<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>bawidamki &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/bawidamki/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "bawidamki"</description>
	<pubDate>Fri, 25 Jul 2008 16:59:43 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[R.]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=863</link>
<pubDate>Thu, 24 Jul 2008 21:03:42 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=863</guid>
<description><![CDATA[Siadamy razem na peronie zarosłym gęstym pokrzywskiem, w którym buczą trzmiele guzowate i soczys]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><span style="color:#339966;"><strong>S</strong></span>iadamy razem na peronie zarosłym gęstym pokrzywskiem, w którym buczą trzmiele guzowate i soczyste, gdzieś na jednym z końców świata wtłoczonego w stawanie się pogód i bujne życie erotyczne semaforów.</p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#339966;"><strong>T</strong></span>y od razu pakujesz mi się na kolana, wkładasz palce do nosa, śmiejesz się, bo jakiś bąk wpadł pijany w maki i porzygał się słodkim nektarem. Zaczynasz śpiewać przechodząc co i rusz w wyższe tonacje - zamieniające się w piski i pohukiwania, mieszając wszystkie piosenki, jakie tylko znasz, tak, że wychodzi z tego: <em>siała baba mak, a dziadek papierka</em>. Po chwili ślinisz mi rękę od łokcia po nadgarstek mówiąc, że jesteś wielkim kotem urodzonym w nocy w karocy i tulisz się cały mleczny i pachnący latem, jakbyś chciał wejść tam skąd przyszedłeś.</p>
<p style="text-align:center;"><strong><span style="color:#339966;">J</span></strong>a zaś nie mogę wyjść z podziwu nad tą recepcją głęboką, moim światem przetransponowanym na Twój i Twoim powierzonym mi. Nad więzią, która między nami się zrodziła, od pierwszych słów, ganiania się, wkładania sobie urojonych pająków za koszulę, od wycia na modłę kościelną, bo nie chcę Ci dać trzeciego ciastka; poprzez tego guza nabitego w czasie pierwszego spotkania, oglądania pociągów przez bite trzy godziny przy Twoim niesłabnącym zainteresowaniu, mówienia wszystkim paniom <em>dzień dobry</em> i udawaniu złodzieja, którego zawsze dopadasz. Od czyszczenia Ci twarzy z dżemu, którym wysmarujesz się po czubek głowy, kąpania Cię w pianie, którą jesz, smarowania Cię kremem, na który prychasz, poprzez uczenia Cię słów:<em> łobuz, feler, awanturować</em>, z których to masz wieczny ubaw i które to także powtarzasz z namaszczeniem, w formie: <em>łopus, sfelrer, bonturować!</em></p>
<p style="text-align:center;"><span style="color:#339966;"><strong>W</strong></span> końcu i po to ciche <em>kocham Cię</em>, którym raczysz mnie tuż przed snem, kiedy oczy masz zaklejone bajką, a piąstki wkładasz sobie do ust.<br />
W takich chwilach jesteśmy ze sobą najbliżej.<br />
***<br />
<strong><span style="color:#339966;">I</span></strong> w tych jeszcze, w których podnoszę na Ciebie głos, mówiąc tonem nie znoszącym sprzeciwu:<em> R., proszę przestać karmić bąki cukrem. </em><br />
A Ty patrząc na mnie z miną niewiniątka i palcami zaklejonymi od słodkiej mazi, odpowiadasz wtedy ciepły i skruszony: <em>Wiem, tylko muszy moszna.</em></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Szmarmagdowo]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=757</link>
<pubDate>Wed, 18 Jun 2008 07:12:03 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=757</guid>
<description><![CDATA[Dni pęcznieją, jak krówki mordoklejki rozpływające się na języku i bańki mleczy tuż przed d]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><img class="alignleft size-full wp-image-760" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/232-chmurki-i-zboze3.jpg" alt="" width="280" height="210" />Dni pęcznieją, jak krówki mordoklejki rozpływające się na języku i bańki mleczy tuż przed dokonaniem żywota w zgrai półostrych paralotni. Kończą się tuż przed wschodem słońca, a zaczynają w bliżej nieokreślonej epoce, w której mleko spod powiek wycieka, nasącza poduszki, przyjemnym łaskotaniem wdziera się do gardła i grzeje w odkryte łydki, ramiona, biodra znaczone bliznami rumieńców i pocałunkami komarów.</p>
