<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>bawidulki &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/bawidulki/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "bawidulki"</description>
	<pubDate>Sat, 22 Nov 2008 22:50:28 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Nove-mbre]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/11/16/bawidulki-3/</link>
<pubDate>Sun, 16 Nov 2008 22:25:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/11/16/bawidulki-3/</guid>
<description><![CDATA[
###
Świat jest pyszny, bo popieprzony do reszty. Łuszczy się w tysiącach odsłon i smaków prze]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><img class="size-full wp-image-1205 aligncenter" title="magparis" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/11/sd1.jpg" alt="magparis" width="500" height="345" /></p>
<p style="text-align:center;"><strong>###</strong></p>
<p style="text-align:justify;"><strong>Ś</strong>wiat jest pyszny, bo popieprzony do reszty. Łuszczy się w tysiącach odsłon i smaków przedziwnych z najróżniejszych wyprzedaży; piętrzy na straganach wysypujących się kaszmirową urodą tkanin i bawełnianą skórką egzotycznych owoców, pełnych i dojrzałych jak <span style="color:#000000;">misa kobiecych bioder;</span> nadziewany suplementami dawnych dni i dni przyszłych, które plącząc się w fantazmatach chronotopów i mglistych początkach materii stanowią o życiu prawdziwym, o pełni życia. Zajadam się tym światem bez pamięci, noszę go w kieszonce pod lewą piersią, a on leży mi nieprzyzwoicie na wątrobie i wpija się w biodro. Podskórnie wypiętrza się w krągłościach i malinach sutków, układa się w draperie krwiobiegu, wsiąka w powieki - rozlewając się pod nimi fajkową zielenią i wyżywając się dożylnie - wymiotuje sam sobą zwracając <em>światu</em> swoją treść.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>T</strong>en świat jest pyszny, aż do obłędu. Ponieważ ciągle się pieprzy.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[I'm read-y]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/11/01/im-read-y/</link>
<pubDate>Sat, 01 Nov 2008 15:20:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/11/01/im-read-y/</guid>
<description><![CDATA[Zostałam wywołana do tablicy przez Pana.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Obecnie nik]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;">Zostałam wywołana do tablicy przez <a href="http://outremer.blog.pl" target="_blank"><strong>Pana.</strong></a><br />
<span style="color:#999999;"><br />
1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?</span><br />
Obecnie nikt nie liczy się ze mną i nie pyta, czy akurat nie mam ochoty na małego Świetlickiego albo Ochorowicza, a ochotę taką zazwyczaj miewam <span style="text-decoration:underline;">popołudniami,</span> które to - niestety - są w praktyce wiecznie zajęte.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#999999;">2. Gdzie czytasz?</span><br />
W kolejce, w tramwaju, w maju. Na stojąco i na leżąco. Podczas mycia zębów i w wannie w pianie. Na kolanie, na podłodzie, prawej nodze, lewej nodze. Na wykładach, w pracy, w kątach, w parkach, lasach i na łąkach. I po bunkrach, gdy się błąkam.<br />
<span style="color:#999999;"><br />
3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?</span><br />
Na brzuchu, bo jest wygodniej. Zazwyczaj macham wówczas nogami i co jakiś czas zmieniam pozycję turlając się z boku na bok. Najchętniej zaś czytam w głębokich, przepastnych fotelach.<br />
<span style="color:#999999;"><br />
4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?</span><br />
Dobry rodzaj. Lubię polską prozę najnowszą, twórców awangardowych, wirtuozów słowa. Listy i dzienniki.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#999999;">5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś?</span><br />
M. P. Markowski: <em>Polska literatura nowoczesna. Leśmian. Schulz. Gombrowicz.</em><br />
Bohumil H:<em> Městečko, kde se zastavil čas</em><br />
Na dniach się przymierzam do Michela Foucaulta i jego <em>Historii seksualności.</em><br />
<span style="color:#999999;"><br />
6. Co czytałaś ostatnio?</span></p>
<p style="text-align:justify;">Wczoraj - Pilcha: <em>Spis cudzołożnic</em> i <em>Inne rozkosze</em>. Ostatnio także, bo znowu mnie naszło: <em>Zimne kraje</em> Świetlickiego i bo mnie przymusiło: Balcerzana, warsztat tłumacza.<br />
<span style="color:#999999;"><br />
7. Co czytasz aktualnie?</span><br />
Pana Wróbla - <em>Erotyzm w literaturze nowożytnej</em>.<br />
<span style="color:#999999;"><br />
8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?</span><br />
Bawię się z zakładkami: zdjęciami, biletami, na których notuję co trafniejsze cytaty, kawałkami kartek wyrwanymi z notesu i chusteczkami higienicznymi. Rogów nie zaginam, nie przyprawiam.</p>
<p style="text-align:justify;"><span style="color:#999999;">9. Co sądzisz o książkach do słuchania?</span><br />
Dobrze o nich sądze. Lubię takowe baśniowe.<br />
<span style="color:#999999;"><br />
10. Co sądzisz o e-bookach?</span><br />
Nie są dla mnie.</p>
<p style="text-align:justify;">( w dalszej kolejności wyzywam <a href="http://chyba.wordpress.com" target="_blank"><strong>Panią</strong></a>)</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Hey Joe!]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/25/hey-joe/</link>
<pubDate>Sat, 25 Oct 2008 19:29:55 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/25/hey-joe/</guid>
<description><![CDATA[dla Marcina, który jest idealnym dopełnieniem tego trójkąta  

Poznałam go w pewien piątkowy p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><span style="color:#c0c0c0;"><em>dla Marcina, który jest idealnym dopełnieniem tego trójkąta <img src='http://s.wordpress.com/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /> </em></span><br />
<strong><br />
P</strong>oznałam go w pewien piątkowy poranek i od razu zalazł mi za skórę. Po grubiańsku wdarł się na trzeciego między M. i mnie, chciał od razu pić herbatę, jeść tosty, przykrywać się kołdrą po sam czubek nosa i robić setkę innych, codziennych rzeczy, do robienia których się najzwyczajniej w świecie nie nadawał. Mizdrzył się i czarował M., który z wrodzoną sobie uprzejmością i genialnością twierdził, że w sumie to nie jest on taki zły i że wygląda całkiem ładnie - gładząc go przy tym po policzku, co już było szczytem wszystkiego. Dżoł - bo o nim mowa - przyjął to chyba za dobrą monetę i postanowił zostać z nami aż do dzisiaj. Niechgo.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>N</strong>a początku wygonił mnie do apteki. Posłusznie schowałam się w wysoki kołnierz płaszcza i zlazłam te dwanaście pięter w dół, żeby przypadkiem nie wynikła z tego jakaś grubsza afera. Apteczyna doradziła mi nie drażnić i nie prowokować Dżoła, bo może być nieprzyjemny w pożyciu. Przede wszystkim zaś nie powinnam go dopuszczać do słodyczy, bo wszystko wyżre - jak twierdziła. Potulnie przyjęłam jej rady, dokładając jeszcze do nich ostateczny jejmowy pomysł - eksmisja intruza - co w danym momencie mnie przerosło i skupiłam się na serwowaniu Dżołemu jego ulubionych ziółek, po które mnie o tak niecnej porze zgonił. Na nieszczęście moje, ole, zioło wpłynęło na Dżoła w sposób odwrotny do zamierzonego i zamiast wprawić go w humor potulny i ugodowy - rozeźliło go na dobre. Zaczął mnie chuligan szczypać i kopać. Stosowanie metody: zimnem go, gorącem go, zimnem go - zachoruje i umrze - nie poskutkowało. Dżoł został z nami na dobre.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>K</strong>amil na jego widok, spotkany w niedzielę, spacerem, postanowił obfotografować go ze wszystkich stron: bo taka okazja nie często się zdarza<a href="http://bawidelka.files.wordpress.com/2008/10/clipboard012.jpg"><img class="alignleft size-full wp-image-1141" title="hey joe" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/10/clipboard012.jpg" alt="" width="278" height="325" /></a>. No tak - jeszcze tego by brakowało, żebym w świat, za pan brat, z Dżołem i dumnym czołem. On sam w ramach wtopienia się w tłum robił za mój trzeci policzek i zgarniał wszystkie słodkie całusy od M., co już nawet nie było szczytem wszystkiego, a szczytem szczytów i szczytem w szczycie, należycie. Lubił też, jak śpiewaliśmy mu <em>Hey Joe</em> i głaskaliśmy przed snem, pozwalaliśmy spać na drugim boku i chowaliśmy go w cieple kołnierza; za to obrażał się wielokrotnie, kiedy ukradkiem udało mu się przeczytać wiadomość od M.: <em>kopnij Joe&#8217;ego w dupę, gdziekolwiek ją ma</em>, czy gdy dowiedział się, że <em>wdarł się między nas na krzywy ryj.</em></p>
