<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>erotyzm &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/erotyzm/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "erotyzm"</description>
	<pubDate>Fri, 25 Jul 2008 21:11:50 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Erotyzm i pornografia]]></title>
<link>http://defendo.wordpress.com/?p=58</link>
<pubDate>Sat, 19 Apr 2008 09:56:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>defendo</dc:creator>
<guid>http://defendo.wordpress.com/?p=58</guid>
<description><![CDATA[Tadeusz Boy-Żeleński sto lat temu napisał:
&#8220;Że ten język najobfitszy
W poetyczne różne ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Tadeusz Boy-Żeleński sto lat temu napisał:<br />
"Że ten język najobfitszy<br />
W poetyczne różne kwiatki<br />
W uczuć sferze pospolitszej<br />
Zdradza dziwne niedostatki.(...)<br />
To, co ziemię w raj nam zmienia,<br />
Życia cały wdzięk stanowi,<br />
Na to - nie ma wyrażenia,<br />
O tym - w Polsce się nie mówi!(...)<br />
Choć poezji święci wiosnę<br />
Wieszczów naszych dzielna trójka,<br />
Polskie słownictwo miłosne<br />
Przypomina Xiędza Wujka!(...)<br />
Ludziom trzeba tak niewiele.<br />
By na ziemi niebo stworzyć -<br />
Lecz wykrztusić jak: - Aniele,<br />
Ja chcę z Tobą "cudzołożyć"!?<br />
Jak wyszeptać do dziewczęcia:<br />
- Chcę "pozbawić cię dziewictwa"...<br />
Nie obawiaj się "poczęcia",<br />
Kpij sobie z "ja-wno-grzesz-nic-twa"!<br />
A przodkowie potrafili jednak. Wystarczy poczytać listy Sobieskiego  do Marysieńki, przez tegoż Boya opracowane i niewykastrowane przez cenzurę kościelną. Te "konfitury", te "słodkości najmilejsze". Cenzorzy zresztą skompromitowali się okrutnie, pozostawiając fragment, w którym Jan dziękuje ukochanej za bransoletkę uplecioną z włosów, jaką od niej otrzymał. Wzięli to za dowód romantycznej miłości, czystej i niewinnej. Bo nie doczytali, skąd rzeczone włosy pochodziły, a one z łona lubej wzięte zostały.<br />
Jakże często pisarz czy tłumacz, by "nie obrażać moralności" i uniknąć wulgarności, używa terminów medycznych, wpadając przy tym w pułapkę śmieszności. Wyobraźmy sobie taką balladę Burnsa, opowiadającą o rzetelnym, jurnym rżnięciu, kiedy nadpoprawny translator mówi o "kopulacji" z rumieńcem zażenowania(może to stąd wzięło się włoskie "traduttore tradittore" - tłumacz zdrajcą?). Tak wyedukowane pokolenia, miast mówić pięknie i dorzecznie, pytały swoje bogdanki: "Jakże będzie, względem tego, co i owszem?"<br />
Nie bez powodu mówię o języku, bo język uważam za narzędzie poznania. Dosłownie i w przenośni. Może służyć do poznawania smaku skóry partnera(partnerki), do pieszczot, ale też - opisując świat - stwarza go każdemu z nas. Każdemu nieco lub całkiem inny. Większość funkcjonujących w nim pojęć jest jednak podobnie rozumiana. Niewiele jest takich jak "pornografia" i "erotyzm", tak bardzo ze sobą związanych i o tak szerokich zakresach, że każdy ustala je sobie indywidualnie. W dodatku zakres ten zmienia się wraz ze zmianą obyczajów, a te wciąż ewoluują, wbrew konserwatystom moralnym.<br />