<p style="text-align:center;">Dni ponanizywane na żyłki splotów słonecznych i perlenia się zębów kaleczących winne jabłka, stygnące w cieniu brzóz gwałconych przez wiatry i rozkładające się na wygrzanych płotach odkrytych ramion, które wpijają się w przepierzenia zmysłów, liżąc je upałem i znojem.</p>
<p style="text-align:center;">Dni przynależne odkrytym kolanom dziewczęcym, straszącym ryby w przydrożnej rzece, tarmoszących bez litości pokrzywy, buzującym w skwarze popołudnia i rozbijającym się na żwirze za miastem.</p>
<p style="text-align:center;">W takie dni wychodzi się w świat, bez ostrzeżenia, zastanowienia, z pełnymi płucami pszczół i głową pod pachą. Stąpa się nieostrożnie, niepoważnie i na zielono, z dudniącymi w krwiobiegu makami i jaskółczym niepokojem utopionym w pierwszym, głębszym oddechu.</p>
<p style="text-align:center;">♣♣♣</p>
<p style="text-align:center;">W końcu - nie ma się czego bać. To są przecież te dni, których jeszcze nie znamy...</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Lato w Wielkim Mieście]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=705</link>
<pubDate>Tue, 03 Jun 2008 11:00:57 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=705</guid>
<description><![CDATA[Gore!
Roztapiam się, jak krówka ciągutka, zajączek czekoladowy, lody waniliowe z bitą śmietan]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Gore!</p>
<p>Roztapiam się, jak krówka ciągutka, zajączek czekoladowy, lody waniliowe z bitą śmietaną i wiejska pasztetowa pozostawiona na słońcu. Parzę się i gotuję.<br />
Rozebrałabym się bardziej, gdybym mogła, ale niemoc polegająca na braku możliwości, to żadna niemoc.<br />
Toteż rozżagwiam się po pokoju, patrzę, jak rozpływa mi się ramię, klei się do szafek, zostaje na łóżku, kiedy zbyt gwałtownie się ruszę i rozciąga mi się na dystansie między poduszką a klamką, w wielkim piekarniku blokiem zwanym, gdzie w rzędach blach i przegródek cukrują się panie i płyną panowie.</p>
<p><img class="alignleft size-full wp-image-709" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/06/sun1copy15.jpg" alt="" width="300" height="247" />Lato powinno być zabronione w mieście. Puchnięcie przystanków, topienie się korytarzy, mikrofalówki w tramwajach, gdzie w zbiorowych kanapkach dochodzi się do temperatury wrzenia, serki gotujące się w torbie na trasie stu metrów między sklepem, a kuchnią, napoje gazowane znikające z lodówek ruchem prostolinijnie przyspieszonym, czy okna na wschód, dzięki którym o ósmej już nie da się wyleżeć w pościeli - stając się płynięciem pogód.</p>
<p>***</p>
<p>Tak. Lato powinno obowiązywać wszędzie poza miastem. Na wsi, nad morzem, w górach, w lesie i nad jeziorem. Od biedy na basenie i w kościele - w tym ostatnim jest zawsze chłodno. W cieniu drzew, brodzeniu w sadzawkach, polach rzepakowych i ziemiankach ziemniakowych. W pełnym słońcu na łące, ogrodzie rządzonym przez koguta, załomie domu, który prawie wrasta w las i biwaku okołowodnym, gdzie po wyjściu z namiotu można wpaść do rzeki.</p>
<p>W przeciągach i sadach, w towarzystwie Dejvida Hasselhoffa i na plaży w Miami; w piosence Świetlików i u Reymonta w tomie czwartym. Rano w radiowej Trójce, przy <em>Zabijaniu Drozda</em>, w koszyku Adeli, wracającej niczym Pomona z ognia dnia rozżagwionego i w smaku Lejsów koperkowo-ziemniaczanych.</p>
<p>***<br />
Więc o co lato.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Words, words, words]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=678</link>
<pubDate>Wed, 28 May 2008 13:17:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=678</guid>
<description><![CDATA[- Zeżrę Cię.
