<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>bawidelka &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/bawidelka/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "bawidelka"</description>
	<pubDate>Fri, 16 May 2008 08:10:37 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Fizyczne podstawy materiałoznawstwa]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=611</link>
<pubDate>Tue, 13 May 2008 19:51:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=611</guid>
<description><![CDATA[- Wokół dziury mamy sferę Fermiego, z protonami, które na płaszczyźnie, powiedzmy k, wpisujemy]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">- Wokół dziury mamy sferę Fermiego, z protonami, które na płaszczyźnie, powiedzmy <em>k</em>, wpisujemy w wartości nadrzędne dla tego pola.</p>
<p class="MsoNormal">- Ale musisz uwzględnić konwencję, której sfera Fermiego w tej sytuacji <em>k</em> podlega.</p>
<p class="MsoNormal">Młodzieniec w koszulce w poziome pasy uwzględniający swą osobą konwencję zgoła inną od tej dyskusyjnej, bo - njustajldizajn, - popatrzył na apologetów wyżej wymienionego Fermiego z miną niezbyt rozgarniętą, acz najlepszą, na jaką go było stać, po czym wyłączył się ze sfery działania również wyżej wymienionej dziury, albowiem toaleta się zwolniła. I klops.</p>
<p class="MsoNormal">Starając się nie zepsuć naukowej atmosfery, która w jednej chwili zapanowała przy stoliku sąsiednim, zwróciłam się do K. zapytana o składniki naszego pola w sposób aksjologicznie nacechowany antycypując paradygmat następujący: <em>ser, polędwica, cebula, bekon</em>; co K. rezolutnie i inteligentnie sparafrazował do tezy: <em>ser, pomidor, szynka, cebula i czosnek</em>. Trudno mi się było z tak przeprowadzonym dowodem nie zgodzić, toteż przyjęłam go za swój.</p>
<p class="MsoNormal">Jakaś para na godzinie drugiej od sfery Fermiego nie wzięła specjalnie do siebie wpływu dziury na zachowanie się studentów w lokalu typu pizzeria o współrzędnych: <em>szybko i smacznie</em>, i przystąpiła do zanalizowania zagadnień związanych z chamskim zachowaniem się A. i smaczną pizzą o paradygmacie wykonawczym: <em>ser, szynka, świnka</em>, co uznałam za przejaw totalnej ignorancji i przy pomocy siły woli ( <em>Fw</em>) wyłączyłam ją z działania sfery Fr.</p>
<p class="MsoNormal">Nie przestając bezczelnie przy tym przysłuchiwać się falom sąsiedniego stolika-matki próbowałam fizycznie zależnie upić pepsi, tak, żeby to moje <em>F</em> działające na <em>m</em> w czasie <em>t</em>, nie zakłóciło ruchów protonów w obrębie dziury należącej do sfery Fermiego. K. jednocześnie wprawiając w drgania menu i wykonując przy tym pracę o wartości nieskończenie niewiadomych mi ilości kilodżuli orzekł z punktu widzenia swojej naukowej orientacji podnosząc głos do natężenia <em>głos&#62;normalnejilościjednostekgłosowych</em>: - <em>Bawidełka. Jak nic</em>.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Natchniona przez naukową konwersację w lokalu użyteczności publicznej o tendencjach motłochowych, zastanawiałam się więc - podczas konsumowania swojej pizzy - w jaki sposób jej promień wpływa na obwód mojej talii i czy dziury, które niecnie żłobię widelcem w jej cudownie chrupkiej <em>m</em> nie mają przypadkiem takiej ilości protonów, że moja osobista sfera Fermiego nie wytrzyma i przeskoczy z obwodu: 60+<em>całe mnóstwo czekolady</em>, do 60+<em>cmc</em>+1.</p>
<p class="MsoNormal">Będąc jednakże oświeconą i nieskończenie mądrą osobą, przypomniałam sobie w tejże samej chwili - genialny w swoich założeniach rachunek prawdopodobieństwa i wyszło mi, że przy takowym zerowym mam szansę otrzymać w wyniku następującej reakcji protonowej wynik typu: 60+<em>cmc</em><strong>-1</strong>, co też poprawiło mi humor i udowodniło genialną w swych założeniach tezę K., w której paradygmat: <em>ser, pomidor, szynka, cebula, czosnek</em>, wpisany w koło o promieniu <em>r</em> i pole o rozmiarze: <em>duża pizza</em>, są warunkiem istnienia przyjemności płynącej z jedzenia.</p>
<p class="MsoNormal">Co należało dowieść.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ubawidełka]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=550</link>
<pubDate>Wed, 30 Apr 2008 21:58:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=550</guid>
<description><![CDATA[Jeżeli jeszcze nie wiecie - co lubi jeść Ronaldo, jak zostać królową lateksu, co robi śledzio]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jeżeli jeszcze nie wiecie - <em>co lubi jeść Ronaldo, jak zostać królową lateksu, co robi śledziona, gdy jest śledzona i dlaczego wietnam pig posiada rącze nóżki</em>, to znak, że macie poważne zaległości w czytaniu <span style="color:#ff3333;">Bawidełek</span>, skarbnicy wiedzy o rzeczach wielkich i jeszcze większych.</p>
<p>I tak - poprzez podsumowanie dwumiesięcznych, marcowo-kwietniowych statystyk wychodzi nam na to, że stronę w tych dniach odwiedziło ponad piętnaście tysięcy osób, co nam daje dwieście koma pięćdziesiąt pięć osób na dzień, a bez ekscesów matematycznych - wiela człeka, co się nam przez te pielesze przewija, w pieleszach tych śpi, łazi, snuje, czy też spamuje.</p>
<p>W perspektywie dziesięciu miesięcy - w których to czasie prowadzę ten przybytek rozpusty i namiętności, przy ugoszczeniu bez mała czterdziestu pięciu tysięcy osób o różnych porach dnia i nocy,  w różnych czasoprzestrzeniach i zwierzeniach, najchętniej wstukiwaną frazą internautów, prowadzącą na baw.com, jest - <em>serduszko (1,309)</em>, zdecydowany faworyt, a dalej za nim <em>gimnazjalistki</em> - w różnych kombinacjach <em>(315)</em>, <em>świnie, guziec (455), pałer rendżers (171), bawidełka (189)</em> i <em>harem</em> (magiczne <em>69</em>). Z mniej popularnych, aczkolwiek często wpisywanych mamy tutaj: <em>64-tańczące parabole, 64-cochones, 52-bohun, 49-palma wielkanocna,</em> czy <em>męskie rzeczy</em>, w liczbie aż <em>46</em>. Od czterdziestu - zaczyna się wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Schulzu z jego stopami włącznie.</p>
<p>Stopy jakoś w ogóle są uprzywilejowane na tym blogu. Mamy tutaj bowiem: <em>stopy gimnazjalistek, dojrzałe stopy panów, stopy u Schulza, polskie stopy naj, rajstopy, stopy o wschodzie słońca i stopy na gorąco. </em> Tak, to zdecydowanie najbardziej reprezentatywna część ciała na Bawidełkach. Za nimi daleko, daleko w tyle są <em>fantastyczne biodra okalające, kolano z bigosem, bandażowane oczy, kikutowe paznokcie</em> i wspomniana już wyżej <em>śledziona śledziona.</em></p>
<p>Wielką wizytówką bloga jest oczywiśnie też, również przytoczony powyżej, dział gimnazjalny, a więc: <em>stopy gimnazjalistek, zboczone gimnazjalistki, pamiętniki gimnazjalistek, gimnazjalistki w skafandrach, gimnazjalistki w bieliźnie, w pończochach, w dresach,</em> w końcu: <em>gimnazjalne doświadczenia prymarne</em> i <em>gimnazjum kurwa jego mać.</em></p>
<p>Resztę fraz, nazw, pragnień i namiętności internautów szanownych możemy podzielić na kilka podgrup, od banałów poczynając: <em>ach, och, ej, myśli, pierdoły, świnie</em>, a na słownictwie specjalistycznym kończąc.<br />
Dla porządku przedstawiamy je w następujących katalogach:<br />
<strong># nauki ścisłe </strong>- <em>posadzki matematyczne, jak dodać, żeby wyszło sześćdziesiąt dziewięć</em> ( 1+1 - przyp. aut.), <em>trzecia zasada dynamiki w tramwaju, palma i jej funkcje, białe tabletki z trójkątem, trójkąt pięcioramienny, dziki seks matematyków.</em><br />
<strong># nauki humanistyczne</strong> - <em>życie kobiet przed emancypacją, wymyślona baśń na suficie, czym się bawili chłopcy z placu broni</em> (sławy- przyp. aut.), <em>tragizm anny bovary </em>(!), <em>seksowne dziady, kto chciał nałkowską, pierdolić żeromskiego.</em><br />
<strong># stosunki międzynarodowe</strong> - <em>wietnam pig, eunuchy w haremie koniecznie azja!, jak zrobić czapki dla jaskółek, kraina pałer rendżers, intymne kontakty września,</em> czy <em>fak ju.</em><br />
<strong># przedmioty codziennego użytku</strong> - <em>zegar z koniem, trzepak ze śmietaną,  trupie pomarańcze, pobite jaja.</em><br />
<strong># odwieczne pytania ludzkości</strong> - <em>dlaczego nie lubię gołębi?, jak zaprosić kobietę na kawę? czy jak jestem zmęczona to wypada mi być wyrozumiałą?, co lubi jeść ronaldo? co robić gdy syn zamyka oczy podczas jedzenia naleśników?<br />
</em><strong># eufemizmy </strong><em>- nieskończony kretyn, czapmen, kobieta kobyła, facet burdel, kobieta wieloryb.</em></p>
<p>Do perełek zaliczyć ponad to można: <em>rozdziewiczanie kretów, ptaka kozę, miłosne wypadki motocyklowe i herbatę z kartoflem.</em></p>
<p>***</p>
<p>Z okazji dziesięciomiesięcznej bytności bloga <strong>wszystkim Czytelnikom</strong> <span style="color:#ff3300;">Bawidełek</span> serdecznie dziękuję za namiętne i chętne odwiedziny tychże i jak zawsze - polecam się na przyszłość.<br />
Ukłony,<em> <span style="color:#993366;">Mag</span></em><span style="color:#993366;">.</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Fiflak]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=549</link>
<pubDate>Sun, 27 Apr 2008 18:08:47 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=549</guid>
<description><![CDATA[- Zna pani Fiflaka?
