<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>czytam-ogladam &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/czytam-ogladam/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "czytam-ogladam"</description>
	<pubDate>Sat, 11 Oct 2008 08:56:19 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Opowieść o głupocie]]></title>
<link>http://saddie.wordpress.com/?p=22</link>
<pubDate>Wed, 07 May 2008 12:34:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>saddie</dc:creator>
<guid>http://saddie.pl.wordpress.com/2008/05/07/opowiesc-o-glupocie/</guid>
<description><![CDATA[Wróciła mi chęć do czytania ostatnio i postanowiłam dokupić sobie &#8220;Wszyscy jesteśmy pod]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wróciła mi chęć do czytania ostatnio i postanowiłam dokupić sobie "Wszyscy jesteśmy podejrzani" Chmielewskiej, albowiem mój egzemplarz zrabował na przestrzeni lat jakiś podstępny wróg. No i niestety, jak to zwykle bywa, skusiłam się na coś, co Merlin uczynnie wyświetlił w <em>"Ci, którzy kupili ten towar, kupili też..."</em>. Niestety, bo jak to zwykle bywa, zakup okazał się klęską.</p>
<p>Niejaka Anna Powierza napisała książkę pt. "Jak zostać sławną". Nie znam nazwiska, ale recenzje w Merlinie były pozytywne, a na dokładkę Joanna Chmielewska dorzuciła słowa zachwytu. Postanowiłam zaryzykować i przeczytać. Powinnam była wiedzieć, że skoro książki samej Chmielewskiej ostatnio jakoś się spsuły[1], to i jej gustowi czytelniczemu nie powinnam już ufać... no i zrobiłam coś, czego nie zrobiłam już dawno, czyli przerwałam lekturę w połowie i umieściłam dzieło w pojemniku na makulaturę.</p>
<p><!--more--></p>
<p>Książka jest okropna z jednego głównego powodu: w próżnych próbach rozbawienia czytelnika autorka uczyniła główną bohaterkę przeraźliwą, nieprawdopodobną idiotką. Jest to postać otchłannie wręcz głupia. Przez te pół powieści, przez które przebrnęłam, bohaterka permanentnie nie rozumie, co się do niej mówi ani co się wokół niej dzieje. Domyślam się, że celem zabiegu było sportretowanie jej jako osoby sympatycznie roztargnionej, ale już po kilku scenach zaczynają od tego boleć zęby.</p>
<p>Wszystkie[2] dialogi, w których stroną jest bohaterka, skonstruowane są według schematu:</p>
<ol>
<li>X mówi coś do bohaterki.</li>
<li>Bohaterka nie słucha.</li>
<li>X powtarza kwestię, jeśli zauważył brak odbioru, bądź ciągnie dalej, jeśli nie zauważył.</li>
<li>Bohaterka orientuje się, że ktoś coś do niej mówi.</li>
<li>Bohaterka wpada w panikę, wychwytuje jedno słowo z tego, co się do niej mówi i buduje na podstawie tego słowa losową (i kompletnie absurdalną) teorię na temat tego, co X mógł do niej mówić.</li>
<li>Bohaterka odpowiada od rzeczy.</li>
<li>Cały dalszy ciąg konwersacji odbywa się na zasadzie dialogu gęsi z prosięciem, ponieważ bohaterka z dzikim uporem trzyma się błędnego pojęcia o temacie rozmowy nawet wtedy, kiedy nieporozumienie jest zauważalne przez każdego nieupośledzonego homo sapiens.</li>
</ol>