<p style="text-align:center;"><strong>N</strong>iemniej nic na dłużej nie skutkowało, Dżoł uparł się, postanowił zostać już  po wszystkie dni mego istnienia -  na zawsze przy tym skazując mą twarz na niesymetryczność i trójpoliczkowość. Dżoł, mały, okrutny Joe Monster, nie wiedział jeszcze, że tak jak on potrafił zaleźć za skórę mnie, tak i ja potrafię jemu.<br />
<strong><br />
25</strong> października, dzień poznański słoneczny i podmroźny, dentyszczyna mówi: <em>zajęte</em> - i każe mi czekać na korytarzu. Więc czekam. Ze mną jakiś chłopak lat może dwudziestu. Patrzy się to na mnie, to na Dżoła. Po chwili pyta: <em>boli?</em> <em>- Mhm</em> - odpowiadam cicho. <em>Widać</em> - mówi on i łapie się za swój policzek <em>- mnie też rwie jak sam szatan.</em> <em>- Mówię do niego Myster.</em> Myster &#38; Dżoł, joł joł. Czekanie mija nam na nerwowym skubaniu fragmentów odzieży i łapaniu się za części ciała naszych współtowarzyszy niedoli. Oczekiwanie umilają wrzaski z gabinetu i czyjś podniesiony głos: <em>ale krwawi!</em> Myster po kilku przyczajkach i oklepaniu swojego mniejszego po męskiemu decyduje się zostawić mnie samą na placu boju. Dżoł nie kryje radości. Puszy się i rumieni. Nic na to nie mówię, głaszczę Dżoła, tak, że niczego się nie spodziewa i z ponurą satysfakcją myślę o wszystkich tych przeboskich specyfikach, które już za chwilę wyeksmitują go z mojej przestrzeni życiowej, <em>forever. </em></p>
<p style="text-align:center;"><strong>D</strong>entyszczyna ma stary sweter w choinki i duże okulary muchy. Już na wejściu zapowiada mi, że kocha Gierka i że chciałaby go spotkać po drugiej stronie. Dżoł ją kokietuje i zachęca do rozmowy, na co ona natychmiast przystaje i zaczyna snuć swoją opowieść o czasach na ka, które oczywiśnie były lepsze i o dyktaturze w szkołach, której jest namiętną zwolenniczką. Dżoł piszczy z radości i puka mnie w podbródek, a ja zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego i światem, który właśnie zamyka mi się na przestrzeni dentyszczyna - gierek - joe, mamooł!<br />
<strong>P</strong>ierwsze skrzypce gra oczywiście ten ostatni, puszy się już tak, że zaczynam go czuć przy migdałkach, fryzuje i wypina się nieskromnie. Dentyszczyna w końcu bierze go z zaskoczenia i łoi jakąś żółtą miksturą, w której zapachu mieszczą się wszystkie stomatologiczne koszmary małych dzieci. Dżoł zaczyna wyć, ja razem z nim. (Przywiązałam się chyba.) Następnie dentyszczyna okłada go preparatami i cuchnącymi maściami, zawija w ligninę jak w pieluchę i każe walić antybiotykiem, aż się nie wyprowadzi. Dziękuję, od razu lepiej się czuję, hu hu. <em>Hey Joe, tell me what are ya gonna do.</em></p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;"><strong>25</strong> października, godzina 21.14, Dżoł jest po dwu porcjach antybiotykowych i kuracjach nawadniających. Póki co, myśli chyba, że to wakacje i wciąż puchnie, ale już nie opala się na czerwono, tylko na biało, jak śnieg, brzeg, jak kakadu.</p>
<p style="text-align:center;">Spieprzaj dziadu!</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[WrocLove]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/22/wroclove/</link>
<pubDate>Wed, 22 Oct 2008 11:38:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/22/wroclove/</guid>
<description><![CDATA[Na obrazach neapolitańskiej szkoły starzeje się bez końca popołudnie smagłe i wędzone, jakby ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="margin-bottom:0;" align="center"><span style="color:#000000;"><span lang="pl-PL"><strong>N</strong></span><span lang="pl-PL">a obrazach neapolitańskiej szkoły starzeje się bez końca popołudnie smagłe i wędzone, jakby widziane przez ciemną butelkę. W szkłach parują ciała ciekłe nabrzmiałe od szybkich haustów ultramaryny i kroplenia się pogód.  Jesień ta jest wielkim wędrownym teatrem kłamiącym poezją, ogromną kolorową cebulą łuszczącą się płatek po płatku coraz to nową panoramą. Wykwita w butonierkach i po kieszeniach - śpiąc w nich piąstkami kasztanów i niedopałkami zapałek z końskich nóg i uszu wyczynianych na lekcjach rysunku. Sprzedaje się, bo chce, za garść liści rzucanych prosto w twarz i śmiech w kołnierzu marynarki dymiący wieczornymi mgłami.</span></span></p>
<p style="margin-bottom:0;" align="center"><span style="color:#000000;"><span lang="pl-PL"><strong>B</strong></span><span lang="pl-PL">reslau o tej porze roku jest wyjątkowo upalny. Myje zęby na dwunastym piętrze wieżowca w samym podkoszulku i biega po klatce schodowej na bosaka. Wieczorami opala się przy herbacie z cytryną i bladym świetle lampki, by potem stygnąć do rana. Nie chodzi na zajęcia, leży, je, leży, je, leży, je, itepe. Znamy się nie od dziś, ale dopiero teraz możemy powiedzieć, że znamy się naprawdę. Jak Jan i Paweł, Dołęga i Mostowicz, Fidel i Castro. W arteriach uliczek mamy identyczne, przyspieszone tętno, a nad ranem  budzimy sąsiadów, bo nie mamy telewizora ani radia. Wsiąkamy w siebie nawzajem w imię ustalonych praw futurystów: miasto masa i zawężamy swoją bliższą znajomość do jednej przestrzeni przy ulicy eS., odczyniając na niej układ rozkwitania, w którym podmiot wchodząc w związek z orzeczeniem nawarstwia się i nabrzmiewa. Breslau, miasto partnerskie, taki lajf. </span></span></p>
<p style="margin-bottom:0;" lang="pl-PL" align="center"><span style="color:#000000;">Haj fajf.</span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[big mag]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/05/big-mag/</link>
<pubDate>Sun, 05 Oct 2008 18:06:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/05/big-mag/</guid>
<description><![CDATA[
Otóż dostałam rolę w serialu. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, charakter niezłomny i kapr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;">
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>O</strong>tóż dostałam rolę w serialu. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, charakter niezłomny i kapryszący, poglądy sprecyzowane sentymentalno-narodowe i ciągoty do panów, co jest objawem całkiem naturalnym - cudownie wypełniającym elementy realistyczne na fikcyjnej płaszczyźnie wydarzeń.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>R</strong>ano, według planu wstaję z uśmiechem od ucha do ucha, karmię wróbelki z piskiem gwałcące się na parapecie, zostawiam na oknach mokre ślady po nosie, który oddawał się jesieni za garść liści kołujących na wietrze i piję małymi łykami białą herbatę w kubku bez uszu. Niedbałym ruchem wciskam przez głowę stary sweter dziadka, rozkładam po stole, biurku, wszystkich zniewolonych przez naukę krzesłach i parapetach Bardzo Mądre Książki, - i myśli spisywane na fragmentach chusteczek higienicznych, ulotkach reklamowych; cytaty paskudzące waciki do twarzy i pocięte zdjęcia. Po grubiańsku wciskam sobie ołówek do ust, ślinię go namiętnie czując jego twardość i wbijam w klawiaturę pierdoły większe z mniejszymi, w zależności od humoru i wieczoru; zastanawiając się przy tym, co w dzisiejszym odcinku się wydarzy i czy akcja znowu przybierze nieoczekiwany dla nikogo zwrot.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>O</strong>tóż dostałam rolę w serialu. Czołówka wygląda mniej więcej tak: dziewczyna wstająca rano z pościeli, zwyczajna - taka selfbohaterka, blondynka karmiąca wróble w workowatym swetrze i biodrach o kilka numerów przekraczających budżet produkcji; z wiecznie podkrążonymi oczami i makijażem wzmacniającym teatr cieni, stawiająca kubki po herbacie na dziełach Lyotarda i Foucaulta; chodząca ze szczoteczką do zębów po całym mieszkaniu podczas mycia zębów swych i rozlewająca wszelkie płyny w pościeli. Potem przeskok, widok na buty w stylu Margaret Thatcher i włos a’la <em>empire</em>, męczeństwo uczniów na lekcjach języka polskiego; przedstawienie bohaterów realistycznych i fantastycznych, bohaterów romantycznych i selfmejdmenów; chóru na modłę grecką, didaskaliów, łydek smarowanych masłem nieskończoności i wszelkich przebytych chorób. Do tego muzyka, kostiumy, perfumy, kto zaplanował, kto zdradził, ile za to wzięła i komu chce przez to coś udowodnić.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>R</strong>ole pierwszoplanowe i epizodyczne, jakiś zaplątany <strong>bohater romantyczny</strong>, który odczuwa niemoc twórczą i pisze listy “niedochodzące”, wyznający zasadę prometejską, że nie ma szczęścia bez cierpienia i że z nim będziesz szczęśliwsza. Dalej <strong>bohater fantastyczny</strong>, niby to z innego świata, przenikający dwie płaszczyzny, łączący genialność tychże i robiący za kształt przestrzeni - <em>słuchaj dzieweczko, ona nie słucha!</em> <strong>Bohater realistyczny</strong> utyskujący na bałagan w pokoju, rozgrzeszający wszystkie postępowania i szanujący wielką moc więzów krwi. <strong>Bohater fikcyjny</strong>, który w sumie jest prawie, że romantycznym, ale kto wie, czy nie wskoczy na przykład w kostium zapomnianego. <strong>Bohaterowie zapomniani</strong>, wielkie porażki i jeszcze większe śmiesznostki; <strong>indywidualni</strong>, bo akurat wpadli na kawę, <strong>zbiorowi</strong> - bo męczeństwo na lekcji wyzwala; podmiotowi, przedmiotowi, <em>porte parole</em>, pierdolę.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>S</strong>tereo typy i typy spod latarń, katar, motywy wędrowne, kazirodcze, falliczne, całkiem moralne, a także mroczne; do tego pieprz, cukier, musztarda.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">(c)Hart ować, harda i awangarda.<br />
