<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>imprezy-biegowe &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/imprezy-biegowe/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "imprezy-biegowe"</description>
	<pubDate>Fri, 25 Jul 2008 17:02:27 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Dla Mag]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=257</link>
<pubDate>Thu, 17 Jul 2008 20:52:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=257</guid>
<description><![CDATA[
Droga Mag. Czy byłaś kiedykolwiek w Warszawie 1 sierpnia? Nie, nie pytam o 1944 rok, bo że była]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/07/biegpw4_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-256" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/07/biegpw4_banner.jpg" alt="" width="500" height="296" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Droga Mag. Czy byłaś kiedykolwiek w Warszawie 1 sierpnia? Nie, nie pytam o 1944 rok, bo że byłaś w Warszawie tamtego lata, w swym poprzednim wcieleniu, to ja doskonale o tym pamiętam. Pytam, czy byłaś w Warszawie współczesnej - w dniu, w którym przypada rocznica wybuchu Powstania. Chyba nie wszystkie telewizje to pokazują: moment, gdy upływa kolejny rok od Godziny W. Gdy pierwszego sierpnia zegary pokazują godzinę siedemnastą, w Warszawie, w tej zagonionej, zakorkowanej, tłocznej, gorącej Warszawie rozlega się wycie syren alarmowych. Ich przeraźliwy i smutny głos niesie się po ulicach i osiedlach, i nie ma takiego miejsca w całym mieście, gdzie nie byłoby ich słychać. W tym samym momencie na około minutę cała Warszawa staje na baczność. Na ulicach zatrzymują się samochody, wysiadają z nich ludzie i przez minutę patrzą przed siebie stojąc w postawie zasadniczej. Zatrzymują się tramwaje. Autobusy. Zatrzymują się przechodnie na ulicach, stawiają teczki, torby, siatki na ziemi, prostują się, słuchają dźwięku syren i przez chwilę zagłębiają się we wspomnieniach. Niektórzy z nich pewnie słyszą jeszcze te pierwsze strzały, które o tej samej porze ponad pół wieku temu rozległy się w uśpionym upałem mieście. W zeszłym roku Godzina W zastała mnie na osiedlu, podczas robienia drobnych zakupów. Wychodziłam właśnie z piekarni ze świeżym chlebem w ręku, gdy zawyły syreny. Na moment codzienna nasza krzątanina zamarła i staliśmy nieruchomi jak w stop-klatce dopóki nie przebrzmiało echo alarmu. Musisz wiedzieć Mag, że ten moment zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Chciałabym jednak, żebyś posłuchała o najbardziej magicznym i nostalgicznym pierwszym sierpnia, jaki zdarzyło mi się przeżyć. To było cztery lata temu, gdy cały kraj świętował sześćdziesięciolecie wybuchu Powstania Warszawskiego. Obchody zakrojone były na bardzo szeroką skalę. Nie wiem, czy śledziłaś te wydarzenia: do Warszawy zjechały delegacje zagraniczne z wielu państw, zaproszono kombatantów, żołnierzy AK, którzy w okresie PRL porozjeżdżali się po całym świecie. Przemawiali prezydenci, kanclerze, premierzy. Gerhard Schroeder w imieniu narodu niemieckiego prosił Polaków o wybaczenie. Cała Warszawa przez kilka dni żyła w patriotycznym uniesieniu, ludzie na ulicach nosili biało-czerwone chorągiewki. Jednym z punktów w bogatym programie rocznicowych obchodów był Bieg Powstania Warszawskiego.</p>
<p style="text-align:justify;">Wtedy jeszcze Bieg rozgrywany był w ścisłym, historycznym centrum Warszawy. Linia startu i mety wyznaczona była pod Pomnikiem Powstania Warszawskiego na Placu Krasińskich, a trasę biegu poprowadzono ulicami Miodową, Senatorską, Podwalem i Długą. Godzinę startu wyznaczono na 17:30, ale my biegacze zawsze jesteśmy na starcie dużo wcześniej, więc zaczęliśmy się gromadzić na Długiej ze sporym zapasem do Godziny W. Trzeba było trafu, że organizatorzy obchodów rocznicy Powstania zaplanowali na ten sam moment wizytę pod Pomnikiem kanclerza Schroedera i polskich władz państwowych. Delegacje rządowe miały się tam spotkać z kombatantami. Wytworzyła się nietypowa sytuacja: na dość ograniczonej przestrzeni Placu Krasińskich znalazło się kilkanaście tysięcy ludzi: biegaczy, kombatantów, polityków, dziennikarzy, członków ekip telewizyjnych, zwykłych przechodniów. Tłum był tak niewiarygodny, że my - biegacze - nie mogliśmy się rozgrzewać, bo po prostu nie było na to miejsca.</p>
<p style="text-align:justify;">Zamknij teraz oczy, droga Mag, i wyobraź sobie scenę następującą. Stoję na jakichś schodach, nie wiem - może to był jakiś krawężnik, a może mi się to tylko przyśniło. W każdym razie widzę przed sobą morze ludzi, człowiek przy człowieku, powiewające pośród tego tłumu biało-czerwone flagi, jakieś transparenty. Daleko w perspektywie Placu widzę tych wszystkich oficjeli, te wieńce składane pod Pomnikiem, jaskrawe reflektory telewizyjne. Nad Placem gwar tysięcy rozmów, w tle słychać samochody. Gęsta dźwiękowa tkanka. I nagle, gdzieś spod dachów ulicy Długiej, właściwie nie wiadomo skąd, rozlega się przejmujący jęk syren alarmowych i zawisa w gorącym, pełnym popołudniowego słońca powietrzu ta jedna ciągła nuta. Ta nuta ma kolor czerwony. W przeciągu kilku sekund milkną wszystkie głosy, wszystkie rozmowy, znika gdzieś gwar, nad Placem wisi bezmiar ciszy, w którym tylko ten jęk syren. Kilkanaście tysięcy osób, spontanicznie, bez żadnej komendy, staje na baczność. I tak stoimy przez minutę, długą jak Godzina W, w absolutnej ciszy, w której brzmi tylko wznoszący się i opadający dźwięk syren.</p>
<p style="text-align:justify;">Nigdy wcześniej i nigdy później nie przeżyłam takiej chwili. Momentu, kiedy Historia dotyka twojego karku swą chłodną dłonią wywołując transcendentalny dreszcz. Kiedy nagle, mocniej niż kiedykolwiek przedtem uświadamiasz sobie, że to jest twoje miasto, że z niego wyrastasz, że masz je w kościach. Mag, to jest tak, jak w tych pamiętnych słowach:</p>
<p style="text-align:justify;"><em><span style="font-family:Verdana;"><span>i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden</span></span><br />
<span style="font-family:Verdana;"><span>on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania</span></span><br />
<span style="font-family:Verdana;"><span>on będzie Miasto</span></span> </em>
</p>
<p style="text-align:justify;">Mag - wiem, że Ty też masz w kościach Warszawę.</p>
<p style="text-align:justify;">Droga Mag. Gdy syreny umilkły, a ich echo rozpłynęło się po Placu Krasińskich, wstąpiło w nas ponownie życie i mimo że niektórzy ukradkiem ocierali łzy, to śmialiśmy się głośno i szczerze. Pół godziny później na Placu trochę się rozluźniło, delegacje polityków odjechały zaliczać kolejne punkty rocznicowego programu, a my wystartowaliśmy. To były jeszcze czasy, kiedy SBBP było zwartą, pełną energii i spontanicznych pomysłów formacją. Ktoś przyniósł flagę, ktoś inny miał biało-czerwoną opaskę na ramieniu, wszyscy ubrani byliśmy w białe koszulki i czerwone spodenki. Tego dnia jednak wielu biegaczy manifestowało swój patriotyzm strojem, więc pod tym względem niczym się nie wyróżnialiśmy. Nie pamiętam już czyj to był pomysł, abyśmy pobiegli razem, w szyku, jak oddział powstańców. Musisz dokładnie zrozumieć, na czym polegał ten pomysł. Nas, SBBPowiczów, było na tym biegu około 20 osób, każde z nas biegało w tym okresie w innym tempie. Na zawodach generalnie nie biega się w grupach, chyba że w grupach o zbliżonym poziomie, tak aby nawzajem holować się do mety, aby osiągnąć, wespół wzespół, określony czas. Tymczasem my postanowiliśmy biec razem, całą bardzo zróżnicowaną grupą, czyli najszybsi musieli dostosować się do najwolniejszych. Chcieliśmy pobiec razem, aby zamanifestować w ten sposób naszą pamięć o wydarzeniach sprzed sześćdziesięciu lat.</p>
<p style="text-align:justify;">Najpierw biegliśmy gęsiego. Potem w szyku dwójkowym. Oddział prowadził Leszek przez cały dystans dzierżąc wysoko biało-czerwoną flagę. Miałam zaszczyt biec obok niego, na drugiej pozycji. Po jakimś czasie zmieniliśmy szyk na czwórkowy. Biegliśmy "w nogę". Byłaś w harcerstwie? Wiesz, jak to jest maszerować "w nogę" z przytupem na lewą? My właśnie tak biegliśmy. Prawie cała stawka zawodników, kilkaset osób, wyprzedziło nas, a my powoli, truchtem, z żołnierską precyzją wybijając stopami rytm na asfaltowych ulicach, pokonywaliśmy kolejne kilometry. Wzbudzaliśmy niezłą sensację i zbieraliśmy oklaski - tak w Warszawie nie biegał jeszcze nikt. Kelnerzy z restauracji przy Placu Teatralnym stali na chodnikach z miskami pełnymi kostek lodu: braliśmy ten lód do ust, żeby się trochę napić, było bardzo gorąco. W ogóle nie czułam zmęczenia, coś mnie niosło, mimo tego sierpniowego upału.</p>
