<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>detale &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/detale/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "detale"</description>
	<pubDate>Sat, 17 May 2008 03:12:12 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Wakacje z kurami]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=478</link>
<pubDate>Thu, 15 May 2008 12:09:37 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=478</guid>
<description><![CDATA[
Wstęp do wakacji. 10 dni bez aparatu fotograficznego i nieustającego dostępu do sieci. Kury i do]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/kurra.jpg" alt=")" width="420" height="634" /></p>
<p>Wstęp do wakacji. 10 dni bez aparatu fotograficznego i nieustającego dostępu do sieci. Kury i dojrzewające poziomki. Wyklują się bociany i bedą uczyły się latać...</p>
<p>Zobaczymy się w czerwcu. Adieu!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jejusmargaryna]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=474</link>
<pubDate>Tue, 13 May 2008 10:34:47 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=474</guid>
<description><![CDATA[Kto tu bywa, wie, skąd się wzięła jejusmargaryna. Ale nawet jeśli nie wie, skąd znam to słowo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kto tu bywa, wie, skąd się wzięła jejusmargaryna. Ale nawet jeśli nie wie, skąd znam to słowo, to zna jejusmargarynę, bo każdy taką w swoim świecie (przynajmniej jedną) ma...</p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/portokrem.jpg" alt="greetings from Porto" width="430" height="283" /></p>
<p>Jejusmargaryna to smak, który zmienia optykę, rzeknę więcej - stawia świat na głowie, rzeknę jeszcze więcej - rozbiera świat do naga i ubiera go w nowe odzienie, człowieka zostawiając sam na sam z nieznanym doznaniem. A człowiek, co w jego naturze, przerzuca tę nowość z ręki do ręki, z myśli do myśli jak gorącego kartofla i poszukuje paraleli - czy ja to znam, z czym to mam porównać, do czego to podobne? Jejusmargaryna wytrąca z ręki broń, jaką jest przyzwyczajenie... Jejusmargaryną jest na przykład konfitura z porto*, czyli z wina. Już konsystencja - słodka i gęsta oszałamia i wabi. Samo porto w winnej postaci jest wynalazkiem na miarę koła, za to konfitura jest podniesieniem do potęgi aromatu i słodyczy. Jak magdalenka Marcela prowadziła do dzieciństwa, tak portokonfitura prowadzi mnie wąską ścieżyną w drugą stronę - w świat jeszcze do zdobycia i łupów, które są do zagarnięcia. Przez moment samo patrzenie wystarczy - karminowa kropla na pleśnowym serze. Błyszczy lakową czerwienią, droczy się ze mną (wyglądam przecież jak zwykły dżem:), próbuje odroczyć, co nieuniknione (pobłyszczę się jeszcze, a ty na mnie popatrz:). Nie ma siły na jejusmargarynę - kwestia wymaga rozstrzygnięcia. Pleśniowy dym sera i szlachetny cukier porto. Ech, wiruje kula ziemska, w ciemnościach ginie to, co pospolite, a oświetlone zostaje to, co nowe. Jak ze ściany farba, tak ze mnie płatami odpada wspomnienie rosołu, kotleta, kiszonego ogórka... Jejusmargaryna wypełnia po nich pustą przestrzeń dokładnie i do granic. Rządzi niepodzielnie, trzymając naród na kolanach do krańca wytrzymałości... </p>
<p>I oczy zasnuwa obraz spokojnego morza, błękitnego i wzbudzającego nostalgię. Na falach kładą się cienie sierpniowego słońca. Liście drzew pomarańczowych szykują się do podróży, a młody koliber co chwila próbuje wystartować do pierwszego lotu...**</p>
<p>A potem do pokoju wchodzi Virginia Woolf i krzyczy: - Dlaczego nikt się mnie nie boi? </p>
<p>* najmłodszy bracie mój - dziękujemy za odrobinę Porto w naszym domu!</p>
<p>** reminiscencje po lekturze "Orlanda":)</p>
<p> </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Konstans]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=471</link>
<pubDate>Sat, 10 May 2008 20:51:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=471</guid>
<description><![CDATA[
W dzieciństwie nosiłam broszki z łopianu i kolczyki z wiśni. Chodziłam po płotach i zapuszcza]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/okdjuemi.jpg" alt="brooch" width="420" height="238" /></p>
<p>W dzieciństwie nosiłam broszki z łopianu i kolczyki z wiśni. Chodziłam po płotach i zapuszczałam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu zardzewiałej puszki po groszku konserwowym, która zazwyczaj służyła za garnek w dziewczęcych zabawach w dom. Podglądaliśmy zwyczajowe przedwielkanocne świniobicie i dziadka uganiającego się za prosiakiem, a potem czekaliśmy na głuche łup, spadające nieubłaganie na kark wieprza. Osobiście odrywałam ze swojego kolana grube skorupy strupów tylko po to, by zobaczyć, co jest pod spodem - jeszcze świeże mięso czy już zasklepiona, lśniąca blizna... A bałam się jedynie węża pod łóżkiem, którego istnienie wmówiłam sobie po obejrzeniu jakiegoś filmu dla dorosłych. Wstanie w nocy do łazienki graniczyło z cudem i kilka razy o mało nie zakończyło się katastrofą... </p>
<p>Niewiele się zmienia, to już potwierdzone spostrzeżenie. Mlecz puchaty za uchem, broszka z kopru. Chodzę po ogrodzeniu piaskownicy i zapuszczam się w dzikie chaszcze w poszukiwaniu piłki. Podglądam bez zażenowania sąsiadów przez ich otwarte okna, a oni z kolei bez skrępowania obserwują mnie... Czasem jest to bardziej ekscytujące niż niejedno świniobicie:) Bez zmrużenia okiem przemywam skaleczony palec F., choć obiecałam solennie nie dotykać jego strupów in spe, które pojawią się przecież wraz z nauką jazdy na rowerze:) A filmów boję się nadal, koleżanka B. może zaświadczyć, że po obejrzeniu japońskiego "Kręgu" miałam problem z przejściem ciemnym korytarzem do kuchni, co o mało nie skończyło się płaczem...</p>
<p>Czyli konstans. Ale jakie wnioski? Czy się nie zmieniam? Czy rzeczywiście tak niewiele się zmieniam? Czy się wciąż zmieniam, ale jeszcze się nie zmieniłam? Czy zmieniłam się na zawsze w dzieciństwie, czy dzieciństwo mnie zmieniło...? Odpowiedź jest jedna - zbyt wiele alkoholu we krwi zmienia punkt widzenia...</p>
<p>(Żeby się tak w czyjś pępek zapatrzyć... Tak mówiłyśmy, A., pamiętasz?)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zmarszczka nr 1]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=466</link>
<pubDate>Wed, 07 May 2008 20:12:53 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=466</guid>
<description><![CDATA[B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>B. donosi w liście o pierwszej zmarszczce. Niby pojawiła się znienacka, jak wampir Lestat wbiła swoje zęby w nieskazitelnie gładką twarz i nadszarpnęła kruche poczucie stałości i jędrności, jakim B. szczyciła się przez 30 lat życia. Zmarszczka niby niewielka, a jednak z godziny na godzinę rozrastająca się do rozmiarów Rowu Mariańskiego. Niewiele trzeba, by machina się rozpędziła i została naprowadzona na cel, którym jestem ja i odpowiedź na pytanie: - Ty już też odkryłaś jakąś zmarszczkę? Nie umiem odpowiadać na podobne pytania. Ale, przyparta do muru, wyłuszczam: tak, odkryłam, a moja zmarszczka jest pojemna jak spora torba podróżna, jak marynarski worek, gruba jak bela materiału i wielkokrotnie złożona jak metafora poetycka. Tłumaczę - jak dziecku, wszak po 30. człowiek rodzi się raz jeszcze, z czego składa się rasowa zmarszczka: z wylanych łez, z ochów i achów nad dotychczasowymi miłościami, z szaleństw studenckich imprez, z podkradanych papierosów, z piwa otwieranego zębami, ze słów "Nie będziemy już o tym rozmawiać", drżenia łydek przed pierwszą kwalifikacyjną rozmową, z wiśni w kompocie oraz z innych składników, których nie warto tu wymieniać, bo każdy pomarszczony ma swój zestaw (a ja nie będę przecież do końca obnażać mojej pierwszej zmarszczki). </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/broddea.jpg" alt="a beard" width="420" height="554" /></p>
<p>I tyle tłumaczeń. Zanotuję jeszcze, że tak naprawdę zmierzam w zupełnie innym kierunku niż pierwszozmarszczkowe kobiety. Będę zapuszczać brodę, zaiste gęstą i ciemną... To będzie broda "malinowy chruśniak", słodka i bezwzględna. W niej to zaplączą się moje myśli o zmarszczkach, niespełnieniach i niezrealizowanych pomysłach. W niej uwiją gniazdo kosy i śpiewem odpędzą głupie pretensje, żale i nieuzasadnione paplaniny. Tu mieszkać będzie Ciotka Borowa, która na kaszubskich bagnach nęci wędrowców i ich topi, a w brodzie mej zatrzyma nędzne chwile zwątpienia i podupadania na duchu. Wszystkie te brodate zasieki są właśnie po to, by do głowy mojej nie przedostała się żadna, nawet najdrobniejsza, chęć zapytania kogokolwiek o jego pierwszą zmarszczkę. </p>
<p>Adieu, dziś czytam "Orlanda" i kiziam się z Virginią Woolf. Czyli cukier w normie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Krystyna M.]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=464</link>
