<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>cukierki &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/cukierki/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "cukierki"</description>
	<pubDate>Wed, 15 Oct 2008 22:14:07 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[A ja miałem...]]></title>
<link>http://elcede.wordpress.com/?p=72</link>
<pubDate>Sun, 20 Apr 2008 22:19:42 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mat</dc:creator>
<guid>http://elcede.pl.wordpress.com/2008/04/21/a-ja-mialem/</guid>
<description><![CDATA[Ten tekst jest już bardzo stary, bo ma już prawie 4 lata i jest pisany stylem zupełnie odmiennym ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:justify;"><em><span style="font-size:xx-small;">Ten tekst jest już bardzo stary, bo ma już prawie 4 lata i jest pisany stylem zupełnie odmiennym od tego mojego dzisiejszego, więc można tu zaobserwować, że kiedyś zupełnie inaczej ubierałem w słowa pisanie o niczym. Właściwie to jest jedna z pierwszych moich prób piśmienniczych, wiec mamy tu także powrót do korzeni, początków, pierwowzorów moich teraźniejszych wypocin. Czy teraz piszę lepiej czy gorzej to pozostawiam do waszej oceny. Osobiście cieszę się, że już z takiego dziwactwa wyrosłem i przeszedłem w dziwactwo zgoła inne. </span></em></p>
<p><span style="color:#ffffff;">.</span></p>
<p>A ja miałem wtedy 9 miesięcy. Byłem mały, malutki. Leżę sobie spokojnie, naokoło mnie różowo, ciepło przytulnie. Panuje taki leciutki półmrok. Wszystko ładnie, pięknie. Czasem sobie z jakąś białą krwinką pogadam, a to z płytką krwi, czasem nawet jakiś nieuprzejmy wirus się trafi. Fajnie jest, karmią mnie tutaj ogórkami z czekoladą, truskawkami z bitą śmietaną, chlebem z miodem, czasami nawet wódeczką poczęstują. Żyć nie umierać. Pewnego razu, a był to początek zimy, wiem, bo zimno było, coś mi się tu niewygodnie zrobiło, jakby tak ciaśniej. Pierwszy raz się tak czułem, ale może jakieś problemy trawienne, nie wiem. No, więc zaczynam się wiercić. Wiercę się, wiercę, aż tu nagle moja kochana pępowina naokoło szyi mi się zawiązuje. Normalnie to mi pokarm przesyłała, a teraz, co? Najpierw karmiła, a teraz zabić chce? No nie, coś nie pasi. No to ja się z nią szarpać zaczynam. Złapałem i nie puszczam, ale ona mocniej się zaciska. No, ale ja się nie poddaję, nigdy się nie poddałem, to i teraz się nie poddam. Próbuję się okręcić i uciec z pola zasięgu pępowiny. Jak pomyślałem tak też zrobiłem. Już na drugiej ściance sobie leżę, co by mnie nie złapała, aż tu nagle ścianka pęka. Co jest? Nigdy nie pękała to teraz też nie powinna, ale co mam robić dać się udusić pępowinie, czy wylecieć do oślepiającego światła? Kiedyś jak rozmawiałem z jedną hemoglobiną to mi mówiła, że taki tunel czasami się otwiera, jak one tlen noszą z płuc do serca i po całym organizmie, ale to dla płytek krwi zadanie, żeby taki otworek zamknąć. Ale wracając do tematu, co zrobić, dać się zabić pępowinie, czy zobaczyć, co na zewnątrz? Wybrałem to drugie. Wyleciałem, film mi się urwał i zaczął dopiero w...</p>