<p style="text-align:justify;">Na metę wpadliśmy w pełnym szyku i z przytupem, wzbudzając popłoch wśród sędziów, którzy nie byli w stanie zmierzyć czasu każdemu z członków dwudziestoosobowej bandy, która w nosie miała przepisy i regulaminy. Było to niezwykłe popołudnie i byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Ot, cała historia.</p>
<p style="text-align:justify;">Wiesz Mag, Warszawa to takie dziwne miasto. Nie wzbudza entuzjazmu. Patrzy na nas cała Polska i bywa, że jest rozczarowana, sceptyczna, krytyczna. Że jest brudno, że Dworzec Centralny, że korki, że HGW. Jak to jednak jest, że ja widzę ukwiecone Aleje Ujazdowskie, wiewiórki w Łazienkach Królewskich i nasączony krwią kamienny bruk pod Arsenałem? Iluzja, halucynacja, autohipnoza? Jak to jest, że przychodzi Godzina W i wszyscy stajemy wobec niej na baczność?</p>
<p style="text-align:justify;">Moi dziadkowie z obu stron przeżyli Powstanie w Warszawie. Rodziców od strony mamy hitlerowcy wywieźli w ostatnich dniach Powstania do obozu przejściowego w Pruszkowie, skąd oboje zostali przetransportowani do obozu pracy w Padeborn, aż pod granicę z Holandią. Tam urodziła się moja mama. Dziadkowie od strony taty wypędzeni nie pamiętam dokąd - oboje już nie żyją - wrócili do zrównanej z ziemią Warszawy w styczniu 1945 roku. Pamiętasz Mag scenę z <em>Pianisty,</em> kiedy Szpilman idzie po zaśnieżonej, zrujnowanej ulicy, a wokół żywego ducha? Do takiego miasta wrócili moi dziadkowie. Chciałoby Ci się Mag wracać na takie cmentarzysko? To miasto ma się w kościach.</p>
<p style="text-align:justify;">Dlatego nie ma możliwości, abym nie pobiegła w Biegu Powstania Warszawskiego. Zdam relację. A Ty, Mag, napisz proszę coś jeszcze o czterdziestym czwartym roku.</p>
<p style="text-align:justify;">Pozdrawiam serdecznie, joy</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/07/biegpw2_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-258" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/07/biegpw2_banner.jpg" alt="" width="500" height="348" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Burza]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=238</link>
<pubDate>Fri, 27 Jun 2008 19:55:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=238</guid>
<description><![CDATA[
Nad Warszawą przeszła po południu burza. Towarzyszyło jej solidne oberwanie chmury. Pierwszy po]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/burza_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-239" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/burza_banner.jpg" alt="" width="500" height="278" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Nad Warszawą przeszła po południu burza. Towarzyszyło jej solidne oberwanie chmury. Pierwszy porządny deszcz od ponad miesiąca, co niestety nie ratuje sytuacji, bo miejskie trawniki zostały unicestwione przez bezlitosne słońce już jakieś dwa tygodnie temu. Gdy się jedzie przez miasto, krajobrazy są iście bliskowschodnie, brakuje tylko palm (o przepraszam, mamy jedną: stoi / rośnie na Rondzie De Gaulle'a). Deszczowej nawały nie wytrzymał podobno dach Złotych Tarasów: zalało kilka sklepów. To dosyć zabawne: taka inwestycja, a przecieka niczym niechlujnie położona papa na dachu altanki ogrodowej.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Mam nareszcie kawałek wolnego weekendu, więc nie wykluczam, że jutro z samego rana pojadę na Łosiowe Błota, aby sprawdzić, co słychać w lesie i czy jeszcze jestem w stanie przebiec te nasze ulubione 10 km. Tyle na dzisiaj.</p>
<p style="text-align:justify;">[Zdjęcie zrobione o godzinie 19., już po burzy, która szła z zachodu na wschód. Widok z mojego balkonu.]</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bieg Truskawki]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=194</link>
<pubDate>Sun, 01 Jun 2008 20:42:24 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=194</guid>
<description><![CDATA[
Jednak przeżyłam  A impreza udała się znakomicie. Jestem pełna podziwu dla Galerników: to by]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/bieg_truskawki_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-195" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/bieg_truskawki_banner.jpg" alt="" width="500" height="250" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Jednak przeżyłam :-) A impreza udała się znakomicie. Jestem pełna podziwu dla Galerników: to był pierwszy organizowany przez nich bieg, a wszystko przygotowane było wprost perfekcyjnie. Duże brawa dla KB Galeria - pokazali klasę i profesjonalizm. Wszystko było bez zarzutu i dopięte na ostatni guzik: począwszy od Biura Zawodów, które pracowało szybko i sprawnie, poprzez obsługę linii startu, punktów kontrolnych na trasie, wodopoju, obsługę mety, pomiar czasu, a skończywszy na fantastycznych medalach w kształcie wielkich truskawek (najbardziej oryginalne medale, jakie kiedykolwiek widziałam), wypalanych z gliny i pomalowanych na piękny truskawkowy kolor.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Mój biegowy partner, Pit, jak zwykle dał czadu. Pojawił się na imprezie przebrany za truskawkę. To było do przewidzenia! Zrobił w towarzystwie absolutną furorę. Wszyscy go fotografowali, aż w końcu postanowiłam ogrzać się w blasku jego sławy i pozowałam do zdjęć razem z nim. Myślę, że byliśmy najmocniej obfotografowanymi biegaczami podczas truskawkowego biegu. W ogóle powiedzieć muszę, że Pit był bardzo dzielny. Pod tą czerwoną płachtą w kształcie truskawki było mu piekielnie gorąco, a mimo to pomykał do przodu aż się kurzyło, a ja nie mogłam chwilami za nim nadążyć.</p>
<p style="text-align:justify;">Sam bieg był dla mnie prawdziwą udręką, zmęczyłam się jak rzadko. Ani pora, ani temperatura nie były moje. Wczoraj zdarzyło się najgorsze połączenie biegowych warunków, jakie tylko mogło mi się przytrafić: start o godzinie jedenastej, temperatura w cieniu około 25 stopni, w słońcu grubo powyżej trzydziestu, no i dość duszny las:  Puszcza Kampinoska, pełna piaszczystych pagórków, komarów i muszek. Tętno podskoczyło mi do góry na samym początku biegu, no i potem pełzłam jak ślimak z sercem walącym w tempie 171 ud/min, co w tym upale wybitnie mnie osłabiło. Te niecałe 10 kilometrów wydało mi się całym maratonem. Ech, gdyby nie Pit, to pewnie zostałabym gdzieś na trasie na pastwę komarów. Nie ma to jak doświadczony biegowy partner, który potrafi zająć interesującą rozmową słabszego współbiegacza. W ogóle to o Picie książki by pisać, muszę kiedyś poświęcić mu odrębną notkę. Tak na marginesie wspomnę tylko, że jest to człowiek, który jesienią 2004 zelektryzował całą Warszawę swoim spektakularnym wyczynem, którym było przebiegnięcie 200 km w ciągu 24 godzin na słynnej pętli młocińskiej, uwiecznionej w pieśniach i poezji SBBP.</p>
<p style="text-align:justify;">Bieg na szczęście rozgrywany był w formule towarzyskiej, więc zupełnie nie czułam presji ścigania się. W bardzo relaksowym tempie, urządzając sobie przerwy w marszu po kolejnych podbiegach na piaszczyste kampinoskie pagórki, dotarliśmy do mety z czasem 1 godzina 2 minuty. I gdy truskawkowy medal wisiał już na mojej szyi, wypiłam duszkiem butelkę wody mineralnej, chwilę się pokręciłam i nie czekając na losowanie nagród pojechałam na działkę, do Maksia i do teściów.</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/ja_pit.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-196" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/ja_pit.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/medale1.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-203" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/medale1.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/numer.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-202" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/numer.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/po_starcie.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-201" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/po_starcie.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/pit_biegnie.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-200" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/pit_biegnie.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/wodopoj.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-199" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/wodopoj.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/06/na_mecie.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-198" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/06/na_mecie.jpg" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">
<p style="text-align:justify;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Truskawkowo w Truskawiu]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=192</link>
