterdziestce. Potrafią bawić się jak dzieci. Nawet jeśli są zmęczone, to i tak zawsze uśmiechnięte.<br />
– Te zajęcia pomagają oderwać się od codzienności, pozbyć się kompleksów, poznać własne ciało i jego możliwości – wylicza Shishkova.<br />
O zwykłych kobietach pomyślały też trenerki z L’Ru Motion, amerykańskiej szkoły pole dance w Denver. Oferują lekcje nie tylko w studiu (25 dolarów za godzinę, abonament miesięczny – spotkania w poniedziałki i środy, 200 dolarów), ale też prywatne w domu klientki, szkoła dysponuje bowiem przenośnymi rurami. W rosyjskich szkołach miesięczny abonament wynosi trzy tysiące rubli (około 300 złotych). Pierwsze, próbne zajęcia – 500 rubli, a lekcje indywidualne – tysiąc rubli za godzinę. Chyba że chcemy się uczyć na prawdziwej scenie pole dance. Wtedy zapłacimy trzy tysiące rubli.<br />
Zalecenia: przed zajęciami nie można smarować ciała balsamem czy oliwką, ćwiczy się boso, przy tanecznej muzyce.<br />
– Bardzo ważny jest też swobodny strój – mówi Elena. Uściślijmy, co znaczy swobodny: im mniej, tym lepiej. Najlepiej spodenki i top lub po prostu bikini. Nago łatwiej wykonać trudne akrobacje, bo jest lepsza przyczepność. Śliski dres mógłby zniweczyć efekt.<br />
Kto pierwszy zatańczył na rurze? Początki pole dance datuje się na lata 20. ubiegłego wieku, okres najgłębszego amerykańskiego kryzysu. Wówczas to obwoźne wesołe miasteczka jeździły z miejsca na miejsce, zabawiając gawiedź. Wokół głównego namiotu rozstawiano mniejsze, w których znajdowały się różne dodatkowe atrakcje. Wśród nich tancerki erotyczne nazywane „hoochie coochie” od sugestywnych ruchów bioder, które wykonywały w tańcu.<br />
Dziewczęta pojawiały się na niewielkiej scenie przed dopingującym je tłumem. Jako że namiot był niewielki, jego maszt znajdował się na krawędzi sceny. Z czasem tancerki zaczęły wykorzystywać go w tańcu, maszt namiotu zaczął funkcjonować jako rura.<br />
Pole dance stopniowo zaczął przenosić się z namiotów do barów, gdzie święcił triumfy w latach 50. Potem przez wiele lat było o nim cicho – aż do lat 80., gdy taniec na rurze i striptiz znów stały się popularne w Kanadzie i USA.<br />
Przełomem był pomysł Kanadyjki Fawnii Mondey, która w latach 90. zaczęła uczyć zwykłe kobiety sztuki pole dance. Nagrała pierwsze instruktażowe DVD z ćwiczeniami i tańcem na rurze. Jednak najbardziej owocny okazał się początek XXI wieku. Z pole dance wyewoluowały różne gatunki: egzotyczny, siłowy oraz fitness-, a cała zabawa – już jako sport – stała się popularna wśród gwiazd i gwiazdek. Pole dance w domowym zaciszu uprawia na przykład Teri- Hatcher, amerykańska gwiazda serialu „Gotowe na wszystko”. Twierdzi, że to właśnie dzięki temu może się pochwalić tak świetną figurą.<br />
Ale co tam gwiazdy, w Japonii pole dance w warunkach domowych ćwiczą tysiące zacnych gospodyń domowych.  Rura w domu? Wystarczy trochę wolnej przestrzeni i można ją wstawić. Grubość oczywiście ma znaczenie. W Ameryce i Europie dominują rury o średnicy pięciu centymetrów. To pozwala na swobodne uchwycenie ich jedną ręką. W Azji średnica rury jest o co najmniej pięć milimetrów mniejsza.<br />
Rura do ćwiczeń powinna być wykonana ze stali nierdzewnej, chromowej, polakierowanej akrylem. Może być z tytanu lub mosiądzu. Każdy materiał daje inne możliwości. Wypolerowana stal jest jednym z najbardziej śliskich materiałów – akrobacje na takiej rurze są szybsze i płynniejsze. Rura z mosiądzu zapewnia większe tarcie, łatwiej ją uchwycić i utrzymać rękami bądź udami. Taniec jest wprawdzie wolniejszy, ale jaki zmysłowy...<br />
Także Brytyjki traktują pole dance jak formę fitnessu i denerwują się, że w mediach dominuje jeden obraz ich pasji – wyłącznie erotyczny. Mogą za to wziąć udział w Pole Divas, czyli sportowo-gimnastycznych zawodach popularyzujących umiejętności pole dance. Najlepsze tancerki zostaną wybrane w mniejszych konkursach w siedmiu regionach Anglii, by w czerwcu walczyć w finale. Hasło zawodów brzmi: „Otwórz swój zamknięty umysł”.<br />
Podobne konkursy od lat odbywają się w USA. Główna nagroda to 10 tysięcy dolarów. Nieoficjalne mistrzostwa świata Pole-A-Palooza 2007 roku w Las Vegas wygrała niejaka Anika. Zmysłowymi akrobacjami, które zaprezentowała w night-clubie JET, pokonała 25 konkurentek ze Stanów.<br />
Tancerki pole dance z całego świata żyją nadzieją, że ich pasja jako forma tańca i ćwiczeń zdobędzie trochę szacunku. Bo jak twierdzą: „Rura jest lepsza niż bieżnia. Nie służy tylko do jednego”.<br />
<strong>Judyta Sierakowska</strong></p></blockquote>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