<pubDate>Mon, 05 May 2008 21:02:19 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=464</guid>
<description><![CDATA[
O tym, że jest czas matury, przypominają mi nie kasztany, ale tłumy pięknie ubranych dziewcząt]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/flowerspo.jpg" alt="flowers" width="420" height="277" /></p>
<p>O tym, że jest czas matury, przypominają mi nie kasztany, ale tłumy pięknie ubranych dziewcząt, które - lekko zarumienione od egzaminacyjnych emocji - wypełniają ulice i kompletnie nie zdają sobie sprawy z tego, jak świetnie wyglądają. Dla nich garsonki i ciemne spódnice to przebranie, które po powrocie do domu zrzucą ze wstrętem i wszystkie od razu wskoczą w jednakowe ometkowane kombinezony:) Dopiero po parunastu latach - ze zdjęć - dowiedzą się, że zawsze powinny się ubierać w prosty i szlachetny krój, ale wtedy kształt łydki już nie ten, pierś mniej sprężysta, a o talii niektóre zdążą już zapomnieć... Wszystko płynie i przemija:) Jak moje imieninowe kwiaty - były i została po nich tylko smutna woda, bynajmniej nie kolońska...</p>
<p>Ale ja nie o tym, choć dziś, gdy - w przypływie wspomnień - powrócił do mnie obraz mojej maturalnej białej bluzki z tureckiego poliestru, zaczerwieniłam się bezwzględnie i uśmiałam jednocześnie. Chcę zanotować raczej to, że mimo najdziwniejszych kostiumów, kobieta wciąż pozostaje kobietą, to znaczy zestaw rzeczy dla niej najważniejszych jest zawsze (lub niemal zawsze) taki sam, tylko atmosfera się zmienia i czas wykonania jest inny. Drogi M. od pewnego czasu skupuje polskie filmy dokumentalne. Pięknie wydawane, technicznie podrasowane, dobrze opisane (to wydawnictwo wydało też antologię polskiej animacji dla dzieci, za którą F. przepada, szczególnie za filmem o samochodziku z muzyką Dudusia Matuszkiewicza). W tej antologii jest także Kazimierz Karabasz, znany mi skądinąd, choć dopiero teraz zaczynam go poznawać od początku. Obejrzeliśmy film "Krystyna M.", nakręcony w latach 70. Opowieść o młodej kobiecie, która ze wsi gdzieś nad Bugiem, przyjeżdża do Warszawy, by osiągnąć lepszy status. W jej rozumieniu dokonała kroku wręcz stumilowego - z miejsca, gdzie przeznaczony byłby jej żywot gospodyni domowej i szybkie zamążpójście za przypadkowego chłopaka, do fabryki w Ursusie, gdzie ma odpowiedzialną pracę i widoki na dobre życie. Zachwyciła mnie jej konsekwencja i upór w działaniu. W pracy dziwią się, że kobieta może wykonywać zajęcia zarezerwowane dla mężczyzn, w technikum rozwiązuje zadania z fizyki zaledwie z kilkoma koleżankami - reszta to panowie. Ma czas na szydełkowanie (bo nie ma telewizora) przy tykaniu budzika i krótkie spotkania z przyjaciółkami. Cały czas przedziera się przez drętwą rzeczywistość, nie do końca wiedząc, dokąd ją ścieżka zaprowadzi, gdy tymczasem współczesne dziewczęta rzucają mimochodem do telefonu: - zdam maturę, potem SGH, prawo i po trzecie marketing, ojciec weźmie mnie do firmy, tam zacznę MBA... Chcą tego samego, ale jedna nie ma śmiałości marzyć i czeka, co przyniesie jutro, a druga już wymarzyła i została jej realizacja bez cienia spontaniczności... </p>
<p>Krystyna M. jest krucha - albo takie sprawia wrażenie - z urody może niezbyt delikatna, ale spojrzenie i głos nie zdradzają kobiety, która dzisiejszym maturzystkom przecierała szlaki w dostępie do tego, co mieli onegdaj tylko mężczyźni. Wyważone zdania, niezaśmiecona polszczyzna, zupełnie nie do porównania z tym, co słyszałam dziś na ulicy, gdy matrurzyści wymieniali się komentarzami na temat egzaminu. Jakby nie mieli czasu na refleksję, a ich języki musiały wciąż coś mówić, gadać, peplać... Coraz trudniej spotkać zrównoważoną nastolatkę, która nie musiałaby wszystkiego dostać zaraz i natychmiast, która ma czas nie tylko na papierosa i żucie gumy, ale na chwilę zastanowienia nad bożą krówką:)</p>
<p>Wzruszający to dokument (pomijając jego nieco propagandową wymowę - dziewczyny do fabryk, itp.) o kobiecie, która chce wyłamać się ze schmatu, odnaleźć swoją własną ścieżkę. Przyznam, że sympatyzuję z Krystyną dużo bardziej niż z jakąkolwiek spotkaną dziś maturzystką, bo to Krystyna wie, że ścieżka jest do przetarcia samemu, do wydeptania jej butami, a nie do spokojnego przejścia z jednego końca na drugi po to tylko, by przejść...</p>
<p>PS. Na mojej maturze z historii było Powstanie Warszawskie. 11 stron drobnym pismem, coś pięknego!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Vespa]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=460</link>
<pubDate>Sat, 03 May 2008 19:07:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=460</guid>
<description><![CDATA[W maju budzą się osy. Ani one nie są moimi przyjaciółmi, ani ja nie jestem obiektem ich ciepły]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>W maju budzą się osy. Ani one nie są moimi przyjaciółmi, ani ja nie jestem obiektem ich ciepłych uczuć - raczej jesteśmy w stanie permanentnej wojny, której bitwy przegrywam sromotnie... Osy są bowiem bezwzględne i nie respektują - ba, nawet nie przyjmują do wiadomości - żadnych możliwości paktowania, układania się, haraczu... Rozkwitają czereśniowe kwiaty, zanurzam w nich spragniony nos - i już są, w środku, brzęczą, a ich tłuste kupry drżą z chęci rozszarpania mnie na strzępy. Całe są instynktem walki, żądzą polowania... Ech i tak całe lato...</p>
<p>Z os to ja najbardziej lubię tę:</p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/05/duobike.jpg" alt="vespa vespa vespa" width="300" height="824" /></p>
<p>W maju także rok kończy mój blog - zwany również digitalnym pamiętnikiem. Dziękuję Wam bardzo! Za czytanie, za pisanie, za oglądanie. Za towarzystwo i radość towarzyszenia Wam - w Waszych gościnnych progach.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wyzwanie dla wyobraźni]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=458</link>
<pubDate>Wed, 30 Apr 2008 12:37:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=458</guid>
<description><![CDATA[
Znów sypnęło śniegiem. Słodkim jak płatki śniadaniowe. Dziwny ma zapach ten śnieg - dusząc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/flo4.jpg" alt="spring!" width="400" height="531" /></p>
<p>Znów sypnęło śniegiem. Słodkim jak płatki śniadaniowe. Dziwny ma zapach ten śnieg - dusząco kwiatowy i pudrowo cukierkowy. F., który ostatnio stawia na węch, jako na zmysł najbardziej wiarygodny, obwąchuje pnie i gałęzie oblepione białym mchem i otwiera ze zdziwienia oko jedno, a drugim patrzy na mnie, czy potwierdzę: - Tak, kochany, to taki wiosenny śnieg, wszak mamy kwiecień, a w kwietniu, wiadomo, się plecie...</p>
<p>W taki duszny od słodyczy wieczór wracałam ze spotkania z reżyserem Warlikowskim. Wracałam Czerniakowską, a wiatr nosił białe tabuny i kręcił wiry tuż nad stopami - jak w zamieci! I dumałam sobie nad tym, jak to być musi pięknie, gdy człowiek od losu dostaje taki bezwzględny talent. Ktoś umie śpiewać i śpiewa jak skowronek od dzieciństwa, a otoczenie się zachwyca i kieruje na właściwą ścieżkę, tak, by móc te 10% talentu wzmocnić 90% ciężkiej pracy. By na końcu tej ścieżki odnotować wielki sukces. Albo dzieciak rysuje namiętnie od urodzenia, rysuje pięknie, do utraty tchu - po to, by zostać architektem, który mówi o sobie: "Jestem wyzwaniem dla wyobraźni" i buduje domy sięgające dachami pięt Twardowskiego:) Albo nastolatek Krzysztof ze Szczecina, któremu miasto dało wszystko, właśnie dlatego, że nic nie dało - poza determinacją, by wyjechać w inne kraje, w inne światy, by te światy chłonąć, by tworzyć teatr... Taki talent to prawdziwy dar, niewielu go dostaje, reszta dostaje po trochu: odrobina słuchu muzycznego, umiejętność w miarę przyzwoitego narysowania kotka albo misia, brak ofiar na parkiecie podczas tańca (to naprawdę jest duża umiejętność!), minimum estetycznego gustu, szczypta talentu do słuchania i rozmowy, krztyna poczucia humoru - wszystko to pozwala żyć, ale jednocześnie nie pozwala na gwałtowne uniesienie, bo żaden z tych darów nie jest na tyle wielki, by go rozwijać do poziomu Teresy Salgueiro, Zahy Hadid, Krzysztofa Warlikowskiego... Pewnie, należy się cieszyć z tego, co się ma i nie martwić tym, czego się nie ma, ale jednak, gdy idzie się w środku takiego słodkiego deszczu, trudno się nie zastanowić, jakie to uczucie taki ogromny talent mieć? Czy jest się tego świadomym? Czy może wciąż ma się uczucie niedosytu, nieustającego kwestionowania? Ciągłą potrzebę podsycania? Strach, że się go straci - jak Maria Callas, która wciąż się bała, że straci głos - i go straciła? Dla jednych to pewnie odrzutowiec wprost do nieba, dla innych taki talent to przekleństwo...</p>