<pubDate>Fri, 30 May 2008 11:12:08 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=192</guid>
<description><![CDATA[
Jutro biegnę w Biegu Truskawki, organizowanym przez KB Galeria. To moja pierwsza czysto towarzyska]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/truskawa_male.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-193" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/truskawa_male.jpg" alt="" width="500" height="216" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Jutro biegnę w <strong>Biegu Truskawki</strong>, organizowanym przez KB Galeria. To moja pierwsza czysto towarzyska impreza od ho-ho-ho, czyli od bardzo dawna. Czuję tremę, bo spotkam pewnie z setkę dawno nie widzianych znajomych i co najmniej połowie z nich będę musiała odpowiedzieć na dwa zasadnicze pytania: gdzie się podziewałam i czy biegam (na wszelki wypadek odsyłam do pierwszych wpisów w tym blogu). Aha, i pewnie jeszcze pojawiać się będzie trzecie pytanie, na które moja odpowiedź implikować będzie pytanie czwarte: Czy biegnę na jesieni maraton? I dlaczego nie w Warszawie?</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Bieg ma mieć formułę towarzyską i zabawową, aczkolwiek będzie oczywiście prowadzony pomiar czasu i klasyfikacja (indywidualna i klasyfikacja par; ja startuję wraz z Pitem w tej drugiej). Trasa poprowadzona turystycznymi szlakami Puszczy Kampinoskiej ma niestandardową długość 9,2 km :) Bieg ma być poświęcony afirmacji sezonu truskawkowego i szykowane są w związku z tym truskawkowe atrakcje. Jakie - organizatorzy nie puszczają pary z gęby. Ale mają być medale. Mam nadzieję, że nie z truskawek, ale z truskawką.</p>
<p style="text-align:justify;">Nasz tandem: Pit i ja. Biegniemy jako <em>SBBP Truskawa GMO</em>, czyli żywność genetycznie modyfikowana. Co Pitowi do głowy strzeliło to ja nie wiem, ale o ile go znam, to rzeczywiście przebierze się za truskawkę. Oj będzie się działo! :) Wprawdzie zapowiedziałam Pitowi, żeby nie nastawiał się na ścigańsko, bo nie jestem w formie, ale pewnie jak zwykle nie wytrzymam adrenalinowej presji i będę lecieć na górnym progu tętna dla WB3, czyli na granicy zawału serca. Jeżeli do poniedziałku na blogu nie pojawi się relacja z Biegu Truskawki, oznaczać to będzie, że poległam w akcji. Trzymać kciuki!!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kierunek Wiedeń?]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=178</link>
<pubDate>Wed, 21 May 2008 20:36:27 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=178</guid>
<description><![CDATA[
Zrobiłam dzisiaj krótki research w sieci w celu zorientowania się, a raczej odświeżenia sobie ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/flagi.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-177" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/flagi.jpg" alt="" width="500" height="100" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Zrobiłam dzisiaj krótki research w sieci w celu zorientowania się, a raczej odświeżenia sobie wiedzy o kalendarium europejskich maratonów w sezonie jesiennym. Z terminami maratonów to jest tak, że każda impreza pretendująca do tytułu poważnego międzynarodowego maratonu wybiera sobie jedną charakterystyczną datę i później mniej więcej się jej trzyma przez kolejne edycje. I tak na przykład Maraton Warszawski przeprowadzany był dotychczas w przedostatnią niedzielę września (w tym roku mamy odstępstwo od tej reguły, bo termin MW wyznaczono na 28 września). Maraton w Łodzi to jest zawsze sam środek maja, a Mistrzostwa Polski w Maratonie, czyli Dębno - pierwszy weekend kwietnia. Maraton w Poznaniu jest z kolei ostatnim dużym polskim maratonem w roku - jego termin przypada na drugi weekend października.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Podobnie jest z maratonami zagranicznymi. Paryż i Zurich - początek kwietnia. Londyn - drugi weekend kwietnia. Sztokholm - przełom maja i czerwca. Berlin - koniec września. Budapeszt - pierwszy weekend października. Kiedyś te wszystkie daty miałam w małym palcu lewej stopy, dziś jednak wymagały uaktualnienia.</p>
<p style="text-align:justify;">Jest taka fajna stronka <a href="http://www.42k195.com/">42k195</a> na której można znaleźć informacje o wszystkich maratonach świata. No jest tego trochę. Po wybraniu Europy pokazała mi się bardzo długa lista, z której wynotowałam interesujące mnie imprezy w miesiącach październik-grudzień. Oto wyniki wyszukiwania:</p>
<ul style="text-align:justify;">
<li>05.10 Bruksela</li>
<li>05.10 Budapeszt</li>
<li>12.10 Monachium</li>
<li>12.10 Maranello (maraton Ferrari)</li>
<li>19.10 Amsterdam</li>
<li>26.10 Wenecja</li>
<li>26.10 Wiedeń</li>
<li>26.10 Frankfurt</li>
<li>09.11 Ateny</li>
<li>30.11 Florencja</li>
<li>07.12 Lizbona</li>
</ul>
<p style="text-align:justify;">I teraz stoję przed dylematem. Czy przyoszczędzić po podróży na Bliski Wschód i wystartować skromnie w Poznaniu, czy też wznowić kultywowaną przeze mnie jeszcze 4 lata temu tradycję turystyki maratońskiej i wypuścić się gdzieś w Europę. Wybór duży, czasu na zastanowienie jeszcze chwilę zostało, większość list startowych zamykana jest w sierpniu, wrześniu. Koszty w porównaniu z wyjazdem do Poznania poważniejsze: przelot samolotem, conajmniej dwie noce w hotelu (a optymalnie jest wracać po maratonie dopiero w poniedziałek, co daje trzy noclegi). Piotr sugeruje wstępnie Monachium lub Wiedeń, ze wskazaniem na Wiedeń. W Monachium byliśmy samochodem, to z Warszawy około 20 godzin jazdy, optowałabym jednak za samolotem. Do Wiednia natomiast jest rzut beretem, nawet samochodem nie jest to bardzo poważna wyprawa. W Wiedniu byłam dwa razy, ale były to turystycznie nic nie znaczące pobyty - a wiadomo, że najlepiej jest oglądać miasto z perspektywy maratońskiej trasy. Inne opcje: w Budapeszcie już biegłam - nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Maranello - super wyjazd, cała otoczka organizowana pod patronatem Ferrari robi tutaj imponujące wrażenie, ale ten maraton zostawiam sobie na czas, kiedy Maks trochę podrośnie: pojedzie razem z nami pooglądać bolidy. Amsterdam - biorę pod uwagę, ale tu w grę wchodzi tylko samolot. W Wenecji śmierdzi od kanałów, więc niekoniecznie, poza tym byłam tam dwa razy i niespecjalnie wyobrażam sobie, którędy miałaby być poprowadzona trasa. Biegnie się pewnie dość niewygodnie. Frankfurt pozostawia mnie zupełnie obojętną, nie mam pomysłu na to miasto, więc chyba jednak nie. Ateny - tak, maraton marzeń, zwłaszcza ten historyczny kontekst robi wrażenie, to w końcu starożytna Grecja jest ojczyzną maratonu. Florencja - byłam dwa razy, więc nie. Lizbona - zdecydowanie tak. Ale późno, grudzień to czas szykowania prezentów, a nie włóczenia się po Europie.</p>
<p style="text-align:justify;">Może więc stanie na Wiedniu. Przemyślimy to, podyskutujemy, podejmiemy decyzję.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Rzeczy Ważne i Rzeczy Ważniejsze]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=175</link>
<pubDate>Tue, 20 May 2008 20:33:02 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=175</guid>
<description><![CDATA[
Jeszcze wczoraj byłam pewna, że 28 września pobiegnę w Maratonie Warszawskim. Jednak dziś, o g]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/tel_aviv.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-176" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/tel_aviv.jpg" alt="" width="500" height="229" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Jeszcze wczoraj byłam pewna, że 28 września pobiegnę w Maratonie Warszawskim. Jednak dziś, o godzinie 6:25 rano, przy śniadaniu (kanapeczki przyrządzone przez mojego Niezastąpionego, Jedynego i Najważniejszego, kanapeczki z serkiem, pastą jajeczną, pomidorami i pieczarką pokrojoną w zgrabne plasterki, kanapeczki przygotowane dla mnie w charakterze posiłku regeneracyjnego po wczesnoporannym bieganiu) okazało się, że ostatnia niedziela września zarezerwowana będzie na przyjemności znajdujące się na przeciwnym końcu skali, a mianowicie na wylegiwanie się na plaży.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Plan tej podróży był omawiany w zarysach od dawna, ale jakoś tak się złożyło, że nie dogadaliśmy dat. I dzisiaj nareszcie moje synapsy w mózgu zajarzyły, że coś mi tutaj koliduje, więc czem prędzej zajrzałam do kalendarza w komórce, co by swoje podejrzenia potwierdzić. Niestety wszystko się zgadzało. A raczej nie zgadzało! W pierwszym odruchu zakrzyknęłam: <em>Ale przecież 28 września biegnę w Warszawie maraton!</em></p>