<p>A ja miałem wtedy 4 lata. Pierwszy raz przypomniałem sobie jak leżałem w brzuchu mamy. Pępowina owinęła się wokół szyjki, a ja z nią walczyłem. Musiałem walczyć, choć z każdą chwilą słabłem. Nie poddawałem się, musiałem wygrać i udało mi się. Wtedy zobaczyłem to światło. Miałem wybór: walczyć z pępowiną, albo wyjść. Postanowiłem to drugie i kiedy już zbliżałem się do otworu... obudziłem się. Zacząłem płakać. Nie wiem, czemu, po prostu ogarnął mnie wielki smutek, tak wielki jak jeszcze nigdy w moim króciutkim życiu. Płakałem, choć nie wiedziałem, czemu. Przybiegli rodzice, przytulili mnie, ale ja wciąż płakałem. Przez ponad godzinę. Potem straciłem siły i zasnąłem znowu. Tym razem nic mi się nie śniło.</p>
<p>A ja miałem wtedy 16 lat. Drugi raz miałem ten sen, w którym byłem w brzuchu mamy. Znowu ta okropna pępowina owinęła się wokół mojej szyi jak boa, a ja musiałem z nią walczyć o swoje życie. Nie mogłem się poddać, nie mogłem. To było straszne. Bolały mnie wszystkie członki, wszystkie części mojego malutkiego ciałka, dusiłem się. Musiałem walczyć, musiałem też wygrać tę walkę. Wygrałem. Wówczas zobaczyłem to światło, oślepiające, palące w oczy. Nie mogłem go znieść, a jednak coś mnie do niego przyciągało. Musiałem iść. Kiedy już zbliżałem się do światła, obudziłem się. Wszystko mnie bolało, nie mogłem złapać oddechu, oczy mnie piekły. Poczułem ogromny smutek. Dlaczego? Pamiętam: dzisiaj zginął mój tata. Napadli go, postrzelili. Zginął w drodze do szpitala. Nie miał żadnych szans. Przypomniało mi się, że kiedy pierwszy raz miałem ten sen, kiedy miałem cztery lata, moi dziadkowie zginęli w wypadku samochodowym. Czy to możliwe? Czy ten sen jest alarmem dla mnie? Może, ale kto to wie? Tej nocy nie mogłem już zasnąć.</p>
<p>A ja miałem wtedy 21 lat. Po raz trzeci przeżywałem ten sen. Pępowina zacisnęła się na mojej szyi mocniej niż zwykle, ale nie mogłem się poddać. Musiałem ją od siebie oderwać. Za babcię, za dziadka, za tatę. Za nich wszystkich. Muszę, nie mogę dać za wygraną. To jest walka o nich. Udało się. Wygrałem. Znowu widzę światło, przemieszczam się w jego kierunku, wszystko mnie boli, ale się zbliżam. Czy kiedykolwiek dowiem się, co jest po drugiej stronie tunelu? Może, może teraz? Nie, nie tym razem. Obudziłem się. Już wiem, już wiem, że ktoś zginał. Łapię za telefon, dzwonię do babci, nikt nie odbiera. NIIEEEEE.... Muszę obudzić mamę, musimy jechać do babci. Mama się budzi, ale mówi, że to tylko zły sen i że babcia na pewno ma się dobrze. Zakładam szybko spodnie, kurtkę, wybiegam z domu. Odpalam samochód i jadę. Do babci. Szybko, jedź szybciej. Dojechałem. Wbiegam szybko po schodach, na czwarte piętro, wyjmuję kluczę do domu, otwieram. Wchodzę do sypiali, jest babcia, sprawdzam puls............ Babcia nie żyje. Dzwonię szybko po lekarza. Do szpitala. Po dziesięciu minutach pogotowie przyjeżdża, powiedzieli mi, że nie da się jej już uratować. Moja babcia, moja kochana babcia.</p>
<p>A ja miałem wtedy 30 lat. Czwarty raz przeżywałem sen. Już wiedziałem, że ktoś zginął. Z najbliższej rodziny została mi tylko mama. Nie, to nie może być ona. Muszę się obudzić, muszę ją uratować. Moja mama. To dzięki niej jestem na tym świecie. To dzięki niej mogę przeżywać wszystko, co najszczęśliwsze. To wszystko dzięki niej. Muszę się obudzić. Czy walka z pępowiną ma sens? Ma, może uratuję moją mamę. Muszę walczyć. Wszystko mnie boli, duszę się, walczę. Za mamę, muszę to zrobić dla niej, dla mojej matki. Wygrałem tę walkę, ale ile razy jeszcze będę musiał ją przeżywać? Otwiera