Trafiłam na definicję, podaną przez "Sexuologia Lexikon" z 1961r., której autorzy nie mieli wątpliwości: "Z erotyzmem mamy do czynienia, kiedy sprawy emocji seksualnych komunikowane są za pomocą sugestii, aluzji i symbolu, a kiedy seks zostaje obnażony w sposób bezpośredni, naturalistyczny i obsceniczny, wówczas mamy do czynienia z pornografią". Wydaje mi się, że już wtedy ta definicja nieco archaiczna była. Poza tym jest obarczona poważnym błędem - zawiera element oceny. Rysunki Picassa, które z wyraźnym upodobaniem tworzył, a na których w rolach głównych występuje malarz i  modelka, wg cytowanej definicji są pornografią w czystej postaci. Dziś ta słownikowa definicja sprzed niecałych pięćdziesięciu lat byłaby nie do przyjęcia dla większości z nas. Tak jak jest dla mnie nie do przyjęcia ta, którą podaje "Popularny słownik wychowania prorodzinnego i seksualnego", chociaż jej współautorem jest ceniony przeze mnie Zbigniew Lew Starowicz: "Pornografia - teksty, rysunki, fotografie i inne formy twórczości, których świadomym i podstawowym celem jest wywołanie podniecenia seksualnego u odbiorcy". Przyjęcie takiej definicji spowodowałoby wycięcie słynnej sceny z "Gildy", w której Rita Hayworth zdejmuje rękawiczkę. Większość filmów należałoby na śmietnik wyrzucić, bo mnóstwo scen "niewinnych" ma widza podniecić, zresztą po to przyszedł do kina. Może "Terminator" by się ostał jeno, jak sznur, na którym należy "umoralniaczy na siłę" powiesić. Bo i w słynnym i starym "Męczeństwie Joanny d'Arc"(zrealizowanym w  Hollywood) nie brak erotyzmu. Święta biustonosz nawet nosi. Nagie plecy Marlona Brando w "Tramwaju zwanym pożądaniem"  nożyce cenzora powinny wyciąć bez chwili wahania.<br />
Pornografia jest zakazana w wielu krajach, w innych jest reglamentowana. W internecie każdy może sobie pooglądać. Śmieszne są pytania, kierowane do internauty, czy na pewno ma 18 lat. Śmieszne jest to, że ponieważ umieszczam w bloxie erotyki, muszę opatrzyć swój blog zastrzeżeniem, że nieletnim go czytać nie wolno. Śmieszne, że moje "smoczki" zostały uznane przez niektórych za rysunki nieprzyzwoite i niemoralne, w myśl zasady "nie uchodzi, moja pani, nie uchodzi..." tudzież innej: "szanująca się kobieta nie powinna(tu lista niepowinności)...", a najlepiej, żebym buzię w ciup, a ręce w małdrzyk i za matronę robiła. A ja za nikogo robić nie chcę, bom leniwa i moje nogi fatalnie wyglądają w midi(nie ma chyba gorszej długości, zakonnice powinny mieć ja nakazaną, jako totalnie aseksualną, bo suknie do kostek obiecują tajemnice ciała odkrywcom powoli poznawać, jest w nich coś kuszącego). Śmieszne, że w pokojach czatowych dorośli (bardzo dorośli, bo kilkudziesięcioletni) ludzie nie mogą sobie swobodnie porozmawiać o tym, co - nie da się  ukryć - bardzo ich rajcuje, bo administratorzy ich wyrzucą - jak niesforne dziecko z piaskownicy, a niań, troszczących się o ten fragment moralności tam dostatek. Śmieszne - ale też dość obrzydliwe -  jest to, że cytując Borgesa muszę pomijać "kurwę", której użył był dosłownie i w przenośni jego bohater. Metoda nieegzekwowalnych - w praktyce - zakazów jest w ogóle śmieszna, bo nieskuteczna. Ośmiesza zresztą zarówno samą siebie jak i swoich twórców.<br />
Smutne natomiast jest to, że wychowaniem seksualnym w szkołach zajmują się katecheci. To już nie jest śmieszne. Że zaczynają swoją pracę uświadamiającą wykonywać na podopiecznych, którzy inicjację już mają za sobą, a pigułki i prezerwatywy na nocnych stolikach nie kładą i w kieszeniach nadal nie noszą. W przeciwieństwie do papierosów czy puszki z piwem, bo te mają przy sobie niemal zawsze(to wiek próbowania, wszystkiego, zwłaszcza tego, co zabronione - i to jest naturalne, drodzy katecheci). Bzdurzenie o