<p style="text-align:justify;">Jak ważny dla mojego NJN jest ten wyjazd zorientowałam się natychmiast po jego nosie zwieszonym na kwintę i zarytym głęboko w kanapkę. Dla mnie ważny jest powrót do maratonów, no kurcze - to był jeden z moich osobistych priorytetów na ten rok, mam z tego zrezygnować dla jakiejś tam podróży...? Warszawa to jest maraton kultowy, z roku na rok coraz lepszy organizacyjnie, biegłam w nim tylko raz na siedem lat mojego biegania, i  każdego roku, gdy widzę ten wielobarwny tłum na ulicach Warszawy skręca mnie z zazdrości.</p>
<p style="text-align:justify;">A jednak: są rzeczy Ważne, ale są i Ważniejsze. Ostatecznie maraton nie przetrwał konfrontacji z propozycją kilkudniowej randki na śródziemnomorskiej plaży, randki pośród świata, gdzie wspomnienie o biblijnych prorokach wydaje się wciąż żywe, gdzie każda cegła jest obarczona tysiącletnią historią. W Maratonie Warszawskim pobiegnę za rok.</p>
<p style="text-align:justify;">Tak więc 28 września o 8. rano nie będę dreptała rozgrzewkowo po Placu Zamkowym, gryząc nerwowo palce i poprawiając co chwilę numer startowy. O tej porze 28 września będę - w geście solidarnosci z biegaczami startującymi w Warszawie - biec po plaży, wzdłuż linii wody, w kierunku północnym lub południowym, uciekając przed leniwymi falami, które czaić się będą, aby zamoczyć mi buty. A potem wrócę do hotelu na śniadanie. Po śniadaniu zalegnę na plaży, na leżaku, aby rozkoszować się lekturą jednej z książek, które ze sobą zabiorę w tę podróż. Po kilku stronach zasnę w ciepłym słońcu - tak zawsze się kończy moje czytanie na świeżym powietrzu, jestem kompletnie nieodporna na usypiające działanie tlenu. Muszę przyznać, że strasznie mnie cieszy ta perspektywa!</p>
<p style="text-align:justify;">Jednej tylko rzeczy jeszcze nie rozstrzygnęłam: biec maraton na jesieni, czy nie biec? Jechać do Poznania? Czy będę miała na to czas? Temat do zastanowienia na najbliższe tygodnie.</p>
<p style="text-align:justify;">P.S. Zdjęcie na bannerze jest właśnie Stamtąd :-) Zrobione w listopadzie 2007.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zmiany, zmiany, zmiany]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=172</link>
<pubDate>Thu, 15 May 2008 21:12:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=172</guid>
<description><![CDATA[
Taki widok będę miała z okna - za mniej więcej rok. Ale ja dzisiaj nie o przyszłości, tylko o]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/topolin_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-171" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/topolin_banner.jpg" alt="" width="500" height="177" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Taki widok będę miała z okna - za mniej więcej rok. Ale ja dzisiaj nie o przyszłości, tylko o dzisiejszym bieganiu. Ze wstydem donoszę, że rano nie wstałam - poległam sromotnie na całej linii, a co gorsza - prawie bez walki. Buty biegowe czekające na mnie w przedpokoju były uosobieniem wyrzutów sumienia, gdy w końcu zwlokłam się z łóżka około szóstej. Nie mogłam ich tak zostawić: takich biednych, nie zakurzonych, nie wyprowadzonych na spacer. Po powrocie z pracy pojechałam więc na Łosiowe Błota.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Ech - lato. Robi się naprawdę ciepło i naprawdę sucho, nawet w tym naszym podmokłym lesie. A susza to nie jest coś, co tygrysy lubią najbardziej. Powiem więcej: tygrysy lubią najbardziej deszcz, a w czasie suszy męczą się i schną na wiór. Zapomniałam kupić sobie przed bieganiem małą wodę mineralną i skutek był taki, że myślałam o tej  wodzie przez prawie cały bieg. Ale z drugiej strony - nie było tak źle. Z zadowoleniem stwierdzam, że w dwa miesiące od Wielkiego Powrotu Na Biegowe Ścieżki udało mi się doprowadzić organizm do stanu biegowej używalności, dzięki czemu 10-kilometrowy bieg kończę w dobrej lub bardzo dobrej kondycji. Czas na dłuższe dystanse. W weekend za dwa tygodnie spróbuję zmierzyć się z piętnastką lub dwudziestką. Do maratonu zostały cztery miesiące. Dużo-mało?</p>
<p style="text-align:justify;">Z innych tematów pragnę odnotować, że wpisałam dzisiaj do kalendarza kilka biegowych imprez na sezon późnowiosenno-wakacyjny. Bogaty repertuar imprez został przeze mnie potraktowany bardzo wybiórczo: praca, urlop  plus inne, wysokopriorytetowe zobowiązania. I tak:</p>
<ul style="text-align:justify;">
<li>31 maja planuję <a href="http://www.kbgaleria.pl/">Bieg Truskawki</a>, organizowany przez KB Galeria (dystans 9,2 km)</li>
<li>5 lipca - Puchar Maratonu Warszawskiego, bieg na dystansie 15 km (pisałam o tym kilka notek wstecz)</li>
<li>30 sierpnia - Puchar Maratonu Warszawskiego, bieg na dystansie 25 km</li>
<li>a 31 sierpnia - uwaga, uwaga! - ciekawa inicjatywa Nike, a mianowicie <a href="http://nikeplus.nike.com/nikeplus/">Bieg Nike+ Human Race</a> na dystansie 10 km. Niestety ten bieg będzie zorganizowany kosztem Run Warsaw i to jest  niekorzystna strona tego przedsięwzięcia. Ale, znając profesjonalizm Nike, będzie to na pewno super impreza.</li>
</ul>
<p style="text-align:justify;">A poza tym TVP trąbi we wszystkich serwisach informacyjnych o akcji <a href="http://www.polskabiega.pl/">Polska biega</a>. Przyznam, że w zeszłym roku trochę zlekceważyłam tę akcję, nie śledziłam jej zbyt uważnie (mówiąc szczerze: nie śledziłam jej w ogóle), ale w tym roku to jest kosmos jak tę akcję nagłośniono i ile jest wokół niej pozytywnej energii. Serce rośnie, gdy widzi się te dzieciaki z małych miejscowości biegnące całą grupą razem z uczestnikami sztafety. Czyżby w tym naszym zaścianku, gdzie biegacz z lampką czołową na głowie wyzywany jest od górników (z całym szacunkiem dla tego trudnego zawodu) coś się zaczynało zmieniać? To się dzieje naprawdę! Dzieciaki nie będą kojarzyły biegania tak jak ja przed dwudziestu laty (<em>vide</em> <a href="http://inthecat.wordpress.com/archiwalia/archiwum/">Manifest Biegowy</a>), tylko bardzo wcześnie zrozumieją, że jest to czysty fun, sponton, jazda, sposób na wyładowanie nadmiaru energii, sposób na jej ukierunkowanie. Przez wzgląd na moją nieletnią latorośl, która aż kipi od nadmiaru energii, cieszę się niezmiernie, że idzie to w tym kierunku. Dobra robota, panowie!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Puchar Maratonu Warszawskiego]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=144</link>
<pubDate>Fri, 09 May 2008 08:27:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=144</guid>
<description><![CDATA[
Dostałam rano maila - newsletter - od Fundacji Maratonu Warszawskiego z informacją, że w najbli]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/warszawa_banner1.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-147" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/warszawa_banner1.jpg" alt="" width="500" height="141" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Dostałam rano maila - newsletter - od Fundacji Maratonu Warszawskiego z informacją, że w najbliższą sobotę, 10 maja, rusza cykl imprez biegowych pod wspólnym tytułem Puchar Maratonu Warszawskiego.</p>
<div><em>Rozpoczynamy przygotowania do jubileuszowej, trzydziestej edycji Flora Maratonu Warszawskiego. Już w najbliższą sobotę, 10 maja, pierwszy bieg o Puchar Maratonu. Dystans - 5 km, miejsce - Park Skaryszewski w Warszawie, start - godz. 11.00. Zapraszamy wszystkich, którzy chcą przygotować ooptymalną formę na wrześniowy maraton!</em></div>
<div><em><!--more--></em></div>
<p style="text-align:justify;"><em>Puchar Maratonu to cykl 5 biegów (5, 10, 15, 20 i 25 km) rozgrywanych w odstępach czterotygodniowych w sobotę. Osoby spragnione rywalizacji walczą w kategoriach wiekowych, a ci, którzy chcą wykorzystać te biegi jako element treningu - stopniowo wydłużają dystans by 28 września spotkać się na maratonie! </em></p>
<p style="text-align:justify;"><em>Trenuj z nami! 10 maja, godz. 11.00, Park Skaryszewski. Wpisowe wynosi 10 zł. Zawodnicy otrzymują napoje, słodycze, biorą też udział w losowaniu wielu upominków.</em></p>
<p style="text-align:justify;"><em>Szczegółowy regulamin Pucharu Maratonu na stronie </em><a href="http://inthecat.wordpress.com/wp-admin/www.maratonwarszawski.com"><em>www.maratonwarszawski.com</em></a><em>.</em></p>
<p style="text-align:justify;">Przejrzałam na szybko kalendarz. Poszczególne biegi rozgrywane będą w następujących terminach:</p>
<ul style="text-align:justify;">
<li>10 maja - 5 km</li>
<li>7 czerwca - 10 km</li>
<li>5 lipca - 15 km</li>
<li>3 sierpnia - 20 km</li>
<li>30 sierpnia - 25 km</li>
</ul>
<p style="text-align:justify;">Wygląda to obiecująco. Nie we wszystkich biegach będę mogła wziąć udział, ale na 15 km i na 25 km mogłabym wystartować. Na pewno byłby to element treningu dodatkowo mobilizujący do utrzymania systematyczności. Poza tym taka impreza pozwala utrzymać koncentrację na celu, którym jest w moim przypadku start we wrześniowym Maratonie Warszawskim. Jeżeli uda mi się w nim pobiec (i ukonczyć!) to wobec tych wszystkich spraw, które się dzieją, będzie to naprawdę mistrzostwo świata. A biegi w ramach Pucharu MW wpisuję sobie już do kalendarza i do dziennika treningowego - żeby tam były i kłuły w oczy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zdjęcia z wczoraj]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=128</link>