<p>To nie ja, to ten śnieg takie myśli wyzwala... Spotkanie z reżyserem bowiem było jak tysiące innych ze znaczącymi  twórcami - niczego nowego się nie można dowiedzieć - raczej jedynie otrzeć się o wielką osobowość - pooddychać tym samym powietrzem:) Wcześniej nie widziałam Warlikowskiego na spotkaniu z widzami, dlatego przyjemnie było zobaczyć, że to człowiek z klasą, dla którego nie ma głupich pytań, każde jest istotne, jeśli nie dla tego, kto odpowiada, to na pewno dla tego, kto pyta. Nie wszyscy twórcy to wiedzą, zdążyłam się wielokrotnie o tym przekonać. Poza tym przez moment - wśród tych szczupłych, zachwyconych studentek, które patrzyły w reżysera jak w obraz, znów poczułam się jak na którymś z teatralnych festiwali, gdy siedząc na podłodze w dusznej sali i słuchając wypowiedzi Leszka Mądzika, zastanawiałam się: jak to jest mieć tak fenomenalny talent...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kraksa Kasandry]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=454</link>
<pubDate>Mon, 28 Apr 2008 05:45:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=454</guid>
<description><![CDATA[
Sobotnia noc doprawdy musiała być upojna. Skasowana ławka, naruszone drzewo, rozbity reflektor]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/fiat.jpg" alt="fiat bambino" width="400" height="300" /></p>
<p>Sobotnia noc doprawdy musiała być upojna. Skasowana ławka, naruszone drzewo, rozbity reflektor... Przez cały dzień to auto - porzucone bez cienia żalu przez własciciela - było atrakcją naszej ulicy... Wygląda jak wyrzut, poczyniony dorosłości, że pozwala na takie nieprzyjemności... Ale zanim ta historia nabierze aromatu najprzedniejszej anegdoty, przyniesie temu sobotniemu kierowcy niemało kłopotów...</p>
<p>Myślę o tym wyrzucie wobec dorosłości od dwóch filmów ostatnio widzianych. Pozornie niepasujących do siebie, a jednak wiele je łączy. "Control" i "Sen Kasandry" są opowieściami o inicjacji w dorosłość. Ian Curtis niemal jednym gestem przechodzi ze zdecydowanych chęci do nonkonformizmu w sam środek nonkonformizmu, którego nijak nie da się dzielić z tzw. normalnym życiem, a dwaj bracia z filmu Allena w jednej chwili dowiadują się, że dorosłe życie, którego tak bardzo chcą, wymaga nie tylko wyprowadzenia się od rodziców, ale i podejmowania kwestii znacznie trudniejszych i doprawdy wyrafinowanych jak monologi z greckich tragedii... Są tacy, co się znakomicie odnajdują, jak jeden z braci, ale dla innych przebijanie się przez kolejne etapy bycia dorosłym kończą się kraksą. Tyle marzeń i obgadanych po nocach planów, a Kasandra ma i tak dla każdego tylko jedną ścieżkę i czasem podszeptuje, że ta - a nie inna - będzie najwłasciwsza, ale oczywiście nikt jej nie słucha... Każdy wie lepiej, co jest mu przeznaczone... Jasna rzecz, że nie byłaby ludzkość w miejscu, w którym jest teraz, gdyby słuchała tych podszeptów - to właśnie tacy nonkonformiści pchają świat do przodu, dają mu skrzydła, koło, zacne trunki, wspaniałą muzykę i jeszcze lepsze wiersze... </p>
<p>Ale kto - w licealnej ławce - by pomyślał, że dorosłość tak boli? Weryfikacja jest szybka - to nie chodzenie z głową w chmurach, ale ewidentne chodzenie na pasku - korporacji, rodziny, wymagającej publiczności... Nieustająca - nawet nie walka - ale nudna szarpanina między tym, co się wydawało, gdy nastolatkiem wypalało się trawkę albo papierosy rodziców, a tym, co w słowie wolność oferuje dorosłość - pożyczony jaguar, przejażdżka którym zaiste rozwiewa włosy, dreszczyk emocji (dlaczego nie) przy legalnym już teraz (a nie pokątnym, gdy się jest pryszczatym dzieciakiem) pokerze... A przecież długów i wgniecionych błotników nie ma w wyobrażeniach o świecie, gdzie się stanowi o samym sobie - nie ma też pieluch, martwej atmosfery małego miasteczka, a moralne zasady, których stara się się trzymać większość, można naginać w nieskończoność... Stąd nieustające kraksy, z których tylko Kasandra wychodzi najmniej pokiereszowana.</p>
<p>Ech - jeszcze zdaniem w nawiasie napiszę - jakie piękne są zdjęcia w filmie "Control"! Od razu wiadomo, że autor jest fotografem. Co kadr, to znakomite zdjęcie! Wspaniałe światło, perfekcyjnie dobrany drugi plan, zadziwiające perspektywy. Myślę, że każdy artysta chciałby mieć tak sfotografowane życie:)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Prezenty dnia codziennego]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=452</link>
<pubDate>Fri, 25 Apr 2008 12:34:36 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=452</guid>
<description><![CDATA[
Najpiękniejsze prezenty mam nadal - myślę, że wszystkie  Kilka zasuszonych kwiatów w albumie z]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/duraflex.jpg" alt="duraflex" width="400" height="414" /></p>
<p>Najpiękniejsze prezenty mam nadal - myślę, że wszystkie:) Kilka zasuszonych kwiatów w albumie z podstwówki (no i opakowanie po gumie balonowej). Kulki marbles od koleżanki R., która dostawała je od ciotki z Niemiec i podarowała mi kilka. Nigdy w nie nie grałam - patrzyłam w nie ciągle, chcąc na moment wśliznąć się do ich wnętrza i popatrzeć na świat ze szklanej perspektywy. Mam kamienie, które ojciec przynosił mi z pól, właściwie połówki kamieni - każda o innym kolorze wnętrza. Dzięki nim dowiedziałam się, że kamień nie jest szarym, niezauważalnym bytem, ale ma swoje jestestwo - błękitne, czerwonawe, marcepanowe... Kilka mądrych książek od ludzi, którzy - dając mi je - mieli nadzieję, że czegoś się z nich nauczę (z jednych uczyłam się chętniej, z innych mniej). Mam puszkę po herbacie (bo herbata już wypita) i świecznik od W., takie piękne symbole wspólnego i aromatycznego czasu; szpilki z białymi łebkami i guziki rozmaite od babci, która podarowała mi je, gdy widziała, że próbuję coś szyć lalkom. Do dziś je mam, są dla mnie gwarancją dobrej roboty, zaczarowane ręką zacnej krawcowej. Afrykański mały kamienny kot od M., piekący dotyk słońca jak pieczęć:), szalik z gruzińskiej wełny, który został po J. i okazał się być prezentem, jak i płyta Diany Krall - wszystkie rzeczy tkają mocną siatkę rzeczywistości, dzięki której moja postawa jest wyprostowana i nadal wyczekująca nowych wrażeń...</p>
<p>Od drogiego M. kilka dni temu dostałam duaflexa za garść dolarów:) Nie mam do niego jeszcze filmu (pewnie też do dostania jeno w USA), ale już teraz - gdy patrzę w ten zachwycający obiektyw - dobrze wiem, co się będzie działo. Co zdjęcie, to będzie historia! Analogowa, nie cyfrowa, przemyślana... Obiektyw tego typu wyznacza świat dokładną, wyraźnie wyrysowaną, niemal nieprzekraczalną granicą... Zachwycam się samym oczekiwaniem na tę przygodę i odkrywaniem zupełnie od początku tego, co znane. To są ponowne narodziny mojego oka, mojego spojrzenia!</p>
<p>Kiedy ja się tak cieszyłam z prezentu? Chyba ze trzy lata temu, gdy drogi M. podarował mi na urodziny moją pierwszą naładowaną warszawską kartę miejską. Wtedy też świat stanął przede mną otworem...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[To ciężkie czasy dla marzycieli*]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=449</link>
<pubDate>Tue, 22 Apr 2008 06:46:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=449</guid>
<description><![CDATA[
Mam kłopot - czas się kurczy i przechodzenie z roli w rolę trudno mi dziś wychodzi&#8230; Za sz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/tree2.jpg" alt="to be a tree" width="410" height="383" /></p>
<p>Mam kłopot - czas się kurczy i przechodzenie z roli w rolę trudno mi dziś wychodzi... Za szczupłe są godziny, dlatego się zdarza, że gdy już winnam być matką - jestem jeszcze w pracy, a palec nadal klika w niewidzialną mysz... A gdy wybija godzina pracy, ja wciąż studzę za gorący sok dla F. Stoję na rozdrożu czasu - jak drzewo na rozstaju, które - choć ma być znakiem dla wędrowców - jest tylko drzewem, które łatwo pomylić z innym... </p>
<p>Jutro winno być lepiej...</p>
<p>-------</p>
<p>* złota myśl z "Amelii":)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Chleb jest głodny]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=446</link>
<pubDate>Sun, 20 Apr 2008 13:27:41 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=446</guid>
<description><![CDATA[
Kolega z bloga obok (brzmi niemal jak z bloku obok) zainspirował mnie do odnalezienia starej skand]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/chlebek.jpg" alt="bread" width="420" height="308" /></p>
<p>Kolega z bloga obok (brzmi niemal jak z bloku obok) zainspirował mnie do odnalezienia starej skandynawskiej baśni* o chlebie. Trochę jak przypowieść - takie słowo na niedzielę:</p>
<p>"Chleb był głodny, bo piekarze nie zrobili mu ust. Okrągły, podobny do głowy bez oczu, leżał na stole i nie był w stanie myśleć o niczym innym, tylko o jedzeniu. Całymi godzinami marzył o białym, smacznym miąższu i chrupkiej skórce posypanej makiem, co potęgowało jego głód, a na dodatek bał się noża, który leżał przy nim na stole, zimny, dobrze naostrzony i co jakiś czas pobrzękiwał groźbami, że już niedługo zagłębi się w jego białym ciele.</p>