Pytanie wyrosło przede mną niczym dorodna warząchew wśród pól i zbóż ko]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><em>- Zna pani Fiflaka?</em></p>
<p class="MsoNormal">Pytanie wyrosło przede mną niczym dorodna warząchew wśród pól i zbóż kołyszących się niwami chochli, skrobaków i tłuczków, przed kucharzem nieumiejętnym, choć doskonałym w swej nieumiejętnej umiejętności przypalania wody i solenia herbaty.</p>
<p class="MsoNormal">Przez chwilę wertowałam kartoteki wszystkich znajomych, przypadkowe spotkania, zaczytania, dzienniki pociągowe, kawy zbożowe pite po barach trzeciego świata, ale Fiflaka wśród nich nie było. Przyznałam się więc do totalnej ignorancji i havunołajdijam odnośnie znajomości takich jegomości, i zapytałam grzecznie acz podejrzliwie, o powody, dla których zostaję zagajana w sposób obcesowy i odrobinę natrętny, przez tego blond pana, w butach na rzep, od rana, na na na na.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Niestety nie znam </em>– mówię tak skromnie.</p>
<p class="MsoNormal">Pan tak z ukosa, ze smarkiem z nosa, okiem figlarnym, ciemnym, nachalnym mruga, że do mnie wielce zadziornie.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Zna pani. Załoze śe.</em></p>
<p class="MsoNormal"><em>- Ja też.</em></p>
<p class="MsoNormal">Do rozmowy, w dzień słońcowy włącza się Pan Dziadek boczny, rześki, siwy, granat oczny i z uśmiechem, nie oblechem, kiwa do mnie brody mechem.</p>
<p class="MsoNormal">-<em> Ja też?</em></p>
<p class="MsoNormal">Pytam grzecznie. Wobec szturmu porannego, gdzieś na drodze Kaufland Love - pętla giętka, tramwajowe tam smoczyska pędzą stadnie, biorę, godzę się bezwładnie - na Fiflaka.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Osiem i trójka, trójka i osiem, trasa Piątkowska, dziadek i Tosiek. A tak dokładniej: to Pan Tonisław. Rodzice, zda się, więzi ułańskie, onomastyka, ach dynamika. - <em>To zna go Pfani!</em></p>
<p class="MsoNormal">Jestem do bani. Jasne, że nie znam, cóżże poradzę. Dziadek mi mruga: to naprowadzę, a ja jak zawsze w takim spotkaniu, wciągam się, daję, jedźmy tramwaju!</p>
<p class="MsoNormal">- <em>Bo prose pani, ja go spotkałem tu wczoraj. Wczoraj... Wczoraj... Wczoraj...</em></p>
<p class="MsoNormal">I się zamyślił. Dziadek mi mruga. To mi wygląda - podryw na wnuka, ale niech będzie. Już zaraz maj. Fiflak, nie Fiflak, byle był naj!</p>
<p class="MsoNormal">- <em>Jak on wygląda?</em> - pytam się ładnie.</p>
<p class="MsoNormal">Dziadek mi mruga! A niech to, myślę - słodko, kapryśnie, niechaj mu za to oko wypadnie.</p>
<p class="MsoNormal">-<em> Wyglądnie ładnie</em> - Tosiek orzeka - <em>Chudy i zwiły.</em></p>
<p class="MsoNormal">-<em> Jaki?</em></p>
<p class="MsoNormal">Zawiły, problem się robi. Na dziadka to już nawet nie patrzę, wiem, że mi mruga, choć może właśnie wpadło mu niecnie coś do óczdołu. Nie wiem i badam obu pospołu.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Zwiły, no taki, jak u ślimaka.</em></p>
<p class="MsoNormal">Dziwna natura tego Fiflaka zaczyna bawić mnie niezmierzenie. Jestem stracona, prawie się żenię z tym pięciolatkiem, co mi rozprawia o cudach świata, bajkach i śnieniach, dziadek mi mruga, nic się nie zmienia.</p>
<p class="MsoNormal"><em>- Fiflak to będzie taki czarodziej</em> - mówi mi mały.</p>
<p class="MsoNormal">Taki dzień co dzień to się nie zdarza. Mówię mu na to: <em>- Niech nam czaruje i zrobi lato.</em></p>
<p class="MsoNormal">Mały się śmieje, dziadek mi mruga, mija minuta jedna i druga, a mnie wysiadać trzeba naprędce. Żegnam się, Tosiek wyciąga w ręce do mnie totalnie pomiętoszone kwiaty mleczowe i jak pierścionek daje mi klejąc się niepomiernie. Dziękuję pięknie, mówię śmiertelnie - ważnie i mądrze, tak, jak w senacie - że na herbacie razem z Fiflakiem są tak widziani mile ach za to, jak za oknami palące lato.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Morał się taki z tego wyłania: Mickiewicz uczył <em>Dziadów</em> mrugania.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Semantyka popołudnia przedegzaminowego a reprezentacja przestrzeni]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=546</link>
<pubDate>Wed, 23 Apr 2008 11:42:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=546</guid>
<description><![CDATA[To było takie popołudnie, że słońce rozrzygało się po wszystkich parapetach, sklepach, kobiet]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>To było takie popołudnie, że słońce rozrzygało się po wszystkich parapetach, sklepach, kobietach, brudząc dookoła nosy, policzki i czoła - lepiącym się kompotem swoich wnętrzności. Po czym w całości stoczyło się pijacko bełkocząc i bekając bąkami toczącymi się, jak bąbelki w winie musującym, wypełniającym wannę bioder. Tobie, zachciało się pić.</p>
<p>W tym czasie sąsiad namiętnie wwiercał się w spokojność swojej żony, głośny, ciężki, napalony, jak gdyby naturalnie wkomponowany w to popołudnie przynależne brudnie i butnie jękom. Ręką sięgnąłeś po szklankę.</p>
<p>Wtedy sąsiad wszedł na wyższy stopień remanentów, z ręcznego na techniczny, głośny, ciężki, aż bakchiczny, do namiętnej pasji wiodąc żonę, mnie, sufit z podłogą, cały blok, bo choć niedziela jemu robót się zachciewa. Tynk się sypie.</p>
<p>A ty łykiem wzburzasz wannę moich bioder tak, że dłużej już nie mogę i podchodzę ciebie sobie, patrząc jak to słońce błogie się odbija w katafalkach małych węży na firankach i w pryzmacie szyby drzwiowej kręci tęcze pokojowe. Sok jabłkowy.</p>
<p>To jest chwila, w której sąsiad rozpoczyna znowu swoje penetracje ścian. Pan za oknem wrzasnął skromnie do idących kwietniem pań, że za rogiem w naszym sklepie można dostać bułki z mlekiem, sernik, piernik, kalarepę - taki fun.</p>
<p>A ja patrzę okiem, bokiem, jak nalewasz sok. Co z okien - zdjął pijackie plucie słońca i odbija się paląco w zalewanym trzmielu nam. Taki robak, param pam.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pierwsza Mama]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=521</link>
<pubDate>Mon, 07 Apr 2008 20:34:39 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=521</guid>
<description><![CDATA[Czasami - by mówić o rzeczach najważniejszych - nie trzeba używać słów kunsztownych i wyszuka]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Czasami - by mówić o rzeczach najważniejszych - nie<span> </span>trzeba używać słów kunsztownych i wyszukanych, spadkobierców mowy Kanta i Ingardena, Nycza Ryszarda i Żana Lyotarda. Nie trzeba odwoływać się do paradygmatów, aksjomatów, paroksyzmów, posttematów, do nauki, sztuki, zenu, Boga, książek z pewuenu, do teorii i historii, <em>signifie, per se, a priori.</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Czasami wystarczy tylko proste: <em>&#60;tańcze&#62;, co tam, cześć</em>, by w sercu zaskoczyła iskierka napędzająca cały krwiobieg, ufna i kochająca. By nawet najpaskudniejszy dzień z wykrzywioną parasolką i kałużą nazbyt dużą stał się spokojny, ciepły, bezpieczny.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Wystarczą tylko cztery litery, dwie spół i dwie samogłoski, a właściwie jedna taka, druga taka w sferze lustra - duplikata i cały świat przestaje być obcy i daleki - i zamyka się w słowie, które we wszystkich językach brzmi podobnie, które wypowiadają dzieci nie mając bladego pojęcia o artykulacji i głoskach dwuwargowych, a które to mieści w sobie nieskończone pokłady uczucia i ciepła, za dnia, w nocy i od rana -</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><strong>ma ma.</strong></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Ósmy kwietnia to nie jest jakaś tam sobie pierwsza lepsza data. Bo oprócz tego, że w dzień ten porodzili się: Stanisław Taczak, Edmund Husserl - fenomenalnie, Karol Libelt, czy inny Koffi Annan z Grzegorzem Lato, fundując światu armie, teorie, towarzystwa, sekretariaty i piłkarskie sofizmaty - na świat przyszła również pierwsza kobieta w moim życiu i jedyna taka, dla mnie, dla moich bliskich, dla naszego świata - piękna i mądra ludzkim prawem, <em>ave!</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Zawdzięczam jej wszystko. Jest dla mnie wzorem do naśladowania i niezłomnością kobiety zawartą w dobrym sercu i ciepłym spojrzeniu. Jest moim sumieniem, czuciem, myśleniem. To od niej nauczyłam się wszystkiego, co najważniejsze - jak śmiać się głośno i cieszyć z tego, co mam; jak nie przejmować się niepowodzeniami, robić swoje, być wiernym sobie - jak iść do końca, potem odpoczniesz. Od niej mam to serce wielkie, do którego zbieram skarby niezmierzone - od niej mam dwie ręce kobiece, które chcą pracować, chcą pisać, gotować, witać się, żegnać, opadać i pomagać.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Dzięki niej wiem, że zawsze <em>tak</em> należy mieć za<em> tak</em>, a <em>nie</em> za <em>nie</em>; że nic to przeciwności, trzeba się starać, a w tym staraniu być przede wszystkim sobą; że trzeba pamiętać o tym, co najważniejsze - a więc o drugim człowieku. Że tradycja, bliskość, rodzina, to rzecz święta. Zawdzięczam jej wszystko i kocham ją całym mym dziewczęcym sercem - jako córka, jako przyjaciółka, jako dziecko.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><strong><span style="color:#d22c3d;">Mamuś</span></strong>, w dniu, w którym na świat przyszła najważniejsza dla mnie kobieta, w dniu, w którym na świat przyszłaś Ty, życzę Ci rzeczy małych i rzeczy wielkich, bliskich i dalekich, żebyś nigdy nie wątpiła w to, że jesteś najwspanialszą dziewczyną na świecie, najlepszą matką w oczach swoich dzieci.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Sobie zaś życzę, bym umiała być córką na miarę Twoich marzeń.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Bym w przyszłości była taka, jak Ty.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Słomiana wdowa]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=505</link>