<pubDate>Sun, 04 May 2008 20:19:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=128</guid>
<description><![CDATA[
W tematach biegowych nie zadziało się dzisiaj nic. Zawdzięczam to mojemu synowi, który był ła]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/park_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-136" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/park_banner.jpg" alt="" width="500" height="167" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">W tematach biegowych nie zadziało się dzisiaj nic. Zawdzięczam to mojemu synowi, który był łaskaw wstawać w nocy około dziesięciu razy. Jest jak bańka-wstańka. My go do łóżka, a on z łóżka. Cichutko, beszelestnie podchodzi do schodów do naszej sypialni i tam zastyga w dziwnym stanie na pograniczu jawy i snu. No więc my znowu go do łóżka. A on za chwilę z łóżka. Oczywiście oboje nie śpimy, tylko czuwamy i nasłuchujemy. Piotr po takiej nocy ma oczy niby królik i mało przytomne spojrzenie, ja natomiast - kłopoty z pobudką. Na dzisiaj rano miałam zaplanowane bieganie na Łosiowych. Niestety - obudziłam się kompletnie rozbita, postanowiłam więc złapać jeszcze godzinkę snu, zwłaszcza że Maks od trzech godzin już nie lunatykował, więc miałam nadzieję, że też odeśpi zarwaną noc. Nie pomyliłam się: wstał dopiero przed ósmą.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Ale bieganie przepadło: było już za późno na wyprawę do lasu. Niedzielny poranek z rodziną rządzi się własnymi prawami: trzeba zrobić kluski na mleku, wydać śniadanie. Trzeba po prostu BYĆ. Dzisiaj zamiast tekstu dwie fotki z wczorajszego biegu.</p>
<p style="text-align:justify;">Pierwsza zrobiona przez Andrzeja Chomczyka, mojego dobrego znajomego z biegowych tras (odsyłam na stronę <a href="http://team.entre.pl/">Entre Team</a>). Andrzej robi znakomite zdjęcia i praktycznie każda biegowa impreza w Warszawie może poszczycić się zrealizowaną przez Andrzeja fotograficzną dokumentacją). Zdjęcie, które poniżej zamieszczam, zrobił mi wczoraj na tym legendarnym podbiegu pod Agrykolę.</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/agrykola_entre1.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-126" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/agrykola_entre1.jpg?w=237" alt="" width="237" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Druga fotka jest autorstwa mojego męża i zrobiona została na 100 metrów przed metą. Widać walkę? :-)</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/05/meta.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-127" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/meta.jpg?w=300" alt="" width="300" height="199" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bieg Konstytucji 3 Maja]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=123</link>
<pubDate>Sat, 03 May 2008 19:47:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=123</guid>
<description><![CDATA[
W pierwszych słowach tego listu chciałabym najpierw odszczekać to, co napisałam o organizatorze]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/flagi_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-115" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/flagi_banner.jpg" alt="" width="500" height="259" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">W pierwszych słowach tego listu chciałabym najpierw odszczekać to, co napisałam o organizatorze Biegu Konstytucji. Wprawdzie przed startem, w siedzibie WOSiR, gdzie - jak pamiętamy - rozdawano biegaczom pakiety startowe, uformowała się dość potężna kolejka po odbiór pamiątkowych koszulek i agrafek (sic!), za pomocą których trzeba było przypiąć numer startowy do ubrania, ale kolejka obsługiwana była sprawnie i grzecznie, tak więc uwinęłam się z formalnościami w niespełna dwadzieścia minut. W zaistniałych warunkach organizacyjnych uważam to za duży sukces. Linia startu była zorganizowana porządnie, trasa zabezpieczona bez zarzutu, na mecie tłum, kamery i catering full wypas, tak więc sumując wszystkie plusy i minusy tego biegu stwierdzić muszę, że impreza była bardzo udana i nie ma co grymasić na organizacyjne niedociągnięcia. Ważne, że bieg się w ogóle odbył i że osiemnastoletnia tradycja nie została przerwana.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Jeżeli chodzi o mnie, to odniosłam dziś nieoczekiwany, acz - w wartościach bezwzględnych rozpatrując - umiarkowany sukces. Swoje szanse oceniałam na 35 minut, no - przy sprzyjających wiatrach na 32 minuty, tymczasem - surprise, surprise! - na mecie zameldowałam się z wynikiem 0:28:33. Biegło mi się dobrze, sporo czasu zarobiłam na długim zbiegu po ul. Myśliwieckiej na 1 km trasy, a potem byłam już rozpędzona i trzymałam raczej równe tempo. Praktycznie cały czas, aż do mety, wyprzedzałam. Podbieg pod Agrykolę pokonałam biegnąc i prawie wyzionęłam ducha, gdy w końcu osiągnęłam poziom Al. Ujazdowskich. Nawet nie wiem, jakie miałam na tym odcinku tętno, forerunner zmierzył mi dzisiaj maksymalne na poziomie 180 ud/min, ale równie dobrze mógł to być finisz, który w Biegu Konstytucji zaczyna się przecież tuż po podbiegu na Agrykoli. Tą ostatnią prostą pokonałam gnając ile fabryka dała, starając się nie myśleć o tym, że serce za chwilę wyskoczy mi przez żebra i wypadnie na chodnik. Linię mety przekroczyłam z agonalnym rzężeniem i przepraszam tych państwa, przy których zawisłam na barierce oddzielającej strefę mety od kibiców: przedstawiałam sobą dość żałosny widok. Ale w bieganiu tak już jest, że tuż przed metą umiera się w sposób bolesny i bardzo dramatyczny, a chwilę później świat jest znowu piękny. Po dwóch minutach doszłam do siebie. Moi prywatni kibice szybko mnie odnaleźli (Maksio wspaniale kibicował, a potem powiedział Piotrowi: <em>Mama uciekła od Maksia</em>) i pojechaliśmy na spacer.</p>
<p style="text-align:justify;">Podsumowując: impreza była w porządku. Jestem zadowolona, że zdecydowałam się na ten start. Poniżej, ku pamięci, dzisiejsza trasa. Fajnie widać Łazienki.</p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/bieg-konstytucji-3-maja-2008-05-03.jpg"><img class="alignleft size-thumbnail wp-image-122" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/05/bieg-konstytucji-3-maja-2008-05-03.jpg?w=106" alt="" width="106" height="96" /></a>Jeszcze kilka ogólnych obserwacji. Naród nareszcie zaczyna biegać. Pobity dziś został rekord frekwencji: wystartowało 400 osób, podczas gdy w poprzednich edycjach notowano liczbę uczestników o połowę mniejszą. Ponadto w dzisiejszym biegu wystartowała nowa kategoria uczestników, a mianowicie nordic walkerzy. Grupa około 30 osób, w większości panie w wieku okołoemerytalnym (ale były też młodsze), raźno wystartowała z kijkami minutę po starcie biegaczy. To jest tendencja, którą obserwuję od jakichś - czy ja wiem - czterech lat: biegaczy ewidentnie przybywa, a środowisko rozszerza się na grupy amatorów, którzy biegają okazjonalnie, wyłącznie dla zdrowia, ale biegają. Symptomatyczne było dzisiaj również to, że w całej grupie 400 osób, znajomych widywanych na innych warszawskich biegach dostrzegłam zaledwie garstkę. Cała reszta to byli nowi. Oby tak dalej. Może za dziesięć lat Maraton Warszawski osiągnie europejski poziom frekwencji?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Paszkwil o WOSiR]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=110</link>
<pubDate>Wed, 30 Apr 2008 20:55:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=110</guid>
<description><![CDATA[
O czym to ja chciałam dzisiaj napisać&#8230;? Aha. Mam dziś urlop - wymarzony, wytęskniony dzie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://inthecat.files.wordpress.com/2008/04/wat_banner.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-109" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/wat_banner.jpg" alt="" width="500" height="226" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">O czym to ja chciałam dzisiaj napisać...? Aha. Mam dziś urlop - wymarzony, wytęskniony dzień wolny, początek kuriozum na skalę światową, czyli <em>Długiego Majowego Weekendu</em>. Z tej okazji pospałam do 6:45 (Boże, co za wypas!) i nie śpiesząc się, na pełnym relaksie, pojechałam na Łosiowe, aby  dostarczyć należną mojemu oganizmowi dawkę dziesięciu kilometrów biegu.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Było przyjemnie. Pogoda taka sobie, ale do biegania idealna. Po raz kolejny zaobserwowałam u siebie dość dziwny objaw, taki mianowicie, że biegnąc, co jakiś czas pogrążam się w myślach tak bardzo, że przestaję  rejestrować otoczenie - biegnę swoim tempem, ale w sposób automatyczny. Potem, gdy próbuję sobie przypomnieć te <em>transowe</em> fragmenty trasy, to okazuje się, że mój mózg ich nie zapamiętał, tak jakbym dokonała teleportacji w czasoprzestrzeni. Ciekawe, gdzie się podziewają psychosomatyczne wspomnienia z tych „zagubionych” w pamięci odcinków trasy?</p>