się, widzę światło, widzę oślepiające światło. Muszę się pospieszyć. Budzę się. Ubieram spodnie, buty, kurtkę, wybiegam z domu, odpalam samochód, jadę. Muszę się spieszyć, może ją jeszcze uratuję. Dojeżdżam. Otwieram furtkę, wchodzę po schodach, otwieram drzwi. Wbiegam do jej pokoju. Nie ma jej. Może jest w szpitalu? Wyjmuję komórkę. Dzwonię do szpitala. Jest moja mama? Jest. Żyje? Żyje. Zbiegam po schodach, wchodzę do samochodu, jadę, do szpitala. Wbiegam do niego, jestem zmęczony, ale to nie ma znaczenia, moja mama musi przeżyć. Niestety już nie żyje. Zabił ją, rak piersi ją zabił.</p>
<p>A ja miałem wtedy 72 lata. Piąty raz przeżywałem sen. Ktoś zginął, ale kto? Żona, dzieci, wnuczęta? Pępowina się zaciskała wokół mojej szyi, ale ja nie mam już siły z nią walczyć. Nie mam siły. Wiem, że tym razem mnie udusi. To jest nieuniknione. Zabije mnie. Tyle razy udawało mi się, a teraz nie mogę. Nie wygram z wężem. Zobaczyłem światło, ale tym razem pępowina wciąż zaciskała się na mojej szyi. Co jest w tym świetle? Światło się przybliża, choć ja się nie poruszam. Patrzę. Co tam jest do cholery? Śmierć!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[A brzuszek rośnie….]]></title>
<link>http://stuq.wordpress.com/?p=79</link>
<pubDate>Sat, 15 Mar 2008 12:31:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>stuQ</dc:creator>
<guid>http://stuq.pl.wordpress.com/2008/03/15/a-brzuszek-rosnie%e2%80%a6/</guid>
<description><![CDATA[Od czego rośnie? Ano od jedzenia. Oprócz mojej pierwszej miłości – roweru, jedzenie jest moją]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Od czego rośnie? Ano od jedzenia. Oprócz mojej pierwszej miłości – roweru, jedzenie jest moją drugą pasją. Jem prawie wszystko. Ale po kolei.<!--more--></p>
<p>Zupy.<br />
Rosół. Numero uno w moim rankingu zup. Mógłbym go jeść codziennie. Za każdym razem smakuje inaczej, za każdym razem jest zajebiście smaczny. Makaron, włoszczyzna, dużo gotowanego czosnku i świeża zielona pietruszka, a to wszystko zalane przepięknie złotym bulionem. Poezja. Na miejscu drugim stoi pomidorowa – oczywiście z makaronem. Wywar robiony na bazie świeżych pomidorów, ewentualnie z puszki, a nie samego koncentratu. Gęsta jak sos, kwaskowato-słodka. To jest to. Najniższy stopień podium zarezerwowany dla kapuśniaka. Kwaskowaty, podawany z potłuczonymi ziemniaczkami posypanymi zeszkloną cebulką. Na drugi dzień od ugotowania jest jeszcze lepszy. Pod podium znajdują się m.in. barszcz biały, żurek, barszcz z zieleniatkami, zupa z buraczków – tych młodych, wiosennych, krupnik etc. Nie cierpię jedynie koperkowej i pomidorowej z ryżem.</p>
<p>Ale samą zupą się nie najem. Obiad bez mięsa to nie obiad. Zjem każde, jest tylko jeden warunek. Musi być smażone/pieczone. Kurczak, indyk, udka, kotlety, mielone, etc. Z ziemniaczkami i jakąś sałatką – to jest to. Smażona ryba także jest czymś przepysznym. O ile jest rybą, a niezamrożonym filetem, który po odprowadzeniu wody waży tyle, co płatek śniegu i smakuje jak…No właśnie. Jak smakuje filet? Jedząc go niby coś się czuje, – ale ryba to nie jest…<br />
Kompletnie nie pojmuję ludzi, którzy zachwycają się surowym mięsem czy to w postaci tatara czy nie daj Boże Sushi! To pierwsze jeszcze jakoś strawię. To drugie miałem okazję skosztować pewnego razu. Było to dla mnie traumatyczne przeżycie. Coś jak uczestnictwo w programie Fear Factor. Tylko cholera nikt mi nie płacił, wręcz przeciwnie, sam sobie to gówno kupiłem…<br />