<p>Oprócz kompletnej tępoty w kwestiach komunikacyjnych bohaterka przejawia też coś, co w zamierzeniu było uroczą naiwnością, a w praktyce jest kolejnym dowodem bezdennej głupoty. Naiwność jako zjawisko występuje powszechnie i do pewnego stężenia nie jest naganne, a nawet wręcz przeciwnie, gdyż ogólne założenie, że ludzie mają dobre intencje, jest ze wszech miar godne pochwały[3]; jednak wybaczcie, ale nie wierzę, że -- dla przykładu -- normalny na umyśle człowiek, stojąc w kolejce, może przepuścić kilkanaście młodych, drapieżnych panien wierząc szczerze w ich umierające babcie i chore koleżanki.</p>
<p>Słowo o fabule: ogólnie rzecz biorąc książka jest o tym, jak owa głupia jak but bohaterka szukając pracy w radiu trafia przypadkowo do serialu. Rzecz jasna zrozumienie, że chcą ją zaangażować w serialu telewizyjnym, zajmuje jej kilkanaście stron, podczas których czytelnikowi umierają kolejne neurony. Po tych kilkunastu stronach natomiast zaczyna się obserwowanie, jak bohaterka miotana jest odpowiednikami ruchów Browna, bez żadnego wpływu na to, co się z nią dzieje, nie podejmując samodzielnie żadnych decyzji, nie myśląc, nie rozumując, nie używając logiki i zachowując się, jakby właśnie przybyła z Marsa i nazywała się Valentine Michael Smith.</p>
<p>Przypuszczam, że "Jak zostać sławną" może kogoś rozśmieszyć -- zresztą najwyraźniej rozśmieszyło niewymagających recenzentów Merlina. Mnie myśl o istnieniu osób absolutnie nie używających wyższych funkcji mózgu raczej przeraża. Jeśli ktoś jest zainteresowany studium psychiki klasycznej blondynki z dowcipów, niech kupuje i czyta; innym dobrze radzę trzymać się z daleka.</p>
<p>
&#160;
</p>
<p>[1] Mam na regale pełną półkę książek Chmielewskiej, w różnym stopniu zaczytania na śmierć. Przez lata kupowałam wszystko jak leci i nigdy nie żałowałam. Ale jakoś po "Lądowaniu w Garwolinie" (przy którym, o ile pamiętam, płakałam jeszcze ze śmiechu) zaczęło się psuć. Kolejne książki były coraz mniej zabawne, coraz mniej ciekawe i coraz bardziej bez pomysłu. Dopuszczam, rzecz jasna, myśl, że to nie pióro Chmielewskiej się stępiło, tylko moje poczucie humoru.</p>
<p>[2] Z zasady unikam nieuprawnionych generalizacji, chciałam więc zamienić "wszystkie" na "większość", ale daję słowo, że nie przypominam sobie ani jednego miejsca, w którym bohaterka odbyłaby z kimkolwiek normalną rozmowę.</p>
<p>[3] Cynikom, którzy rzucą się na mnie jak sępy na żer, odpowiadam z godnością, że owszem, takie jest moje zdanie i wara im od niego. Zresztą to jedna z moich głównych bolączek jako obywatelki Polski: u nas generalne założenie odnośnie intencji bliźniego jest dokładnie odwrotne.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Te Książki I]]></title>
<link>http://saddie.wordpress.com/?p=19</link>
<pubDate>Wed, 16 Apr 2008 11:52:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>saddie</dc:creator>
<guid>http://saddie.pl.wordpress.com/2008/04/16/te-ksiazki-i/</guid>
<description><![CDATA[Rozlewa się po blogach znajomych trend tworzenia list książek ważnych. Chyba każdy pożeracz ks]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Rozlewa się po blogach znajomych trend tworzenia list książek ważnych. Chyba każdy pożeracz książek, były czy obecny, aktywny czy nieaktywny, na widok takiej listy natychmiast zaczyna układać w głowie własną. Mnie nie ominęło.</p>