<p style="text-align:justify;">Z innych wydarzeń okołobiegowych pragnę odnotować, że organizatorzy Biegu Konstytycji 3 Maja zasłużą chyba na pierwsze miejsce w rankingu na najbardziej nieporadnego organizatora biegów ulicznych. Dziś był ostatni dzień zapisów. Należało się stawić w godzinach – uwaga, uwaga – 16:00-18:00, a więc w porze największych warszawskich korków, po to aby się zapisać do biegu, uiścić opłatę startową i odebrać pakiet startowy, czyli numer, koszulkę, chipa do pomiaru czasu i jeszcze jakieś drobiazgi. Zorganizowałam całą wyprawę po to, aby w wyznaczonych widełkach czasowych dotrzeć z Bemowa na Mokotów. Na miejscu zastaliśmy miłą panią, jak się okazało – na zastępstwie, która kazała mi wypełnić dość banalną fiszkę zgłoszeniową, odnotowała mnie w jakimś grubym zeszycie i… na tym się skończyło. Reszta formalności, a więc opłata i odbiór pakietu startowego ma się odbyć w sobotę, tuż przed startem, w godzinach 8:00-10:00: <a href="http://www.wosir.waw.pl/?pid=1&#38;id=112">na stronie WOSiR jest napisane</a>, że to z powodu chipów, których na razie nie dostarczono. Jest to absolutny skandal: już widzę oczami duszy tę gigantyczną kolejkę biegaczy, którzy w sobotę przed biegiem, zamiast zjeść porządne śniadanie, próbują dopełnić formalności upoważniających do udziału w imprezie.</p>
<p style="text-align:justify;">Naprawdę nie wiem, jak to skomentować, ręce opadają. Na Run Warsaw, gdzie startowało kilkanaście tysięcy biegaczy, chipy były jednorazowe, a pakiety startowe można było odbierać na półtora miesiąca przed startem. WOSiR nie jest w stanie poradzić sobie z  imprezą, w której frekwencja nie przekroczy pewnie 500 uczestników. Żenująca niekompetencja.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Buster Martin zdemaskowany!]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=76</link>
<pubDate>Mon, 14 Apr 2008 20:56:15 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=76</guid>
<description><![CDATA[Historii z Busterem Martinem ciąg dalszy. Pomijając fakt, że nieoczekiwanie podniósł statystyki]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">Historii z Busterem Martinem ciąg dalszy. Pomijając fakt, że nieoczekiwanie podniósł statystyki mojego raczkującego bloga, mocno byłam dziś zaskoczona próbując od rana znaleźć w necie jakiekolwiek informacje o tym, czy pan Martin dobiegł do mety, a jeżeli tak - to z jakim czasem. Google jakby nagle nabrało wody w usta, bo wyszukiwanie kierowało mnie wyłącznie do niedzielnych serwisów. Strona <a href="http://www.london-marathon.co.uk/">Flora London Marathon</a> kompletnie zignorowała Bustera Martina nie umieszczając go na liście zawodników, którzy ukończyli dystans. Bardzo to wszystko było dziwne: przecież 101-letni maratończyk nie może być jednodniową gwiazdą mediów, w stosunku do takich ludzi nie traci się zainteresowania z dnia na dzień.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">Zagadka tymczasem się wyjaśniła. <a href="http://www.timesonline.co.uk/tol/news/uk/article3740118.ece">Times Online</a> zamieszcza dość obszerny artykuł, w którym Buster Martin zostaje bezlitośnie zdemaskowany. Jak się okazuje, maraton ukończył, w dodatku z wynikiem znacznie lepszym w stosunku do pierwotnych założeń: na mecie był po około 10 godzinach. Ale jest jedno ALE. Komisja od rekordów Guinessa nie chce uznać naszego bohatera za najstarszego maratończyka na świecie, ponieważ Buster nie dostarczył dowodów świadczących o tym, że rzeczywiście ma 101 lat, bo podobno ma zaledwie 94 lata (cóż, młodzian!). Z formalnego punktu widzenia rzeczywiście wydaje się to dość kluczowe. Zrobiła się mała afera. <em>Buster is not a hero any more.</em> Szczegóły w zlinkowanym artykule.</p>
<p style="text-align:justify;">A mi jest wszystko jedno. Sto jeden lat czy dziewięćdziesiąt cztery, ten facet chodzi po tym łez padole cały wiek! I właśnie przebiegł maraton! Czy naprawdę musimy być aż tak pryncypialni? Czy urzędasy z Komisji Do Spraw Rekordów Guinessa zdają sobie sprawę, co to znaczy biec - nawet jeżeli jest to tylko trucht - przez dziesięć godzin??</p>
<p style="text-align:justify;">Może Buster rzeczywiście nie jest Najstarszym Maratończykiem na Świecie. Nawet jeśli jest to PR-owa sztuczka, albo nawet jeśli po prostu nie potrafi sobie przypomnieć, w którym dokładnie roku się urodził, to kłaniam mu się nisko i oddaję hołd, jako człowiekowi, który wykazał się niezwykłym hartem ducha i nieprzeciętną siłą woli. Kto nigdy nie posmakował maratonu, niech nie rzuca kamieniem w Bustera. To nie jest oszustwo - to jest co najwyżej nieprecyzyjne datowanie. Próbuję sobie wyobrazić, czy przypomniałabym sobie datę moich urodzin, gdybym na karku nosiła cały wiek - i kurcze, nijak mi to nie wychodzi.</p>
<p style="text-align:justify;">I jeszcze w charakterze smętnej anegdoty: dlaczego nie znamy dokładnego wyniku pana Martina? Otóż okazuje się, że bramka zliczająca na mecie czasy poszczególnych maratończyków została zdemontowana na 45 minut przed przekroczeniem mety przez Bustera. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że na Bustera nikt na mecie nie czekał. Że meta po prostu zniknęła. Może nawet nie było już nadmuchiwanej bramy? A przecież Busterowi, nawet jeżeli nie kwalifikuje się do Księgi Rekordów Guinessa, należały się kwiaty, feta, pinta ulubionego piwa, uścisk ręki włodarza Londynu. Tymczasem meta odjechała, zanim Buster ją osiągnął: nie ma chyba smutniejszej metafory bezsensowności wysiłku maratończyka.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Buster Martin]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=73</link>
<pubDate>Sun, 13 Apr 2008 20:17:53 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=73</guid>
<description><![CDATA[

Pokazywały go dzisiaj wszystkie telewizje. Człowieka, który najprawdopodobniej zostanie najstar]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/buster.jpg"></a></p>
<p style="text-align:justify;"><a href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/buster.jpg"><img class="alignleft size-medium wp-image-75" src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/buster.jpg" alt="" width="215" height="300" /></a></p>
<p style="text-align:justify;">Pokazywały go dzisiaj wszystkie telewizje. Człowieka, który najprawdopodobniej zostanie najstarszym maratończykiem na świecie. Nazywa się Buster Martin i jest Brytyjczykiem. Dziś miał wystartować w Maratonie Londyńskim. Bieg został już zakończony, ale Martin pewnie jeszcze biegnie: dał sobie 14 godzin na ukończenie dystansu 42 kilometrów. Buster Martin ma 101 lat.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;"> W telewizji wygląda na siedemdziesięciolatka, no - na upartego można mu dać osiemdziesiątkę. Dresik, bujna marynarska broda. Komentatorzy podkreślają jego zamiłowanie do fajki i piwa. Inne fakty: wychował siedemnaścioro dzieci, walczył w II wojnie światowej. W wieku 97 lat przeszedł na emeryturę, ale znudzony bezczynnością zajął się wykonywaniem zawodu mechanika samochodowego. 2 marca ukończył Roding Valley Half Marathon w czasie 5 godzin i 13 minut.</p>
<p style="text-align:justify;">Brzmi to wszystko niewiarygodnie. W kraju, gdzie zaledwie sześćdziesięciolatkowie przeważnie są już ciężko schorowani i jedyną ich aktywnością fizyczną - oprócz wypraw do lekarza, kościoła i osiedlowego sklepu - jest uprawianie grządek na pracowniczej działce, newsy tego typu wywołują słuszne zdumienie i niedowierzanie: wszyscy oglądają Bustera Martina z oczami jak spodki i cmokają ni to z podziwu, ni to z dezaprobaty przemieszanej oczywiście z zazdrością. Nasz Ułan, czyli pan Jan Niedźwiecki, obecnie osiemdziesięciodwulatek, który ma zaliczonych około stu maratonów, również wzbudza podczas imprez biegowych ogromne zainteresowanie: niektórym imponuje, a innych śmieszy, nie-biegacze oglądają go niczym muzealny eksponat nie mogąc wyjść z podziwu, że tak można. Że w TYM WIEKU można biegać.</p>
<p style="text-align:justify;">A przecież to takie proste i naprawdę nie jest podszyte żadną skomplikowaną filozofią. Wystarczy para wygodnych butów i jakikolwiek dres. O ile nasi rodzice, dziadkowie byliby zdrowsi i szczęśliwsi, gdyby zrozumieli, że nie ma lepszego środka na długowieczność i dobre zdrowie, niż wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu. Słowa te dedykuję również moim rodzicom, którzy są w tym wieku, kiedy za sobą ma się już wprawdzie te kilka dziesiątek lat, ale przed sobą - wspaniałą jesień życia bez obciążenia w postaci dorastających i nieprzewidywalnych dzieci. Niestety: są niereformowalni.</p>