szkodliwości lateksu i jego negatywnym wpływie na potencję jest domeną tych "naprawiaczy dziecięcych dusz". Mówienie nie wprost, a gadanina o "zapieczętowanej tajemnicy kobiecego łona" jest charakterystyczna dla tych, którzy wstydzą się własnego i cudzego ciała, a seks uważają za zło konieczne. Konieczne do prokreacji. Problem z mówieniem - taktownym, nie ordynarnym, ale i nie idiotycznie zawoalowanym motylimi i pszczelimi skrzydłami - o sprawach ciała i seksu  jest dość powszechny. Nie tylko u nas. Kiedy Anglicy chcieli propagować w Indiach  świadome rodzicielstwo, rozdawali prezerwatywy, informując, że dzięki nim dzieci się rodzić nie będą. Hindusi wzięli chętnie, ale środek nie spełnił zadania, więc zaczęto szukać przyczyn. Okazało się, że mieszkańcy "perły w koronie" położyli środek antykoncepcyjny na domowych ołtarzykach i... modlili sie doń, jak do bóstwa, które miało zapewnić im "niepoczęcie". Bogini Pruderia zakneblowała Anglików - zabraniając zademonstrowania sposobu użycia, choćby na kiju od miotły(może to i lepiej, bo tak pouczeni mogliby rzeczywiście kije ozdobić gumkami).<br />
Bogini Pruderia rządzi sobie w najlepsze. Wszechobecna dulszczyzna ma się w Polsce nieźle i coraz lepiej. Tyje i panoszy się. Co jakiś czas wrzeszcząc w obronie życia niechcący napoczętego  i skrzętnie zamiatając pod dywan własny udział  w tym akcie, choćby w postaci odcinania młodzieży od rzetelnej informacji.<br />
Wulgarności nie cierpię. Ale dla mnie wulgarność to pospolitość. To te armie białokurteczkowych dziewczyn, klnących na czym świat stoi i tłukących się po buźkach, bo na którąś spojrzał chłopak, a nie miał prawa, bo "mój ci on, mój" i plujących pod nogi własne i przechodniów pestkami słonecznika. Soczyste przekleństwo wyrywające się z ust kogoś, kto nie zdzierżył, słuchając kolejnego popisu Pospieszalskiego(który wie, że "warto rozmawiać" publicznie ze sobą samym i swoimi zwolennikami) lub kto odczuł  na własnej skórze skutki kolejnego zakalca prawnego upieczonego przez władze - nie razi mnie zupełnie. Ani powieść Rotha.<br />
A pornografia? Moim zdaniem też jest wulgarna. Więc nie akceptuję. I wiem, że była, jest i będzie, dopóki będzie na nią popyt. Bo jest najzwyczajniej w świecie potrzebna. Różnym ludziom i z różnych powodów. Bywa nawet zalecana przez część seksuologów niektórym pacjentom. Dorosły człowiek, który ma udane życie seksualne, nie potrzebuje jej, chociaż pewnie od czasu do czasu zerknie, choćby z ciekawości. W większych dawkach jest jednak niestrawna, choćby ze względu na monotonię. Można lubić kawior, ale jedzony na śniadanie, obiad i kolację - zemdli.<br />
Podoba mi się quasi-definicja Borowczyka: "Wszystko, co piękne, na pewno nie jest pornografią". Podoba mi się jako bon mot. Ale rodzi pytanie o definicję piękna... Jednak jeśli przyjąć, że każdy ma swoją, to jest bardzo sensowna. Tylko co zrobić z tymi, którym podoba się Doda siedząca na grzbiecie jelenia na rykowisku?</p>
<p>Wiem, że tematu nie wyczerpałam. Ale najpiękniejsze akty seksualne, te strzeliste, jak modlitwa, nie wyczerpują, tylko rodzą kolejną modlitwę, prośbę o jeszcze. Nie łudzę się, że zostanę poproszona o kontynuację. Mimo to jeden z kolejnych tekstów poświęcę erotyce w filmie. Bo kto mi zabroni?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[W. Klimczyk: Erotyzm ponowoczesny]]></title>
<link>http://grudnik.wordpress.com/?p=11</link>