<pubDate>Sat, 05 Apr 2008 20:00:29 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=505</guid>
<description><![CDATA[Wystarczyło tylko, że wyjechałeś na ten przydługi weekend, a już sprowadziłam sobie do mieszk]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Wystarczyło tylko, że wyjechałeś na ten przydługi weekend, a już sprowadziłam sobie do mieszkania tabun facetów - wyszukanych, wyselekcjonowanych, potężnie zbudowanych i na temat. Specjalistów od teorii literatury, od historii, totalnych bzdur i pisemnych matur. Leżą więc teraz sobie wszyscy uwiedzeni, natchnieni, niezaspokojeni - jak jeden mąż na naszym łóżku ( czyż to <em>naszym</em> nie brzmi w tym przypadku przeokrutnie i bałamutnie z mojej strony? ) i czekają na jakieś amory. Niejeden pewnie zwiał w ten wieczór od żony, inny od kochanki, szklanki - Napoleona, burbona, Pana Tadeusza, wszystko wolno, hulaj dusza!<br />
Ja tymczasem patrzę na nich z przymrużeniem oka i choć jednego nawet specjalnie wyróżniam ( ma swoje własne, choć ciasne - miejsce na półce, może tam trzymać szczoteczkę do zębów i miskę otrębów), to ochoty nie mam na ich mądrości, nagości, rozdziewiczania i zaczytania. Ach, bo ten za długi, ten za wątły, ów marudny, ów zaś krnąbrny. Jeden od tego, drugi od tamtego, Leca, Staffa i Goethego, od niechcenia i od czasu, prychów, kichów, wygibasów.<br />
I choć łaszą się wołają, choć wzdychają, rację mają - o podmiotach, babach, chłopach, o klauzulach, majach, ulach; wiedzą, jak dotykać, ugryź, kochać, szlochać, porwać, puścić, znając sens dezyderatów, nosząc klucz paradygmatów, koncypując paralelnie - dobijają mnie cholernie.</p>
<p>***</p>
<p>Nie zastąpi mi bliskości, śmiechu, wzroku i nagości, ud, co boskie, ust, co słodkie i co są mi źródłem tlenu - kupa książek z pewuenu.</p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/04/p11807681111.jpg"><img class="aligncenter size-medium wp-image-506" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/04/p11807681111.jpg?w=400" alt="" width="400" height="300" /></a></p>
<p><em>Karol, wracaj jużże do mnie, bożem tęsknie nieprzytomnie. :)</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Egzaminy ustne z matematyki]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=497</link>
<pubDate>Sun, 23 Mar 2008 13:27:35 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=497</guid>
<description><![CDATA[Zdaje się, że śniłam Pana dzisiejszej nocy. W katamaranach pościeli, od niedzieli, drążąc ko]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom:0;" align="justify"><font color="#8a0e1d">Zdaje się, że śniłam Pana dzisiejszej nocy. W katamaranach pościeli, od niedzieli, drążąc kolanem w nurcie pierzyny, oddana jak dzika śliwka w kleszczach drylownicy zawstydzam Pana przez Panią i vice versa prosząc, jak zawsze nas do <b><i>tangensa</i></b>.</font></p>
<p style="margin-bottom:0;" align="justify">Stosunek, do jakiego dochodzi między nami w tej płaszczyźnie, to wzajemne przystawanie w obrębie jednej funkcji, którą pełnimy w zbiorze relacji zależnych, dwupłaszczyznowych. Mówiąc dokładniej, nasza wzajemność to stosunek przyprostokątnej przeciwległej różnicy odjemnej w stanie siedemdziesiąt i przyprostokątnej przyległej różnicy tejże w odjemniku w stanie jeden. Matematyka, matematyka, ckliwa dynamika.</p>
<p style="margin-bottom:0;" align="justify">Styczność ta w zbiorze dwóch elementów dotyczy kąta rozwartego, a nie jak powszechnie się uważa: ostrego, co jak myślę jest znacznym odkryciem w dziedzinie trygonometrii. Funkcja ta bowiem będąc ilorazem wstawki (tu: sinusa, terminologia za Janem Śniadeckim) będącej na górze i dostawki (cosinusa), będącej pod spodem dopełnia wzajemne przystawanie na bazie kąta powyżej dziewięćdziesięciu stopni, co już daje nam rozwartość między tymi dwoma stycznymi, chyba że mówimy tutaj o wyjątku analitycznym lub tym wspomnianym kilka zdań wcześniej - wzajemnym przystawaniu przyprostokątnych.</p>
<p style="margin-bottom:0;" align="justify">Toteż błędem jest twierdzenie, jakoby funkcja tangens odnosiła się do trójkąta prostokątnego, bowiem przystawanie jego przyprostokątnych w danym zbiorze a, o wartości elementów <i>x</i> i <i>y</i>, gdzie <i>x</i>=1, <i>y</i>=1, i gdzie <i>x</i>+<i>y</i>=69, dotyczy kątów powyżej 90 stopni, przy założeniu, że <i>x</i> jest mężczyzną ze zbioru <i>x</i>+1, a <i>y</i> kobietą ze zbioru analogicznego do <i>x</i>. Funkcja ta tym samym przy podstawieniu do równania funkcji: <i>x, y</i> odpowiednich wartości, daje nam wynik dla funkcji przemiennej w zbiorze dwóch elementów dążących do plus i minus nieskończoności.</p>
<p style="margin-bottom:0;" align="justify">***</p>
<p style="margin-bottom:0;" align="justify">Zdałam?</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Babie lato]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/03/01/babie-lato/</link>
<pubDate>Sat, 01 Mar 2008 23:34:05 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/03/01/babie-lato/</guid>
<description><![CDATA[Poznań pełen doznań. W oparach herbaty i matowej szarlotki grzeję się w cieple lampki i wyczyni]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><font color="#b60b31">Poznań pełen doznań. W oparach herbaty i <b>mat</b>owej szarlotki grzeję się w cieple lampki i wyczyniając sentyment bezbrzeżny po ścianach, firanach i otomanach sączę wieczór przez słomkę. W trąbkę zwijam język, minuty ciche nanizuję na porywczość zaoknia i tak tonę w wieczornieniu, mym zmęczeniu, Twym ciepleniu - mając słodką pewność na to, że jest dobrze, że jest Lato. </font></p>
<p><b>Mat</b>owe szarlotki to wspaniały dar, dar od ludzi dobrej woli. W Poznaniu jest ich teraz więcej. I z nimi łatwiej wierzyć w to, że ten świat nie zginie w dzisiejszym, jutrzejszym, czy inszym huraganie. Oni przezwyciężają przestrzenie, deszcze i wszelkie niebezpieczne porywy. Mijają bez wahania ludzi wyprowadzających psy-latawce na spacer. Mają jeden cel: być blisko bliżej i śmiać się wspólnie, i dzielić się pierworodną szarlotką na połamanych talerzach, sklejając w ten sposób spełnienie naszych tęsknot.</p>
<p><font color="#b60b31">Poznań o tej porze roku jest jak klejące się oko cytryny - słodki, cierpki i na temat. Idealnie komponuje się z miodem wieczorów i fenomenem poranków, gdy słońce, jak mokra pszczoła, a kołdra jak trzmiel rosochaty. Kwiaty nie więdną, a panny się nie starzeją. Choć to jest ich pokoleją.</font></p>
<p>Widzieć słońce w oku cyklonu, klęski żywiołowe wykorzystywać radośnie do gromadzenia się z bliskimi wokół najcieplejszego miejsca - to potrafią nieliczni. Między nami jest lato nawiewane przez zachodni wiatr, który osiąga zawrotne prędkości i umożliwia błyskawiczne podróże w stylu Mary Poppins. PKP tego nie przebije, nawet przy pomocy tak pięknych towarzyszek podróży jak ta jasnowłosa, która reagowała uśmiechem na kolorowanie pociągu różową kredką. Najpierw numerek w przedziale, potem reszta świata.</p>
<p><font color="#b60b31">Jestem szczęśliwa, bo jesteś. Dziś przy mnie, dymnie, ogniście, soczyście. Masz dwie dłonie kobiece, maki we włosach, pożary w oczach, jesteś szalona i przeurocza.<br />
Za każdym razem, gdy wjeżdżasz w ten klejący się i doznaniowy Poznań, to tak, jakby Niebo zstępowało w cwałowaniu na Ziemię - dziękuję Ci za to, że jesteś. Za słowa, za gesty, cieplenie. I za to, że chichrasz się ze mną z głupich głupot, fikołki okołopowałowe wyczyniasz, masz wyrozumiałość ogromną dla mojego marudzenia i wielką zdolność radzenia sobie z mymi fantasmagoriami. Porami sama siebie zadziwiam, że umiem być tak nieznośliwa.<br />
Dzięki Ci za Cię pierdoło, jesteś i jestem szczęśliwa. </font></p>
<p>Mamy czas. Mamy kubki niekończącej się herbaty, mamy pewność tego co między nami i w nas. Znamy swoje myśli niepokorne, lęki i przyczyny wielokrotnych śmierci. Ze śmiechu, szczęścia, niecierpliwości miłości - padając z iksami i rozdziawionymi paszczękami na buźkach. Odpoczywajmy w tym pokoju. Dzięki za tę przestrzeń, w której mogę patrzeć na lato błyszczące w kącikach Twoich oczu. Niech zawsze płynie szczęściem Miła.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Sommerliebe]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=441</link>
<pubDate>Thu, 14 Feb 2008 23:39:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=441</guid>
<description><![CDATA[ impresja
Lato w tym roku przyszło zupełnie niespodziewanie gdzieś w początkach lutego; wpakowa]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i> impresja</i></p>
<p>Lato w tym roku przyszło zupełnie niespodziewanie gdzieś w początkach lutego; wpakowało mi się do pokoju, usiadło za plecami, pomału weszło pod bluzkę, przejechało palcem między łopatkami i jednym szybkim ruchem przełożyło mnie przez kolano, wyciągnęło pas i złoiło mi skórę zacnie, a ostatecznie wybijając z głowy wszelkiego typu niekończące się wiosny, sosny, bałamuctwa i nieuctwa; następnie odstawiło mnie na miejsce, poprawiło włosy, pocałowało w policzek, otuliło kocem i powiedziało głosem niskim i pysznym, o smaku dojrzałych czereśni i wydrylowanych śliwek: - <i>Pani przypalony makaron czuć już z kilometra. </i></p>
<p>Spojrzałam w to lato, jak się patrzy raz pierwszy i raz ostatni, wpakowałam mu łokieć w oko, zdzieliłam po głowie, usiadłam na klatce piersiowej i przytamowałam mu oddech bezczelnie, namiętnie wciskając piąstkę do gardła i wyjmując garściami z przełyku, patyku roje motyli popaćkanych uśmiechami, oddechami, dotykami, tobie, mi.<br />