Perwersyjna przyjemność, jaka płynie z artykulacji tych słów piszczy we mnie i ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">- <strong>Zeżrę</strong> Cię.</p>
<p class="MsoNormal">Perwersyjna przyjemność, jaka płynie z artykulacji tych słów piszczy we mnie i jątrzeje. I już nawet wcale nie musi dochodzić do ewentualnej konsumpcji przedmiotu przez podmiot, gdyż samo balansowanie w przestrzeni między przedniojęzykowo-dziąsłowym <strong><em>z</em></strong>, a nosowym <strong><em>ę</em></strong> jest mi spełnieniem o charakterze transcendentalnym.</p>
<p class="MsoNormal">: Słowo w potocznym dzisiejszym znaczeniu jest już tylko fragmentem, rudymentem jakiejś dawnej wszechobejmującej, integralnej mitologii. Dlatego jest w nim dążność do odrastania, do regeneracji, do uzupełniania się w pełny sens. Życie słowa polega na tym, że napina się ono, pręży do tysięcy połączeń, jak poćwiartowane ciało węża z legendy, którego kawałki szukają się wzajemnie w ciemności.:</p>
<p class="MsoNormal">Kryją się w słowach pokłady ekspresji przedziwnej, zachwytu w formach minuskuły, algorytmy doznań i pełne nawarstwień dziedzińce przeżyć, pokłady recepcji, które już w samej swojej warstwie brzmieniowej stają się reprezentacją przestrzeni.</p>
<p class="MsoNormal">Ot, taki sobie <strong>madrygał</strong> – pozorny wielogłos, zaśpiew, poetycki szablon z naroślami wyrazów i koronką wielokropków. A przecież, kiedy mu się tak bliżej przysłuchać, zakraść się w jego tkankę brzmieniową, rozebrać leksykalnie i namoczyć semantycznie, to ma się wrażenie, że jest on przyczółkiem orgiastycznych wykrzykników uciszonych w jamach gardłowych wytłaczanych mchem i berberysem.</p>
<p class="MsoNormal">Słowa dublują znaczenia, rozwarstwiają, nakładają się jedne na drugie tworząc całkowicie nowe reprezentacje. I jest w tym jakaś ulotność absolutu, akt twórczy, który przypisuje wyrazom jakość wyobrażenia. Najpierw słyszymy, dopiero potem widzimy – i w tej recepcji głębokiej, to od nas zależy, czy z <em>róży</em> zrobimy gatunek wielbłąda, a z <em>dywanu</em> egzotyczne zwierzę.</p>
<p class="MsoNormal">Istnieją więc słowa, które już w samym swoim brzemieniu brzmienia oddają obrazy fantastyczne, przynależne wyobraźni, przekładające <em>langue</em> w <em>parole </em>i imitujące znaczenia zakorzenione na dnie percepcji.</p>
<p class="MsoNormal">Takowy <strong>zmierzch</strong> – który puszy się, kłaczy, zwija w rulon i miękko wpija<span> </span>w koc. Nie musimy wiedzieć, że słownikowo oddaje on chwilę tuż przed zmrokiem, kiedy dzień pijany stacza się aż po horyzont, bo już w samej jego nazwie jest coś, co oddaje nam tę grę cieni rozżagwioną przez ostatnie bicze musującego słońca, które kładzie się ametystem i purpurą po wierzchołkach drzew. Podobnie jest z <strong>imbrykiem</strong>. Czyż nie znając znaczenia tego parzenia się wody i dymienia okołoporcelanowego, nie zgadlibyśmy, że wiąże się on z jakąś podskocznością, ukropnością, nawarstwieniem się doznań i gorącem fajdającym policzki? Zgadlibyśmy, gdyż <em>słowo samo pozostawione sobie, grawituje, ciąży ku sensowi.