</span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[m.]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/01/m/</link>
<pubDate>Wed, 01 Oct 2008 20:51:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/10/01/m/</guid>
<description><![CDATA[Na nanana naj, na na na na naj. Nie będę spała, będę jadła, będę piła, będę się rozbiera]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>N</strong>a nanana naj, na na na na naj. Nie będę spała, będę jadła, będę piła, będę się rozbierała. Tańczyła na stole, ścierała sobie łokcie na łóżku bez prześcieradła, pisała liściki w ostatniej ławce w gimnazjum i spacerowała w mrozie, i grozie - do czwartej rano. Obiady będę robiła syte i pożywne, zniewalające i usypiające, takie, które brzuchy na góry przekładają, leżeć każą, ramieniem nie ruszają i świat zatrzymują na tym jednym obrocie, w którym ślina się kropli w kąciku ust i spływa za ucho. Będę śmiać się głośno i namiętnie, żarty sobie stroić wielkie i słodkie, okiem mrugać na zakrętach szalika, buzię składać w ciup, hop hał ar ju śjór, hop siup!</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>B</strong>ędę Julią i Dulcyneą, Heleną i Izoldą, Emmą Bovary, a nawet wymiętym egzemplarzem <em>Pana Tadeusza</em> w rękach <em>latarnika</em> Skawińskiego, bo tak, bo siak. Z oczami nieprzytomnymi gdzieś w okolicach szóstej rano, podkrążonymi przez pieprz! i wanilię, ręką nieprzyzwoicie opartą o ścianę, łyżeczką w uchu i solą na brzuchu. Wskazówką minutową zegarka naręczonego, kawałkiem oprawki okularowej przy prawej powiece, paskiem haczącym o rajstopy i brakiem prześcieradła, magda.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>B</strong>ędę zaraz i natychmiast, na kiedyś i na zawsze, od święta i nieświęta, na dobre, na lepsze i jeszcze, i dreszcze. Wczoraj i jutro, długo i brudno, teraz, <a href="http://pl.youtube.com/watch?v=QsdzQI_6zx8" target="_blank">Carreras</a>, blisko i <a href="http://www.desert-tropicals.com/Plants/Fabaceae/Dalbergia_sissoo.html" target="_blank">sissoo</a>. Gęsta i ciepła, biała, jak <a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Papaver_alpinum01.jpg" target="_blank">mak</a>, tak, <em>tak&#8230;, tak..</em>, tak!</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">.<br />
</span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[poprawiny]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/09/16/poprawiny/</link>
<pubDate>Tue, 16 Sep 2008 21:13:34 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/09/16/poprawiny/</guid>
<description><![CDATA[Najbardziej zasadniczym elementem wystroju tego miejsca była dziura wypalona w obrusie, świecąca ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Najbardziej zasadniczym elementem wystroju tego miejsca była dziura wypalona w obrusie, świecąca jak takie ziarenko kawowe w mlecznej piance bitej śmietany, czerniejąca i wpijająca się w drewno maszyny do szycia, która między jednym obrotem swojego świata, a drugim robiła za stół, łóżko i przedwojenną wystawę ze wspomnieniami odmierzanymi łyżeczką nieskończoności. Na pianinie stały wazony z wyprzedaży, niedopite lampki wina z przedwczoraj i sprzed pół roku, ze śladami szminki od wydętych ust i kurzem wsiąkającym w rozmowy o rzucaniu palenia, tańszych połączeniach z Wrocławiem i niemoralnych propozycjach.<br />
Całości dopełniał rower zajmujący centralną część lokalu, zarumieniony i zdezorientowany swoją nowoczesnością w miejscu, w którym zatrzymał się czas. </span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><img class="aligncenter size-full wp-image-987" title="vexation" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/09/vexation.jpg" alt="" /></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">***</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Czas jest względny, plącze się i wykrzywia, śpi w załomach pępka i przebija uszy wsuwką do włosów. Wchodzi pod powieki garścią piasku i przesypuje się aż do rana w ascendensach polichromii pokojów bez klamek i łóżek bez pościeli. Wpija się w dekolt, podwija rękawy, każe panu rowerzyście odczyniać sceny dantejskie przy barze, a mnie przygryzać wargę z rozmazaną skórką kasztana w kąciku ust.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">Jest przy tym zdrowy na surowo i smaczny bez przygotowania. Wychodzący zawsze na czysto poprzez zwrócenie światu jego treści.</span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[dom dzienny. dom nocny]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/08/21/dom-dzienny-dom-nocny/</link>
<pubDate>Thu, 21 Aug 2008 23:14:12 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/08/21/dom-dzienny-dom-nocny/</guid>
<description><![CDATA[u jest tak, jak w środku starego sklepu zewszystkiminiczym, pachnącego konwalią i kurzem, w któr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><img class="alignnone size-full wp-image-939" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/08/clipboard02.jpg" alt="" width="70" height="48" /><span style="color:#000000;">u jest tak, jak w środku starego sklepu <em>zewszystkiminiczym</em>, pachnącego konwalią i kurzem, w którym nie można<strong> nic </strong>kupić, ale za to można <strong>coś</strong> wynieść. Po kątach zalegają babie lata i płyty ideolo pełne wyć oraz ryków z okresu panka satanka, kwieciste spódnice powyciągane na okolicznych bunkrach, dzienniki z zasmarkanymi <em>love</em> storami i kawałki kory z pierwszego wszystkiego, bo sentyment, kontynent, bo tak.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>T</strong>u w szafach przepastnych i żarłocznych śpią snem wieczystym zapiski kolanowe dotyczące podboju świata, archetypy postaw męskich ubranych w książęce płaszcze z rybiej łuski i korony z makaronu; spisy marzeń z lat siedemnastych ( że literatura, że bzdura, i szczęście, i wzięcie), listy zgrzybiałe ze starości o głodzie i pogodzie, zdjęcia, do których dziś nikt o zdrowych zmysłach by się nie przyznawał, znaczki z przed wojny, wiersz bogobojny, adoptowane zwierzaki z second-handów i byczy konar brzozowy z obozu harcerskiego w Drężnie, bo sentyment, bo kontynent, bo tak.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>T</strong>u także mieszka <em>wal się! </em>namiętne i dystyngowane kierowane do siostry, <em>chcesz buzi</em> torturujące brata, wszystko na <em>nie</em> i pierwsze przekleństwa szczypiące policzki na malinowo z dodatkiem charakteru, choleru. <em>Vibovit</em> wciągany nosem, odmawianie przyjmowania wszelkiej maści tabletek i chowanie ich za szafą, sentyment, który każe się wzruszać nawet na marnym sitcomie i podpijanie dziadkowi bimbru w wieku lat siedmiu.</span></p>
<p style="text-align:center;">-</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>T</strong>u w końcu, jest takie moje wewnątrz na zewnątrz. Świat podskórny i dożylni, który wyżywa się od dziecka.</span></p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;"><em>dedykowane Robertowi, lat 17 <img src='http://s.wordpress.com/wp-includes/images/smilies/icon_wink.gif' alt=';)' class='wp-smiley' /> </em></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[List do Przyjaciela]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/07/19/list-do-przyjaciela/</link>
<pubDate>Sat, 19 Jul 2008 16:35:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/07/19/list-do-przyjaciela/</guid>
<description><![CDATA[Pytasz się, co u Ciebie?
