<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>cudze &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/cudze/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "cudze"</description>
	<pubDate>Tue, 07 Oct 2008 16:15:09 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA["Twierdza" (CLXXVI) Antoine de Saint- Exupery]]></title>
<link>http://omlk.wordpress.com/?p=116</link>
<pubDate>Sat, 20 Sep 2008 07:52:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>omlk</dc:creator>
<guid>http://omlk.pl.wordpress.com/2008/09/20/twierdza-clxxvi-antoine-de-saint-exupery/</guid>
<description><![CDATA[
Rzecz w tym, że nie ma przedmiotów, zaszczytów ani nagród samych w sobie. Nabierają wartości ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<blockquote>
<p style="text-align:justify;">Rzecz w tym, że nie ma przedmiotów, zaszczytów ani nagród samych w sobie. Nabierają wartości w kręgu określonej kultury. Przede wszystkim stanowią część pewnych struktur i nadają im dodatkowego blasku. A kiedy człowiek tej strukturze służy, jest nimi wzbogacony. Tak jest w zespole ludzkim, jeśli jest naprawdę zespołem. Kiedy jeden z zespołu otrzyma nagrodę, wszyscy pozostali czują się bogatsi. A ów, co uzyskał nagrodę, czuje dumę w imieniu całego zespołu i przychodzi do towarzyszy zarumieniony ze szczęścia, niosąc nagrodę w ręku. Ale jeżeli nie jest to zespół ludzi, ale suma poszczególnych jednostek, nagroda będzie miała znaczenie tylko dla tego, kto ją otrzymał. A on będzie pogardzał pozostałymi, że nic nie otrzymali. Pozostali zaś będą w stosunku do nagrodzonego odczuwać zawistną nienawiść. Wszyscy będą się czuli dotknięci. Tak oto te same nagrody dla pierwszych będą motywem uszlachetnienia, a dla drugich- znikczemnienia. Gdyż tylko to przynosi człowiekowi korzyść, co buduje drogi wymiany pomiędzy nim a innymi.</p>
</blockquote>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[*]]></title>
<link>http://vogler.wordpress.com/2007/11/22/47/</link>
<pubDate>Thu, 22 Nov 2007 13:24:44 +0000</pubDate>
<dc:creator>vogler</dc:creator>
<guid>http://vogler.pl.wordpress.com/2007/11/22/47/</guid>
<description><![CDATA[
Źródło - www.amazon.de
Nie po raz pierwszy przeżywałem ciężkie chwile i nieraz ścierały si]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p STYLE="text-align: center"><a HREF="http://vogler.wordpress.com/files/2007/11/41qvarj6nal_ss500_.jpg"><img SRC="http://vogler.wordpress.com/files/2007/11/41qvarj6nal_ss500_.thumbnail.jpg" /></a></p>
<p STYLE="text-align: center">Źródło - www.amazon.de</p>
<blockquote><p>Nie po raz pierwszy przeżywałem ciężkie chwile i nieraz ścierały się we mnie przeciwstawne myśli, to hamując gwałtowność porywów, to znów dyktowaną przez rozum czujność, ale nie wiem, czy kiedykolwiek tak jak w tym momencie dusza moja przypominała pobojowisko tak wielku sprzecznych dążeń, czy kiedykolwiek walczyło we mnie takie kłębowisko gwałtownych pragnień hamowanych tchórzostwem i lękiem. Zabiłeś mi brata, krzyczał we mnie żądny krwi gniew, poniżyłeś mnie, zniszczyłeś. A jednocześnie zdawałem sobie sprawę, jak źle się stało, że zastał mnie właśnie z tymi ludźmi, którzy nim gardzili i przeciwstawiali mu się. W ten sposób, przypadkiem, bez udziału mej woli znalazłem się po przeciwnej stronie, przeciwko niemu, a wolałem, żeby o tym nie wiedział.<br />
Zadecydował chyba właśnie ten strach. Wyparł go wstyd przed samym sobą, najgorszy i najcięższy wstyd, który rodzi odwagę. Mój niepokój zniknął, ucichł szalony tłum myśli, które nie trzepotały już we mnie jak ptaki nad pogorzeliskiem, pozostała tylko jedna jedyna, zapadła we mnie cisza ukojenia, w której triumfując śpiewali aniołowie. Aniołowie zła.<br />
To była radosna chwila mego przeobrażenia.<br />
Rozpalił się we mnie nowy ogień i, opromieniony jego płomieniem, wpatrywałem się w silny kark muselima [*], w jego lekko pochylone ramiona i krępą postać, nie obchodziło mnie już, czy spojrzy na mnie z uśmiechem, czy z pogardą, wszystko jedno, należy do mnie, jest mi potrzebny, związała mnie z nim nienawiść.<br />