<pubDate>Wed, 12 Mar 2008 16:00:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Krzysztof Grudnik</dc:creator>
<guid>http://grudnik.wordpress.com/?p=11</guid>
<description><![CDATA[
Erotyzm we współczesnym świecie jest tematem tyle ciekawym, co ważnym. Brakowało w rodzimych s]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div align="center"><BR><BR><img src="http://www.universitas.com.pl/images/books/2476/thumb100/1200491958_klimczyk.jpg" alt="okładka" /><BR><BR></div>
<div align="left">Erotyzm we współczesnym świecie jest tematem tyle ciekawym, co ważnym. Brakowało w rodzimych studiach kulturowych pracy podejmującej to zagadnienie. Dotychczas dostępne na naszym rynku były jedynie przekłady zachodnich autorów (Baudrillard, Foucault), lub krótkie eseje polskich uczonych (Kołakowski, Szlendal), które z konieczności nie obejmowały całości zjawiska. "Erotyzm ponowoczesny" jest więc książką jednocześnie sumującą to, co dotychczas zostało powiedziane w tym temacie, jak i - w pewnej mierze - pionierską.</div>
<div align="left"></div>
<div align="left"><BR></div>
<div align="left">To rozbicie, z którego wynika obciążenie powinnością podsumowania dotychczasowych badań, rzutuje na wewnętrzną strukturę dzieła. Pisząc o erotyzmie ponowoczesnym, autor zdecydował się najpierw przybliżyć czytelnikowi (w sposób przystępny i dość ciekawy) czym jest ponowoczesność i jakie wyłania problemy. Następnie przedstawił dzwie różne koncepcje ponowoczesnej seksualności, sientia sexualis Michaela Foucaulta i plastyczną seksualność Anthonyego Giddensa. Wreszcie - postarał się o wpisanie ciała i cielesności w postmodernistyczne uniwersum. Dopiero po takim przygotowaniu czytelnika (które zajmuje łącznie około 135 stron, czyli przeszło połowę książki), Wojciech Klimczyk podejmuje się mówienia przejawów erotyzmu w ponowoczesnych środkach przekazu.</div>
<div align="left"><BR></div>
<div align="left">Można się długo spierać nad tym, czy takie rozwiązanie jest zasadne, czy nie. Z pewnością da się je poprzeć odpowiednimi argumentami. Dzięki takiemu wprowadzeniu. czytelnik niezorientowany w najnowszej filozofii będzie mógł książkę zrozumieć. Powstaje pytanie: czy tego typu czytelnik sięgnie w ogóle po "Erotyzm ponowoczesny"?Pisanie o postmodernizmie wcale nie zwalnia z postmodernistycznych dylematów. Widać to w pisarstwie Klimczyka, które rozpięte jest między dwoma biegunami: naukowością i atrakcyjnością. Z jednej strony stara się autor utrzymać uczony ton oraz wytyczne naukowej rozprawy, z drugiej strony zaskakuje i zaciekawia czytelnika. Gdy pogodzenie tego jest trudne, nie rezygnuje z żadnego elementu, ale przenosi część informacji do przypisu, co sprawia, że stanowią one pokaźny zbiór ciekawostek urozmaicających lekturę.Atutem rozprawy (mam na myśli gównie jej zasadniczą część noszącą taki sam tytuł, co cała książka, choć i we wcześniejszych, wprowadzających rozdziałach można znaleźć podobne akcenty) jest sposób ukazania głębokiej zależności nie tylko między składowymi elementami erotyki, ale również między dziedzinami kultury, sztuki i ekonomii, pozornie od erotyki oddzielonymi. Jak tłumaczy autor:</div>
<blockquote>
<div align="left"> "Nie sposób bowiem udawać, że ponowoczesny erotyzm to sprawa pożądania i rozkoszy dla nich samych. W świecie naczyń połączonych, gdzie sfery praktyki nachodzą na siebie, nie da się oddzielić emocji od ekonomii, fizjologii od konsumpcji. Nasze pożądanie jest kształtowane przez rynek tak, żeby owocowało konkretnymi decyzjami konsumenckimi, a przez to napędzało mechanizm produkcji i konsumpcji dóbr" (s. 96).</div>