A u mnie jest tyle nieba na ziemi, że zupełnie nie wiem od czego mam zac]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong></span><span style="color:#000000;">ytasz się, <em>co u Ciebie?</em><br />
A u mnie jest tyle nieba na ziemi, że zupełnie nie wiem od czego mam zacząć i jak zacząć powinnam tak, żeby niczemu nie odmówić pierwszeństwa, niczego nie zatuszować, nie zlekceważyć, nie urazić myślą zbyt płochą, pobieżną, przypadkową.<br />
Żeby nie zacząć od środka, choć przecież od początku się nie da, nie pisać o rzeczach zupełnie błahych, niepotrzebnych, lekkich, skupionych na zachwytach jednostronnych wykwitłych przy drogach w pióropuszach lotek mleczy i babim lecie drażniącym pokrzywy.<br />
W końcu też, żeby nie doprowadzić tego świata do obłędu z zazdrości, podziwu i zachwytu nad jedną kobietą, która banał zamienia w magię.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong><span>P</span></strong>ytasz, co u mnie. Dzień zaczynam chwilę po piątej, spadam z łóżka, wbijam się biodrem w telefon trąbiący Barego Łajta, na czworakach idę do łazienki ciągnąc za sobą kołdrę i doprowadzam się do względnego porządku na cały aktywny dzień, w którym to zdobywam warownie królów, jednym mrugnięciem oka sieję zniszczenie i pożogę, jem babki z piasku i sprzedaję kamienie; ( cegły są za dwa bukowe liście, a kawałki gruzu z pobliskiej budowy za cztery klonowe). Jeszcze przed szóstą jestem na peronie pobliskiej, pomniejszej stacji kolejowej, z panią w okienku, która często zapomina zdjąć wszystkich wałków lokowych z głowy i jeden w okolicy ucha jej czasem śmiesznie dynda. W tej godzinie wymieniamy chwilę uprzejmości, ja kupuję bilet za jedną złotówkę i osiemdziesiąt dziewięć groszy i przeskakując co dwa stopnie, co trzy, maszeruję już po chwili po małym peronie, na którym tłoczą się ludzie pracy, chłopak z neseserem, kierowca autobusu linii podmiejskich, młoda dziewczyna ostrzyżona na zapałkę i pani babcia wymalowana, jak ta lala. Znamy się już wszyscy od dwu tygodni, mrugamy sobie na przywitanie i czujemy się nieswojo, kiedy któregoś z nas brakuje. <img class="alignleft size-medium wp-image-842" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/expressdelivery.jpg?w=300" alt="" width="300" height="270" /></span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>P</strong></span><span style="color:#000000;">o jeździe ośmiominutowej, dudniącej, tętniącej, w pociągu ciągnącym się na żyłce słońca przez zieloność i promienność pierwszych szyb otwieranych na nowy dzień, wyskakuję na jakiejś przydrożnej, przyleśnej stacyjce na Pe i pokonuję trasę wiejsko-parkową przez zboża, kwiaty, zagajnik i przejście wąskotorowe do światów niesamowitych, pierwszych, nietkniętych jeszcze dorosłością i gnuśnością. I w nich to znikam na dobre osiem, a czasem i dwanaście godzin doceniając każdą chwilę tak, jakby miała się ona już nigdy nie powtórzyć. Zresztą, przecież tylko w taki sposób umiem żyć.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>T</strong></span><span style="color:#000000;">a trasa między stacją na Pe a światem cudów jest prawdziwą celebracją Lata. To na niej słońce ma umytą, świeżą, dziecinną twarz, tuż po wygramoleniu się z pierzyny chmur, tutaj w kwiatach brzęczą włochate dupska trzmieli zapładniających filigranowe pszczoły; tu dudni wieś cała na fali kogucich porykiwań i dobrych myśli przekładających się na nieskończoność.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong><span>J</span></strong>est godzina na chwilę przed siódmą, kiedy dochodzę do furtki, za którą czają się armie lwów, stadiony zwycięskich piłkarzy, złodzieje w każdej sytuacji dorwani przez prawych i odważnych policjantów, łowcy skarbów, astronauci, czarodzieje i przewoźnicy wozów z bananami.<br />
Wsiąkam w te światy równoległe z nieukrywaną fascynacją i poczuciem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest<em> tu</em> - zakładam kosmyk włosów za ucho, i wchodzę. A to przecież dopiero początek dnia. Jego pierwsze dwie godziny&#8230;</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;">***</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>J</strong></span><span style="color:#000000;">estem szczęśliwa. Oddycham głęboko, śmieję się głośno, płaczę tylko ze szczęścia. Nie jem tabletek, śpię, mam świetną figurę i satysfakcjonującą pracę; średnią pięć zero, przytulny pokój, w którym unosi się zapach męskich perfum i bitej śmietany, zdjęcia przyjaciół przy lustrze, a w lodówce ulubiony camembert.<br />
Jestem szczęśliwa, przed szóstą mijam osiedlowych pijaczków, którzy kłaniają mi się w pas wpatrując się w mój tyłek, łapię świetliki o drugiej w nocy w piaskownicy, wieczorami piję świeży sok z cytryny i robię dziesięć kilometrów bez zatrzymywania się biegiem po okolicznych osiedlach i polach. Śmieję się z komplementów, jeszcze bardziej śmieje się z docinków, które są wynikiem kompleksów i zazdrości. Staram się zatrzymać choć na chwilę przy każdym człowieku, zapatrzyć, zasłuchać, zapamiętać. Dać z siebie jak najwięcej; od siebie wymagać, dla innych być wyrozumiałą.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong><br />
J</strong></span><span style="color:#000000;">estem szczęśliwa, mam obite kolana od codziennego spadania z łóżka, rozcięty łokieć od zabawy w strażaka, poparzony palec wskazujący i zadrapanie na policzku. Kilogram fasolki szparagowej w kuchni, upragniony film Hasa, pościel pachnącą wanilią i Mężczyznę. To dla mnie wielka rzecz; do tej pory znałam tylko facetów.</span></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#000000;"><strong>J</strong></span><span style="color:#000000;">estem w końcu i szczęśliwa, bo po prostu jestem. <em>Taką mnie znasz</em>, taką mnie znasz.</span></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Field Day]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/07/03/field-day/</link>
<pubDate>Thu, 03 Jul 2008 13:25:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/07/03/field-day/</guid>
<description><![CDATA[Budzi mnie godzina chwilę po ósmej i walenie słońca o parapet namiętne i skwarne, piszczące w ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;"><strong>B</strong>udzi mnie godzina chwilę po ósmej i walenie słońca o parapet namiętne i skwarne, piszczące w zawiasach okien otwieranych na oścież dla Pana Lipca, który już rozebrał wszystko i wszystkich dookoła, a teraz sam odczynia perwersyjny negliż w odbiciu szyb, które topią się, jakgdyby same były z cukru kroplonego przez język lata.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>T</strong>eraz, kiedy mam jeszcze chwilę wytchnienia przed odczynianiem harców po sadach, ogrodach i pokojach z moimi wychowankami wakacyjnymi, mogę pozwolić sobie na bardzo leniwe wstawanie, odganianie kołdry, pochwilowe się w nią zaplątywanie i wsiąkanie w przestrzenie gdzieś na odcinku między odsłoniętym pępkiem a żmijnym ramiączkiem nocnym zaplątanym w róg poduszki.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>C</strong>hwilę więc marudzę w tym nasączeniu, mleku pod powiekami i brzemieniu ramion opuchniętyc<img class="alignleft size-medium wp-image-807" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/bez-tytulu.jpg?w=300" alt="" width="281" height="213" />h i ciężkich od snów, by potem spaść z łóżka starym zwyczajem ciągnąc za sobą kołdrę i poduszkę, podgramolić się do okna, zadławić się ultramaryną poranka i pofikołkować troszę po pokoju w pląsach i podśpiewkach na nutę swojską i fałszywą. Wpaść następnie w kieckę zwiewną, letnią, włosy wnieładne w węzeł polny, szybko zawiązać, ziewnąć trzy razy do lustra, mrugnąć porozumiewawczo do kota naprzeciwległego, co na parapecie sąsiada liże przestrzenie i wypaść w to plucie słońca, zbiec po schodach, co trzy stopnie, co cztery, z hukiem lądując na miękkich podeszwach i wprawiając w drżenie ciężkie drzwi klatki schodowej, wypaść na świat, który po mocnym, nocnym śnie ma umytą twarz.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>I</strong> podzieńdobrować trochę do panów kosiarzy, którzy oleiści i pachnący rozdziewiczają pierwsze chwasty i kwiaty polne; pobiec kawałek z psem szczekającym na muchy, rozgonić całe to musze towarzystwo, popatrzeć, jak pani na drugim piętrze skarpetka na balkon sąsiada ucieka pranna i nie wyrobić na zakręcie wpadając na tegoż też sąsiada obułkowionego oraz przeserowionego, który kłania się w pas i jeszcze raczy grzecznym słowem, odlotowem. A potem wrócić się z dzwonieniem gardłowym, perleniem się płuc i oddechem po listy, których się ze sobą nie zabrało, a które biegnie się słać, i znowu dudnić, tętnić na klatce schodowej, pozdrawiać kosynierów, burzyć zaśnienie prań sąsiedzkich i klamerek wpijających się w zażyłość osznurowań, i wpadać po zaułkach, kątach, kocich skwerach w to rano rozparcelowane po wszystkich chodnikach, uśmiechach i kropelkach potu wykwitłych niczym tatuaże na ramionach przechodniów spieszących się w miejsca sobie tylko znane, nanizane na cykl dnia, jak wata cukrowa na słodkie patyki.</p>