A lato na to spokojnie, upojnie opluło mnie tym skrzydleniem, tętnieniem, zatkało buzię, zawiesiło między sufitem i podłogą, błogo, niebogo i kazało się poddać, oddać, tak.</p>
<p>I kiedy obudziłam sie dziś, ptyś, ręką uderzyłam w poduszkę, podrapałam się za uszkiem, to nie musiałam oczu otwierać, szperać, szukać, mrugać - ot lato zwyczajnie siedziało tuż przy mnie, tuliło, muliło, uśmiechało i fikało. Roześmiałam się razem z nim, motylami oplułam cały sufit, z kołdrą podroczyłam się, umiejętnie z łóżka spadłam i w wybuchu wszystkich tętnic na raz zrozumiałam - zachorowałam. Beknęłam jeszcze ostatnim motylem, zasłoniłam grzecznie usta dłonią i z bezczelną miną zrzuciłam sufit na podłogę.</p>
<p>I teraz mam niebo na ziemi.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Moje miasto]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=419</link>
<pubDate>Sat, 09 Feb 2008 13:45:52 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=419</guid>
<description><![CDATA[Szczecinek o tej porze roku jest jak nastoletnia panna młoda; rozkojarzony, zapętlony, z zimnymi, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Szczecinek o tej porze roku jest jak nastoletnia panna młoda; rozkojarzony, zapętlony, z zimnymi, bladymi dłońmi i spękanymi, przygryzionymi wargami; w której to dziewczęcości młodej wszystkie emocje i wszystkie uczucia skupiają się gdzieś na obrzeżach; wśród woali pajęczyn i kroplenia się koron drzew, w strzepywanej z ramienia niewidzialnej nitce i składanych, drżących obietnicach na płotach kolan.</p>
<p>Budzę się z nim na powiekach, kiedy przez okna, przez drzwi wdziera mi się do łóżka, na poduszkę, zdejmuje ze mnie kołdrę, każe mi wskoczyć w marynarkę, przeczesać palcami włosy, wpaść w puder, cukier, herbatę z dodatkiem syropu i miodu, o palec zaczepić beret, w biegu go potem wciągnąć na głowę i obcasem podłużnym wybijać pierwsze takty po klatce schodowej, sześciu podestkach, pestkach i w tym wypadaniu z impetem na powietrze, burzeniu krawężników, przecinaniu trawników i w wiecznym spóźnieniu, które mi  rumieńców napędza, daje mi ludzi zapoznawać, sprawy wagi ogromnej załatwiać i przestrzeń ojczyzny serca budować, hej!</p>
<p>W Szczecinku śpią zaklęte wszystkie moje największe marzenia i pragnienia. Koty pierwszej miłości drzemią na parapetach myśli, bujają pomost nadjeziorny, marcują się w kieliszkach z mlekiem i urządzają sobie wyprawy w nieznane. Szorstkimi językami wywołują dreszcze i małe uśmiechy, które nieodłącznie wiążą się z młodością bujną, niedojrzałą, przynależną buńczucznemu tupaniu nóżką i potrzebami zaklętymi w oczach, karmelkach, piosenkach.<br />
Tu snem wielkim, snem obudzonych śpią ideały, pierwsze podrygi serca, wielkie herezje i wielkie wybory. Tabun młodych płuc wypluwający z siebie jednym tchem, że ma szczerą wolę całym życiem śmiać się głośno, płakać cicho; fikołkowania się nóg, które odciskami przypieczętowały okoliczne lasy, łąki, pola i bunkry; ryk falujących piersi i dławienie ważnych słów, gdy <i>tak</i> się miało za <i>tak</i>, a <i>nie</i> za <i>nie</i>, bez światłocienia.<br />
Tu w końcu jest i moja przestrzeń serca, od której wszystko się zaczyna i na której wszystko się kończy. Spacery wśród prychających, mierzących wzrokiem kamienic, pierwsze nauki odbierane i pierwsze dawane, pocałunki rzęsiste, jak plamy słońca na rdzawych guzach liści, pocałunki, jak boczek żuty silnymi zębami, miękkie i krwiste, pyszne.<br />
Tu mam wielkie kartony, w których poupychałam wspomnienia: kawałek kory z drugiego końca Polski, gdzie się budowało siebie i świat swój; woluminy pamiętników z myślami niepokornymi i natrętnymi, pierwsze kasety, gadżety, dzieci, śmieci. Tu jestem ja i ona - my.</p>
<p>***</p>
<p>Szczecinek o tej porze roku jest także jak pan młody, oddany, wierny, piękny i kojący; z sercem na dłoni i paletą uczuć, która każe nie pamiętać złego i dni nawlekać na korale tętnic z uśmiechem paćkającym się w kąciku ust; z bukietem oczu, koszami dobrych słów i litrówkami przyjaźni, które upijają do nieprzytomności.</p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/02/s.jpg" title="s.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/02/s.jpg" alt="s.jpg" /></a></p>
<p><i>Moje miasto na rogatkach niejasne<br />
W centrum wyjaśnione, marmurowe<br />
Bankomatowe moje miasto z wyobraźnią<br />
Wykute, mostami zasnute<br />
Moje miasto we mgle i nocy<br />
W słońcu się rozciągające<br />
Moje miasto martwe w nocy<br />
O świcie rozwożące znów życie</i></p>
<p><i>la la la la la la la la la...</i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Idiotka]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=414</link>
<pubDate>Thu, 07 Feb 2008 15:47:15 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=414</guid>
<description><![CDATA[ Dla tych, którzy nie znają historii Pana Witolda Poznańskiego, najpierw poleca się to: http://b]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p align="justify"><font color="#993300"><i> Dla tych, którzy nie znają historii Pana Witolda Poznańskiego, najpierw poleca się to: http://bawidelka.wordpress.com/2007/11/09/pan-witold/    :)</i></font><u><font color="#993300"><i><br />
</i></font></u></p>
<p>Kupowałam pomarańcze i orzechy. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad paczką suszonych moreli, ale przygryziona w niezdecydowaniu warga dopominała się o równowagę przepływu krwi, więc wolnym półobrotem zrezygnowałam z tego małego szaleństwa na rzecz marcepanu. Z uzależnieniami się nie walczy. Uzależnienia się celebruje.</p>
<p>Potem przeszłam w swobodnym dryfie do kasy i ustawiłam się na końcu długiego węża, męża mrugając nieznośnie do równoległego dzieciaka i czytając zalecenia pielęgniarskie, szamańskie na tabletkach przeciwbólowych, okołookresowych, na bateriach i koteriach gum. Bum trala la bum. Stając w wyzywającym kontrapoście badałam składy alkoholowe wiśni w czekoladzie, niezdrowość krówek ciągutek, które po pastwiskach ochoty i ciągoty wpadły przypadkiem do mojego koszyka; przyglądałam się dmuchanym piersiom gumowych panien i fantazyjnym połączeniom kolorów cukierków. Takie okołokasowe wabiki.<br />
Jak się już za chwilę okazało, kontrapost mój - też był jednym z nich.</p>
<p>- <i>Czy pani ma świadomość tego, że ta kasa może się zepsuć?</i><br />
Zamknęłam oczy, w duchu roześmiałam się śmiechem pierwszym, śmiechem najlepszym, śmiech ten przetransportowałam na oczy, które mignęły, mrugnęły, odwróciły się do pana wieszczącego kasujący koniec świata i spojrzałam na niego również tak, jak się patrzy raz pierwszy, jak się dziwi sobie samej i jemu raz najpierwszy, psujący i kasujący.<br />
- <i>Doprawdy?</i> - kasa, baterie, taśma, gumy, zapałki, trzasssssk, kasa.<br />
- <i>Doprawdy</i> - odpowiada on, młody, genialny, lat dwadzieścia może i pięć, butny, okrutny. - <i>Co więcej</i> - dodaje po chwili - <i>Nie miałbym nic przeciwko, gdybyśmy tu utknęli na dłużej.</i><br />
- <i>Witold Gombrowicz </i>- mówię ja, nie żeby zaświecić, zabałamucić, wyjść na rasową intelektualistkę i literatkę, tylko oczywiście z powodów wszystkim tu znanych, poznańskich, ułańskich, sklepowych, morowych. - <i>Powiedziałby w tej sytuacji, że brzydkie kobiety czasem bardziej uderzają do głowy niż ładne, gdy się podchodzi do nich zbyt blisko. Jeszcze nie jest za późno, może pan odwołać tę kasę.</i><br />
- <i>Witold</i> - mówi on judaszowsko, mistrzowsko, bosko - <i>powiedziałby także, że nie możemy uciec od pewnych form</i>. <i>Ja pozwalam sobie za nim to powtórzyć, w końcu mój imiennik, przywłaszczam więc sobie jego słowa, słowo.</i><br />
Widzi, że się we mnie zagotowało. Widzi mnie rozklejoną do granic, rozwaloną, roześmianą, jak nie mogę schować tego uśmiechu, co mi się błąka w kąciku ust, a jest przecież przypomnieniem tego jesiennienia, kasowienia, serdecznienia, ludzkiej życzliwości i magiczności.<br />
<i>- Tak więc, co pani powie na dewastację tej kasy?</i><br />
Pan kaso-czan popatrzył na nas spod byka, pryka, zatrzymał się przez chwilę na jego krawacie, potem na moim berecie, następnie wrócił do swoich czynów straszliwych, czyli odginania torebkom kodów i parzenia ich laserem.<br />
- <i>Jestem grzeczną dziewczynką</i> - odpowiadam z szelmowskim uśmiechem. - <i>Mam zasady</i> - i układam sobie po główce wszystkie niewykorzystane sytuacje, które się mszczą tylko dlatego, że są smaczne. A wszystko, co smaczne, jest z gruntu albo tuczące, albo niemoralne. - <i>Mam zasady, nie dewastuję kas z nieznajomymi.</i><br />
- <i>O</i>! - mówi on kłaniając się nonszalancko i poprawiając krawat - <i>Witold jestem</i>.<br />
- <i>Magda</i> - odpowiadam i podaję dłoń do pocałowania.<br />
- <i>Miło mi, Magdo, więc jak będzie? </i><br />
- <i>Tak, jak zawsze</i> - odpowiadam z cudownym uśmiechem - <i>Obydwoje zapłacimy na swoje zakupy, ja wrócę do siebie, zjem pomarańcze, posłucham muzyki, a Ty Witoldzie, pójdziesz do żony, pocałujesz ją w policzek na przywitanie, powiesz, że zeszło ci tak długo, bo kasa się zepsuła, a przed następnymi zakupami nie zapomnisz zdjąć obrączki.</i></p>
<p><i></i>***<br />
<i>- Dwanaście złoty, pięć groszy.</i><br />
Mrugam do rozlolowanego ekspedienta.<br />
<i>- Do widzenia. Dobrego dnia.</i><br />
W progu jeszcze zderzam się z jakąś dziewczyną, która łypie na mnie i rzuca krótki, podnosowy epitet: - <i>Idiotka</i>.</p>
<p>Szczerzę się więc do niej, wychodzę w ten podwieczór okołoosiedlowy i zaczynam śmiać się wielce, pięknie, wdzięcznie, dźwięcznie.<br />