<div align="left"></div>
</blockquote>
<div align="left"><BR>Przez takie wpisanie przedmiotu w rzeczywistość pozyskujemy bardzo ważne wrażenie zajmowani się czymś istotnym. Łatwo zbagatelizować erotyczny dyskurs, jednak konsekwencją takiego działania będzie brak pełnego zrozumienia współczesnego świata, który, czy się to nam podoba, czy nie, jest światem przeerotyzowanym.<BR><BR></div>
<div align="left">Zrozumienie nie oznacza ulegnięcia. Wprost przeciwnie: demaskacja erotycznej retoryki, która jest jednym z głównych celów książki, pozwala ustrzec się błędów i pułapek czyhających w erotyczno dyskursywnych mediach. Ta demaskacja dotyczy głównie dwóch źródeł: popularnej, kolorowej prasy oraz pornografii w formie rozmaitych nośników, od filmów (znakomicie przedstawiona została historia kina pornograficznego) po strony internetowe.<br />
<BR><BR>Analiza wysokonakładowych magazynów dla pań ("Marie Claire", "Cosmopolitan", "Twój Styl", "Claudia" i inne) i panów ("Playboy", "Men's Health", "CKM" i inne) oraz tygodników polityczno-kulturalnych, jak "Polityka", "Newsweek" czy "Przekrój", ujawniła wysokie zainteresowanie tematyką seksu, oraz specyficzny dyskurs, który rodzić ma poczucie seksualnej niedoskonałości oraz potrzeby poprawy swej erotycznej sprawności. "Foucault miał rację - dyskursywizacja przyjemności jest tak samo rozkoszna jak sama przyjemność. A może nawet bardziej" (s. 170). Ostatecznie, przez rozmaite mechanizmy retoryczne i manipulacje, dochodzi do typowego dla postmodernizmu rozbicia: seks ma być czymś żywiołowym i spontanicznym, lecz prawdziwe erotyczne spełnienie wymaga przyswojenia olbrzymiej wiedzy teoretycznej i planowanego działania.Także pornografia, której rozwój, wpływ na kulturę masową oraz stan współczesny został szczegółowo opisany i przeanalizowany, wykazała tendencje ambiwalentne. Postuluje autentyczność i przypadkowość, będąc tworem sztucznym i wyreżyserowanym.<br />
<BR><BR><br />
Dyskursywne rozerwanie, jakie staje się udziałem człowieka w przeniesionej w sferę kultury popularnej erotyce, rzutuje na jego kondycję psychofizyczną w ogóle. Autor zdaje sobie z tego sprawę i stara się podkreślać istnienie tej mentalnej pułapki. Robi to jednak z wyczuciem, bez popadania w ton moralizatorski.Dobry styl, wyczerpujące ujęcie tematu, zwarta, ogólna koncepcja sprawiają, że "Erotyzm ponowoczesny" to książka, po którą warto sięgać, do której warto odsyłać.</div>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Powiedziałam jej o nas]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/25/powiedzialam-jej-o-nas/</link>
<pubDate>Fri, 25 Jan 2008 23:27:01 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/25/powiedzialam-jej-o-nas/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy po raz pierwszy leżałam z Tobą w łóżku, skąd mogłam wiedzieć, że to nasze niewinne w]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy po raz pierwszy leżałam z Tobą w łóżku, skąd mogłam wiedzieć, że to nasze niewinne wstępowanie w esencjonalność stanie się początkiem poważniejszego związku.<br />
Dziś leniwie odgarniając kołdrę i oddając Tobie wieczory, noce i poranki swoje, mam tę genialną i słodką pewność na to, że nie ma przypadków.</p>
<p>Od dziś mam Cię na codzień.</p>
<p>***</p>