<p style="text-align:justify;">Życzę panu Martinowi ukończenia dystansu i wpisania jego wyczynu do Księgi Rekordów Guinessa. Zobaczymy w jutrzejszych serwisach, czy mu się udało.</p>
<p style="text-align:justify;">(foto: <a href="http://www.thesun.co.uk/sol/homepage/features/article884439.ece">The Sun</a>)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Na dobranoc - dobry wieczór]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=69</link>
<pubDate>Wed, 09 Apr 2008 20:27:39 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=69</guid>
<description><![CDATA[W moim blogu miało być głównie o bieganiu, ale gdy zastanawiałam się nad dzisiejszą notką, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;">W moim blogu miało być głównie o bieganiu, ale gdy zastanawiałam się nad dzisiejszą notką, to myśli krążyły wyłącznie wokół wydarzeń związanych z dziwaczną podróżą znicza olimpijskiego przez świat. Zastanawiałam się, czy moja notka sprzed dwóch dni, ta o bombie na maratonie, notka która niespodziewanie przerodziła się w felieton na temat Chin, nie była przypadkiem sianiem defetyzmu i propagowaniem postaw konformistycznych: <em>skoro nie możemy Chinom naskoczyć, to po co protestować?</em> No ale to nie tak.</p>
<p style="text-align:justify;"><!--more--></p>
<p style="text-align:justify;">U fryzjera przejrzałam dzisiaj zeszłotygodniowy numer <a href="http://www.przekroj.pl/">Przekroju</a> (musi mi wejść w nawyk zapisywanie źródeł, bo potem nie mam się na co powołać), gdzie jeden z komentatorów, którego nazwiska niestety nie pamiętam (Przekrój nie jest moim magazynem, czytam głównie <a href="http://www.polityka.pl/polityka/index.jsp?place=Menu20&#38;news_cat_id=-1&#38;layout=15">Politykę</a>), pisze właściwie dokładnie to samo, co ja starałam się wyrazić dwa dni temu, tylko oczywiście składniej i lepiej dobranymi słowami. Świat polityki nie zareaguje słowem na łamanie praw człowieka w Tybecie, bo Chiny mają głos w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i wpływy w Korei Północnej. Głowa Kościoła katolickiego - papież - nie zareaguje na Tybet, bo Benedykt XVI ma na względzie zapewnienie swobód wyznaniowych chińskim katolikom. Departament Stanu USA nie zareaguje na najbrutalniejsze nawet akcie przeciwko Tybetańczykom, bo gospodarka amerykańska jest zbyt ściśle powiązana z chińską. MKOl nie zaprotestuje, bo przecież przez lata sam lobbował za przyznaniem Chinom olimpiady - miał być to sposób na ucywilizowanie i obłaskawienie chińskiego kolosa. Tymi, którzy powinni protestować, są organizacje broniące praw człowieka; ich akcje powinniśmy wspierać na tyle, na ile potrafimy i na ile jesteśmy w stanie. Ale nie łudźmy się: świata nie zbawimy powiewając flagami i gasząc olimpijski znicz.</p>
<p style="text-align:justify;">Jednak mimo wewnętrznego sceptycyzmu co do skuteczności antychińskich akcji protestacyjnych, wciąż zastanawiam się, jak mogłabym dać wyraz mojemu przekonaniu, że w Tybecie dzieje się zbrodnia. Może właśnie na to powinnam w tym roku spożytkować 1% moich podatków?</p>
<p style="text-align:justify;">Biegałam wczoraj popołudniu, po powrocie z pracy. Było dość chłodno, ale słonecznie. Na Łosiowych, po nocnych opadach deszczu, błoto niemiłosierne, miejscami tak ślisko, że trzeba przejść w marsz, jeżeli nie chce się ryzykować spektakularnego upadku prosto w czarną, ciamkającą pod butami maź. W połowie pierwszego kilometra wpadliśmy na siebie ze Scarabeusem, moim maratońskim przyrodnim bratem (o którym słów kilka <a href="http://inthecat.wordpress.com/archiwalia/inicjacja/">tutaj</a>, w końcowych akapitach tekstu). Dawno się nie widzieliśmy, on też miał dłuższą przerwę w bieganiu i właśnie powraca na ścieżki biegowe. Ponarzekaliśmy wspólnie na naszą słabą formę. Powiedział, że za pięćset metrów, między torami a tymi pagórkami flankującymi poligon od zachodniej strony, stoi łoś - piękny, dorodny okaz. Scarabeus obserwował go z bliska przez prawie dwadzieścia minut. Gdy to usłyszałam, pognałam w stronę torów, niepomna wskazań pulsomierza, cała w nadziei, że nareszcie, po tylu latach ujrzę na własne oczy i w świetle dziennym łosia! Mam bowiem do tych zwierząt niezwykłego pecha, mimo że na Łosiowych kręci się ich chyba całe stado, bo ciągle ktoś ze znajomych się na nie natyka w najmniej oczekiwanych miejscach i o nieoczekiwanych porach. No ale niestety: zanim dobiegłam we wskazane przez Scarabeusa miejsce, po łosiu nie było już śladu.</p>
<p style="text-align:justify;">Bez większych problemów przetruchtałam wczoraj moje tradycyjne 10 km. Problemów nie było, ale przyznać muszę, że kondycja nadal nikczemna: zaliczyłam parę przerw w marszu, tak więc trening zrobiony był bardziej metodą Gallowaya, niż regularnym biegiem. Nie zrażam się jednak: widzę wyraźny postęp.</p>
<p style="text-align:justify;">3 maja tradycyjnie organizowany jest Bieg Konstytucji 3 maja. Nie brałam w tej imprezie udziału od 2004 roku. Czas wrócić do gry :) co w moim przypadku - realnie oceniając szanse - oznacza dowleczenie się do mety na końcu stawki. Cztery lata temu zrobiłam nawet przyzwoity wynik, była to moja życiówka na dystansie 5 km: 23 minuty z niewielkim hakiem. A dziś? Jeżeli przybiegnę w czasie poniżej 35 minut, to będę bardzo kontenta. To, co mnie najbardziej niepokoi, to ten morderczy podbieg pod Agrykolę - bez specjalnego przygotowania nie da się sforsować tego podbiegu nie przechodząc do marszu. Postanowiłam więc wpleść w treningi w ciągu najbliższych trzech tygodni podbiegi pod tę górę w parku między Lazurową a Powstańców, i mam nadzieję, że nie przypłacę tego zawałem serca. Trochę siły biegowej się przyda.</p>
<p style="text-align:justify;">Planów treningowych do maratonu jeszcze nie przygotowałam, ciągle brakuje mi na to czasu. Ale od tego bloga powoli się uzależniam. Obserwuję u siebie ten sam syndrom, co w przypadku fotografii. W okresach intensywnego eksploatowania moich aparatów, kiedy na jeden spacer z Maksem, wychodziliśmy z trzema aparatami (DSLRem Nikona, analogowym dalmierzem Canona i dwuobiektywową lustrzanką Yashica Mat 124G) przyłapywałam się na analizowaniu całej widzialnej wokół mnie rzeczywistości pod kątem potencjalnych kadrów. To samo jest z tym blogiem: ciągle kręci mi się głowie taka szpulka nawijająca taśmę z pomysłami na notki. Ciekawe, co to wróży: czy pomyślny rozwój tego bloga, czy też wręcz przeciwnie, jest oznaką słomianego zapału, który błyśnie jasnym płomieniem i natychmiast się wypali?</p>
<p style="text-align:justify;">Strasznie długie notki piszę. Czy to nie jest przypadkiem jakiś błąd w sztuce? Ale nie potrafię krócej. Muszę się wygadać. Kończ już, panna, pora spać.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ostatnia niedziela września]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=41</link>
<pubDate>Thu, 03 Apr 2008 10:08:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=41</guid>
<description><![CDATA[Czytam w ostatnich dniach rozmaite relacje z Półmaratonu Warszawskiego i coraz bardziej żałuję,]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify">Czytam w ostatnich dniach rozmaite relacje z Półmaratonu Warszawskiego i coraz bardziej żałuję, że nie wzięłam w tej imprezie udziału. Tym razem jednak nie była to kwestia mojego chcenia czy niechcenia, tylko obowiązków, które dobrowolnie na siebie wzięłam i które muszę teraz konsekwentnie realizować. To one są priorytetowe i doskonale mam to w głowie przepracowane.</p>
<p align="justify"><!--more--></p>
<p align="justify">A jednak nie mogę się oprzeć uczuciu żalu, gdy czytam, że trasa była rewelacyjna (nareszcie zrezygnowano z tej koszmarnej długiej prostej wzdłuż Wisłostrady!), poprowadzona przez najciekawsze i najładniejsze miejsca Śródmieścia, że pogoda była idealna (nie za zimno, nie za ciepło, piękne słońce), że kibiców było dużo (to chyba dzięki fantastycznej pogodzie), że organizacja bez zarzutu, że meta usytuowana w ciekawym miejscu (przy skwerze nad Wisłą koło Biblioteki Uniwerstyteckiej). I nawet frekwencja była wyjątkowa, wystartowało podobno aż 2400 osób, co zdaje się bije rekord ostatniego Maratonu Warszawskiego z września 2007. Zostały spełnione wszystkie warunki idealnej imprezy biegowej, a mnie tam nie było!</p>