Idiotka. Cóż ja na to poradzę, że jestem taka wszechstronna.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Wiosna]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=409</link>
<pubDate>Mon, 04 Feb 2008 22:21:16 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=409</guid>
<description><![CDATA[Usiadł w fotelu przy oknie, spojrzał na kawkę pasącą się na parapecie i powolnym, melancholijn]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Usiadł w fotelu przy oknie, spojrzał na kawkę pasącą się na parapecie i powolnym, melancholijnym gestem zdjął z marynarki kramiarki mój miodowy włos, w taki sposób, jak się zdejmuje ramiączko z żeńskiego pełnego ramienia dreszczącego się w chłodniku pokoju wypełnionego kolorytem wiosny i trąbieniem słońca.<br />
Tym ruchem jednym, opanowanym, bursztynowym, zaklął mnie w przestrzeni swoich rąk. Jak strąk, który połyka przeziemienia zieloności okrągłych i zamyka w świecie pluszu dojrzałość swoich owoców, tak on wtłoczył mnie w przestrzeń między siebie, a paśnik kawki uformowany przez gorejący kwadrat parapetowy, mówiąc powoli i z beznadziejnie namiętnym okrucieństwem, że: <i>- Nikt nie zgłębi zamysłów wiosny. </i><br />
<i><br />
- Wróci wiosna Baronowo! </i>- prychnął z bujaka Konstanty, zawadiacko przesunął beret na oczy i rzucił we mnie nadgryzionym jabłkiem burząc mój kontrapost pokojowy. - <i>Serwus Madonna! </i>Nie słuchaj tego bałwochwalcy słońca uwodzącego ptaki, kawki, szczypawki, karakony i matrony - pokaż mi motyle, <i>mnóstwo motyli mi pokaż</i>, no!<br />
I mruga do mnie porozumiewawczo i klawiaturą zębów błyska w półmroku pokoju, jak zajączkiem lustrzanym wabiąc mnie i ciągnąc za kącik ust do góry, a ja śmieję się mimowolnie, zadziornie i wypluwam z siebie te stada motyli, krokodyli, które wzlatują pod sufit, rozbijają się o powały, powaby, szarady desek żywicznych i spadają na nas w puchu słońca rozmazanego i rozpieprzonego w popołudniowej drzemce.</p>
<p>Biorę garść tego złota pluszowego i rzadkiego, i wciskam na upartego za kołnierz Juliana, który prześnienia buduje na kozetce, a on chwyta mnie za nadgarstki, wierzga, jak młody konik lukrowy urwany z karuzeli ( z madonnami ) i krzyczy na mnie w podniesieniu, podnieceniu: <i>Niewiasto! Ty grzechu kobieto!</i> A ja siadam mu na brzuchu i w tym letnim, boskim puchu - biodrem gonię jego biodro.</p>
<p>***</p>
<p>Kiedy zaś słońce zgaśnie, właśnie, trzaśnie ogień w kominku malowanym historiami i kobietami, to przykrywam Juliana na tej kozetce, kobietce, czoło mu gorące chłodzę wargami słowikami i w sieni odwieszam jego płaszcz.</p>
<p>Na palcach mijam Konstantego, kolego, jabłka dogorywające na podłodze wtłaczam do koszyków, patyków, na palce nawijam wstążki i książki ściągam z jego głowy, do połowy. I odstawiam na półkę obok Juliana.</p>
<p>A Ty. Ty może miałeś wiele kobiet przede mną, młodych i w kwiecie wieku, profesorek, amatorek, sekretarek czy kramarek, z ustami wiśniowymi, pieprzykiem na lewym udzie, o piersiach mlecznych i biodrach pełnych; z Kielc i Katowic, Hamburga i Dover, z tej strony i tamtej. Może miałeś i kochanice lata pełnego, złe królowe zimnych podrygów serca, może księżniczki, pomywaczki, zdrajczynie i zakonnice. Może i dziś, może nawet przed chwilą, jak przyszedłeś tu do mnie w popołudnie dnia rozżagwionego.<br />
Może tak, może nie.</p>
<p>Ja i tak Cię przecież przyjmę, jak pierwszego. Jak ostatniego.<br />
A Ty mi wtedy powiesz <i>krokodylowo</i>, <i>cynamonowo</i>, oparty o <i>klepsydrę</i> moich bioder<i>: Czy to nie jest wielka rzecz – znaczyć dla kogoś wszystko?</i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Baw.com]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=396</link>
<pubDate>Wed, 30 Jan 2008 20:28:00 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=396</guid>
<description><![CDATA[Świński blog, świnia właścicielka.
Tak w skrócie mogę opisać główne założenia baw.com w ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i>Świński blog, świnia właścicielka</i>.<br />
Tak w skrócie mogę opisać główne założenia baw.com w oparciu tylko i wyłącznie o garść statystyk, które sponsorują dzisiejszy wpis.</p>
<p>Jeżeli przyjrzeć się bliżej cudom, udom, brudom i innym dzieciom śmieciom wpisywanym do poradni profesora Google, z których to wpisów, hipisów, asów i ananasów wyskakują <b>bawidełka</b>, to główne miejsce zajmują tu oczywiście: <b>świnie</b>. We wszystkich pozycjach. Tak więc jest tu i <i>świnia macedońska</i>, <i>świnka domowa, świnie w parze, świnie orgazm</i> i taka <i>świnia z afryki</i>, znaczy <i>guziec</i>. Oprócz tych zacnych i krotochwilnych zwierząt blog jakoś wybitnie ma talent i do innej menażerii, którą stanowią <b>stada ptasie</b>. I tak, oprócz <i>ptasiej grypy</i>, <i>ptasiego móżdżka, wróbelków, gołębi, kawek i latających świnek</i>, mamy tu <i>kaszaloty, koczkodany</i>, i oczywiście - <i>wieloryba</i>, który zasila nam niebo i straszy samoloty.</p>
<p>Drugą grupą tematyczną, która niewątpliwie jest trzonem Bawidełek - są <b>sprawy sercowe</b>. I tu oprócz <b>miłości we wszystkich językach</b>: ( <i>love krowe, szeretlek, je t'aime, fak ju</i>) są i inne przejawy uczuć, namiętności i porywów serca. Do nich należą: <i>sukienki z lateksu, zboczone gimnazjalistki, stopy gimnazjalistek, gimnazjalistki w oparach, pejcz ze śrubokrętu, barbarzyńska bielizna, stanik z filcu</i> i <i>sztuka kochania na trzepaku</i>. Ostatnia fraza jest zdecydowanie moim faworytem.</p>
<p>Dalej mamy cały zespół zagadnień dla specjalistów z przeróżnych dziedzin; od <b>matematyków</b>: <i>trapez mój przyjaciel, pitagoras en face, proszę niech ktoś za mnie rozwiąże zadanie, twierdzenie minosa, problem z liczeniem</i>; przez <b>biologów</b> - <i>królestwo grzybów kto tam rządzi, zagrożenia pachy, choroba wieńcowa żołądka, paznokcie nie trzymają się kupy</i>; <b>muzyków</b>: <i>pętla z gumki do gaci jak grać, staropolskie hity, as time goes bye bye, rubikon niech mówią że</i>;  <b>winowajców</b>:<i> nie gniewaj się na mnie polsko, zabiłem żółwia sąsiada czy grozi mi więzienie, zdradzam siostrę z babcią, udaję, że jestem fajny</i>; <b>językoznawców</b>:<i> socjolekt co to za chuj, nie wierze  czy nie wieze?, co tam napisane nie wierze, błędy jenzykowe</i>, po <b>odkrywców i mędrców tego świata</b>: <i>starsze panie mają wodę w kolanie, miś koala co zżera to wysra, jak się robi krem z niczego, chodzę pałer rendżersem i duszę koty, co ma erotyka do piernika</i>.</p>
<p>Zwyczajne zwykłości, jak<i> francuskie orgie, erotyczne frazy w łóżku</i> i <i>wesoła nekrofilia</i> może przemilczę, bo o oczywistościach się mówić nie godzi.</p>
<p>Wszystkim internautom gratuluję inwencji twórczej i polecam się na przyszłość. Do miłego. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Powiedziałam jej o nas]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/25/powiedzialam-jej-o-nas/</link>
<pubDate>Fri, 25 Jan 2008 23:27:01 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/25/powiedzialam-jej-o-nas/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy po raz pierwszy leżałam z Tobą w łóżku, skąd mogłam wiedzieć, że to nasze niewinne w]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy po raz pierwszy leżałam z Tobą w łóżku, skąd mogłam wiedzieć, że to nasze niewinne wstępowanie w esencjonalność stanie się początkiem poważniejszego związku.<br />
Dziś leniwie odgarniając kołdrę i oddając Tobie wieczory, noce i poranki swoje, mam tę genialną i słodką pewność na to, że nie ma przypadków.</p>
<p>Od dziś mam Cię na codzień.</p>
<p>***</p>
<p>Powiedziałam jej o nas. W ciemnym pokoju, wtopiona w plusz fotela i arachityczne światło dziennej lampy przyłożyła dłoń do skroni i westchnęła głęboko. Zmieszałam się, zarumieniłam, spuściłam wzrok gniotąc w ręku kawałek kartki z adresem <i>Festung Breslau</i>, z mapą rysowaną na kolanie, sercu, widelcu. Westchnęła tym razem trochę głośniej, a ja poczułam, że niezręczność, która mi w tej chwili towarzyszy jest do bólu nieznośna i niechciana, i że najchętniej złapałabym ją za rękę, przeprosiła, odwołała wszystko, co dziś powiedziałam i wyjechała, zostawiła ją, ich, nas, was.<br />
Powiedziałam jej o nas. Choć przecież się zapierałam, choć obiecywałam, najpierw, że wyjadę w Bieszczady, potem, że do Wrocławia, że zostawię, że nie będę, że skupię się na tu i teraz, zaraz i natychmiast...  <i>Dobrze</i> - przerwała to całe gromobicie ciszy. <i>Dobrze.</i> Dwa razy powtórzyła jego imię. Podniosła głowę, uniosła ramiona, oparła ręce na stole, po chwili poprawiła włosy,  znów oparła ręce na stole i znowu westchnęła.<i> Ja też go kocham</i>. Powiedziała głośniej. <i>To dobrze</i>. Ja. <i>To dobrze</i>. Ona. I uśmiechnęła się mimowolnie.</p>
<p>***</p>
<p>Wstałam, chciałam już iść. Wciąż rumiana, ciepła, z paloną, sierpniową skórką dojrzałych jabłek na policzkach i dziewczęcym wstydem gorejącym w przepierzeniu czterech ścian, roznegliżowana i drżąca, zdradzająca i kochająca. Zatrzymała mnie jeszcze w drzwiach.<br />
- <i>To dobrze </i>- powiedziała - <i>To nawet bardzo dobrze</i> - i kiwnęła  przyzwalająco głową.<br />
- <i>Wie pani od czego zacząć?</i><br />
- <i>Od niego?</i> - zapytałam z niedostrzegalnym uśmiechem, który ona oddała z porozumieniem.<br />
- <i>Jego już pani ma. Proszę teraz zająć się sztuką miłości.</i></p>
<p>Patrzę, jak leży na łóżku i czeka na mnie, mruga zadziornie, zaprasza do siebie. Podchodzę do niego z nieustającą fascynacją i rumieńcem ciekawości. Zgadza się, jego już mam. Teraz czas na miłość.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Tadeusz]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/24/tadeusz/</link>