</em></p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Istnieją<span> </span>także słowa-pomyłki, wyrazy-sieroty, dualistyczne antonimy bezkresów i błędne desygnaty nieodczytalnego. Słowa, nie na swoim miejscu, słowa-paradoksy, dookreślające natłoki wrażeń zupełnie drugiego obiegu, wykrzywione znaczenia wyobrażeń. Do tych receptorów nachalnych, absurdów znaczeniowych – należy m.in.: <strong>kaszalot</strong>. Czyż pierwsze odczytanie, ta recepcja głęboka nie odnosi nas do ptasiej imitacji rodowodu? Do zgromadzeń podniebnego braterstwa, przypisanego mniejszością i skromnością cichych sanktuariów? Przecież już sama analiza semantyczno-językowa tego słowa utwierdza nas w przekonaniu, że prasens desygnatu utknął nam między <em>znaczącym</em> a <em>znaczonym</em>.<img class="alignright size-full wp-image-679" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/capodoglio.gif" alt="" width="273" height="123" /></p>
<p class="MsoNormal"><em>Kaszalot</em>, <em>samolot</em>. Podobieństwo brzmieniowe nie jest tu przypadkiem. Do tego formant<strong> lot</strong> – który z gruntu już kieruje nas ku rodzinie wyrazów zarezerwowanej dla mieszkańców górnych warstw atmosfery w liczbie pięciu, od litosfery licząc. <strong>Kasza</strong> – to człon charakterystyczny dla wykonawców czynności i nazw zawodowych, tak, jak w wyrazach: <em>biegacz, stolarz, kopacz </em>tematy: <strong>bieg, stół, kop</strong>. <em>Kasza</em> – jednoznacznie informuje nas o cesze charakterystycznej dla całej rodziny kaszalotów – a więc umiłowaniu tychże jadalnych nasion zbóż od gryki poczynając, a na kukurydzy kończąc. ( <strong><em>Kukurydza</em></strong><em> jest również nazwą ptaka, ale to temat na osobną rozprawę.)</em> Sumując więc wnioski, mamy do czynienia z paradoksalnym i niewybaczalnym błędem natury językowej, który oderwał prasens słowa od jego pierwotnego znaczenia.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">:Proces usensowiania świata jest ściśle związany ze słowem. Mowa jest metafizycznym organem człowieka.</p>
<p class="MsoNormal">Uważamy słowo potoczne za cień rzeczywistości, za jej odbicie. Słuszniejsze byłoby twierdzenie odwrotne: <span style="color:#3366ff;">rzeczywistość jest cieniem słowa</span>.:</p>
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Koloratura]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=620</link>
<pubDate>Tue, 20 May 2008 08:38:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=620</guid>
<description><![CDATA[Wystarczy mrugnąć trzy razy lewym okiem, podskoczyć na prawej nodze oraz klasnąć, i można wcho]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal">Wystarczy mrugnąć trzy razy lewym okiem, podskoczyć na prawej nodze oraz klasnąć, i można wchodzić. Furtka znajduje się pięć beknięć na wschód od Cudów Na Kiju i dwa prychnięcia od Cyrku Na Kółkach. Kryje za sobą światy niezmierzone, <img class="alignleft size-full wp-image-621" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/bestofyerka4.jpg" alt="" width="300" height="269" />światy naprzeciwległe - pola wysadzane cytatami z Gombrowicza, które pęcznieją, rozrastają się, wsiąkają w ziemię, <em>tę ziemię</em> i wyprowadzają ją, niczym burzobrody Mojżesz, z pomiędzy litwińskich ud dziewic na południowoamerykańską sjestę; łąki zarosłe sandałami porzuconymi tu przez przepierzenia epok, które nie jedno zdeptały, nie jedno zgniotły, przekształcając żuczkowe gnojarki w marny proch ziemi, <em>tej ziemi</em>. Są tu także lasy ogromne przesypane klepsydrami czasu, kształtnymi pannami chronotopów, ubranymi w rozżagwione ognie dnia, słoje politury okien, pięciolinie spazmów orgiastycznych i lekkości bytów nieznośne. Wystarczy tylko mieć lewe oko.</p>