<p>I pewnego dnia - było to przy wieczerzy - nóż wszedł  w jego białe ciało i rozciął je głęboko. I właśnie wtedy, gdy ludzie zaczęli łamać się jego białym, kruchym miąższem, chleb przestał się bać. Zrozumiał, że wyzwoli się z głodu, jeżeli rozda siebie tak, że nie zostanie po nim nawet jeden okruch.</p>
<p>I tak się stało. Im bardziej go ubywało, tym mniej się bał. A kiedy nie było go już wcale, na ciemnym dębowym stole pozostał po nim tylko piękny ślad - krąg mącznego pyłu, podobny do ciepłego słońca".</p>
<p>-------</p>
<p>cytat za "Złotym pelikanem" Stefana Chwina</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Zapach dziecka]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=444</link>
<pubDate>Thu, 17 Apr 2008 20:58:25 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=444</guid>
<description><![CDATA[M. i F. wrócili ze spaceru z &#8220;Antologią polskiej animacji dla dzieci&#8221;. Trzy płyty i 3]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>M. i F. wrócili ze spaceru z "Antologią polskiej animacji dla dzieci". Trzy płyty i 37 filmów dla najmłodszych. By nie psuć wspólnego oglądania, ukradkiem zerknęłam na dwa - "Pyzę" i "Za borem, za lasem" - i zwariowałam. "Pyza" jak to pyza, pulchna i okrąglutka, wędruje po polskich dróżkach, a nawet podróżuje autobusem - aż do Torunia:) Animacja poklatkowa w powijakach, zdaje się siermiężna i pewnie dla współczesnych dzieciaków mało atrakcyjna, ale za to jaka staranność - dziś wszystko da się zrobić w komputerze, wyczarować wszystkie światy, istniejące i nieistniejące, umaić je tysiącem barw, a nawet dać człowiekowi drugie, alternatywne (niektórzy twierdzą, że lepsze) życie, w którym wreszcie może się naprawdę zrealizować. Ale doprawdy, oglądając tę "Pyzę", wyobrażałam sobie, który z tych grafików, z dowolnego dream teamu animatorów, potrafiłby wyciąć z tektury taki łowicki domek i wyprodukować z podłych, dostępnych w PRL-u, materiałów tak wdzięczną, piękną Pyzę, w kolorowej krajce... Z filmem "Za borem, za lasem" jest jeszcze ciekawiej - nie dość, że to żwawo zrobiony, bajecznie barwny film z wycinanek, to jeszcze ma wielki walor edukacyjny - pokazuje obrzędy i zwyczaje łowickie, a ilustrację muzyczną zrobiła prawdziwa ludowa kapela... No po prostu jejusmargaryna i reszty filmów nie mogę się doczekać. Ale to dopiero jutro, główny adresat tych filmów już bowiem śpi:)  </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/reka.jpg" alt="my baby" width="400" height="478" /></p>
<p>Właśnie, dziecko... Oglądając Pyzę i jej przygody wśród pachnących pierników, przypomniałam sobie, że w moim nieocenionym notesie mam notatkę, w której zapisałam zapachy F. niemal we wszystkich momentach jego życia... Robię to nadal - od czasu do czasu - wiedząc, że nigdy później dokładnie nie przypomnę sobie tej woni na karku dwuletniego mężczyzny:) Nie jest zresztą powiedziane, że te zapisane wrażenia szczególnie mi w tym pomogą, ale i nie przeszkodzą przecież...  Pierwszy zapis to "świeżo czerpany papier", mokry, dopiero co wyjęty z wody, który paruje na powietrzu, wiążąc luźne włókna w trwałe sploty... Tak było, tak pachniała skóra małego Pasażera, gdy się wreszcie wydostał na świat! Potem zapisałam "dobrą herbatę", świeży, orzeźwiający zapach zwiniętych aromatycznych liści, potem "słodki, zielony groszek", tuż po rozerwaniu strąka, gdy się te drobne kulki rozgryza i pękają sokiem - tak pachniały drobne palce F. w nocy podczas karmienia... "Pierniki" są zapisane dużo później, spocona skóra, która oddaje korzenną woń balsamów, dobrej zabawy i proszku do prania. Jest też zapisek "mocznik", wiadomo:), "sól morska" - to od kropli do nosa, "skórzana tapicerka samochodowa" - nie doszłam, dlaczego..., "za uchem malina" - sok malinowy F. pił chyba jako pierwszy w swoim życiu, "czarnoziem" - wyłapany po spacerze w parku, podczas którego syn drążył ziemię w poszukiwaniu trufli:), "piżmo na czole" to F. wytarmoszony przez ojca:) Pachnie to dziecko jeszcze kurzem z odkurzania, kaszką kukurydzianą i słodkim zapachem krwi - czyli wszystkim tym, czym pachnieć winien prawdziwy twardziel, który nie krzywi się, gdy matka opatruje mu skaleczony w zabawie palec i który w zapachu ulubionego misia właśnie w tej chwili unosi się gdzieś ponad ścieżkami dorodnej Pyzy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ciekawostki bardzo światowe]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=441</link>
<pubDate>Tue, 15 Apr 2008 20:16:18 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=441</guid>
<description><![CDATA[Na powitanie dopiero co wyklute liście, pełne soku, i wiosenne, delikatne kwiaty.
 
A zatem, czy ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Na powitanie dopiero co wyklute liście, pełne soku, i wiosenne, delikatne kwiaty.</p>
<p> <img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/cworka.jpg" alt="spring time" width="420" height="558" /></p>
<p>A zatem, czy wiecie, że:</p>
<p>1. Istnieje pewne, znane mi, miasto na świecie, w którym jest wspaniały bar - okoliczni mieszkańcy wstępują do niego po północy w płaszczach narzuconych jedynie na pidżamy lub koszule nocne? I barman od czasu do czasu ogłasza, że stawia drinka temu, kto śpi nago, tzn. temu, kto nie ma nic pod okryciem? Niekiedy sam barman nalewał drinki w szlafroku:)</p>
<p>2. Nie byłam w miejscu, w którym można na środku ulicy zgubić torbę/walizkę/plecak, a nie znajdzie się nikt, absolutnie nikt, kto by się na to połakomił? Ewentualnie, gdy spadnie deszcz, ktoś litościwy przeniesie zgubioną rzecz pod dach... Chciałabym takie miejsce poznać, na pewno ktoś mi o nim opowiedział, inaczej nie wiedziałabym, gdzie mniej więcej się znajduje - a to akurat wiem!</p>
<p>3. Naprawdę ogromny może być rozdźwięk między tym, co sobie człowiek wyobraża, a tym, jaki jest faktyczny obraz? Moja trauma to poznanie prawdziwej twarzy pewnego piekielnie utalentowanego i znanego aktora. Każdy jego gest, wykonywany zawodowo, był dla mnie jak objawienie i nie przypuszczałam nawet, że aktor sauté może być aż tak odmienną osobą - gorzej jeszcze - że nadal gra, poza sceną, poza kadrem, jest nadal aktorem, ale w życiu tak mało utalentowanym, że nawet ja - do tej pory tak zafascynowana - wyczuwam gryzący fałsz... Szkoda, jeszcze jedno rozczarowanie, tym bardziej, że liczyłam na wyborną rozmowę...</p>
<p>4. Są chwile, gdy mimo piekła na zewnątrz, między ludźmi wytwarza się prawdziwy serdeczny ogień, dzięki któremu udaje się przez moment powstrzymać świat przed rozpadnięciem na kawałki? Tysiące historii, czytanych albo opowiedzianych z pierwszej ręki o wypadkach samochodowych, atakach terrorystów (prawdziwych lub nie), napadach na bank, utkwionych windach gdzieś na wysokości 40 piętra, gdy znalazł się ktoś, kto jednym słowem, uściskiem ręki, przytuleniem albo anegdotą powstrzymał nadchodzącą panikę i rozpacz... Gdy tkwiąca przy inkubatorze kobieta, słyszy od obcej osoby słowa, które powtarzać będzie przez wiele lat jak pieśń radości lub modlitwę dziękczynną...</p>
<p>5. Można usłyszeć, jak rozwija się drzewo? Staliśmy dziś z F. pod wielkim kasztanowcem, którego tylko nieliczne pąki były rozwinięte i wystawały z nich szkielety tych pięknych kasztanowych kwiatów. I co jakiś czas słyszeliśmy delikatne puk, puk - pąki się rozrywały i przez delikatną materię kokonu przebijał się zielony pęd... Absolutnie nie wiązaliśmy tego faktu z uroczym starszym panem, który siedział obok na ławce i pykał fajkę...</p>
<p>:)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kwiaciarka]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=438</link>
<pubDate>Mon, 14 Apr 2008 12:27:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=438</guid>
<description><![CDATA[Daleko, za granicą, w małym miasteczku, małym jak orzech, był rynek, latem rozpalony do czerwono]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Daleko, za granicą, w małym miasteczku, małym jak orzech, był rynek, latem rozpalony do czerwoności jak dobra patelnia. Odchodziły od niego drobne uliczki, wąskie jak wstążka, które skrzętnie biegły aż na granice, do pól, a potem nagle znikały w krzakach lub pod ziemią. Na rynku stał hydrant, malowany na niebiesko i stary pręgierz, nieużywany od dawna przez nikogo, a którym straszono niegrzeczne dzieci. Na środku rynku, co rano, lokowała się gruba kwiaciarka w tysiącu spódnic, grubszych i cieńszych, szarych i kolorowych. Po kilku godzinach siedzenia na stołku wśród kwiatów, spod tych spódnic wychodziły koty, rozespane i rozelektryzowane. Ona, w ciemnej chustce na głowie i bez jednej kropli potu na czole, nie robiła nic. Nie plotkowała w kramarkami obok, nie czytała gazet, nie rozwiązywała krzyżówek, nie robiła na drutach skarpet dla wnuków, nie modliła się i nie przeżuwała skórki chleba. Złożone ręce, czarne od kwiatowego soku, pomarszczone od ziemi, trzymała na na kolanach. Od momentu, gdy zobaczyłam ją pierwszy raz, do chwili, gdy widziałam ją po raz ostatni, siedziała w tej samej pozycji, zamyślona, ale z dumnie podniesioną głową. Ciemna twarz patrzyła prosto w słońce, bez strachu, ale też bez nadziei ogrzania się. Każdego wieczoru, gdy wracaliśmy do domu, ona podnosiła się ciężko ze stołka, zabierała puste wiadro po kwiatach i odchodziła jedną z wąskich ścieżek w dół miasteczka. </p>