<p align="justify">Ale niedziela 30 marca 2008 już odeszła w przeszłość i nie wróci, skupiam się więc na przyszłości. W zasadzie podjęłam już decyzję o starcie we wrześniowym maratonie. Do żadnej z wiosennych imprez nie zdążę się przygotować - to trzeba sobie powiedzieć jasno. Maraton odbędzie się 28 września, w ostatnią - już jesienną - niedzielę tego miesiąca. Mam sześć miesięcy na doprowadzenie się do stanu używalności biegowej i jest to cel moim zdaniem realny. Oczywiście należy z góry porzucić mrzonki o biciu rekordów typu złamana czwórka; to mogłoby się e-wen-tu-al-nie wydarzyć dopiero w roku 2009, ale tylko i wyłącznie pod warunkiem prowadzenia regularnego treningu pod okiem na przykład Jurka; nie wiem, czy wygospodaruję na to czas. Umieszczając cel biegowy w realistycznej czasoprzestrzeni i uwzględniając, że każdy cel powinien być <em>smart</em>, piszę: przygotować się do maratonu we wrześniu, wystartować i ukończyć go w czasie 4:00 - 4:45.</p>
<p align="justify"> A zatem pierwszy najtrudniejszy krok wykonany. Podjęłam decyzję. Kolejnym krokiem powinno być opracowanie harmonogramu przygotowań, czyli rozpisanie treningów na tygodnie, dzielące mnie od daty startu. Jeszcze nie wiem, po który z licznych planów dostępnych w necie i w literaturze sięgnę, niewykluczone, że przeszukam moje archiwa i wezmę plany pisane dla mnie przez <a href="http://www.skarzynski.pl/">Jurka</a> wiosną i latem 2003, przed moim pierwszym maratonem. A może będzie i tak, że sama sobie taki plan napiszę, łącząc w całość elementy różnych planów i wskazówki od Jurka. Kluczowym okresem przygotowań będzie lato; w lipcu i sierpniu będę robić najdłuższe wybiegania na dystansie do 30 km.  Latem będę miała trochę więcej czasu na weekendowe bieganie, więc mam nadzieję, że ten plan wypali. No i na urlopie będę mogła pobiegać, o ile nie dopadnie mnie charakterystyczne dla mnie urlopowe rozprężenie wszelkiej dyscypliny.</p>
<p align="justify">No i oczywiście trzeba się zapisać. Na <a href="http://www.maratonwarszawski.com/pl/maraton/maraton.php">stronie Maratonu Warszawskiego</a> czytam, że przebieg trasy zostanie opublikowany 10 kwietnia. Rozumiem zatem, że trasa będzie inna niż w poprzednich latach i darują nam Wisłostradę, a jeżeli nie, to przynajmniej skrócą ten odcinek - moim zdaniem działa on wyjątkowo demotywująco na psyche maratończyka, i nie jest to tylko moja opinia. Główny problem z Wisłostradą jest taki, że ma ona przebieg jak strzelił: północ-południe i ciągnie się na długości ok. 20 km. W zależności od przebiegu trasy i lokalizacji mety biegnie się na południe albo w pierwszej części biegu, albo w drugiej - zawsze pod słońce. Tak źle, i tak niedobrze. Zawsze człowiek się wysmaży w słońcu i umęczy monotonią trasy, którą odmierzają, niby poprzeczne przecinki, kładki dla pieszych zawieszone nad jezdnią i mosty przez Wisłę począwszy od ul. Wirtniczej, a skończywszy na Moście Gdańskim (bywały też wersje hardokorowe: w 2001 roku trasa maratonu poprowadzona była w ten sposób, że Wisłostradą maratończycy lecieli aż do Powsina, tam nawrót i w kierunku północnym biegło się aż na Bielany, gdzie na wysokości ul. Gwiaździstej był kolejny nawrót w kierunku południowym; meta usytuowana była przy skwerze pod Starym Miastem). Na domiar złego, ponieważ Wisłostrada nie przebiega przez Śródmieście sensu stricto, tylko bardziej - na niektórych odcinkach - przez dzielnice mieszkaniowe, kibiców jest niestety jak na lekarstwo. Ta trasa jest po prostu za długa i za szeroka jak na maraton; ruch nigdy nie jest wstrzymany całkowicie, tylko częściowo, na jednym kierunku, więc też trudno się dziwić kibicom, że wolą obstawiać takie miejsca kibicowania jak na przykład Stare Miasto. Marzą mi się dla Warszawy takie ilości kibiców, jakie widzi się wzdłuż tras maratonów berlińskiego, nowojorskiego, paryskiego... Marzenia - za pięćdziesiąt lat może się ziszczą.</p>
<p align="justify">To była taka tematyczna dygresja, ale podsumowując, do zrobienia są dwie rzeczy: zapisać się do maratonu i przygotować plany treningowe na sześć miesięcy. No i wyjść na bieganie dziś, po pracy. O tym, że - i dlaczego - nie wstałam rano, pisać nie będę, bo to jest oczywiste i nie wymaga komentarza. Jestem pod tym względem niereformowalna.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Półmaraton Warszawski]]></title>
<link>http://inthecat.wordpress.com/?p=23</link>
<pubDate>Sun, 30 Mar 2008 20:46:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>joycat</dc:creator>
<guid>http://inthecat.wordpress.com/?p=23</guid>
<description><![CDATA[Dzisiaj w Warszawie odbył się 3. Carrefour Półmaraton Warszawski. Nie mam szczęścia do tego bi]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify">Dzisiaj w Warszawie odbył się 3. Carrefour Półmaraton Warszawski. Nie mam szczęścia do tego biegu.</p>
<p align="justify"><!--more--></p>
<p align="justify">Decyzję o organizacji samodzielnej półmaratońskiej imprezy Fundacja Maratonu Warszawskiego podjęła bodajże wiosną 2005. Do tamej pory półmaraton rozgrywany był w tym samym terminie co maraton; były dwie linie startu oraz wspólna meta, co oczywiście nastręczało organizatorom mnóstwa problemów logistycznych. Po organizacyjnych perturbacjach podczas imprezy we wrześniu w 2004, FMW zadecydowała, że od roku 2006 półmaraton rozgrywany będzie odrębnie, w ostatni weekend marca. Gdy ta decyzja została ogłoszona na początku 2005, byłam już w zaawansowanej ciąży z terminem porodu na początek lipca. Żyłam wówczas w przekonaniu, że po porodzie błyskawicznie stanę na nogi, wrócę do biegania i - w przypadku, gdyby półmaraton rozgrywany był razem z maratonem we wrześniu - w ciągu dwóch miesięcy zdołam przygotować się do przebiegnięcia 21 km. Tymczasem Fundacja zadecydowała, że najbliższy półmaraton, już jako samodzielny bieg, odbędzie się dopiero w marcu 2006. Byłam wtedy jednym z najzagorzalszych przeciwników tego posunięcia i na forum <a href="http://biegajznami.pl/forum/index.php">Biegaj z nami</a>, w odpowiednim wątku, dawałam kilkakrotnie upust swojemu sprzeciwowi i frustracji, że oto mnie - matkę in spe - pozbawia się szansy na uczestnictwo w dużej biegowej imprezie.</p>
<p align="justify">W miarę jak zbliżał się termin 1. Półmaratonu Warszawskiego, stawało się coraz bardziej oczywiste, że moja forma daleka będzie od tej, jaką wypracowałam sobie we własnych wyobrażeniach. Powrót do pracy po sześciu miesiącach macierzyństwa, niemowlę w domu, naturalne dla tego okresu w moim życiu zmęczenie - wszystko to nie sprzyjało bieganiu. Nie było mowy o regularnym treningu. A jednak postanowiłam wystartować. Decyzję o starcie podjęłam na miesiąc przed terminem imprezy i przez cały marzec próbowałam się "rozbiegać". Półmaraton oczywiście ukończyłam, ale wynik na mecie był dość słaby (2 godz. 12 min, przy życiówce 1 godz. 52 min). Sam bieg nie pozostawił we mnie zbyt miłych wspomnień. Wlokłam się w ogonie, biegłam sama, pogoda była zimna i szara, na ulicach Warszawy kibiców jak na lekarstwo.</p>
<p align="justify">Minął kolejny rok, moje "treningi" nadal były nieregularne, biegałam zrywami. W 2. Półmaratonie Warszawskim - podobnie jak rok wcześniej - wystartowałam z marszu, praktycznie bez przygotowania, namówiona przez kolegę. Tym razem Warszawa skąpana była w wiosennym słońcu, niedziela półmaratońska była praktycznie pierwszym ciepłym dniem w roku, biegliśmy przez miasto w radosnej euforii, jak na haju. Wszystko było jasne i optymistyczne. Byłam za ciepło ubrana, na 15. kilometrze zrobiłam więc szybki mały striptiz. Na mecie czekali na mnie rodzice oraz Piotr z Maksiem. Wynik był lepszy niż w poprzednim roku, ale nadal daleko mu było do życiówki z 2004: 2 godz. 2 min. Jednak ten bieg wspominam z przyjemnością, mam z niego zdjęcie, które bardzo lubię.</p>
<p align="justify"><a title="dsc_7611_male.jpg" href="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/dsc_7611_male.jpg"><img src="http://inthecat.wordpress.com/files/2008/04/dsc_7611_male.jpg" alt="dsc_7611_male.jpg" /></a></p>
<p align="justify">W tym roku pogoda była wprost wymarzona na pierwszy wiosenny półmaraton, jednak ja nie mogłam w nim ani uczestniczyć, ani nawet kibicować na trasie znajomym. No trudno, może w przyszłym roku. Mam nadzieję, że impreza była udana, a wyniki conajmniej dobre.</p>
<p align="justify">A poza tym to muszę się odchudzać. Na poważnie. 58 kg to się zaczyna robić trochę za dużo. Dżinsy, które w styczniu były bardzo wygodne, dzisiaj tak mi opinały dupsko, że prawie pękały przy siadaniu. Powinnam wyeliminować z diety rzeczy następujące: żółty ser, salami, sery pleśniowe do winka, spaghetti aglio olio e pepperoncino w ilościach nadmiernych (raz w tygodniu może być), pasztety Mamy. Kanapki zamiast obiadu, a potem kanapki na kolację. Ciasta na deser po niedzielnych obiadach. Jeść więcej owoców i warzyw. No i przede wszystkim zerwać z uzależnieniem od Red Bulla, bo to przecież sam cukier.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