Nienawidzę cię - szeptałem z pasją, odwracając wzrok - nienawidzę go - myślałem, patrząc na niego. - Nienawidzę, nienawidzę. Wystarczało mi to jedno słowo, nie mogłem się nim nasycić. Sprawiało mi rozkosz, młodą i świeżą, bujną i bolesną, jak miłosna tęsknota. On, powtarzałem sobie, nie pozwalając mu oddalić się ode mnie, nie dopuszczając, by mi umknął. On. Tak jak myśli się o kochanej dziewczynie. Niekiedy pozwalałem mu odejść jak zwierzynie, by móc iść jego tropem, i znów go zawracałem, aby mieć go na oku. Wszystko, co było we mnie rozdarte, pomieszane, rozsypane, wszystko, co szukało ujścia i rozwiązania, znalazło spokój, uciszyło się, gromadziło nieustannie rosnącą siłę.<br />
Moje serce znalazło oparcie.<br />
Nienawidzę go - szeptałem zapamiętale, idąc ulicą. Nienawidzę go - myślałem odmawiając jaciję*. Nienawidzę go, powtarzałem niemal głośno, wchodząc do tekkie[*].<br />
Gdy obudziłem się rano, nienawiść czekała, czujna, z podniesioną głową, jak żmija zwinięta w zakamarkach mego mózgu.<br />
Już się nie rozstaniemy. On ma mnie, a ja moją nienawiść. Zycie nabrało sensu.<br />
Dogadzała mi początkowo trochę ta senna egzaltacja, jak pierwsze momenty gorączki, wystarczała mi ta czarna, straszliwa miłość. Przypominało to niemal szczęście.<br />
Stałem się bogatszy, bardziej zdecydowany, szlachetniejszy, lepszy, a nawet mądrzejszy. Zachwiany świat wrócił do równowagi, ustanawiałem na nowo swój stosunek do wszystkiego, wyzbywałem się ponurego strachu przed bezsensem życia, upragniony początek niewyraźnie zarysował się przede mną.<br />
Precz, łzawe wspomnienie dzieciństwa, precz, obmierzła słabości, precz, grozo nieporadności! Nie jestem już owcą zapędzoną w gąszcz chwastów, moja myśl ślepa nie błądzi po omacku, serce moje jest jak rozżarzony kocioł, w którym wre odurzający napój.<br />
Spokojnie, z podniesionym czołem patrzyłem w oczy wszystkiemu, niczego się nie bojąc. Szedłem wszędzie, gdzie mogłem zobaczyć muselima albo przynajmniej czubek jego turbana, wyczekiwałem na ulicy, szedłem za nim z wzrokiem utkwionym w jego wąskich, zgarbionych plecach, po czym odchodziłem powoli, sam, wycieńczony skrytą namiętnością. Gdyby nienawiść miała zapach, biłby ode mnie odór krwi. Gdyby miała barwę, moje stopy zostawiałyby czarny ślad. Gdyby mogła płonąć, płomień buchałby wszystkimi moimi porami.<br />
Wiem, jak się narodziła, a gyd nabrała mocy, niepotrzebne jej już były przyczyny. Stała się przyczyną i celem samą w sobie. Ale ja pragnąłem, aby nie zpaomniała początku, by moc jej i żar nie osłabły. I pragnąłem, by pamiętała o tych, którym zawdzięczała wszysto, i by należała do wszystkich. Niech im zostanie wierna.</p></blockquote>
<p>– - -</p>
<p>[*] muselim - starosta grodzki. (z tur.)<br />
* jacija - odprawianie wieczornych modłów w dwie godziny po zachodzie słońca; tu: modlitwa wieczorna. (z tur.)<br />
[*] tekkie - klasztor muzułmański. (z tur.)</p>
<p>Meša Selimović, Derwisz i śmierć, PIW, 1969, s. 288-290</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[*]]></title>
<link>http://vogler.wordpress.com/2007/11/20/44/</link>
<pubDate>Tue, 20 Nov 2007 13:54:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>vogler</dc:creator>
<guid>http://vogler.pl.wordpress.com/2007/11/20/44/</guid>
<description><![CDATA[Purgatorium
Nocą w pustym przedziale. Niczego
nie pragnę, nikogo się nie obawiam. W oddali
pe]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><strong>Purgatorium</strong></p>
<p>Nocą w pustym przedziale. Niczego<br />
nie pragnę, nikogo się nie obawiam. W oddali<br />
pełgają ogniki czyśćca: mojego miasta.</p>
<p><strong>Nic, noc</strong></p>
<p>Nic, noc zza szyby<br />
patrzy na mnie niczyim spojrzeniem<br />
chłopca, którym byłem, nie</p>
<p>jestem, nie będę.</p>
<p>R. Krynicki, <em>Niepodlegli nicości</em>, Wyd. Znak, Kraków 1989, s. 120</p>
<p>Te dwa wiersze mają dla mnie szczególne znaczenie. Co jakiś czas rzeczywistość sprawia, że muszę zmienić paradygmat myślenia, wyprać się, przetrzebić, zrzucić skórę. One trwają we mnie jak przydrożne kamienie "dla których powracać to znaczy odchodzić".</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