<p class="MsoNormal"><em>Najlepiej widzę, kiedy zamknę oczy</em>. Mawiał Tadzio Różewicz. I jest w tym jego mówieniu, jakaś transcendentna ckliwość poranka, orzeźwiający chłód wieczoru, pewność na to, że istnieją w nas światy równoległe, które godzi odkrywać się z namaszczeniem i celebracją przynależną zadziwieniu dziecka, gdy widzi ono pozorne rozczepienie światła - w jego odczuciu będące mostem do ZaSiedmioLesia.</p>
<p class="MsoNormal">***</p>
<p class="MsoNormal">Jest w nas coś takiego, co banał przemienia w transcendent - z rakiety tenisowej robi gitarę, z patyka różdżkę, z kapcia samochód dla lalki, a z piasku babkę.</p>
<p class="MsoNormal">Pan Bohumilek powiedział o tym kiedyś, że chodzi tu o zachwyt dla widzialnego świata. <strong>Zachwyt</strong> dla tego, co nas otacza, dla samego siebie, żeby człowiek znalazł czas i rozejrzał się wokół, i dostrzegał, że przyroda, ludzie, ludzkie losy i cały widzialny świat jest na swój sposób wspaniały i wyjątkowy, nawet jeśli <strong>banalny.</strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pałer Rendżer &amp; Szósta Nad Ranem vs Tyhrys - episode 3]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=557</link>
<pubDate>Thu, 01 May 2008 22:48:45 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=557</guid>
<description><![CDATA[Najpierw wsadził mi palec do nosa, potem nachuchał do ucha, zaśmiał się cicho i kucając tuż p]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Najpierw wsadził mi palec do nosa, potem nachuchał do ucha, zaśmiał się cicho i kucając tuż przy mojej głowie przyssał się buzią w ciup do owalu oka sycząc i jodłując, i wpychając mi się pod kołdrę z donośnym: <em>- Ty zbóju! Ty zbóju, ty jeszcze śpisz! </em><br />
Tak, śpię, jak przystało na godzinę rano szóstą, senną, bierną oraz tłustą. Grzesząc przy tym niesłychanie. Mały burzy me posłanie i gryzawszy prześcieradło fika, pryka, zew barykad.  By po chwili krzyknąć gromko, że czas biegać, bo jest słonko. Więc w tym stanie, niesłychanie, wkładam portki, zbieram lanie ( bo za wolno, zazaspale), chwile, mile, barabanie!</p>
<p>Już po chwili zostaję mianowana naczelnym tyhrysem tej części ełwropy i w postaci skoków posuwistych, gęstych, częstych i parzystych ścigam małe pięciolecie, zwinnie, płynnie po tapecie i po ścianach żółto-złotych malowanych w czarne koty. Ono zaś w podrygach wielkich, rzutkich fikach, skokach wszelkich i w bieganiu po suficie, zmyka mi że wyśmienicie. A gdy uda mi się chapnąć, złapać, bujnąć, kopnąć, capnąć i przyciągnąć do buziaka tegoż cud miód hot chłopaka, to nie szczędzę mu udręki, za co później zbieram cęgi.</p>
<p>Pałer Rendżer wówczas kicha, smęci, wierci się i wzdycha i próbuje cnych forteli, by wyłuskać się z pościeli. A na koniec, gdy odsapnie, kopnie misia, gryźnie Magdę, kiedy biją na jutrzenkę, kiedy ja zapadam w drzemkę, co wyrwana z środka nocy, on otwiera karmel oczy i z wyrzutem niezmierzonym, trąbi, skacze, barabani, że on walczy z tygrysami, i że nie ma: tanie, spanie. Mówi i mi spuszcza lanie.</p>
<p>***</p>
<p>Dzielę się tu myślą bystrą - jestem ciotką zajebistą. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[3M]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=542</link>
<pubDate>Tue, 15 Apr 2008 08:33:43 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=542</guid>
<description><![CDATA[dedykowane studentom polonistyki
Drogę wytycza się idąc - zuchwale, niedbale, bez kosmicznego wym]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><em>dedykowane studentom polonistyki</em></p>