<p><img src="http://entelepentele.files.wordpress.com/2008/04/platek.jpg" alt="petal" width="350" height="467" /></p>
<p>Pytaliśmy różnych ludzi, kto to jest ta dumna kobieta o tysiącu spódnic i ciemnej pięknej twarzy, ale wszyscy odpowiadali, że to tylko kwiaciarka i nikt nie wiedział nic więcej. Dopiero kilka godzin przed odjazdem, przy za gorącej kawie i za słodkim ciastku w kawiarni przy rynku, kelner mimochodem rzucił: - Ona przyszła do nas pieszo z Bośni. Cała jej rodzina nie żyje, miała trzech synów, których zabito na wojnie i dwie córki, jedną od razu zastrzelono we własnym łóżku, jak tylko ją zgwałcono, drugiej nie odnaleziono do tej pory. I podał nam rachunek.</p>
<p>----</p>
<p>Czytam "Głód i jedwab" Herty Müller - eseje dłuższe i krótsze. Przerażający jest świat autorki, bo mimo że wyrwała się z najgorszego, nadal żyje strachem i w niebezpieczeństwie. Jej głowa nadal tkwi w Rumunii, choć nakarmione ciało może wreszcie przysiąść i nieco odetchnąć... Ludzie są zdumiewający, piekła, jakie sobie wzajemnie szykują, po wielokroć przebijają fantazją to właściwe, do którego każdy ma nadzieję nie trafić. Przebiegłości od rumuńskiej służby bezpieczeństwa uczyć się winni czarci, wyrafinowanie przesłuchań i rewizji w mieszkaniach wywołują totalne odrętwienie u tego, kto czyta, tymczasem dla milionów ludzi taka była codzienność... Naprawdę, są dni, gdy nie chce mi się wierzyć, że na takim świecie żyję...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[PS. I love you*]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=430</link>
<pubDate>Tue, 08 Apr 2008 20:32:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=430</guid>
<description><![CDATA[
Ta pocztówka przyfrunęła do mnie z Portugalii od nieocenionej Marty. Pocztówka jest stara, praw]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/list1.jpg" alt="postcard from Portugal" width="450" height="228" /></p>
<p>Ta pocztówka przyfrunęła do mnie z Portugalii od nieocenionej <a href="http://martapoeiras.blogspot.com/" target="_blank">Marty</a>. Pocztówka jest stara, prawdopodobnie z antykwariatu. Piękne dziewczę na lśniącym obrazku, a z tyłu notatka w niezrozumiałym dla mnie języku, wykonana zachwycającym charakterem pisma... Oglądając tę kartkę, zdałam sobie sprawę z faktu, że są takie dni w tygodniu, gdy moja ręka nie wie, co to jest ręczne pisanie! Tłukę w klawiaturę i doprawdy, dopiero dziś tak na poważnie zaczęło mi to przeszkadzać. A to przecież wbrew naturze człowieka, który - od momentu rozrośnięcia się płatów czołowych - rył czym popadnie i gdzie popadnie... Kamieniem na kamieniu, narzędziem z brązu na ścianie jaskini, kijem na piachu... Pisał, rysował, tworzył. Ja czule obejmuję mysz komputerową i klikam kolejne zakładki graficznego programu i mam dzieło, jakich tysiące widzę codziennie w sieci. Albo piszę sobie tekst futurą lub minionem:), przywiązana do klawiszy jak galernik do wioseł...</p>
<p>A pismo ręczne jest tak wyjątkowe i jest to tak oczywiste, że aż nie mam mocy tłumaczyć. Emocje, jakie towarzyszą napisaniu kolejnego słowa powodują, że ręka drży... Bo człowiek myśli, co napisać, bo trudno później odwołać, co się naskrobało. Skreślenie widać, gumki ołówka robią nieestetyczne smugi albo dziury, a przepisywać się często nie chce... Bo trzeba poszukać odpowiedniego słowa samemu, bez włączania słownika jednym palcem... </p>
<p>Miałam kilka lat temu czas pisania listów papierowych. Bez specjalnego anturażu, bez ozdobnej papeterii, kałamarza, za to na czystej kartce, która dopinguje wyobraźnię i ołówkiem (którego zapach lubię) albo zwykłym długopisem. Na takie listy potrzeba czasu, ale na nie właśnie się czeka, bo niosą ze sobą czyjąś uwagę i tak przyjemnie wyjmuje się je ze skrzypiącej skrzynki pocztowej. Mam też całe pudło kartek pocztowych z wielu miast, z małych nadmorskich wiosek, z miejsc, które trudno mi sobie wyobrazić, są tak daleko; na nich poprzyklejane bilety tramwajowe, odbite obrazki z własnoręcznie zrobionych stempli, liście i suszone kwiecie. No życie, po prostu...</p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/list2.jpg" alt="letter from Poland" width="450" height="597" /></p>
<p>Lubię przyrządy do pisania. Całą podstawówkę pisałam zenithem, który nigdy się nie zepsuł! Miałam też kilka pachnących chińskich długopisów. W czasach mojej podstawówki przybory made in China to był szczyt luksusu, bo wtedy te rzeczy były naprawdę przyzwoicie zrobione (a może pamięć mnie trochę ropieszcza:), pamiętam przecież kolorowe pachnące gumki do ścierania i niesamowicie kolorowe flamastry, które rysowały jak marzenie, piórniki z nadrukiem lal o ogromnych błękitnych oczach, fluorescencyjne kredki i delikatne pędzelki... Każdy chciał mieć choć jedną taką piękną rzecz, która rozświetlałaby mu szare popołudnia przy odrabianiu lekcji... A pierwsze (i na razie ostatnie) prawdziwe pióro dostałam od ojca w połowie studiów, piszę nim czasem do dziś, bo - choć je lubię - do konserwacji nie przykładam się w ogóle, dlatego odmawia współpracy... Sprawiłam sobie także piórko, na stalówki, z długą, jasną obsadką - i tym piórkiem wraz z czeskim tuszem wypisałam ponad 100 zaproszeń na ślub brata... Ech, to była prawdziwa kontemplacja, z wysuniętym językiem i usmarowanymi palcami...</p>
<p>No i taki papier zostanie, gdy już wysiądą wszystkie serwery świata, a Wordowi rozsypią się biblioteki i rozjadą tagi. Zostanie na przykład taka mała kartka, którą napisał pewien pan do pewnej pani 60 lat temu, zaczynając pierwszy wyraz od tak zakręconego kaligraficznie Z, że dusza się uśmiecha, a palce rwą do pisania... Albo wiersz, naskrobany na kartce z zeszytu od polskiego, którym sentymentalnie szantażuję kolegę z liceum:). Same skarby!</p>
<p>-----</p>
<p>* As I write this letter<br />
Send my love to you<br />
Remember that I'll always<br />
Be in love with you</p>
<p>Treasure these few words<br />
Till we're together<br />
Keep all my love forever<br />
P.S. I love you<br />
You you you</p>
<p>[The Beatles]</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tamka]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=424</link>
<pubDate>Sun, 06 Apr 2008 20:19:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=424</guid>
<description><![CDATA[O 10.40 - godzinie niedzielnej, gdy pozornie nie zdarza się nic i właśnie wiele z tego może wyni]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>O 10.40 - godzinie niedzielnej, gdy pozornie nie zdarza się nic i właśnie wiele z tego może wyniknąć, sunęłam ulicami Tamki, bezczelnie ziewając. Tamka w niedzielę jest wspaniała i niezwykle gościnna, bo choć warsztaty, których tu mnóstwo, są pozamykane, czynna jest cukiernia i sklep z jogurtem, a czynna i chętna do pogaduch jest zawsze Złota Kaczka. Przychodzę do niej rzadko, bo nie odpowiada mi ogranitowanie, jakie jej urzędnicy od pomników zafundowali, ale są to wizyty przejmujące i twórcze. Ona słucha i podryguje tłustym kuprem, ja gadam albo tylko przeżuwam bułę z jogurtem i porozumiewam się jedynie telepatycznie. Złota Kaczka zna kilka moich ważnych dylematów i milczy, choć nie raz i nie dwa jej milcząca postawa od razu zsyłała na mnie niekłopotliwe rozwiązanie. Mam u niej dług wdzięczności (ufam, że nie w talarach:) Zaliczyłam też bliskie spotkanie z zakonnicą - piękną, starannie pomarszczoną starszą panią, która biegła wprost na mnie, zagarniając co i rusz poły mokrego płaszcza... Doprawdy, blisko jej było do moich wyobrażeń o tajemniczych zakonnicach z klasztoru na Tamce, które z benedyktyńską dokładnością i cierpliwością wyszywały te wyprawy ślubne dla bogatych panienek z arystokracji warszawskiej... Ech, ale ona miała wzrok, jakby całymi dniami zgłębiała encykliki, a nie kłuła się igłą... Wpadła na mnie, przeprosiła (po polsku, nie po łacinie!) i pobiegła dalej... Alleluja i do przodu!</p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/lizakttv.jpg" alt="Foksal Street" width="420" height="420" /></p>