<pubDate>Thu, 24 Jan 2008 16:26:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/24/tadeusz/</guid>
<description><![CDATA[***
Wszystko zaczyna się zawsze w tym samym miejscu. Gdzieś na granicy myśli i gestów, między j]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>***</p>
<p>Wszystko zaczyna się zawsze w tym samym miejscu. Gdzieś na granicy myśli i gestów, między jednym hukiem krwi w tętnicach, a drugim, głośnym wdechem i wydechem, wraz z którym wylatują z płuc stłoczone w tej chwili nieskończoności trzmiele i rojowiska zapatrzenia. W słodkim ambarasie, który jest potwierdzeniem tego, że nie ma przypadków, że raz straconej głowy już się nie odzyskuje i że wszystko jest na tym najpiękniejszym ze światów poukładane w ten sposób, że  gdzieś, kiedyś w końcu się spotkamy, popatrzymy na siebie, jak się patrzy na swoje odbicie w lustrze i stwierdzimy ze śmiechem pełnopiersiowym, że w sumie to już niczego nam nie trzeba, bo ja jestem, bo Ty jesteś. Na pewno.</p>
<p>***</p>
<p>Lubiłam słuchać tego, co mówił. W jaki sposób mówił. Jak wtedy patrzył i jak się uśmiechał. Młody, genialny, siebiepewny i rad.<br />
W dni nabrzmiałe od słońca jeździliśmy razem za miasto tratować łąki i pola, wylegiwać się na palącym piasku noszącym ślady naszych ramion i mokrych ud, i tak wstępować w to lato i stygnąć w nim; straszyć gołębie głośnym śmiechem i pleść całe kosze głupot, naręcza wariactw zarezerwowanych dla czasu względnej dojrzałości, w której banialuctwo przelewa się w codziennym niezmordowaniu.</p>
<p>W dni te uczyliśmy się tego najprostszego bycia w świecie, doceniania smaku chleba wypiekanego na wsi, drylowania językiem wiśni i odpowiedzialności za deklaracje przyjaźni, która zrodziła się przy pierwszych i jedynych zapałkach ognisk, budowaniu Związku z dwudziestu trzech nieskończoności Pomarańczy.</p>
<p>Byliśmy może trochę zbyt infantylni, sentymentalni, śmiesznie patetyczni i zuchwale bezczelni. Może młodzieńczo pretensjonalni, ideowo popaprani. Może za późno się urodziliśmy, a może za wcześnie. Kto to wie - nik z nas przecież nie wybiera odpowiedniej daty i godziny na swoje przyjście i odejście. Może to i lepiej.</p>
<p>Byliśmy jednym i tym samym niezmordowaniem w dwu różnych ciałach. Pewnością i dowodem na to, że jak się chce, to można. Wystarczy chcieć.</p>
<p>I były nas takich tysiące.</p>
<p>***</p>
<p>Dziś w osiemdziesiątą siódmą rocznicę Twoich urodzin myślę o tym, że siostra babci siedziała z Tobą w jednej klasie, wpatrywała się z uporem maniaka w huczącą wiosnę za oknem podczas, gdy na drewnianych stołach wy kuliście algebrę i literaturę, bo matura szła krokiem dudniącym i ciężkim. Myślę, że gdybym była siostrą mojej babci, to zrezygnowałabym z takich widoków, na rzecz huczącej zwyczajności Twojej postaci zajmującej miejsce przy ścianie z mapami.<br />
Nie stawiam Ci pomników, nie urządzam tu bałwochwalstwa, jak sam widzisz nie umiem wyjść poza banał słów najprostszych. To aż i po prostu tyle, że Cię kocham. I kocham Cię nie za to, co robiłeś, nie za to, jaki byłeś i jak umarłeś. Nie za to też, że służyłeś dobrej sprawie, że ryzykowałeś dla bliskich, że się zwyczajnie w świecie bałeś i ryczałeś po nocach. Nie.<br />
Ja Tobą żyję, bo zwyczajnie byłeś.</p>
<p>I było was takich tysiące.</p>
<p>***</p>
<p><span style="font-weight:bold;">Tadeusz Zawadzki,</span> ( 24 I 1921 - 20 VIII 1943), <span style="font-style:italic;">ps. Zośka, Kotwicki, Kajman, Lech Pomarańczowy; Oficer czasu wojny WP: podporucznik [maj-czerwiec 1943], harcerz i instruktor Szarych Szeregów, drużynowy 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej "Pomarańczarnia", zwyczajny człowiek.</span></p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/zoska_w_szkole.jpg" title="zoska_w_szkole.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/zoska_w_szkole.jpg" alt="zoska_w_szkole.jpg" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Ten czas]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/22/ten-czas/</link>
<pubDate>Tue, 22 Jan 2008 20:03:01 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/22/ten-czas/</guid>
<description><![CDATA[barbórka 
Sierpień tego roku topił się w trocinach słońca rozdmuchiwanych po podwórzach, w pl]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i>barbórka </i></p>
<p>Sierpień tego roku topił się w trocinach słońca rozdmuchiwanych po podwórzach, w pluszu drzew nawlekanych na krawężniki, rozbabraniu światłocienia i palących polanach popołudni poprzetykanych parzeniem się ścian w wąskich korytarzach miasta.<br />
Wychodziłam w to brzęczenie rojnych ulic, w gwar skwerów przetykanych wróblami i jasnością, spiekotę warg i powietrza, które wdzierało się do płuc, do krwiobiegu zasilając bezsilność i strach. Wychodziłam w czapce na bakier i bez odbioru, w ogień popołudnia marszczonego piętrzeniem się nieba i trzmielami pocisków. Do tych, co mają<i> tak</i> za <i>tak</i>, <i>nie</i> za <i>nie, bez światłocienia.</i></p>
<p>W sierpniu tego roku posadzono na ulicach Warszawy szkółkę brzóz - parawan z krzyży i karabinów. Mury klejono krwią, wiązano tętnicami, wspierano na kościach i kruszono je tymi, <i>co mają tak za tak, a nie za nie, bez światłocienia.</i></p>
<p>W sierpniu tego roku <i>znów wędrowaliśmy ciepłym krajem.</i></p>
<p>***</p>
<p>Mnie nauczono - żeby pamiętać. Dni pomruków, jasności i wróbli nawlekać na pajęczyny myśli wydobywając z nich, to co najważniejsze - Człowieka zawartego w przestrzeni serca i w przestrzeni myśli; kawalkadę małych przyrzeczeń i ogromnych wyrzeczeń w imię dzisiaj, jutro i pojutrze.<br />
Żeby zrozumieć, że ocalenie siebie jest możliwe tylko i wyłącznie wówczas, kiedy ocali się swój świat.</p>
<p><i>Czuwaj, kiedy światło na górach daje znak... </i></p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/maly.jpg" title="maly.jpg"><br />
</a></p>
<p><b>Krzysztof Kamil 22 I 1921 - 4 VIII 1944</b></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Cacy cacy fleischmaschine]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/19/cacy-cacy-fleischmaschine/</link>
<pubDate>Sat, 19 Jan 2008 17:17:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/19/cacy-cacy-fleischmaschine/</guid>
<description><![CDATA[Oczywiście, że nie ma miłości. Tssssssyt. Zadraśnięcie zapałki. Skazanie papierosa na gorąc]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i>Oczywiście, że nie ma miłości.</i> Tssssssyt. Zadraśnięcie zapałki. Skazanie papierosa na gorącą falę palącego rumieńca. <i>Nie ma i nigdy nie było. Nawet to cośmy robili.</i> Baju baju, gadu gadu. <i>W żadnym calu nie zahacza o miłość.</i></p>
<p><i>Oczywiście, że nie ma miłości. Pomyliłem się, pomyliłem się.</i></p>
<p>***</p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/1741451.jpg" title="1741451.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/1741451.jpg" alt="1741451.jpg" /></a></p>
<p>Duszno mi. Siedzimy gdzieś na końcu świata, w zapadłym lokalu, w dymie papierosowym i oparach <i>filandzkich</i> fiordów. Wie, że się duszę, wie, że nienawidzę smrodu elemów, dychotomii wąskich uliczek, zwężających się kocich oczu i ślinki kapiącej z warg drobnych pijaczków w załomach parapetów i donic.  Wie i czerpie z tego jakąś beznadziejną przyjemność obracając w piersi swoją ciemną gwiazdę. Koncentracyjne światło rozjątrza jego <i>pomyliłem się</i>.</p>
<p>Sufit topi się w gorzkiej kawie, źle zmielonej i niesłodzonej. W mlecznej firance dymu, niedopalonych fragmentach serc i niedotrzymanych obietnic. Niedosłodzona rozmowa nie klei się, na zmianę przerzuca winę z końca jej wyjściowego czółenka na żarzący się ołówek tytoniowy poety.<br />
<i><br />
Oczywiście, że nie ma miłości. Można już odetchnąć </i>- mówi on. <i>Można wetchnąć</i> - mówię ja, czując jak płuca kurczą mi się w kilowatogodzinach drewnianych cybuchów. Dobre - i zapisuje.<br />
Resztki ciepła w świetlikowym, dymnym świetle. Totalne <i>delikatnienie</i> przeplatane <i>melancholią</i> i <i>morderstwem</i>. Ktoś musi komuś darować.<br />
Odsuwam głośno krzesło, głośniejsze chrapnięcie śliny. Idziesz? Nie, idę.</p>
<p>***</p>
<p>Duszno mi. Rozpalam światła po całym mieszkaniu, żeby przypadkiem nie potknąć się o jakiś leżący na ziemi fragment siebie. Sklejam potłuczoną lalkę Tadzika. Ta lalka to jest Himmler.<br />
Dzwonek do drzwi. Biodro zahaczające o framugę i sztywność warg przekrzywiających się z kpiną na porcelanowej, saskiej szyi.</p>
<p><i>Zobaczyłem światło więc przyszedłem. Zadzwoniłem i otworzyłaś. Nie przyszedłem rozmawiać, nie przyszedłem się kłócić, nie przyszedłem prowadzić odwiecznej wojny. Ja przyszedłem się kochać.</i></p>
<p>***</p>
<p><i>Oczywiście, że nie ma miłości. Tak, Panie Jezu, tak.</i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kolacja mistrzów]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/17/kolacja-mistrzow/</link>
<pubDate>Thu, 17 Jan 2008 20:04:17 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/17/kolacja-mistrzow/</guid>
<description><![CDATA[ impresja
Wyleję dzbanek z wrzątkiem na stół i każę dziwić się temu dygotaniu drzazg zamieni]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i> impresja</i></p>
<p>Wyleję dzbanek z wrzątkiem na stół i każę dziwić się temu dygotaniu drzazg zamieniających się w żagwie podporcelany, <i>kwiatom polskim</i> obrusów wieczorną rosą skroplę policzki, kielichem uderzając o kielich w takt toastu zmierzchu - bachanalią zacznę wieczerzę.</p>