<p style="text-align:justify;"><strong>I</strong> biec tak, aż do końca tego dwudziestoczterogodzinnienia w zadyszeniu, zapętleniu w rzęsistość powietrza oblanego jagodową polewą nieba, w której chmury, jak dobre myśli dziergane są z mleka i bitej śmietany. I skończyć się totalnie, gdzieś między godziną północną, a pierwszą, w pościeli z bratków i kałamarzy piór, oddających się miękkim kształtom ud i bioder, w perspektywie pępka nawiniętego na żyłkę nieskończoności.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Madrygał]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/24/madrygal/</link>
<pubDate>Tue, 24 Jun 2008 10:36:00 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/24/madrygal/</guid>
<description><![CDATA[Tobie
Latem rwaliśmy orzechy i chodziliśmy do Łazienek karmić nimi wróble, które skrzeczały i]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p><em>Tobie</em></p>
<p style="text-align:justify;"><strong>L</strong>atem rwaliśmy orzechy i chodziliśmy do Łazienek karmić nimi wróble, które skrzeczały i puszyły się, jak bombki mleczy tłuczone w powietrzu o kant nieba. Dni były wtedy nabrzmiałe od słów i spieczone od suchych gardeł odbiorników wieszczących śmierć jaskółek i brzóz;<img class="alignright size-medium wp-image-776" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/lato-w-miescie.jpg?w=261" alt="" width="217" height="250" /> przynależne szeptom wrastającym, jak mech w obicia ścian i spojrzeniom kładącym się po zmroku w plusz. Zabierałeś mnie wtedy często na długie spacery, w czasie których ślubowaliśmy sobie na wieki wierność w karmieniu much cukrem, celebrowaniu łąk tuż po zmierzchu, kiedy świat przechodzi w inną gęstość; wierność czereśniom zrywanym pod koniec czerwca w ogrodzie sąsiada, orzeszynie, z której pierwszy raz mnie podglądałeś, Karusiowi towarzyszącemu nam we wszystkich wędrówkach i ulicy Żytniej, bo tylko na niej zaułki są tak ślepe, tak ciemne i tak szepczące.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>W</strong>ieczorami czytaliśmy oparci o szeroką balię babci na strychu wiersze Słowackiego i rzucaliśmy ogryzkami w pijanych kierowców. Czasami wyciągałeś ze starej szafy sprane prześcieradło i narzucałeś je sobie na głowę biegając za mną po ogrodzie, a ja piszczałam jak mały kot i wdrapywałam się na drzewo odganiając Cię czubkiem pantofelka. Wtedy przytrzymywałeś mnie za kolano i ściągałeś z tych wysokości, niosłeś do pokoju, zawijałeś w fioletowy koc tak, że już nie mogłam się uwolnić i droczyłeś się ze mną aż do rana przybijając mi pieczątki na brzuchu.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>W</strong> gimnazjum siedziałeś za moimi plecami i rysowałeś mi palcem na plecach umówione znaki, a ja się szczerzyłam z tego powodu całą lekcję do nauczyciela, który najwyraźniej myślał, że czuję do niego miętę, szałwię i całą łąkę rumianków. Popołudniami wpadaliśmy do mojej babci na herbatę i ciastka z kremem, którymi zawsze się brudziłam, a potem jak dzieci spaliśmy po podłogach, łóżkach zmęczeni dniem, żarem popołudnia i kremem cukrującym się w kącikach warg. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że czasem potajemnie czyściłeś mnie z niego wilgotnie i słodko.</p>
<p style="text-align:center;"><strong>A</strong> kiedy przyszła gorejąca jesień i liście paliły się na wszystkich parapetach, klatkach, w załomach ulic i na skrzyżowaniu dróg, to tak, jakby inny świat przyszedł. Świat obcy, beznadziejny, bezniepieczny, bezciebny. Świat wykrzywiony w pobitym lustrze nieba, zwisający po murach tego miasta, które do nas należało i które nam kibicowało na drodze życia plecionej przez mądre głupoty i głupie mądrości. Świat końcowy, po którym już nie było ani czereśni, ani much, fioletowego koca i ulicy Żytniej, na której nie raz chodziłeś po bułkę. Ten świat, który skończył się na jesieni roku tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;"><strong>D</strong>ziś, po prawie siedemdziesięciu latach od naszego ostatniego spotkania - wpadłam na Ciebie zupełnie przypadkiem, gdzieś na rogu między Wczoraj a Jutrem, a Ty widząc mnie niezmienioną, może odrobinę starszą, może dojrzalszą, rumianą i dziewczęcą, zakłopotaną tym spotkaniem, choć przecież Twoją, tamtą, tamtejszą, powiedziałeś tym samym, ważnym głosem sprzed lat: <em>Fajnie, że mnie pamiętasz.</em></p>
<p style="text-align:center;">Banalnie, a przecież tak. O tak.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Jak być kochaną]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/21/jak-byc-kochana/</link>
<pubDate>Sat, 21 Jun 2008 12:04:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/21/jak-byc-kochana/</guid>
<description><![CDATA[Nie kocha się za coś. Kocha się mimo wszystkiego. Mimo bałaganu na parapecie, jednej brwi wyżej]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;"><img class="alignleft size-medium wp-image-770" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/babie-lato.jpg?w=250" alt="" width="130" height="157" />Nie kocha się za coś. Kocha się mimo wszystkiego. Mimo bałaganu na parapecie, jednej brwi wyżej podniesionej podczas głębokiego namysłu, skóry zdartej do krwi na łokciu w czasie przeprawy przez rzekę, marudzenia corannego przed szafą i przed lustrem, machania nogą przy stole, strzelania z parasolki do gołębi, składania gazety w rulon i zaczepiania nią o wszystkie płoty, czy barierki. Mimo piszczenia w miejscach publicznych, czytania książek po nocach, gryzienia długopisów i syndromu starej babci, która wychodzi na umówione spotkanie dwie godziny przed czasem.</p>
<p style="text-align:center;">
<p style="text-align:center;">
<p style="text-align:center;">Kocha się stłuczoną szklankę, grube biodro, przypalony obiad, zmęczone oczy, krew płynącą z nosa i paznokcie malowane na fioletowo. Pierwszy wspólny dzień lata, rozkwaszony nos na rowerze, spóźnienie, zabieranie kołdry, głupie żarty, huśtawki nastrojów i nieprzygotowanie do ważnej kolacji. Zaspanie na pociąg, upicie się jednym piwem, zjedzenie trzech czekolad przed snem i przyprowadzenie do domu zabłąkanego kota, który miauczał żałośnie. I jeszcze zgubienie ulubionej książki, kupienie kolejnej zbędnej rzeczy i ścięcie włosów tuż przy skórze.</p>
<p style="text-align:center;">Kocha się bez fanfarów i cudów, głośnych trąb jerychońskich i orszaków świętych. Bez oklasków, splendoru, gratulacji i życzeń. Po cichu, gdzieś w środku, gdzie bujnie kwitnie życie wgłąb i gdzie rzeczywistość jest cieniem słowa. Za całe lato, które każdy człowiek ma w sobie, dudniące, ciepłe i rozżagwione.</p>
<p style="text-align:center;">♥</p>
<p style="text-align:center;">W końcu i za całą tę pełnię życia, pełnię człowieczeństwa, która przychodzi wraz z drugą osobą. Sztuką jest to docenić.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[One fine day]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/16/one-fine-day/</link>
<pubDate>Mon, 16 Jun 2008 08:38:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/16/one-fine-day/</guid>
<description><![CDATA[Krzysiowi
♣♣♣
Od godziny leżę w łóżku i kontempluję pożar kwadratowy pszczół na mojej]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><em>Krzysiowi</em></p>
<p style="text-align:center;">♣♣♣</p>