<p class="MsoNormal"><span style="color:#993366;">Drogę wytycza się idąc - zuchwale, niedbale, bez kosmicznego wymiaru przyszłości, zbędnych form, stylu, względnej płodności - materii, która pcha nas, jak wiatr, który zwykł pchać - zające chmur po  pasztecie nieba; - i przez ten jego spieczony pryzmat, mrugać i smarkać na życia miarę, na to, co zwykłe i to, co zastane.</span></p>
<p class="MsoNormal"><a href="http://bawidelka.files.wordpress.com/2008/04/collegium-maius.jpg"><img class="alignnone size-full wp-image-543" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/04/collegium-maius.jpg" alt="" width="400" height="256" /></a></p>
<p class="MsoNormal">Ulica Fredry wytycza się sama. Ciągle od nowa, ciągle od rana - ( choć w mym przypadku oj od południa, nie bądźmy śmieszni, przecież to studia), gwarna, tętniąca i roześmiana. Wysiadam zwykle na Teatralce, spódnica, włos blond, dłonie i palce, płaszcz, klaszcz w tramwaju, Collegium Maius! I chociaż mogę jeden przystanek przesiedzieć jeszcze w puszce blaszanej z numerem dziewięć, jeden i siedem, to wolę nogą podejść przed siebie.</p>
<p class="MsoNormal">Ulica Fredry - przyjemne metry.</p>
<p class="MsoNormal">Zaczynam tłumem, łokciem, bo umiem, i z mostu Nowy - kierunek Teatr, macham pociągom, we włosach nieład, a pod stopami żyły kolei, dudnią i tętnią, słońce się klei, do barier, kloszów, lamp i kaloszów, we wzorach dawnych, mostem wystawnych. ( Gdyby zabrakło dla mnie mieszkania, most ten zamawiam!). I tak od rana przemierzam szablon wzniesień miastowych, mijając parki, stajenki, głowy, co piwne - tlą się tuż pod pegazem, ciężkie i mokre za każdym razem. Dalej Mickiewicz w koszulce Lato, banda uczniaków, fontanna, zator na skrzyżowaniu tuż przed majusem, wszak na zajęcia spóźnić się muszę! Po lewej Wielki Teatr piosenki, satyry, grozy, <em>sanie i płozy</em>, opery, halki, jęczą kochanki pana Moniuszki, wcinam paluszki.</p>
<p class="MsoNormal">W końcu dochodzę, parkan, kiosk, słodzę, kawa na wynos ukryta w szatni, brak toalety, miast ławek nawy - więc jak w kościele ( w każdą niedzielę - choć doń nie łażę, Pan Bóg mnie skaże) cichnę i modlę się w wielkim skupieniu, nie przeczytawszy wstępu z BeeNu.</p>
<p class="MsoNormal">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Mitologizacja rzeczywistości]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=523</link>
<pubDate>Sat, 12 Apr 2008 12:31:48 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=523</guid>
<description><![CDATA[Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa, powiedział B. i zastygł w skurczonej skorupce palców]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa, powiedział B. i zastygł w skurczonej skorupce palców, niby pięść orzecha - zakręcając się, jak trzmiel kosmaty popielaty, bączek gwarowy, buczący na krowy.</p>
<p>Ideał ten stanowi praprzyczynę wszystkiego. To on uczy nas odkręcania słoików na gumkę i odróżniania gumki owej od tej majtkowej, czy tej do skakania. On boczy się i zwiesza nos na kwintę, gdy nie pozwala się nam wkładać ołówków do kontaktu, palców w szpary międzydrzwiowe wpychać, przyklejać języka do oblodzonych parkanów i kopać gołębie, namiętnie, natrętnie.</p>