<p>Na początek będą te książki, które, jakkolwiek patetycznie to brzmi, faktycznie jakoś zmieniły moje życie. Wryły się na mur, zapisały w korze, bez nich nie byłoby mnie, byłaby inna osoba.</p>
<p>(Rzecz jasna nie jestem w stanie Książek Najważniejszych jakoś uszeregować. Będę pisać, jak leci.)</p>
<p>A zatem...<!--more--></p>
<p>- <strong>"Trylogia" Henryka Sienkiewicza.</strong></p>
<p>"Trylogię" w zgrzebnym, szarym wydaniu, wydobytą z jakiegoś antykwariatu, dostałam na pierwszą komunię. Pamiętam, że z początku jakoś nie mogłam się do niej zabrać, być może zniechęcał mnie wygląd, być może onieśmielała objętość cyklu. Aż w końcu zaczęłam czytać... Skończyłam mniej więcej po trzech latach, w trakcie których przeczytałam "Trylogię" kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt razy. Znałam na pamięć całe fragmenty, którymi rytualnie przerzucałam się z ojcem. "Trylogia" wydobyła mnie z okresu książek dziecięcych i pchnęła na podbój bibliotek. Niezależnie od kwestii (nie)politycznych, (nie)prawd historycznych i wszelkich innych wytykanych Sienkiewiczowi potknięć, jest to lektura nieodmiennie fantastyczna.</p>
<p><em>"- A czy ty wiesz, Rochu, co to jest wuj?<br />
- Wuj -- to wuj.<br />
- Bardzoś to roztropnie wykalkulował."</em></p>
<p>- <strong>Cykl narnijski C. S. Lewisa.</strong></p>
<p>Pierwsze polskie wydanie Narnii dał mi w prezencie krewny, który miał coś tam wspólnego z wydawnictwem. Chwilowo nie mam jak sprawdzić, w którym to było roku, ale dość dawno temu. Całkowicie oczarowana historią zapadłam na podobny syndrom, jak w przypadku "Trylogii", z tym że Sienkiewicza miałam od razu w całości, a na kolejne tomy cyklu narnijskiego musiałam czekać, przebierając nogami.</p>
<p>(W tym miejscu chciałabym wykonać serię obelżywych gestów oraz skomponować wiązankę obelg pod adresem niesławnego spadkobiercy C. S. Lewisa, który wpadł na pomysł przeorganizowania kolejności cyklu, żeby było zgodnie z chronologią. Idź na drzewo, parszywy świętokradco.)</p>
<p>Aha, i cały czas nie wiem, czy bardziej kocham "Wędrowca do Świtu", "Siostrzeńca czarodzieja", czy jednak "Konia i jego chłopca".</p>
<p>- <strong>"Opowieści o pilocie Pirxie" Stanisława Lema.</strong></p>
<p>Nie wiem, od której strony zabrać się za wyjaśnianie, dlaczego. W zasadzie to chyba nie muszę. Zakładam, że każdy, kto przeczytał "Test", "Patrol", "Ananke", "Terminusa", "Albatrosa", itd. itd. będzie wiedział, o co chodzi. Tego rodzaju chwytanie za gardło, tego rodzaju dreszcz zdarzają mi się bardzo rzadko. Chwała pamięci Lema.</p>
<p><em>"Klyne! Na ręczną!!! Na ręczną do lądowania!!!"</em></p>
<p>- <strong>"Na początku był wodór" Hoimara von Ditfurtha</strong></p>
<p>Nie pamiętam już, czy podsunęli mi ją rodzice, czy sama w czytelniczym głodzie losowo wyciągnęłam ją z półki. Pierwsza książka popularnonaukowa, z jaką miałam kontakt. Pokazała mi gwiazdy. Uświadomiła istnienie wszechświata. Zmieniła na zawsze.</p>
<p>Trochę się teraz boję do niej wrócić, żeby nie prysnął czar, ale czuję, że prędzej czy później pokusa zwycięży.</p>
<p>- <strong>"Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa</strong></p>
<p>Przeczesując rodzicielskie półki w poszukiwaniu nowych lektur, przez dłuższy czas omijałam "Mistrza i Małgorzatę" w poczuciu, że sięgając po tę książkę robię coś niedozwolonego. Przyczyną była<br />