<p style="text-align:center;">Od godziny leżę w łóżku i kontempluję pożar kwadratowy pszczół na mojej pościeli w maki, w trzęsawisku przedpołudnia, skwarnym zabliźnianiu się pogód z początku dnia na poręczach szwów. Wstałabym już dawno, niemniej widowisko tego buzowania świetlistego, nanizywania drobinek kurzu na języki spazmów, guzy rdzawe w miejscu gdzie mam kolano i pieklenie się amfiteatrów liści odbitych przez brużdżenie szyb gdzieś pomiędzy kostką a pierwszymi, nieśmiałymi ścięgnami jest mi wydarzeniem tak bezbrzeżnie rozczulającym i delikatnie orgiastycznym, że nie mam odwagi burzyć harmonii wszechświata zawartej w tej powodzi słońca, co jak mokra pszczoła.</p>
<p style="text-align:center;"><em>Pierwszy dzień</em>. Już w samej tej nazwie rośnie jakaś dzika nieskończoność, pęcznienie niemożliwości wykpionej przez wzrastanie w głąb i gwarne rojowisko myśli pierwotnych, drylowanych wiśniami krwiobiegu. W dniu pierwszym wszystko ma jaskrawą, mocną barwę; niebo wciska się w kąciki oczu rześką akwamaryną zaplutą przez słońce, łąka szpadami traw odpędza marudne bąki rozbijające się po barach mleczy; serce wzrasta w maliny i chrupie po chruśniakach zaczepione o kosmate myśli, a oddech staje się płynięciem pogód w bezkres rozwodnionego atramentu.</p>
<p style="text-align:center;"><em>Pierwszy dzień</em> berberysu i jaśminu ma smak; maczany jest w chłodnikowym kompocie z rabarbaru tuż przed wschodem słońca i wzmacniany syropem z agrestu topiącego się przy klonach i jaworach.</p>
<p style="text-align:center;">Zaczyna się właśnie dzisiaj, wchodzi Ci przez nos do krwiobiegu, wymoszcza w kieszeni zwijając sznurki w robaki, a kartki w motyle; płucom szyje firanki przeciągów, a sercu ryngrafy czułości.<br />
<em>Dzień pierwszy</em>, dzień dobry.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;">Jeżeli dziś masz dobry dzień, chcę żebyś obraził, zaraził nim mnie.:)</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bedtime stories]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/13/bedtime-stories/</link>
<pubDate>Fri, 13 Jun 2008 13:52:20 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/13/bedtime-stories/</guid>
<description><![CDATA[łody Damięcki zdjął ze mnie getry harcerskie, niedbałym ruchem przerzucił je przez poręcz fot]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:center;"><a href="http://bawidelka.files.wordpress.com/2008/06/inicjal_1.gif"><img class="alignleft size-medium wp-image-748" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/inicjal_1.gif?w=102" alt="" width="102" height="100" /></a>łody Damięcki zdjął ze mnie getry harcerskie, niedbałym ruchem przerzucił je przez poręcz fotela i liżąc moją łydkę zapytał się, co będziemy robić dalej. Pytanie to zdekoncentrowało mnie zupełnie, <em>nienamiejscu</em> i <em>nien</em><em>achwilę</em>, toteż z pozycji półsiedzącej wyuzdanej bez jednej getry, wbiłam się w pionową, na baczność gdzieś w okolicach dworca, bo oczywiście, jak się śni coś przyjemnego, to zawsze musi się urwać w najbardziej podłym momencie. Przy tym dworcu można mieć jeszcze było ostatecznie nadzieję, że może dojdzie tam do iście Hrabalowskich scen, niestety nic takiego się nie wydarzyło, a ja obudziłam się z poczuciem słodkiego bezsensu, co sny konstruuje i sny nam bawi.</p>
<p style="text-align:center;">♣</p>
<p style="text-align:center;">Dwa dni temu Linda gotował kalafiory, których nie lubię, a potem wkładał je do lodówki twierdząc, że wyrosną tam z nich karaluchy-obiaduchy chętne do pomocy w kuchni i pichcenia posiłków. Jako, że jestem naiwna i bardzo ufna, przystałam na ten jego szaleńczy, zdawać by się mogło, pomysł i po akcji z kalafiorami zaproponowałam bakłażany. Nie wiedzieć czemu.</p>
<p style="text-align:center;">
<p style="text-align:center;">♣</p>
<p style="text-align:center;">Noc jeszcze przed - Batman wskoczył do mnie przez okno w babcinej halce i piszcząc oraz wierzgając twierdził, że ściga go królicza warga. Króliczej wargi każdy by się wystraszył, więc pomogłam mu się ukryć pod górą notatek z literatury i patrzyłam jak powoli, powolutku zamienia się w książkę o futuryzmie. Ta moc bije na głowę nawet sprawność Batmobila.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p style="text-align:center;">Na dziś zamawiam Freuda.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Cater Pillar]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/07/catter-pillar/</link>
<pubDate>Sat, 07 Jun 2008 12:10:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/07/catter-pillar/</guid>
<description><![CDATA[Przycupnęłam pod krzakiem z truskawką obleczoną pajęczyną, niby bitą śmietaną i wsłuchawsz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Przycupnęłam pod krzakiem z truskawką obleczoną pajęczyną, niby bitą śmietaną i wsłuchawszy się w <em>zadowolonezżycia</em> mruczenie Cater Pillar, zachłysnęłam się - zupełnie niechcący opasłym fragmentem jakiejś letniej baby. <img class="alignleft size-medium wp-image-736" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/caterpillar.jpg?w=211" alt="" width="211" height="300" />Cater Pillar, jakby przeczuwając moje dążności <em>cichopodkrzaczkowe</em> do zburzenia jej spokoju, przeciągnęła się namiętnie szczypiąc, trochę od niechcenia, surowy płat mięsa truskawowego, po czym głosem tubalnym i brzęczącym od sennego trzęsawiska much, orzekła ze sobie tylko właściwym rozlaźnieniem i rozmaślakowaniem -<em> Czego.</em></p>
<p>Pomyślałam sobie, że to niegrzeczne nachodzić kogoś w sytuacji <em>samnasam</em> z odurzeniem i totalnym odjazdem, toteż ukłoniłam się tylko ukradkiem, zwalając sobie przy tym na głowę jakąś rozgniłą <em>truskawkojagodęczycoś</em>, i orzekając coś o powinnościach i braku czasu z pakietu tekstów standardowych przy tego typu sytuacjach, oddaliłam się w tylko sobie nieznaną stronę.</p>
<p>Cater Pillar najwidoczniej odczuła to, jako brak zainteresowania jej osobą, czy coś okołostylowego i z rzężeniem okrutnym przetykanym bekaniem i smarkaniem, zdzieliła mnie jedną ze swoich tupiastych nóg w samo podkolanie. Upadłam więc, jakżem długa, uga uga.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p>Z racji tego, że jestem dziewczęciem krnąbrnym, a dzielnym, poczytałam to sobie, za zniewagę ostateczną i wykwintną, i marząc o zemście, tu i teraz, zaraz i natychmiast,<em> ever, forever</em>, wytaszczyłam spod blaszanego krzaku truskawkowgo, który to przedchwilowo przytachałam, gazetę dzisiejszą ze skarletową dżochansową i szinedową okonorową.</p>
<p>Myliłby się uważny Czytelnik, gdyby podejrzewał mnie o tendencje kanibalistyczne, z gruntu mordercze, okrutne i wyrachowane - związane z przypuszczalnym waleniem Cater Pillar po głowie stekiem gazetowych bzdur, wałkowaniem jej przepalonego mózgu, sieknięciem z boku wiadomościami sportowymi i jeszcze poprawieniem horoskopem. Do takich ekscesów oczywiśnie nie doszło. Miast tego podsadziłam ją nieco, podniosłam, pomogłam wgramolić się na rubrykę ze stanikiem skarletowej i grzecznie przeniosłam na rabatkę z <em>bratkoczymś</em>.</p>
<p>Tam niechaj teraz dokonuje swych niecnych odurzeń i zakochań się w nektarach kwiatowych, piłowań zębiskami ich pędów i dochodzeń do szypułki na przestrzeni całego życia. Niech się przy tym też więcej nie waży wchodzić na moje blaszane krzaczki z <em>truskawkamiiczymś</em> przytargane najpierw ze straganu, a potem ze zlewu, a potem z kuchni.</p>
<p style="text-align:center;">***</p>
<p>W tej kwestii jestem bezwzględna. Przed robactwem, dżdżem i cukrem, uchowaj truskawki, panie!</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Piękna Rupieciarnia]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/06/piekna-rupieciarnia/</link>
<pubDate>Fri, 06 Jun 2008 22:50:28 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/06/06/piekna-rupieciarnia/</guid>
<description><![CDATA[Od dłuższego już czasu noszę się z pomysłem na zagospodarowanie miejsca, w którym to odchodz]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p><img class="alignleft size-full wp-image-733" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/20070621_125816_rupiecie.jpg" alt="" width="350" height="197" />Od dłuższego już czasu noszę się z pomysłem na zagospodarowanie miejsca, w którym to odchodząc odrobinę od stylistyki bawidełkowej, mogłabym umieszczać swoje artykuły, recenzje i inne śmieci.;)</p>