<p>Ideał ten jest sumą wszystkich pouczeń i rozczarowań - wybitym zębem na lodowisku, zdartym kolanem od brody po goleń, rozerwanym ogrodniczkiem na dzikich jabłkach i zaklejoną paszczeką po wacie cukrowej. Jest też tym, co najbardziej doniosłe i najważniejsze w swojej praprzyczynie, a więc: pierwszym pierogiem uklejonym pod czujnym okiem mamy, wyważonym, rozczapirzonym, karkołomnie plaskatym i niewyobrażalnie rozlazłym; pierwszą łyżeczką kawy gorzkiej, choć aromatycznej, woniejącej kredensem babci i miętówkami chowanymi po kieszeniach. Jest pierwszą bijatyką z obitą japą, drzazgą w dłoni, kolanami sparzonymi pokrzywami i papierosem, który z obrzydzenia wychodzi nam nosem.</p>
<p>Dojrzewanie do dzieciństwa to docieranie do samego siebie. Wszystko  co znamy, co jest ważne, nam drogie, co w przyczynie i w sposobie stanowi nam o istnieniu, potrzebach, względach i talentach - jest takie, a nie nijakie właśnie z tego powodu, że takim widzieliśmy je w bliżej nieokreślonej przeszłości. W niej to bowiem, w skutku i w sposobie, pierwsze jest zarazem ostatnim.</p>
<p>Pierwszy zjedzony burak już na zawsze zostanie przepysznym urozmaiceniem codziennego jadłospisu i królem potraw wszelakich, a nie miast niego schabowe i ziemniaki, jeżeli przy tym właśnie pierwszym podejściu objawi nam się w całej swojej krasie, golasie!<br />
Jeżeli natomiast w czasie inicjalnego kęsu znajdzie się w nim coś z twardości kredensu - to już nigdy nie będzie miał sposobu, żeby się nawrócić. I choć przyjdą inne smaki, buraki, rzepy, czy kalarepy - to ten pierwszy jest ustanowieniem i zaczątkiem próbowania wszystkiego w swojej dziedzinie. Doświadczenie prymarne bywa niezbywalne.</p>
<p>Wszystko więc, co pierwsze, jakże ciche i doniosłe w swej postaci - jest kolejnym krokiem w poznawaniu świata. A o każdy poszczególny, pojedynczy i indywidualny <span style="text-decoration:underline;">krok</span> - trzeba nam dbać, trzeba się starać, doceniać go i stawiać z rozmysłem.</p>
<p>***</p>
<p>Nie na darmo się mówi każdemu z nas - iż ważny i magiczny jest ten pierwszy raz.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Traktat ponowoczesny]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=522</link>
<pubDate>Wed, 09 Apr 2008 18:30:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=522</guid>
<description><![CDATA[Koncypuję paralelnie i parataktycznie nad pasztetem zajęczym, gdyż natura jego nazwania wiedzie m]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Koncypuję paralelnie i parataktycznie nad pasztetem zajęczym, gdyż natura jego nazwania wiedzie mnie do obłąkania. Będąc zaś w pełni władz umysłowych, duchowych, fizycznych i erotycznych, w głowie niewieścim mi się nie mieści, jak można spokojnie i ze zwyczajem zjadać pasztet z tym nazwaniem. To jakby sprzeniewierzać się całemu porządkowi świata, odbić dziewczynę brata, to tak, jak lubić buraki, słodzić twaróg, kochać flaki, jak nie lubić pić kakao, a to jeszcze będzie mało.</p>
<p>Pozostańmy przy kanonie - co ma pasztet na obronę?<br />
No bo przecież moi drodzy, jakże zjadać nam się godzi - danie, które w dziwnym swym nazwaniu, jęczy nawet przy śniadaniu. Ha, by tylko nam jęczało, onoż piszczy, do zawału. Zaraz w myślach mam wyjątek o niedoli tych żyjątek, co skazane na pasztety, zdobią w kuchni parapety.<br />
Trwoga, litość i współczucie - przeciw dumie, przeciw bucie, przeciw lansom na zające - choć parują się w tysiące.<br />
Przeciw łapkom, co na szczęście, przeciw futrom, niechże będzie.</p>
<p>Boż nie godzi się by danie, zajęczało pogryzane.</p>
<p>***</p>