<p>Powiedziałam jej o nas. W ciemnym pokoju, wtopiona w plusz fotela i arachityczne światło dziennej lampy przyłożyła dłoń do skroni i westchnęła głęboko. Zmieszałam się, zarumieniłam, spuściłam wzrok gniotąc w ręku kawałek kartki z adresem <i>Festung Breslau</i>, z mapą rysowaną na kolanie, sercu, widelcu. Westchnęła tym razem trochę głośniej, a ja poczułam, że niezręczność, która mi w tej chwili towarzyszy jest do bólu nieznośna i niechciana, i że najchętniej złapałabym ją za rękę, przeprosiła, odwołała wszystko, co dziś powiedziałam i wyjechała, zostawiła ją, ich, nas, was.<br />
Powiedziałam jej o nas. Choć przecież się zapierałam, choć obiecywałam, najpierw, że wyjadę w Bieszczady, potem, że do Wrocławia, że zostawię, że nie będę, że skupię się na tu i teraz, zaraz i natychmiast...  <i>Dobrze</i> - przerwała to całe gromobicie ciszy. <i>Dobrze.</i> Dwa razy powtórzyła jego imię. Podniosła głowę, uniosła ramiona, oparła ręce na stole, po chwili poprawiła włosy,  znów oparła ręce na stole i znowu westchnęła.<i> Ja też go kocham</i>. Powiedziała głośniej. <i>To dobrze</i>. Ja. <i>To dobrze</i>. Ona. I uśmiechnęła się mimowolnie.</p>
<p>***</p>
<p>Wstałam, chciałam już iść. Wciąż rumiana, ciepła, z paloną, sierpniową skórką dojrzałych jabłek na policzkach i dziewczęcym wstydem gorejącym w przepierzeniu czterech ścian, roznegliżowana i drżąca, zdradzająca i kochająca. Zatrzymała mnie jeszcze w drzwiach.<br />
- <i>To dobrze </i>- powiedziała - <i>To nawet bardzo dobrze</i> - i kiwnęła  przyzwalająco głową.<br />
- <i>Wie pani od czego zacząć?</i><br />
- <i>Od niego?</i> - zapytałam z niedostrzegalnym uśmiechem, który ona oddała z porozumieniem.<br />
- <i>Jego już pani ma. Proszę teraz zająć się sztuką miłości.</i></p>
<p>Patrzę, jak leży na łóżku i czeka na mnie, mruga zadziornie, zaprasza do siebie. Podchodzę do niego z nieustającą fascynacją i rumieńcem ciekawości. Zgadza się, jego już mam. Teraz czas na miłość.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Caravaggio, czyli szukamy człowieka]]></title>
<link>http://krotoszynski.wordpress.com/2008/01/06/caravaggio-czyli-szukamy-czlowieka/</link>
<pubDate>Sun, 06 Jan 2008 15:03:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>Michał Krotoszyński</dc:creator>
<guid>http://krotoszynski.wordpress.com/2008/01/06/caravaggio-czyli-szukamy-czlowieka/</guid>
<description><![CDATA[Nie ukrywam - ostatnio fascynują mnie martwi mężczyzni. A właściwie jeden z nich; to patrząc n]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div ALIGN="justify">Nie ukrywam - ostatnio fascynują mnie martwi mężczyzni. A właściwie jeden z nich; to patrząc na jego sztukę dostaję drżenia powiek, szybszego serca bicia i myśli rozpędzenia. Tym samcem, tym mężczyzną, tym szermierzem pędzla jest Caravaggio - czołowy malarz włoskiego baroku. Utalentowany artysta, frustrat i morderca; awangarda sztuki, buntownik i depresja gangstera.</div>
<p><br></p>
<div ALIGN="justify">Za co lubimy Caravaggia? Po pierwsze lubimy go dlatego, że był twórcą na swoje czasy awangardowym, który szedł pod prąd i wbrew swym mecenasom. To był czasy konrreformacji i sztuka miała utrwalać wizerunek katolicyzmu zwycięzkiego, królewskiego, miała unikać tego co świeckie, nagie i bezecne. Tymczasem malarz z uporem malował ludzi biednych i prostych; mało tego, także świętego Mateusza przedstawił w pierwszej wersji swego obrazu jako człowieka prostego i niepiśmiennego. To nie podobało się, przed tym Caravaggia przestrzegano i z tego powodu miał kłopoty. Caravaggio też, zaznaczmy, nie starał się zaspokajać tanich gustów publiki: unikał aniołów, trąb, chórów - większość rzeczy się odbywa w psychice przedstawionych postaci.</div>