<p>Zobaczymy, jak to się wszystko przyjmie i czy w ogóle, niemniej warto spróbować, bo kto nie próbuje, ten nie żyje.;)</p>
<p>Soł Endżoj. <a title="Piękna Rupieciarnia" href="http://pieknarupieciarnia.wordpress.com" target="_blank">http://pieknarupieciarnia.wordpress.com</a></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Oldskul]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/22/oldskul/</link>
<pubDate>Thu, 22 May 2008 10:20:00 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/22/oldskul/</guid>
<description><![CDATA[Świat się pomylił. Obudziwszy się dziś rano z poczuciem wielkiego zażenowania z jednej strony,]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;">Świat się pomylił. Obudziwszy się dziś rano z poczuciem wielkiego zażenowania z jednej strony, wynikłegoż z tego faktu i przerażenia, zogniskowanego w okolicach pęcherzyka serca podrygującego rytmicznie w takt sikawek tętnic podjudzanych przez stres chichrający się w synapsach, stwierdziłam, że ktoś raczył popełnić pomyłkę tak fatalną w skutkach i tak brzemienną w postanowieniach, że wręcz niewybaczalną.</p>
<p style="text-align:justify;">Otóż to - co tak skrzętnie i od dawien dawna siedziało w mojej główce rosnąc i pęczniejąc, bałwochwaląc starocie, eksponując łydki, gwiżdżąc Fogga pod prysznicem i omdlewając na łożu przy poezji Tuwima - okazuje się być faktem niezaprzeczalnym, niezbywalnym, doniosłym, a przy tym niesłychanym - urodziłam się za późno! Pomyłkę szacuje się zaś na jakieś sto lat.<img class="alignright size-full wp-image-635" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/desk_full.jpg" alt="" /></p>
<p>I tak, zamiast patrzeć na te watahy spodni przyczepiające się do pośladków maści różnej i podłużnej, napawałabym się kloszami złożonymi z trzech halek i satyny zakończonej ornamentem koronki, a nie tylko samą satyną; (podejrzewam, że i w roku 1920 i takiż strój byłby uważany za babciny, niemniej przynajmniej Orzeszkowa byłaby ze mnie dumna. Albo i nie.) Zamiast beretu nosiłabym beret, płaszcza z długim tyłem - płaszcz z długim tyłem, pantofli z paskiem, pantofle z grubszym paskiem, a zamiast apaszek, apaszki.<br />
Wszystko pachniałoby magnolią i naftaliną, prochem i papierochem. A nie vizirem i kokolinem.</p>
<p>Wieczorami siedziałabym nad dobrą książką, a Mann i Andrzejewski byliby wciąż przede mną, z płyt gramofonowych słuchałabym etiudy Toma oraz Lawińskiego, paliła w piecu i biegała do łazienki za domem potykając się o kury i wióry. Popołudniami zaś ckliwymi z Babciem i kapciem wyszywałabym obrusy, pościele, serwetki, co kilkanaście lat później przydałoby mi się przy sztandarach.</p>
<p>Nocami wzdychałabym do Piłsudskiego i planowała zamach na Josepha Conrada. W ten sposób zostałabym bohaterką narodową, wyniesioną na cokoły przez uczniów, którzy nie musieliby przerabiać w szkole <em>Lorda Jima</em>!</p>
<p><strong>***</strong><br />
Gdyby ktoś miał jakieś życzenia odnośnie zweryfikowania ostatnich stu lat, to proszę się zgłaszać. Zawsze można sobie pomarzyć. (:</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[As time goes by]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/21/as-time-goes-by/</link>
<pubDate>Wed, 21 May 2008 09:06:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/21/as-time-goes-by/</guid>
<description><![CDATA[
W dni marszczące się od nagrzanych języków kwietnia i poprzetykanych parzeniem się mleczy, sia]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p style="text-align:justify;">
<p class="MsoNormal">W dni marszczące się od nagrzanych języków kwietnia i poprzetykanych parzeniem się mleczy, siadywał na ławce przed domem w słomkowym kapeluszu i spodniach z szelkami, by rozkwitać, niczym dorodny berberys w czas jagodobrania. W dni takie zwykł przeglądać gazety lwowskie dostarczane mu tu na Pomorze przez zaprzyjaźnione konspirantki kioskowe i jeść jabłka razem z ogryzkiem, co było dla mnie źródłem niekończącej się inspiracji, z tej przyczyny, że sama wykańczałam się tuż pod skórką.</p>
<p class="MsoNormal">Zawsze z niecierpliwością czekałam do końca ostatniej lekcji w szkole, w ich zachłannej i monotonnej ilości czterech lub pięciu - wszak czwarta klasa podstawówki zobowiązuje. Mijałam w myślach drogę powrotną do domu z jej punktami orientacyjnymi, a więc: Pana Buka, co rósł dumnie i potężnie przed <em>espe siedem</em>, Aleję Wróżek (nadawanie nazw miejscom: <em>sentymentalno-banalne</em>) na wiosnę lansującą się piżamą białych kwiatów ze śpiącymi w nich rozpustnikami trzmielami - zawieszoną między jednym osiedlowym śmietnikiem koloru: <em>butelkowa zieleń zarząd miejski</em>, a drugim, i kilka asfaltowych dżdżownic pęczniejących od żaru przedpołudni, porozgniatanych przez piłkę i podchody dekonstruowane piskami oraz nawoływaniem dzieciarni:<em> pobite gary!</em><a href="http://bawidelka.files.wordpress.com/2008/05/lawka_64_18.jpg"><img class="alignright size-full wp-image-629" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/lawka_64_18.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a></p>
<p class="MsoNormal">A kiedy docierałam do gazówki zarośniętej dziką różą i piaskownicy, w której śmiercią naturalną - przez uduszenie, umarł niejeden resorak, niejedna łopatka, to już z daleka widziałam tego bąka tużpopołudniowego, iskrzącego się w słońcu i machającego sandałami nad koloraturą płytek chodnikowych malowanych w <em>m</em> + <em>k</em> = <em>wynymy</em> lub: <em>gośka jest gupia!</em></p>
<p class="MsoNormal">I z poczuciem, że oto zawsze ktoś na mnie czeka, zawsze ktoś mnie wygląda, składa gazetę w taki sposób, że można ją zamknąć w pięści i rzuca kamieniami w gołębie - biegałam wyczynowe sto metrów na trasie - <span style="color:#993366;">dzikie róże - on</span>, z kolanami rozwalonymi na krawężnikach, rękami popisanymi mazakami, dziurą w prawej czwórce i kamieniem-płasakiem w ręku, którego codziennie wyszukiwałam po drodze - by wpaść w te ramiona silne, choć wiekowe, zdać szybko relację z dzisiejszego dnia, wpakować sobie do ust pół paczki miętówek i patrzeć jak płasak leci na gołębie, i wywołuje w ich dekadenckim towarzystwie prawdziwą furorę pomieszaną ze sraniem pod siebie.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Dni te miały smak berberysu i głogu. Obecnie ławki przynależnej machaniu sandałowemu, czytaniu konspiracyjnie przemycanych gazet i chowaniu miętówek po kieszeniach już dawno nie ma. Stoi pewnie teraz w swoim własnym niebie ławkowym, gdzie znajdują się inne, do niej podobne. Jeżeli się dobrze przyjrzeć, to do dziś siedzi na niej on, połyka jabłka w całości i rżnie w tysiąca z Semenem Petlurą oraz Tarasem Szewczenko. Do brydża brakuje im jeszcze mnie.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wszyscy jesteśmy baranami]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/17/wszyscy-jestesmy-baranami/</link>
<pubDate>Sat, 17 May 2008 12:49:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/17/wszyscy-jestesmy-baranami/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy byłam mała i chodziłam do przedszkola, to chciałam być potężną czarodziejką. Zrobić ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Kiedy byłam mała i chodziłam do przedszkola, to chciałam być potężną czarodziejką. Zrobić tak, żeby Kaśce weszła ropucha do nosa, stworzyć niekończącą się czekoladę, móc latać i przesiadywać na drutach telegraficznych, dokopać się na drugą stronę świata i mieć samochód z arbuza, który dymi pestkami. Niestety koniec końców wybrałam filologię polską i nic nie wskazuje na to, bym dochrapała się drabiny na księżyc, niemniej w zamian za to z pewnością w zasięgu ręki mam: mieszkanie pod mostem przytulne i romantyczne, uczniów odmieniających w trybie przypuszczającym szkielet: (<em>szkieletbym, szkieletomby</em>), znienawidzonego<em> Lorda Jima</em> w kanonie lektur oraz protesty, strajki, głodówki, żeby nie było za wesoło.</p>