<p>Wracałam leniwie Foksal i mijałam knajpy, parujące od sobotnich tańców. Cała ulica niemal zasnuta zapachem spoconych ścian i niedogaszonych papierosów... Niedzielna zmiana kelnerów, kompletnie niewyspana, bo przecież sami się bawili, z trudem montuje pierwszy ogródek u szczytu ulicy. Jeden z chłopaków ze zdumieniem przeciera oczy fartuchem, gdy widzi swoich imprezowych kompanów, którzy dopiero wracają do domów i radośnie machają czapkami na powitanie... Inny kelner z głośnym westchnieniem ciężaru, jaki mu przyszło nieść na wątłych studenckich barkach, siada na krawężniku i zaciąga się papierosem, jakby miał być to jego ostatni mach w życiu. </p>
<p>----</p>
<p>Na tyłach ulicy śmietnik, w nim jakieś 300 kwiatów, których nie sprzedałaby już żadna, najzręczniejsza nawet, kwiaciarka. Zmieszane z odpadkami, jedne z kwiatów jeszcze trzymają fason i formę, inne zupełnie się już poddały i gniją niewidowiskowo. W głowie głośnym stukaniem klawiszy maszyna do pisania wypisuje mi strofę, od której nie mogę się ostatnio uwolnić. Autora znam - Walt Whitman - ale istnienie tego wiersza uświadomił mi właśnie czytany "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny":</p>
<p>Przekazuję siebie w spadku ziemi, aby wyrosnąć trawą, którą kocham,<br />
Jeśli chcesz znowu spotkać się ze mną, szukaj mnie pod podeszwami swych butów.</p>
<p>Nie będziesz wiedział dokładnie, kim jestem ani co oznaczam,<br />
Ale mimo to będę dla ciebie zdrowiem,<br />
Będę filtrem i fibrynogenem twojej krwi.</p>
<p>Jeśli nie uchwycisz mnie za pierwszym razem, nie trać nadziei, <br />
Jeśli nie znajdziesz mnie w jednym miejscu, szukaj w innym - <br />
Zatrzymam się gdzieś i poczekam na ciebie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mała wielka Kratka]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=420</link>
<pubDate>Fri, 04 Apr 2008 20:27:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=420</guid>
<description><![CDATA[Staram się tego nie robić, ale są momenty, gdy muszę. Nie mówię i nie piszę o książkach, kt]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Staram się tego nie robić, ale są momenty, gdy muszę. Nie mówię i nie piszę o książkach, których nie przeczytałam do końca, wszak byłby to brak elementarnych zasad kultury i szacunku do autora. Ale dziś jest ten dzień. Czytam bowiem "Nowy Jork. Przewodnik niepraktyczny", napisany przez dziennikarkę Kamilę Sławińską. Pierwsze refleksje po przeczytaniu połowy książki są takie, że ona jest po prostu rozgotowana w tym mieście jak makaron w kiepskiej włoskiej knajpie, a ewentualne niedociągnięcia nowojorskie służą jedynie stworzeniu zasłony dymnej. Te minusy Wielkiego Jabłka rozczuliły mnie dokumentnie i pomyślałam, że doprawdy o Warszawie można by napisać identyczną książkę (tyle, że nikt by jej nie kupił, bo NY to NY, a nie jakieś tam Warsaw i to nie nawet to amerykańskie, tylko europejskie, a europejskie, co wie każdy nowojorczyk, to strata czasu). Dlatego sobie taką książkę piszę w myślach i mam już nawet kilka punktów. </p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/town1.jpg" height="370" width="420" alt="Warsaw city" /></p>
<p><span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">1. Emigracja</span>. Jak dla Sławińskiej NY, tak dla mnie Warszawa jest miejscem dobrowolnego zesłania. Liczę, że chwilowego, ale chwila się rozciąga już trzy lata i jej kresu nie widać. Też byłam trochę oszołomiona codziennym kontaktem z wielkim miastem, też bywałam w skostniałych urzędach, wypełniałam papiery, a nawet posunęłam się do ekstrawagancji i w stolicy urodziłam dziecko:) Też toczę ze sobą rozprawy o tożsamości i przynależności, o byciu tu i teraz, o Polakach, jacy są i dlaczego właśnie czasem nijacy tacy... Drążę korytarze w tej zapyziałej rzeczywistości i wystawiam swoją słabą cierpliwość na kolejne wyczerpujące próby... </p>
<p><span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">2. Ludzie.</span> Nowy Jork to tygiel, pisze autorka. Warszawa to tygielek. W Wielkim Jabłku są wszyscy - Holendrzy, Japończycy, Polacy, Chińczycy, Meksykanie, Hiszpanie, itd. W Warszawie też są wszyscy. Wietnamczycy mieszkają chyba w Łomiankach (prasa donosi, że coraz trudniej tam się porozumiewać po polsku), Rosjanie na Pradze, w tzw. dobrych dzielnicach całe rodziny ambasadorów. Doprawdy, nigdy nie wiadomo, kogo się spotka na mieście. Kolega M. niedawno przyprowadził mi do domu Portugalczyka:), na placu zabaw F. kłócił się o łopatkę z małą Turczynką, a ostatnio w lokalnej kawiarni, gdy sobie na koniec zasiorbałam słomką, dwaj przystojni chłopcy podnieśli głowy znad laptopów i powiedzieli z najpiękniejszym francuskim akcentem: "Na zdrowie!". </p>
<p><span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">3. Wielka kratka.</span> Manhattan w 1811 roku ojcowie miasta podzielili na piękne kawałki za pomocą linijki i skrupulatnie ponumerowali (choć zdarzają się dwie ulice z tym samym numerem, w końcu nikt nie jest doskonały), a prawdziwego nowojorczyka poznać po tym, że się w tej numeracji nie gubi ("Kto w NY nie wie, gdzie jest, nie zasługuje na to, by tu być!" - grzmi "New Yorker"). Ja w Warszawie też mam swoją małą kratkę. Dopiero przy lekturze tej książki zrozumiałam, dlaczego tak lubię spacery piechotą od pl. Konstytucji aż do Jerozolimskich. Bo tam jest kratka - Marszałkowska, a od niej Piękna i Koszykowa, i Hoża, i Wspólna, i Żurawia. Równe, rytmiczne kawałki, można wręcz kroki liczyć, ile od jednej przecznicy do drugiej... Wspaniały czas na udaną kontemplację! Kolejne etapy pokonuje się z ochotą, czując pod stopami puls miasta - jak w NY!</p>
<p><span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">4. Gwiazdy i mosty.</span> 171 East Seventy-First Street - tam mieszkała Holly Golightly. Trudno jest w NY znaleźć miejsce, gdzie nie mieszkałby ktoś sławny albo znany. Niemal brak miejsca na kolejne brązowe tabliczki z nazwiskami. Pozazdrościć. W Warszawie na Chocimskiej przez marnych parę lat mieszkał Gombrowicz, może nawet drzwi w drzwi ze słynnym dyrygentem Rowickim. Na Chocimskiej także mieszkała Elżbieta Barszczewska, piękna aktorka przedwojenna, na Malczewskiego dom miała inna aktorka Jadwiga Smosarska. Na rogu Rakowieckiej rezydował Melchior Wańkowicz, w al. Niepodległości Jan Bytnar, a w domu przy mojej ulubionej Asfaltowej pisał Kleksa Jan Brzechwa. Gwiazd żywych również pod dostatkiem, dość powiedzieć, że w autobusie do pracy mój drogi M. spotyka czasem byłego premiera M. Gwiazdy z mostów widać także tu, Sławińska uwielbia Williamsburg Bridge, przebywanie na którym daje jej poczucie spokoju i bezpieczeństwa. Ja lubię jechać Siekierkowskim, zawsze odczuwam niepokojąco przyjemny dreszcz na łydkach. Czy to znak, że już pokochałam miasto, w którym mieszkam? </p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/town2.jpg" height="369" width="420" alt="Warsaw city" /></p>
<p><span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">5. Przyjemności.</span> Nowojorskie przyjemności są po nowojorsku przyjemne. Kawę mają ohydną, podobno. Za to pizza najlepsza jest na świecie, prawdziwa, robiona przez włoskie mama mia... Jak i w NY, tak i tu, trzeba długo szukać, by znaleźć rozkoszne miejsce, do którego się wraca - jak ja do tych (chyba) Egipcjan z kebabem, Polaków w "Dzikim Ryżu" i różanej "Lokalnej"... Nie ma łatwo, trzeba samemu przemierzyć miasto, by znaleźć swój port, choć my mamy nieco łatwiej, bo jeden pasibrzuch Nowak w "Co jest grane", a oni - za oceanem - tysiące (wiecznie głodnych) krytyków kulinarnych... </p>
<p>Wdzięczna jest ta książka i czytam ją zaiste w dobrym tempie nowojorskiej minuty:) Wolałabym jednak na wstępie trochę więcej szczerości - TAK! To było moje największe marzenie: mieszkać tu, żyć tu, w tym kłębowisku kultur, języków, plątaninie linii metra, wśród oparów wielkiej sztuki, 100 stopni Fahrenheita, pocić się nad utrzymaniem na powierzchni tego tętniącego pępka świata! O tym marzyłam i mam to! Wtedy czapka sama spadłaby mi z głowy... </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kaprys ]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=418</link>
<pubDate>Wed, 02 Apr 2008 20:12:10 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=418</guid>
<description><![CDATA[Moi rodzice mieszkają w starym pałacu, należącym onegdaj do pewnego niemieckiego grafa. Pałac m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Moi rodzice mieszkają w starym pałacu, należącym onegdaj do pewnego niemieckiego grafa. Pałac mógłby być piękny do dziś, gdyby nie kaprysy PRL-u i pomysł na urządzenie w nim biur PGR-u, schroniska młodzieżowego, a potem jeszcze przedszkola, a wcześniej jeszcze jakiegoś radzieckiego komisariatu... Natomiast pierwotny właściciel pałacu, czyli wspomniany graf, lubił jeździć bryczką brzegiem rzeki i leśną drogą, którą miał kaprys obsiać pospolitymi dla tego lasu złociami, gajowcami i bluszczykami tak, by tworzyły po obu stronach drogi piękne, kolorowe kobierce... Jeszcze dziś, gdy wędruje się wiosną nadrzeczną drogą, ma się pod nogami resztki tamtego kaprysu i zaiste las wygląda wspaniale. </p>