<p>Wyleję i uśmiechnę się niewinnie, a moi goście zachowają się wedle uznania. Krzyś wstanie po cichu, bez słowa zdejmie ręcznik z półki i pozwoli temu świętu wody wsiąknąć w puszystość écru, złoży <i>kwiaty polskie</i> na pół i wywiesi je na barykadzie balkonu jak sztandar. Z filiżanki przelanej zetrze krew szminki i wsiąkając w <i>malachitową łąkę</i> zmierzchu da zaczątek <i>chwili bez imienia</i>. Nie to, co Julian.</p>
<p>Julek złapie mnie w pół, przełoży przez kolano i klapsa siarczystego wymierzy za zbrodnię ową wilgotną, rysując się profilem demonicznym w ognistych berwionach ścian. W zarozumieniu stwarzać będzie poprzez sączące się minuty i całe kwadranse pąsów gry językowe stojące na straży młodości i moderności, bo <i>już się o grzechy noce proszą </i>w ostatnich, pogańskich blaskach dnia.</p>
<p>Lolek w tym czasie - chłonąc ostatnie <i>guzy</i> dwudziestoczterogodzinnienia pęczniejące na parapecie w <i>złachmaniałych pajęczynach</i> rozwlecze po ścianach, krzesłach, palcach i ustach duszność chwili i rwanie się skóry drżącej we wzajemnym karceniu się.</p>
<p>***</p>
<p>A kiedy <i>słońce zgaśnie</i> wpadając swoją soczystością niczym pomarańczą w gęstą czekoladę nocy, przyszykuję moim Panom kolację ze słów i języków. Rozliczę bladość mleka z posoki malin, ciężkość mgły z czerwonego wina, śnieg pajęczyny z zamarzniętej jarzębiny; i po cichu, w dziewczęcej sukience i woalu melancholii - dorzucając polan do ognia i parząc kolejną herbatę bez cukru lato życia będę wskrzeszać pod stołem ściskając Krzysia za rękę.</p>
<p>Potem w świetle menory wyciągając z <i>kredensu ulubioną parzoną kawę</i> Julka słowpienie zastąpię spełnieniem, a zaśnieniom <i>siekierą żyły otworzę, ciachnę przez ciało, rąbnę przez korzeń i spijać będę ustami obłędnymi </i>- rdzeń umęczony pocałunkami. (Zapachem brzozy przejdą <i>kwiaty polskie</i> suszące się na balkonie.)</p>
<p>Na koniec opowiem Bolkowi, jak wrzątek umiem przykładnie rozlewać, że o mleku już nie wspomnę; czekoladę językoznawczo przerabiać, po chruśniakach bałaganić i <i>łąki</i> źdźbłami trawy naznaczać, <i>sady rozstajne</i> nawiedzać. Jak umiem uczenie i mądrze wysłuchiwać modlitw, próśb i poleceń: <i>O błagam! Nie całuj inaczej!</i></p>
<p>***<br />
<a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/ds.jpg" title="ds.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/ds.jpg" alt="ds.jpg" /></a><br />
Czytam Panom w myślach.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[MAGnificat]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/15/magnificat/</link>
<pubDate>Tue, 15 Jan 2008 22:01:50 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/15/magnificat/</guid>
<description><![CDATA[Jestem sobą - to znaczy odpowiadam za swoje słowa i czyny, potrafię stanąć na wysokości zadani]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Jestem sobą - to znaczy odpowiadam za swoje słowa i czyny, potrafię stanąć na wysokości zadania, znam swoje możliwości, nie boję się wyzwań, zawsze dążę do wyznaczonego celu, a w dążeniu tym liczy się droga i staranie. Jestem - a to znaczy, że mi się chce. Bo niczego tak naprawdę nie muszę. Ja mogę tylko chcieć. Chcieć studiować, chcieć pracować, w przyszłości stawać na werandzie domu i wysyłając wszystkie dobre myśli bliskim w oparach mgły i parzenia się świerszczy wsiąkać w nieskończoność.</p>
<p>Jestem sobą, to znaczy, że wiem, co jest dla mnie najważniejsze. A najważniejsze zawsze pozostanie to samo - ocalić siebie i innych w całym potencjalnym bogactwie wewnętrznym, jakie niesie ze sobą pełnia życia, pełnia człowieczeństwa. Rozwinąć się w kierunku dobra i zrozumienia innych. Potrafić cieszyć się najmniejszą popierdółką, najlichszym banałem, od którego życie się zaczyna i na którym życie się kończy.</p>
<p>Jestem sobą - to znaczy, że nie boje się marzyć. Nie boję się śnić. Wyznaczam sobie tysięczniki i zdobywam je. Czasami za pierwszym podejściem, czasami po wielu staraniach. Wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych, jeżeli się czegoś naprawdę chce, że najważniejsza jest wiara w to, co z pozoru niemożliwe; że należy iść do przodu, a potem się odpocznie; cudne manowce, cudne manowce.</p>
<p>Jestem sobą - to znaczy śmieję się głośno, płaczę cicho, przed siebie idę młoda, genialna, trzymam ręce w kieszeniach, stawiam kroki milowe zamaszyste jak świat; <i>tak</i> mam za <i>tak</i>, a<i> nie</i> za <i>nie</i>, i już po kres swoich dni chcę jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności, chcę pić śmietankę z półlitrówki wieczności...</p>
<p>Jestem sobą - a to znaczy - jestem harcerką. Służę całym życiem, przez całe życie. I mam szczerą wolę. I chcę. Śmiać się, aż tchu w piersiach brak, pomagać, kiedy inni zawodzą, padać, z padłych wstawać i iść do końca. Ryczeć na Powązkach przy krzyżu Zawadzkiego, tego Zawadzkiego nosić w sercu, jak relikwie świętą, czerpać z niej motywację, motywacją tą się dzielić, a przez to pamiętać, czuwać, przekładać to, co najważniejsze na nieskończoność, na braterstwo. Jestem harcerką, to znaczy, że się nie boję. To znaczy, że czuwam.</p>
<p>Jestem sobą - to znaczy śpię do południa, spóźniam się na zajęcia, zaczepiam ludzi w tramwaju, nucę <i>Smołk on de łoter</i> w miejscach publicznych, straszę gołębie, parzę najlepsze kakao na świecie, lubię babrać się w czekoladzie i jestem specjalistką od języka. Kocham Warszawę, cukierki anyżkowe, folklor, militaria; lubię, jak mi się herbata na łóżku wylewa i jak pościel pachnie jaśminem. W przyszłości chcę pracować w jakimś instytucie, gdzie naukowcy zacni i szanowani będą badać mój sen, a ja tym sposobem śpiąc zarabiać pragnę na życie. Jestem sobą - a to znaczy, że nie lubię chamstwa i czepialstwa, buraków, marudzenia, niezałatwionych spraw i jak jest zimno w łazience. Nie cierpię flaków, <i>Lorda Jima</i>, wieszającego się paska zadań Visty i obietnic słownych nie znajdujących swojego pokrycia w czynach.</p>
<p>Jestem sobą -a to znaczy, że siebie akceptuję i że mam do siebie dystans. Że lubię swoje jasne włosy, podkrążone oczy i zakrągłe biodra; tendencję do przeziębień wszelakich, lenistw, nicnierobienia, a z drugiej strony, tą zapiętość wszystkiego na ostatni guzik i pierwszość słowa, które zawsze mi towarzyszy i które ze mnie wypływa - odpowiedzialność.</p>
<p>Jestem sobą - a więc <i>żyję w głąb, nie wszerz</i>; i wiem, że w tym wszystkim najważniejsze jest to, by nie odejść od siebie za daleko.</p>
<p><i>Żeby człowiek był człowiekiem,<br />
lecą liście<br />
szumi w lesie<br />
wiatr z obłoków warkocz plecie<br />
i tego trzymać się trzeba.</i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Rzeczywiśnie i Bawidełka]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/12/rzeczywisnie-i-bawidelka/</link>
<pubDate>Sat, 12 Jan 2008 21:42:53 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/12/rzeczywisnie-i-bawidelka/</guid>
<description><![CDATA[Czwarta nad ranem. Zakochani chłopcy znowu nie mogą spać i wzdychają do latarnianych księżycó]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Czwarta nad ranem. Zakochani chłopcy znowu nie mogą spać i wzdychają do latarnianych księżyców tworząc preludia i inne kikimory na cześć panien powabnych, zgrabnych i cudownie przeginających się na kozetkach. Piją mleko, wylewają je i wycierają prześcieradła; potem zaś kulą się na łóżkach, biją się w piersi i wchodzą na erotyczne czaty, żeby sobie ulżyć. Kto wie, może na takim czacie uda im się spotkać pocieszyciela, anioła i kata w jednym. No kto to tam znowu wie.<br />
<i><br />
Czwarta nad ranem. Warszawa. Może sen przyjdzie, może mnie odwiedzisz (z butelką Finlandii, bo ludzie bez skarpet w odpowiednich miejscach nie odróżniają Filandii od Finladii). Nie na tego przecież czekałyśmy, nie na tego gnającego w środku nocy z praskiego erotycznego czata pod pałacyk Michla na Żytniej. Jedyną odpowiedzią, jaką mógł dojrzeć Książe Z Bajki, były dwa lole w oknie. </i></p>
<p>Z jednej chwili w drugą potrafię znaleźć się w stolicy. Wzburzyć jej zaśnienie maltretując przechodniów pytaniami o najbliższe postumenty i tablice pamiątkowe. Być kierowaną pod pomnik Kilińskiego szukając tego upamiętniającego rok 1944, dziecku do wrzodów żołądkowych się dorzucać dając iście furiatyczną i bojową reprymendę za rzucanie śniegiem w karabiny powstańcze ( <i>Fakt</i> donosi: w obronie pomnika zabiła dziecko! ); być towarzyszką odyseji pamiątkowej z Robertem, pseud. Emil i ryczeć na Powązkach przy grobie Lecha Pomarańczowego, bo pod powiekami same z siebie przecież rosną trzmiele łez.<br />
Z jednej chwili w drugą też potrafi mi się zakręcić przed oczyma, zafalować z niebieskiej szafy w płynność podłogi, na <i>słowo</i> sprawić, żeby jakiś nieznany mężczyzna przyjechał z butelką drogiej wódki na czwartą nad ranem. Bo tak. No kocham to miasto.</p>
<p><i>A ja potrafię nie spać do ósmej rano i patrzeć jak Kobieta obok śni o nagim facecie, który nas na zawsze połączył i uśmiechać się do jej sennych myśli. Potem podawać chusteczki w odpowiednich momentach i dbać o dostęp do tego, co najważniejsze. Na moim własnym łóżku, w moim własnym pokoju, z nadzieją na Warszawę przekładającą się na nieskończoność.</i></p>
<p>W Warszawie jest wszystko: ciepło serca i bliskość pamięci, taka pewność na to, że rzeczy najważniejsze są niezbywalne i nienaruszalne. Tu śpi się ramię w ramię, marzy się serce w serce; bałamuci facetów na tony i facetów tych także uwielbia. W Warszawie jest wszystko: widok z okna na komendę policji, pod którą gromadzą się okołoranni absztyfikanci z nadzieją choć na pantofelek, choć na nóżkę w pończoszce białej, rannieniem znaczonej; tu śmiech przechodzi w perlenie się powietrza, gdy można w przyjaźni tonąć do granic i śnic o nagich facetach, facetach ze skarpetami, tych, którzy przyjechali daremnie i tych, co się nie odzywają, a mogliby.</p>