<p>Kiedy byłam mała, to czasami zastanawiałam się nad tym: kim bym mogła być, gdybym nie była dziewczynką. W grę wchodził oczywiśnie pakiet standardowy: <em>motyl, jaskółka, puchacz, anioł, kaszalot</em> - słowem, wszystko co lata, bo zawsze mierzyłam wysoko.<br />
Nigdy zaś nie pomyślałam o tym, żeby być - na przykład - baranem. A przecież można.</p>
<p><em><img class="alignleft size-full wp-image-617" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/jestem-baranem.jpg" alt="" width="331" height="306" />Jestem baranem</em>. Na pierwszym planie człowiek w kasku siedzi w resoraku i gdyby nie ewidentny brzuszek w dwuwargowej <em>be</em>, to gotowa byłabym uznać tę karteluszkę znalezioną dziś w parku za podstępny liścik z pogróżkami <em>b-t</em> o symbolicznej treści:<em> Jestem taranem.</em><br />
Ale nie. Jak byk, stoi tam baran, choć reprezentacja malarska nie odnosi się zbytnio do przesłania, co możemy uznać za - skreśl niepotrzebne: a) alegorię, b) metaforę, c) hiperbolę, d) aluzję, e) syndekdochę&#8230; Bardzo Mądre Wyrazy można mnożyć, a przecież w duchu dekonstrukcyjnym wystarczy powiedzieć, że to njuart i postekspresjonizm, co już nam daje naukowe podstawy do twierdzenia, jakobyśmy mieli do czynienia z dziełem sztuki nowoczesnej.</p>
<p>Co widzimy na załączonym obrazku? Po pierwsze: samochód do złudzenia przypominający taran. Po drugie: babcię-tarana ukrytego pod hełmem i stylizującego się na rajdowca, azaliż kierowcę samochodowego ; dalej: w tle rysuje nam się bliżej niezidentyfikowany obiekt malujący, mogący pełnić funkcję namiotu, piramidy, kraksy samochodowej, tortu czy zagrody - co by nam może i pomogło w interpretacji stwierdzenia, dotyczącego barana, ale znając życie - jest to po prostu zabieg babci-taran, który ma odwrócić naszą uwagę od motywu głównego dzieła, a więc od ekspresyjnej formy: <em>Jestem&#8230;<br />
</em><br />
Z punktu widzenia językoznawczego wielce możliwe jest, że owo <strong>B</strong> w wyrazie taran zostało tu zamieszczone alboż podstępem, alboż też w wyniku pomyłki kopisty. Jako, że <em>be</em> - będąc głoską dwuwargową sytuuje się wcale znakomicie w sąsiedztwie przedniojęzykowo-zębowego <em>te</em> - co nam daje gie, a nie rozwiązanie, bo obydwa szeregi mają tyle ze sobą wspólnego, co ja z tartymi burakami.</p>
<p>Dlatego też, śmiem twierdzić, że czasy się wcale nie zmieniły - dzieci dalej pragną być motylami, ptakami, aniołami, lwami, a nie z de wziętymi baranami, które jeszcze siedzą w taranach i udają kierowców samochodowych.</p>
<p>***</p>
<p>Jeżeli w najbliższych dniach okaże się, że już nie piszę, nie mówię i nie chodzę - to znak, że zgładziła mnie babcia-taran. Tak się kończą zabawy bez kasku.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kurczę!]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/11/kurcze/</link>
<pubDate>Sun, 11 May 2008 22:55:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/11/kurcze/</guid>
<description><![CDATA[Jest godzina popółnocna szesnaście. Za oknem pieje kogut. O ile jeszcze byłam w stanie zrozumie]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p>Jest godzina popółnocna szesnaście. Za oknem pieje kogut. O ile jeszcze byłam w stanie zrozumieć wczorajsze darcie japy jakiegoś uchmielonego trio na rzewną nutę: <em>Kaaaaa Miiiiiil!</em> poprzetykaną rosochatymi kurwami i chichotem obłąkanym z zabarwieniem czkawki, to dla dzisiejszego dziobowycia nie mam ni krzty wyrozumiałości. Osobnik, który raczył przyprowadzić tegoż ptaka pod mój blok, raczy się z nim oddalić w trybie natychmiastowym.</p>
<p>Jako, że jest godzina popółnocna, Czytelnik uważny może mi zarzucić po pierwsze <strong>niepoczytalność</strong> słuchowo-wzrokową z naleciałościami omamów, której stanowczo oczywiśnie zaprzeczam, jako, że w tej  godzinie sprawnie i naczelnie funkcjonują mi wszystkie zmysły, ze zmysłem estetycznym na czele - bałwochwalącym ciszę nocną i święty spokój; po drugie - <strong>senność</strong>, co też natychmiast należy odrzucić, bo jak mogę spać, skoro za oknem pieje mi kogut!<br />
I po<strong> </strong>trzecie<strong> - kurzą głuchotę</strong>, o ile coś takiego istnieje i do tego śmie wyć na swojską nutę.</p>
<p>Z racji tego, że pora natenczasowa nie jest jakoś zbytnio charakterystyczna dla występowania w przyrodzie tego typu pień, postuluję, żeby na dniach tę sprawę zbadać i przedłożyć odpowiednim władzom. Kogut do ptaków nocnych nie należy i nie życzę sobie, żeby mi tu stawał.</p>
<p>***</p>
<p>Nie byłabym sobą, gdybym przez dziesięć minut nie ślęczała w oknie i próbowała go przydybać. Zresztą okazuje się, że nie tylko ja jestem tą sprawą zainteresowana, co zdecydowanie poprawiło mi samopoczucie - albowiem sąsiad po lewej poniższej stronie też zdobył się na wystawienie głowy ze swego okna i zapuszczenie lukensa w stronę bliżej nieokreśloną. Nomen-omen, i on - też najwidoczniej nie byłby sobą, gdyby nie przedsięwziął jakichś kroków w tejże sprawie, ponieważ po małej przyczajce - począł rzucać kamieniami z kwiatków w miejsce domniemanego pobytu koguta. To zaś spodobało się nieopodalległym wyrostkom, którzy zamiast spać i śnić o gołych babach, wyleźli przed blok i zajęli się przedrzeźnianiem kuraka. Koniec świata.</p>
<p>***</p>
<p>Po chwili, jakby tego było mało, wczorajsze trio i dzisiaj postanowiło dać swój rećtal na rzewną, znaną nam już skądinąd nutę:<em> Kaaaaaa Miiiiiiil</em>, po czym rechocząc i parskając nad wyraz głośno przyłączyło się do piania. Przyrzekłam sobie cicho w duszy, że jak jeszcze mój lawinowo-kamienny sąsiad weźmie się do tego wycia, to i ja nie omieszkam wejść ze swoim solo!</p>
<p>***</p>
<p>Godzina pierwsza prawie - po zabawie. Sprawa się wyjaśniła, cholero-stereo. Trio zwinęło manatki, którym tej nocy pragnęło przywołać Kamila i z chichotem rubasznym, a  wulgarnym wycofało się z okolic mojej klatki zabierając ze sobą sprzęt grająco-śpiewający z rustykalnymi wstawkami o zabarwieniu horrendalnym i wykrzyknieniami:<em> Teleranek!</em></p>
<p>Jak dobrze pójdzie, to może jutro zagrają <em>Marsyliankę:)</em></p>
</div>]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Na lipę]]></title>
<link>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/10/na-lipe/</link>
<pubDate>Sat, 10 May 2008 09:28:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.pl.wordpress.com/2008/05/10/na-lipe/</guid>
<description><![CDATA[Lipy dymią. I jest w tym ich dymieniu, perleniu się, zwijaniu w kłaczki waty cukrowej jakaś praw]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<div class='snap_preview'><p class="MsoNormal">Lipy dymią. I jest w tym ich dymieniu, perleniu się, zwijaniu w kłaczki waty cukrowej jakaś prawdziwie mistyczna, łzawa, rozczulająca i sentymentalna doniosłość - rodem z alergogennych romansów, gdzie kochanica kicha podczas uniesienia, bo ją pyłek onieśmiela, a może nagość oblubieńca - w zmysły jej się słodko wwierca. A jak nie - to lipa.</p>
<p class="MsoNormal">I brodzi się w tym lipieniu, jak w tatarakach obdzieranych ze skóry przez ostre koziki małych rozbójniczek malujących oczy na czarno kredkami mejbelyna, - gdzieś wśród cykania sitowia, co jak mokry zegarek przewierca się w załomach czasu, gdzieś w Dalí. I brodzi się, jak w babim lecie, słodkim i klejącym, zaplątującym ramiona na szyi, duszącym, upalnym i zmierzchowym, - w czasie, w którym trawa oddaje się chodnikowi, a widmowe spadochrony mleczy są wypuszczane w świat przez nieostrożne śledztwa i dochodzenia kretów.</p>
<p class="MsoNormal">Ma się wówczas ochotę wpaść w tę pianę ubitą z żółtka mnicha-doktora i parmezanu męskiej stałości. Wszak nie od dziś wiadomo, że soki puszczamy tylko w stanach większego podniecenia, a zwłaszcza, gdy jesteśmy w stanie.</p>
<p class="MsoNormal"><img class="aligncenter size-full wp-image-589" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/800px-graine_pissentit_luc_viatour.jpg" alt="" width="500" height="333" /></p>
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">
<p class="MsoNormal">A jak nie - to lipa.</p>
</div>]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