Ta okropna kelnerka, która poleciła wziąć kawałek „na raz” w usta…<br />
Żułem to cholerstwo jak krowa trawę na łące. Opcja wyplucia nie wchodziła w grę. Połknięcie też nie…<br />
Żułem, żułem, żułem. Rosło w ustach i wcale nie chciało znikać. Jakoś się przełamałem i w końcu to połknąłem. Walka była długa. Utkwiło mi to w pamięci jak Buka z Muminków. Na samą myśl mnie skręca i zawartość żołądka podchodzi do gardła…</p>
<p>Kolejnymi daniami, bez których nie wyobrażam sobie mojego życia są: pierogi – obowiązkowo z kapustą i grzybami, krokiety z farszem identycznym jak w pierogach. Gołąbki w sosie pomidorowym, placek ziemniaczany (nie mylić z plackami ziemniaczanymi), leczo, pizza (domowa na gruuuuubym cieście).</p>
<p>A po obiadku pora na DESER.<br />
Zjem chyba każdy. Kocham słodkie…<br />
Lody, ciasta, galaretki, ciasteczka, kremy, budynie, czekolady, czekoladki, cukierki. Nie ważne, jakie. Ważne, że dużo. Czym słodsze tym lepsze. Po dwugodzinnej intensywnej przejażdżce na rowerze w lato litrowe pudełko z lodami waniliowymi, kawałkami owoców i cytrynowym syropem są jak lekarstwo.</p>
<p>Orgazm. Orgazm w podniebieniu…</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[cukierki]]></title>
<link>http://druciarnia.wordpress.com/2007/12/30/scieg-cukierki/</link>
<pubDate>Sun, 30 Dec 2007 21:53:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>druciarnia</dc:creator>
<guid>http://druciarnia.pl.wordpress.com/2007/12/30/scieg-cukierki/</guid>
<description><![CDATA[
wymagana liczba oczek: wielokrotność 22 + 3 o.
PW prawy warkocz
z 2 o. na ddw i trzymaj z tyłu r]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><img src='http://druciarnia.wordpress.com/files/2007/12/scieg-cukierki.jpg' alt='ścieg na drutach - cukierki' /></p>
<p>wymagana liczba oczek: wielokrotność 22 + 3 o.</p>
<p><strong>PW</strong> prawy warkocz<br />
z 2 o. na ddw i trzymaj z tyłu robótki, 2p, 2p z ddw</p>
<p><strong>CUKIERKI</strong></p>
<p>Rzędy 1, 5, 9, 13, 17 i 21 [PS]: 3l, *8p, 3l, 8p, 3l*.<br />
Rząd 2 i wszystkie na LS: *3p, 8l, 3p, 8l* aż do 3 ostatnich oczek, 3p.<br />
Rzędy 3, 7 i 11: 3l, *PW x2, 3l, 8p, 3l*.<br />
Rzędy 15, 19 i 23: 3l, *8p, 3l, PW x2, 3l*.<br />
Rząd 24: jak rz. 2.</p>
<p>Powtarzaj rzędy 1–24, by uzyskać ścieg <em>Cukierki</em>.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Halloween i Ja!]]></title>
<link>http://mojstary.wordpress.com/2007/11/01/halloween-i-ja/</link>
<pubDate>Thu, 01 Nov 2007 17:35:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>mojstary</dc:creator>
<guid>http://mojstary.pl.wordpress.com/2007/11/01/halloween-i-ja/</guid>
<description><![CDATA[Wybaczcie spóźnioną notkę ale wczoraj nie miałem czasu nic napisać, albo miałem ale nie chcia]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wybaczcie spóźnioną notkę ale wczoraj nie miałem czasu nic napisać, albo miałem ale nie chciało mi się, a dzisiaj tak krótko.</p>
<p>Halloween, święto zasadniczo kojarzące się z przebieraniem i krążeniem po domach z workami w poszukiwaniu skończonych kretynów którzy dadzą słodycze.<br />
Jakimś cudem w Polsce ten dość idiotyczny zwyczaj który przywędrował zza morza, zaczyna się powoli zadamawiać i nie ma widoków żeby zatrzymać tą plagę.<br />