<p>Kapryszenie to jest także moje zajęcie. Lubię kaprysić i patrzeć, jak inni kapryszą. Niedawno przed salonem Svarowskiego słyszałam kobietę, która zachęcała swojego mężczyznę, by jej kupił kryształowego tukana za bagatela 3 tysiące. - Taki piękny drobiazg - powiedziała. - Ty to masz kaprysy - powiedział on, ale weszli do sklepu, a pani z wrażenia rozbłysły oczy. W autobusie piękny chłopiec mówi do znudzonej żuciem gumy koleżanki: - Chcę się uczyć węgierskiego. A ona, gdy już sobie przypomniała, gdzie mniej więcej leżą Węgry, odpowiedziała: - To są jakieś wielkopańskie kaprysy:) Cieszyło mnie kilka ostatnich dni, tych z rewelacyjnie kapryśną pogodą, która absolutnie nie była w stanie się ustabilizować i poranki skrzyła słońcem, śniadania obsypywała śniegiem, obiady okraszała deszczem, a podwieczorki suchym i ostrym wiatrem... </p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/ciaho.jpg" height="315" width="420" alt="a passing whim" /></p>
<p>Moje kaprysy nie są specjalnie wysublimowane. Widziałam ostatnio u Pajęczaków rozkoszną <a href="http://pajeczaki.wordpress.com/2008/03/29/miksowanie/" target="_blank">babeczkę</a> i zaraz przypomniał mi się mój stały kaprys, nazywany zazwyczaj ciachem z placu zabaw, bo jest to smakołyk nagminnie kupowany przeze mnie w kawiarni przy jednym z ogrodów jordanowskich. Stanowczo ulegam temu kaprysowi i właściwie nie jest to już kaprys, a nowa świecka tradycja... Przy jedzeniu ponadto nie kapryszę, choć nie znam nikogo, komu udałoby się namówić mnie do zjedzenia gotowanej pietruszki... Za to kapryszę stanowczo przy muzyce i przy lekturach... </p>
<p>Kaprys ma wielką moc -  jak piorun kulisty - wślizguje się nagle, niemal przez dziurkę od klucza i czyni umysł jasnym i zdecydowanym, jakby człowiek nagle dostrzegał mocno oświetlony cel przed sobą, do którego prowadzi jedyna i bardzo prosta droga. Chcę! Nie chcę! Teraz! Rzeczywistość się nieco rozszczelnia i wpuszcza burzę albo wysysa człowieka z człowieka. Niektórzy zamieniają się wtedy w potworów i rzucają na ziemię... Inni wpadają w lekką melancholię i terkoce im wobraźnia, wchodząc na coraz wyższe obroty... Kaprys może być przecież zaczynem wielkiego dzieła, gdy się coś do czegoś doda, ot tak, dla kaprysu i powstaje dynamit! Albo początkiem wielkiego spotkania, gdy zechce się w obcym mieście skęcić w lewo zamiast w prawo i spotyka gwiazdę filmową na wakacjach... Wagi kaprysów nie należy lekceważyć, ale i przeceniać zanadto też nie wolno. Życie, z kaprysów złożone, musi być doprawdy trudne i w ostatecznym rozrachunku nudne...  </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Merci!]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=417</link>
<pubDate>Tue, 01 Apr 2008 07:50:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=417</guid>
<description><![CDATA[
Mam dla Was - drodzy moi - kwiatki w podzięce za aż tyle tysięcy odwiedzin! Wielka to radość ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/04/kfistkiur.jpg" height="533" width="400" alt="merci merci merci" /></p>
<p>Mam dla Was - drodzy moi - kwiatki w podzięce za <span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">aż</span> <span style="font-weight:bold;" class="Apple-style-span">tyle</span> tysięcy odwiedzin! Wielka to radość poznać paru świetnych czytelników, dla których bardzo chce się pisać i paru blogowiczów, których czyta się z wielką frajdą. Kłaniam się i dziękuję!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Sowa]]></title>
<link>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=26</link>
<pubDate>Tue, 01 Apr 2008 03:00:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>eD</dc:creator>
<guid>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=26</guid>
<description><![CDATA[



Sowa uważana jest powszechnie za symbol mądrości. Ta sfotografowana chroni mieszkańców domu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div align="center"><img src="http://i180.photobucket.com/albums/x168/emwu2007/W%20Toruniu/sowa.jpg" alt="Sowa" align="middle" height="467" width="600" /></div>
<table width="100%">
<tr>
<td width="300"><a href="http://maps.google.pl/maps/ms?ie=UTF8&#38;hl=pl&#38;msa=0&#38;ll=53.011162,18.586893&#38;spn=0.004693,0.010042&#38;z=17&#38;msid=114770987012929467502.000449aa4dc44d00f6dc5"><img src="http://wtoruniu.wordpress.com/files/2008/03/mapa7a.jpg" align="top" border="0" height="300" width="300" /></a></td>
<td align="justify" valign="top">Sowa uważana jest powszechnie za symbol mądrości. Ta sfotografowana chroni mieszkańców domu przy ulicy Konopnickiej 4. Nie wiem tylko, czy może być traktowana jako relief, bo nie jest z kamienia, a z drewna.</td>
</tr>
</table>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Love story]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=412</link>
<pubDate>Sun, 30 Mar 2008 20:56:32 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=412</guid>
<description><![CDATA[Recenzenci (nie krytycy, to inna historia) filmowi wkurzają mnie niewymownie. Nie dość, że zdrad]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Recenzenci (nie krytycy, to inna historia) filmowi wkurzają mnie niewymownie. Nie dość, że zdradzają wszystkie newralgiczne punkty filmu, nie dość, że przepisują żywcem z materiałów prasowych, to czasami wykazują tak dalece idącą ignorancję w regułach gatunku, że ręce opadają... Zbyt często miewam wrażenie, że wszyscy oni to niespełnieni reżyserzy, którzy siedząc na sali kinowej, rozmyślają, co by tu zrobili lepiej...  Całe szczęście, że tym razem powstrzymałam się przed przeczytaniem gazety, nim poszłam do kina.</p>
<p>(nie mam się za recenzenta, więc zaraz zdradzę wszystko, ostrzegam!)</p>
<p>Love story na opak, piszą. Błąd! To doskonała prawdziwa love story - mieliśmy takiej przykład niedawno w "Między słowami". Love story z odłożoną na później lub niemogącą się spełnić namiętnością. Tylko tyle, ale jakie pozytywy z tego faktu płyną dla bohaterów i dla widza! Trafia mnie grom z jasnego nieba, kiedy w recenzji czytam, że przełomowy moment w filmie to ten, gdy dziewczyna kładzie głowę na ramieniu chłopaka (lub w innej wersji "po nocy ze sobą spędzonej"). Najważniejszy moment w love story, nie tylko zresztą w filmie, ale i w życiu, to ten, gdy człowiekowi umysł się rozjaśnia i w osobie przed chwilą spotkanej widzi już nie obcą dziewczynę, która wrzuca do futerału 10 centów za piosenkę, ale kogoś, w kimś przeczuwa sprawcę wielkiej zmiany. Czy to będzie miłość, czy przyjaźń, czy wielkie dzieło (naukowe, kulturalne), czy może codzienna wspólna wędrówka, to kwestia odrębna i późniejsza... Najistotniejszy jest moment, gdy nad głową zapala się żarówka i błyska myśl: nie strać tego momentu, bo będziesz żałował... O tym jest ten film, na którego wcześniejszy seans się spóźniłam (przez popsuty tramwaj:)... O tym, że nie marnuje się szans, które stają przed nami, a nawet głośno śpiewają:) W "Once" są momenty, gdy historia mogłaby się potoczyć zgodnie z przyzwyczajeniami widza - serio! - zastanawiałam się parę razy, kiedy się wreszcie pocałują - ale toczy się inaczej; oboje wybierają inne ścieżki: on chce odszukać swoją namiętność do innej kobiety, ona szacunek i miłość do męża. Ale ta chęć zobaczenia przytulania i całowania stanowczo przesłania to, co oni sobie dali - a dali niemało: wielkie wsparcie i zrealizowane marzenie, wspólną pracę i radość z bycia razem... Dla niektórych to więcej niż jedno "hanky panky". Poza tym nieuleganie pokusie to jest ćwiczenie woli, trudne, choć wykonalne (moja ulubiona Virginia pisała o tym, że ogromną pracą jest zachwycenie się szczęściem, a nawet przyjęcie go, a potem odrzucenie). W jednej z piosenek w "Once" są podobne słowa, napisane przez grającego główną rolę Glena Hansarda: </p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/03/plant.jpg" alt="once" width="350" height="467" /></p>
<p>"So plant the thought and watch it grow... Wind it up and let it go".  Czyli zasiej myśl i patrz, jak rośnie... Zerwij i pozwól jej się uwolnić...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Cuda]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=409</link>
<pubDate>Thu, 27 Mar 2008 20:24:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=409</guid>
<description><![CDATA[Wierzę w cuda? Wierzę w cuda. Wierzę, jak wierzyć zaczęłam w intuicję - czyli w ten przebłys]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wierzę w cuda? Wierzę w cuda. Wierzę, jak wierzyć zaczęłam w intuicję - czyli w ten przebłysk przed zdarzeniem, które nieuchronnie nastąpi, a które jest czas nieco zmodyfikować. <br />