obwoluta, na której elementem kluczowym (przynajmniej w moim odczuciu) była, nie wiadomo dlaczego, opasła goła damska pupa. W końcu pokusa zwyciężyła i ukradkiem zabrałam się do czytania. Zostałam oczarowana. Oprócz zachwytu lekturą pamiętam jeszcze poczucie niesmaku i zdumienia dziwnymi pomysłami dorosłych, którzy dają tak wspaniałym książkom takie głupie okładki.</p>
<p><span style="font-family:Verdana,Arial,Helvetica,sans-serif;"><em>"- Nikomu nie przeszkadzam, nikogo nie ruszam, reperuję prymus - nieżyczliwie            powiedział kot i nastroszył się - poza tym uważam za swój obowiązek uprzedzić,            że kot to zwierzę starożytne i nietykalne."</em></span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Sweeney Todd]]></title>
<link>http://saddie.wordpress.com/?p=17</link>
<pubDate>Mon, 18 Feb 2008 11:26:10 +0000</pubDate>
<dc:creator>saddie</dc:creator>
<guid>http://saddie.pl.wordpress.com/2008/02/18/sweeney-todd/</guid>
<description><![CDATA[Executive summary: musical, Tim Burton, Johnny Depp, Alan Rickman, Helena Bonham Carter, krew, dużo]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Executive summary: musical, Tim Burton, Johnny Depp, Alan Rickman, Helena Bonham Carter, krew, dużo krwi, dużo dużo dużo krwi.</p>
<p>Benjamin Barker (Depp), młody golarz, ma piękną żonę i małą córeczkę. Na żonę ma apetyt lubieżny sędzia Turpin (Rickman). Reszty można się domyślić. Po piętnastu latach Barker wraca z wygnania, opętany pragnieniem zemsty. Znalazłszy sobie wspólniczkę w postaci pani Lovett, producentki najgorszych placków w Londynie [1], ponownie otwiera golarski interes -- pod nowym nazwiskiem, rzecz jasna -- i rozpoczyna krwawy plan realizacji owej zemsty.</p>
<p>Film jest prześliczny i obłędnie krwawy. Posoka sika strugami i leje się po ścianach, a Depp, Rickman i Carter pięknie przy tym śpiewają. Nie jest to musical, na który należy zabrać babcię albo nieletnie potomstwo... ale jaki to jest śliczny film!</p>
<p>[1] Nie mam lepszego pomysłu na polską nazwę dla (meat) pie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Cloverfield]]></title>
<link>http://saddie.wordpress.com/?p=16</link>
<pubDate>Mon, 18 Feb 2008 10:36:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>saddie</dc:creator>
<guid>http://saddie.pl.wordpress.com/2008/02/18/cloverfield/</guid>
<description><![CDATA[Ostrzeżenie na wstępie: jeśli masz silną chorobę lokomocyjną, lepiej sobie daruj. Ja mam śred]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Ostrzeżenie na wstępie: jeśli masz silną chorobę lokomocyjną, lepiej sobie daruj. Ja mam średnią i tylko dzięki temu, że film generalnie trzymał mnie w napięciu, zorientowałam się, że mi niedobrze, dopiero przy napisach końcowych.</p>
<p>A poza tym to jest to całkiem fajny film o potworach. Obejrzawszy nadal nie wiem, dlaczego tytuł jest taki, jaki jest. Może umyka mi jakieś odniesienie? Może to przypadek z serii "a co miałem wywiesić"? A może po prostu wszystkie dobre tytuły dla filmów o potworach pustoszących miasta już były zajęte?</p>
<p><!--more--><br />