<p><br></p>
<div ALIGN="justify">Po drugie lubimy go dlatego, że szuka w postaciach tego, co ludzkie - przykładem wspomniany <i>św. Mateusz</i>, <i>Madonna Loretańska</i>, Chrystus na obrazie <i>Ecce Homo</i> (o tym za chwilę), czy też nagi, sześcioletni Jezus na <i>Madonna dei Palafranieri</i>. Maluje z natury, maluje modelów: pozują mu ludzie prości, ludzie ulicy. To im nadaje cechy boskie, nie pozbawiając ich jednak cech ludzkich: na ten przykład na obrazie Caravaggia Bachus będzie miał brudne paznokcie. W <i>Zaśnięciu Maryi</i> do postaci Maryi pozuje mu jego kochanka i prostytutka, wielokrotnie też przedstawia on na obrazach swoich przyjaciół. Z natury maluje nawet <i>Wskrzeszenie Łazarza</i> - nakazując ponoć (tak pisze Mancini) trzymać w pozie z obrazu rozkładającego się trupa. Za to możemy go nie lubić - podobać nam się za to może fakt, że często wplata samego siebie w obrazy, ukazując się pod postacią to Bachusa, to Dawida, to Goliata, to jednego ze strażników aresztujących Chrystusa.</div>
<p><br></p>
<div ALIGN="justify">Po trzecie lubimy go, bo był dobrym malarzem. Jako jeden z pierwszych - nie wiem czy nie pierwszy - stosował abstrakcyjne czarne tło, z którego wydobywał ważne elementy, postacie i figury. Stosował więc umiejętny światłocień. Nie bał się też zaburzać symetrii kompozycji - a mimo to jego obrazy są zrównoważone.</div>
<p><br></p>
<div ALIGN="justify">No i po czwarte lubimy go bo był barwną postacią. Niby malował obrazy religijne - a malował na nich prostytutki. Na "Nawróceniu św. Pawła" zobaczymy koński zad, wypięty nie w stronę widza - a w stronę obrazu swego konkurenta, który w kościele Santa Maria del Popolo wisiał właśnie w tym kierunku. Awanturował się, wymyślał paszkwile, był aresztowany - a nawet obłożony karą śmierci za zabicie człowieka w bójce. Dobry materiał na western, gorszy na współlokatora :)<br><br>.</div>
<div ALIGN="justify">
<div STYLE="text-align: center"><img SRC="http://krotoszynski.wordpress.com/files/2008/01/1600-ecce-homo-palazzo-rosso-genoa.jpg" BORDER="0" WIDTH="400" HEIGHT="500" /></div>
</div>
<div ALIGN="justify"><br><br>No i na koniec mój ulubiony ostatnio obraz: “Ecce Homo” Caravaggia. Co mi się podoba? Podoba mi się sposób przedstawienia Chrystusa. To oczywiście nadal Jezus - widzimy koronę cierniową i męczeńską palmę- ale to Jezus bardzo ludzki. Spójrzcie na ruch mężczyzny z tyłu, ruch którym zdejmuje szatę z Chrystusa, którym to ruchem Chrystusa rozbiera. Dla mnie to jest ruch zmysłowy: gdyby zamiast nagiego Chrystusa stała tam naga kobieta to nie było by w obrazie nic niezbornego. To jest jak “rozbieranie do snu”. Do tego ciało Chrystusa jest narysowane naturalistycznie, nie idealizuje się go: przez to jest cielesne i zmysłowe. To nadaje Chrystusowi seksualność, czyni go bardziej człowiekiem niż Bogiem; gdyby posunąc się dalej można by powiedzieć, że na obrazie jest Jezus - ale nie ma Boga. Może dlatego tak naturalny wydaje się ruch mężczyzny z prawej, który wskazuje Chrystusa, jakby chciał powiedzieć: “Oto człowiek” (Ecce Homo).<br><br></div>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