Pułki w supermarketach pękają od natłoku gumowych, tandetnie wykonanych masek i przebrań, sztucznych łap potworów, plastikowych gałek ocznych czy 'realistycznych' ran. Loga programów telewizyjnych mają jakieś znaki kojarzące się z tym dniem. W co 2 dyskotece i kinie są urządzane Halloween-Party.</p>
<p><strong>Czy was do reszty popierdoliło?</strong></p>
<p>Święto całkowicie niedojebane, kolejna okazja dla domokrążców. Te wędrowanie od drzwi do drzwi kojarzy mi się z tym co robią świadkowi jebanego w dupę Jehowy i sprzedawcy piorących odkurzaczy.<br />
"Święto" w dodatku poprzedzające Wszystkich Świętych- dzień zadumy. To tak jakby po zajebistej dysce iść na pogrzeb.</p>
<p>Pomyślałem sobie, że miałbym kupować słodycze i dawać je jakimś obcym gówniarzom dobijającym się do mojego domu i brudzących mój ganek, a jak nie dam to zrobią mi psikus?<br />
Dogoniłbym gówniarza i zrobiłbym mu sam psikusa, takiego, że nie potrafiłby chodzić i wcale nie dlatego, że lubię bić słabszych.<br />
Miałbym wystawiać wydrążone dynie na ganki. Przecież ja nawet kurwa nie mam ganka, ponadto nie kupiłbym dyni żeby ją rozjebać nożem. A tym bardziej nie pozwoliłbym swoim dzieciom chodzić po domach i żebrać o słodycze, skoro miałbym kupić im przebranie, to zamiast wydać +200 zł na kostium nakupiłbym im za tą kasę tyle cukierków, że by im dupą wychodziły.<br />
Pomysł popierdolony tak jak zrzut zimowych ubrań w paczkach z samolotu lecącego przez Afrykę.</p>
<p>Ponadto tego typu święto jest rajem dla pedofilów, mogą wabić dzieci bez skrępowań cukierkami, śliniąc się na ich małe rowki. Mężczyzna który dawałby moim dzieciom słodycze od razu zostałby okrzyknięty pedofilem i spalony na stosie, w imię pokoju na świecie i święta duchów lub po prostu mojego spokojnego sumienia. Siedziałbym i żarł jego pedofilskie cukierki patrząc jak płonie. Taki powrót do korzeni, ja bym im pokazał prawdziwe Halloween rodem z Salem.</p>
<p>Jak już dobrze się bawić to np.: nabijać na pale, na każdym rogu ulicy wielkie stosy z żarzącymi się ludźmi wybranymi poprzez ogólnonarodowe losowanie (ja już bym tak wylosował, że by było miło i przyjemnie), rozkopywać groby, zbezcześcić kościoły, konkurs w obrywanie skóry z małych sierot. Bo jak się bawić to się bawić na całego.</p>
<p><strong>No i sprawa najważniejsza</strong>, jeśli już asymilujemy święta z importu to co wy na obchodzenie świąt:<br />
Dziękczynienia?  Święta Świateł Chanukka albo urodzin Elżbiety II?<br />
Wiecie, tak razem usiąść do stołu z czerwonoskórymi i zajadać się indykiem faszerowanym czymś tam, albo zapalić światła na tym śmiesznym świeczniku, zapuścić jakieś bokobrody, jarmułka jest obowiązkiem, a potem zadzwonić do Eli i powiedzieć "Wszystkiego najlepszego, a co tam u polaków pracujących w waszym Tesco?".</p>
<p>Zauważyłem, że Halloween jest dniem Wszystkich Świętych dla dzieci, chociaż te 2 święta dzieli jeden dzień, to dzieci jakimś cudem wiążą ze sobą te 2 dni, a rodzice cieszą się, że ich pociechy nie pytają o to gdzie idą- oszczędza im to mówienia, że idą z wizytą do dziadka któremu kiedyś przypadkiem kopnęło się w kalendarz.</p>
<p>Tak więc mam lepszy pomysł, wypierdalać mi z takimi świętami.</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