"Cloverfield" zaczyna się przydługim wstępem, który objaśnia, dlaczego jeden z głównych bohaterów spędzi resztę filmu ganiając z ręczną kamerą (i dlaczego musimy to oglądać). Potem jest potwór, potem jest dużo biegania, potem są mniejsze potwory (po raz kolejny zastosowanie ma zasada, że mały potwór jest znacznie paskudniejszy niż duży), dużo biegania i krzyczenia, znowu duży potwór, bieganie, krzyczenie, itd. Oglądanie filmu z kamery, z którą ktoś spieprzał przed potworami, znakomicie wywołuje chorobę lokomocyjną, stąd wstęp.</p>
<p>Flaków, ku mojemu przyjemnemu zaskoczeniu, prawie nie ma. Tylko jedna scena powoduje dodatkowy podskok żołądka, no, może dwie... ale generalnie suspens jest budowany metodami innymi niż wywalanie na ekran asortymentu sklepu mięsnego.</p>
<p>Uwagi mam dwie. Duże spojlery, więc nie czytać bez obejrzenia.</p>
<p>- cbgjóe ohemąpl jvrżbjpr zvnłol avr glyxb qbfgemrp, nyr v mrżerć wrqartb znłrtb pmłbjvrpmxn? Nxheng.<br />
- pb fvę jłnśpvjvr fgnłb m Zneyraą? Gnx, gnx, htelmłb wą cnfxhqmgjb, nyr pb wą mnovłb? Pupę svmwbybtvpmar jlwnśavravr. Purfgohefgrel olłl qboer j Nyvravr...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Horror terror]]></title>
<link>http://saddie.wordpress.com/2008/01/17/horror-terror/</link>
<pubDate>Thu, 17 Jan 2008 16:06:55 +0000</pubDate>
<dc:creator>saddie</dc:creator>
<guid>http://saddie.pl.wordpress.com/2008/01/17/horror-terror/</guid>
<description><![CDATA[Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale lubię książki o psychopatach. Takie na przykład &#8220;Cz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Nie wiem, skąd mi się to bierze, ale lubię książki o psychopatach. Takie na przykład "Czarną niedzielę", "Czerwonego smoka" i "Milczenie owiec" Harrisa czytałam po kilkanaście razy. ("Hannibal" jakoś mniej mi się podoba, głównie z powodu nachalnego uczłowieczania Lectera, a o "Hannibal Rising" -- nie wiem, jaki jest polski tytuł -- już w ogóle nie warto mówić.)</p>
<p>Parę tygodni temu podczas zakupów świątecznych w American Bookstore (szukałam czegoś dla A. i z zachwytem znalazłam "Cyberiadę" po angielsku!) rzucił się na mnie "Bone Collector" Deavera. Kojarzyłam, że w podobnym klimacie, co Harris, kupiłam. Parę dni temu zdobyłam się na przeczytanie. Sparaliżowany i zgorzkniały specjalista od kryminalistyki bierze (niechętnie) udział w polowaniu na seryjnego mordercę. No niezłe, ale w scenie, gdzie Rhyme dostaje ataku i Amelia go cewnikuje, patrząc ze wzruszeniem na jego końcóweczkę, Deaverowi musiało się odbić Harlequinem. Pasuje do całości jak pięść do nosa.</p>
<p>Może z tego wszystkiego zbiorę się na odwagę i obejrzę "Seven", "Bone Collectora", "Zodiac" i jakie tam jeszcze są milczenia owiec. Samo "Milczenie..." obejrzałam zresztą dopiero parę miesięcy temu. Cóż robić, co innego czytać o mordach i flakach, a co innego je oglądać, a ja jednak jestem straszny tchórz... Z drugiej strony, nie sądzę, żeby jakikolwiek inny Straszny Film zdołał mnie tak przerazić, jak "Event Horizon", a zatem najgorsze już mam za sobą. Teraz niech tylko przyjedzie A. i zrobimy sobie maraton filmów o psychopatach. Zawsze to milej mieć kogoś do wbijania pazurów w ramię (jego, nie moje) przy kwiczeniu ze strachu.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