-----</p>
<p>Miałam bowiem piękną glinianą misę, którą ojciec kupił mi w kaszubskim skansenie rok świetlny temu. Kochałam ją miłością serdeczną i traktowałam jak stały element rzeczywistości, jak punkt, dzięki któremu wiedziałam, że mam się dobrze i tak się mieć mam. Wiele przeszłyśmy razem, w wielu miejscach jadłyśmy wspólnie sałatę i chipsy. Ale wczoraj misa została potłuczona. Zrobiłam nawet drastyczne zdjęcie temu (chyba po to, by smutek swój rozdrażnić), w co się zamieniła po upadku, ale nie zdecydowałam się go pokazać... Bardzo się przywiązuję do rzeczy i mam wielki żal i łzy w oczach, gdy znikają, drą się i tłuką. Szczególnie, gdy są to przedmioty wyjątkowe, piękne, z historią. W takich momentach odkrywam niechcący nieuchronność końca każdego procesu i niebezpiecznie zbliżam się do kresu czasu. Trochę mi wstyd za ten sentymentalizm, ale naprawdę po podobnych katastrofach świat wygląda odmiennie i znacznie bardziej ubogo... Pytanie, które się wczoraj narodziło - kleić czy nie kleić? Co powstanie po sklejeniu - namiastka czy nowa jakość? Coś funkcjonalnego czy jedynie bolesne wspomnienie niegdysiejszej całości? A odpowiedź, która przyszła dziś wraz z porannym otwarciem okna i zapatrzeniem się w śnieg, okazała się jasna - kleić, bo są przecież cuda... I ten cud zespolenia wszystkich skorup nastąpi. I wypełni mocą szczeliny i zwiąże glinę na nowo...<br />
-----  </p>
<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/03/rekawicka5.jpg" height="533" width="400" alt="glove" /> </p>
<p>W świąteczny weekend obejrzałam sobie filmowy szlagier pt. "Trzy dni Kondora". Zauroczona jestem sposobem, w jaki jest sfotografowany. Okiem (a oko należy do niejakiego Owena Roizmana, A.S.C.) człowieka, który miękko widzi. Świat dla niego nie jest kanciasty i ostry, ale subtelny i pastelowy. Żadnej krzykliwości, kolorystycznego rozpasania, spokój i harmonia... Lubię patrzeć na ubrania bohaterów, na wełny i chropowate tweedy... Czapkę z futerkiem i szlachetnie starte dżinsy... Na stary, delikatny świat i świt pyrkającego na gazie imbryka... Mokry listopad i puste ławki w nowojorskich parkach. Miałam podczas oglądania nieodparte wrażenie, że mogłabym warunkowo pokochać to miasto - gdyby wciąż wyglądało jak w roku mojego urodzenia i w chwili kręcenia tego filmu... Ostatnio mój drogi M. pokazywał mi reklamówki firmy, zajmującej się przygotowywaniem efektów komputerowych. Samochód, który zamienia się w dzikie zwierzę i odwrotnie, trampki podszyte ogniem, wariacje na temat duchów, ożywionej materii, szeroko rozumianego brandu:) A wszystko sprowadza się do zera i jedynki (czyli jak mówi M., do tego, czy jest prąd, czy go nie ma)... Oczy miałam szeroko otwarte ze zdumienia i pewnego podziwu, no ale jednak sentymentalizmu nie da się ot, tak odrzucić po kilku sekundach dobrej reklamy... I niemal natychmiast zatęskniłam za pyrkoczącym i rozgrzanym imbrykiem Kathy - głownie dlatego, że on istnieje naprawdę... Że można się sparzyć, że można go naprawić, gdy się zepsuje... A to, co naprawione, nosi na sobie ślady naprawienia... Że w świecie, w którym jest mi najlepiej, gładkie CTRL+Z najzwyczajniej nie działa. </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dynia dnia]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=405</link>
<pubDate>Tue, 25 Mar 2008 21:07:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=405</guid>
<description><![CDATA[
Na ile wystarcza niewielki kubek świeżo prażonych nasion dyni? Jakieś 20 minut przy patrzeniu p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/03/dynia.jpg" alt="pumpkin pumpkin" width="340" height="255" /></p>
<p>Na ile wystarcza niewielki kubek świeżo prażonych nasion dyni? Jakieś 20 minut przy patrzeniu przez okno na wiosenną śnieżycę, 42 minuty czytania gazety (zmarnowanie 42 minuty, gdyby nie wspomniana dynia, bo w gazetach dziś nudy i popelina), na niemal godzinę, gdy trzeba przy tym jeszcze grać w piłkę z F. oraz na jakieś 5 minut, gdy cały kubek wsypie się do ust jednym zdecydowanym ruchem, bez mrugnięcia okiem, choć parzy. Dowodzę od lat, że czas spędzany na dłubaniu nasion jest wykorzystywany słusznie, w żadnym razie nie marnowany! Droga E. tylko czeka na skwar czerwca i wielkie ledwo dojrzałe słoneczniki, które zamiast ziaren mają jeszcze mało skoncentrowany biały miąższ. Potrafi dłubać kilka sztuk od ręki - zawsze mnie zachwyca tym swoim słonecznikowym misterium... A mój drogi T. ostatnio nie rozstaje się z mieszanką studencką (choć studentem dawno już nie jest:), w której ulubione nerkowce i migdały wyznaczają mu rytm przerw w lekturze... A ja? Ja nie zliczę błahych i istotnych rozmów nad michą gotowanego bobu w ogrodzie babci, książek nad nią przeczytanych, przeliczonych liści na śliwkowym drzewie. Albo jasnych lekkich przygód, które w dzieciństwie miewałam w towarzystwie dmuchanego ryżu w słodkiej skorupce, który psuł zęby, rozweselał i zjednywał koleżanki... Nasiono jest wszystkim na świecie, w nim moc największa i jemu chwała najsilniejsza... Ono kiełkuje pomysłem, jak nie pomysłem - to nastrojem, jak nie nastrojem - to historią. - Opowiedz coś za michę rosołu z soczewicą - mówiłam kiedyś do pewnego zręcznego opowiadacza. - Garść migdałów - mówię dziś do przesympatycznej kobiety w warzywniaku. Często miewam coś w garści... </p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tablica z Klonowica]]></title>
<link>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=13</link>
<pubDate>Tue, 25 Mar 2008 07:30:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>eD</dc:creator>
<guid>http://wtoruniu.wordpress.com/?p=13</guid>
<description><![CDATA[



Stara tablica uliczna. Wisi na jeszcze starszym budynku opatrzonym numerem cztery. Na moje oko p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://i180.photobucket.com/albums/x168/emwu2007/W%20Toruniu/klonowica.jpg" alt="Klonowica" align="middle" height="457" width="600" /></p>
<table>
<tr>
<td width="300"><a href="http://maps.google.com/maps/ms?ie=UTF8&#38;hl=pl&#38;msa=0&#38;ll=53.010885,18.583642&#38;spn=0.004506,0.010042&#38;z=17&#38;msid=114770987012929467502.000449587b9bd0da4fb8a"><img src="http://wtoruniu.wordpress.com/files/2008/03/mapa4.jpg" align="left" height="299" width="300" /></a></td>
<td align="justify" valign="top">Stara tablica uliczna. Wisi na jeszcze starszym budynku opatrzonym numerem cztery. Na moje oko pochodzi z lat osiemdziesiątych, a może z wcześniejszych. Niewiele już takich tabliczek pozostało. Prawdę mówiąc to jedyne miejsce gdzie udało mi się wypatrzyć.</td>
</tr>
</table>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jajo]]></title>
<link>http://entelepentele.wordpress.com/?p=402</link>
<pubDate>Fri, 21 Mar 2008 20:28:07 +0000</pubDate>
<dc:creator>entelepentele</dc:creator>
<guid>http://entelepentele.wordpress.com/?p=402</guid>
<description><![CDATA[ 

Przed malowaniem jaja należy się porządnie najeść. Praca to bowiem żmudna i odpowiedzialna]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://entelepentele.wordpress.com/files/2008/03/eggsprocess-2.jpg" alt="eggs in progress" width="350" height="297" /> 
<div>
Przed malowaniem jaja należy się porządnie najeść. Praca to bowiem żmudna i odpowiedzialna. Wykluje się wszak z niego żółty, zdrowy kurczak nowości, świeżości i radości. Umiem malować jajo woskiem - mam wciąż drewienko, w które dziadek wiele lat temu wbił mały gwoździk. Gwóźdź trzeba najpierw porządnie rozgrzać w płomieniu świecy, a potem szybko moczyć w płynnym wosku i nanosić na skorupkę. Wymaga to nieco wprawy, bo gwoździk szybko stygnie i na jaju są czarne ślady zamiast woskowych bąbli. Mój brat pisze zazwyczaj "Alleluja" (ciekawe, czy w tym roku też napisał?), ja maluję bazie zazwyczaj i inne esy-floresy... Wosk stygnie, rozpuszczamy we wrzątku farby do malowania. Najlepsze są te z kiosku, w papierowych torebkach, są mocne i mają najbardziej energetyczne, wiosenne kolory. Dolewam do każdego kubka łyżeczkę octu i czekam, aż nieco przestygnie, sprawdzając każdy kubek innym palcem, dlatego Wielki Piątek nieustannie kojarzy mi się z kolorowym manicurem... I jajo się kąpie - w niebieskim, zielonym, czerwonym i żółtym... Potem schnie na ścierce, pręży pierś i duma nad wyższością Wielkanocy... A ja nożem, delikatnie - wszak mam do czynienia z jajem! - zdejmuję wosk ze skorupki, by zostały jeno białe ślady i poleruję je odrobiną oliwy. I oto przemiana jaja kurzego w jajo haute couture! Wyzwolenie i przebudzenie do nowego życia! Alleluja!</p>
<p>----</p>
<p>Jajo da się zjeść. Na przykład z sosem z podpieczonego czosnku, majonezu, startych na tarce orzechów laskowych, szczypiorku i zielonego pieprzu. Ale na razie dajmy jaju się nacieszyć jego świętem...</p></div>
<div> </div>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