<p><i>Jest wiele rzeczy, o których nie wiedzą sami stoliczanie. Trzydobowe bilety ulgowe, minitwistery dające okazję do dyskusji z panią w kasie o poprawności językowej w keefcowym menu, chłopcy prowokujący na ulicy do zabawy w berka, senność w metrze i uniwersalne PINy 6969 doprowadzające panie sprzedawczynie do spazmów. Ale najważniejsza jest możliwość dzielenia tego z Kimś, kogo przywiodły tutaj powody najgłębsze.</i></p>
<p>Jestem tu na służbie. Mówię o świństwach, mierzę przechodniom języki, dbam o propagowanie językoznawstwa w społeczeństwie. Słucham Madonny, rozpieprzam się wte i wewte, bajdurzę, bo to umiem najlepiej, ryczę, znów bajdurzę i znów ryczę uważając się przy tym za osobę w pełni zrównoważoną i wielce poważną. Jestem tu na służbie - Serca. Tu zaś jest wszystko co kocham. Jest kobieta mojego życia, jest historia dudniąca w kocich łbach, jest w końcu i pewność na to, że życie jest cudem. Jak ma nie być skoro Ty jesteś, skoro ja jestem.<br />
<i><br />
Nie wiem jak to się skończy. Pozostaje wiara w sens w to, że przecież "może się kiedyś poznamy i polubimy"... Nie można przewidzieć wszystkiego, nie wiadomo kim okaże się ten Drugi Człowiek. Ale wiarę mieć trzeba, ever.</i></p>
<p>To się nie skończy. To się przełoży na nieskończoność, wiadomo.<br />
Najważniejsze zawsze pozostanie to samo.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Xięga Bałwochwalcza]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/08/xiega-balwochwalcza-2/</link>
<pubDate>Tue, 08 Jan 2008 03:53:31 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/08/xiega-balwochwalcza-2/</guid>
<description><![CDATA[Powiedziałeś, że liczy się tylko wstępowanie w esencjonalność. Od razu to podchwyciłam. Bo i]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Powiedziałeś, że liczy się tylko wstępowanie w esencjonalność. Od razu to podchwyciłam. Bo i czym byłaby egzystencja bez esencji, bez tej domieszki słodkiej i gęstej materii, którą przy pełni spełnienia brudzi się nawet najbardziej intymne miejsca. Powiedziałeś, że jestem jak dziecko; że skoro po raz pierwszy zobaczyłam Cię w za dużej marynarce, ze wzrokiem zawieszonym gdzieś w przestrzeni - kryjącego się przed wielkim kominem fabrycznym, w zapętleniu ostatnich żarzących się polan dnia; to już zawsze będę Cię takiego widzieć - małego chłopca, który posiada klucze do wszystkich krain wyobraźni.</p>
<p>Czuję się jak gówniara. Nie wiem jak to zrobiłeś, ale kocham Cię. Przed Tobą powiedziałam to tylko jeszcze Krzyśkowi.</p>
<p>Czwarta czterdzieści cztery. Już dawno nie rozpływałam się w takim bezbrzeżnym zmęczeniu i westchnieniu. Przy Tobie leżę w pościeli, słucham smyków jakichś i trąbek; światy małe, prywatne ustanawiam; z marynarki dnia strzepuję ostatni kurz, śnieg, który już odtajał, pióra ptaków i owadzie czułka. Znowu się <i>zmieniłeś</i>.</p>
<p>Oczy kleją mi się, jak mleczko waniliowe specjalnie rozlane po wewnętrznej stronie ud. Jutro po południu staniemy razem rozliczając się z Twojego świata. Teraz już i mojego. Mam nawet takie szaleńczo zakochane myśli, żeby rzucić w cholerę zprzedkiludniową decyzję o wyjeździe na południe i mimo wszystko wrócić na wschód. Poświęcić Ci kolejny rok. Być kojarzoną z Twoim nazwiskiem. Może w końcu je nosić. Cynamonem doprawiać każdą kawę i spijać tę esencję z twoich palców, które poplamiły strony Księgi.</p>
<p>***</p>
<p>No cóż...</p>
<p>Otworzył mi Pan nieba ogromne... Panie Schulz.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Magdułki]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/03/bawidulki-2/</link>
<pubDate>Thu, 03 Jan 2008 00:25:39 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/03/bawidulki-2/</guid>
<description><![CDATA[W przedziale dzisiaj pachniało mandarynkami. Pociąg sunął w pozmroczu, które dobijało się do ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>W przedziale dzisiaj pachniało mandarynkami. Pociąg sunął w pozmroczu, które dobijało się do szyb językiem wilgotnym i miękkim. Na wieży toreb i plecaków siedziałam wciśnięta między starszopanowe ramię, a kotlety studenta z Kołobrzegu w mdłym świetle tylko w połowie działających lamp, wytwarzających półsenny nastrój. W przedziale pachniało mandarynkami. Jakaś babcia przyoknowa dobierała się do ich słonecznego miąższu ukrytego w pomarszczonej skórce z namaszczeniem i pasją, którą w zwyczajnym roznegliżaniu owoców mogą odnaleźć osoby wierzące w ptasi rodowód kaszalotów. Cała celebracja tego świńskiego aktu odbywała się na oczach innych, gdzieś na przestrzeni między Piłą, a Chodzieżą, wśród parcia deszczu na szkło i suchych warg babcinych.</p>
<p>Takie chwile są zaklęciem transcendencji. Zapach mandarynek, mdłe światło, tory hałaśliwie oddające się pociągowi i dłonie kobiety pamiętające to ostatnie lato. I można wtedy myśleć i czuć; a nawet pozwolić sobie na taki luksus <i>niemyślenia</i>, zaraz i natychmiast, bo i czemu nie.</p>
<p>Do dziewiętnastego roku życia zupełnie naturalnym i zwyczajnym wydawał mi się fakt, że książka <i>Chłopcy z Placu Broni</i> autorstwa Ferenca Molnara opiewa dzielne czyny i bohaterstwo bandy młokosów mieszkających przy Placu Bronisławy. Jakież było moje zdziwienie kiedy podczas którejś z drzemek akademikowych między jednym jeżdżeniem na wózkach z Biedronki po piętrach, a urządzaniem sobie imprezy w szafie dostąpiłam samoolśnienia i zrywając się z łóżka krzyknęłam w stronę kumpeli (takoż ówczesnej studentki pierwszego roku filologii polskiej):<i> Lidka! Chłopcy z Placu Broni! To jest od pistoletów, a nie Bronisławy!</i> Po czym opadając na poduszki zrozumiałam, że od zawsze nadawałam się do studiowania literatury, a znajomość dzieł Molnara mnie w tymże myśleniu utwierdziła.</p>
<p>Z drugiej strony wiem, na przykład, że się nie nadaję na teologię. Nie to, co moja ukochana Natalka. Przeciętny człowiek zna cztery Ewangelie, a co za tym idzie i czterech ewangelistów. Natalia jest umysł wybitny i zna pięciu. Łukasz, Jan, Mateusz, Marek i Powieczerzy. Jeżeli ktoś tym faktem zdaje się być zdziwiony, to od razu spieszę donieść, że tylko prawdziwie wybitne umysły potrafią odczytywać teksty biblijne, kanoniczne i kościelne tak, aby w pełni zrozumieć ich treść i znaczenie. Wśród watahy Jezusa nie było czterech ewangelistów - było pięciu - a piąty z nich zdaje się - był najważniejszym i najbardziej zaufanym pośród sług swego Pana, albowiem dostąpił zaszczytu wywyższenia chleba i wina podczas Ostatniej Wieczerzy. <i>Podobnie, Powieczerzy wziął kielich...</i></p>
<p>***</p>
<p>W przedziale dzisiaj pachniało mandarynkami.  Sączę przez słomkę wieczór najeżony dobrymi myślami i ciepłotami. Mam ochotę na maliny w bitej śmietanie. <i>Teraz i zawsze, i na wieki wieków - <b>amen</b>. </i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Postanowienia noworoczne]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/12/31/postanowienia-noworoczne/</link>
<pubDate>Mon, 31 Dec 2007 23:38:56 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/12/31/postanowienia-noworoczne/</guid>
<description><![CDATA[Uroczyście przysięgam i obiecuję brak poprawy. Dalej mam zamiar zajmować się pierdołami, wiśn]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Uroczyście przysięgam i obiecuję brak poprawy. Dalej mam zamiar zajmować się pierdołami, wiśniami, babraniem w pościeli, szukaniem sensu w wirujących liściach herbaty, spaniem do południa, świntuszeniem na bazie językoznawstwa i rozpieprzeniem przetotalnym; agitowaniem przeciwko burakom, chamstewkom i innym popierdółkom świata tego.</p>
<p>Zgodnie z powyższym zobowiązuję się także do wieczystego i sprośnego jedzenia kromek posmarowanych masłem nieskończoności, picia z półlitrówek śmietanek wieczności, namiętnego wychwalania życia i bałamucenia ludzi. Do tego dokładam całą baterię głupot własnych i cudzych, śmianie się o trzeciej nad ranem z cienia lampy przypominającej czerwonego pałer rendżersa, kopanie kamyków tylko na niepołamane kafelki chodnikowe i stanie na baczność na czerwonym świetle drogowym.</p>
<p>Do postanowień noworocznych ponad to dołączam poznanie wszystkich smaków <span style="font-style:italic;">zmarzlinowych lizatek</span> z Czech, obejrzenie filmów Menzla i Kusturicy, przeczytanie nie mniej niż dziesięciu lektur na egzamin z sześćdziesięciu lektur i jedzenie przynajmniej jednej pomarańczy dziennie skąpanej w kakao  otrutym wanilią.<br />
Śmiem przyrzekać, że złapię na koncercie Ajronów gacie Dickinsona (zakładam przy tym optymistycznie, że będzie on nimi wymachiwał i mierzył w publikę), znowu odwiedzę Lwów i poryczę się na Kopcu Unii Lubelskiej obejmując sercem każdy centymetr sześcienny Połoniny, Zaporoża i Ukrainy Zachodniej.<br />
Do tego dalej jeść będę po osiemnastej i nawet po dwudziestej drugiej, rozlewać mleko, przypalać makaron, nie słodzić herbaty i uważać, że mój autorski dowcip o śledzikach i Mansonie jest najzabawniejszy na świecie.</p>
<p>Przyrzekam być cudownie upartą, nieprzejednanie sentymentalną i sentymentalnie patetyczną, pleść wianki marzeń na zakręcie każdej ulicy i w załomie każdego muru, szczerzyć się do każdego człowieka spotkanego na ulicy, czy w tramwaju i nawlekać na palce krówki ciągutki, które są przeniesieniem słodyczy życia na nieskończoność.<br />
<br /><span style="font-weight:bold;">Rok dwa tysiące i ósmy</span> chrzczę w imię szczęścia, słodyczy, pełnego kobiecego kolana i cudownej banalności. Niech się święci!</p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