<p>Wnioski z notki płyną strużką - jęczeć sobie można w łóżku, a u stołu przy kobiecie, mówić nie trza o pasztecie.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[O b-wieszcz? e, nie!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/06/o-b-wieszcz-e-nie/</link>
<pubDate>Sat, 06 Oct 2007 20:37:49 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/06/o-b-wieszcz-e-nie/</guid>
<description><![CDATA[Dostawa bawidełek zostaje zawieszona na magicznych czternaście dni z powodów technicznych. Niech ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Dostawa bawidełek zostaje zawieszona na magicznych czternaście dni z powodów technicznych. Niech pneumatyczne kolana, namiętne kapusty, poplamione usta i pomarańcze, tańczę, tańczę, będą z Wami. Zdrówka. Do przeczytania. :)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Czuły barbarzyńca]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/01/czuly-barbarzynca/</link>
<pubDate>Mon, 01 Oct 2007 10:43:51 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/10/01/czuly-barbarzynca/</guid>
<description><![CDATA[ ***
Na polanie płochego oczekiwania wszystko przybiera jaskrawą barwę. Mieni się w świetlisto]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p> ***</p>
<p>Na polanie płochego oczekiwania wszystko przybiera jaskrawą barwę. Mieni się w świetlistości, gloriach, elejsonach, magnifikatach. Na polanie płochego oczekiwania smak rozwleka się po drzewach, po śpiewach, mewach, gest zawija się w skorupę ślimaka, krzaka, robaka, a drżenie przedsionków, paciorków jest tak wielkie, że budzi motyle, badyle, kadryle, co chwile.<br />
W bezczelności oczekiwania drzemią ofiarne kozły, ogień całopalenia na ustach, amaranty policzków i wilgotność warg. To zuchwałe podniesienie, przemienienie i wywyższenie najświętszego podniecenia.</p>
<p>Jestem mistrzynią polowania na polanie płochego oczekiwania, tropicielką dobrych myśli w zwierzyńcu języka, kłusowniczką na nieprzebytych terenach fascynacji wybrukowanej pomarańczami. Jestem królową karmelkowych oczu, rozbójniczką wśród łowców poklasku, córką niemożliwego i matką sentymentu, która chce jeść kromkę posmarowaną masłem nieskończoności, która chce pić z półlitrówki śmietankę wieczności, zaraz i natychmiast, a nie kiedyś tam, a więc nigdy.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Svítání]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/26/svitani/</link>
<pubDate>Wed, 26 Sep 2007 12:33:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/26/svitani/</guid>
<description><![CDATA[Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Pobudka kogutka, leniwe wstawanie z pościeli dopiero pó]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Pobudka kogutka, leniwe wstawanie z pościeli dopiero pół godziny po przebudzeniu, oddychanie aromatem pomarańczy na ustach, w pościeli, parceli, weseli. Powolne sunięcie poprzez mgłę, stanik w ulubionym kolorze fioletowym bez żadnych efektów specjalnych, poranne w wodzie przestawanie, doprowadzenie strzechy do porządku, związanie zboża w ciasny kok na karku, podkreślenie oczu, zwilżenie ust, wciągnięcie pończoch i plisowanej spódnicy. Butki na pasek, marynarka koloru dojrzałej śliwki i brązowa teczka z całym dzisiejszym światem piątoklasistów. Śniadanie tak lub nie. Zazwyczaj kawa zbożowa, kawa z wanilią albo nieśmiertelne kakao, do tego jakiś plasterek szynki, chleb ryżowy. Jak mam natchnienie, to jajecznica na boczku. No i rytualne śpiewanie w łazience przed wyjściem. Dzień bez przyśpiewki, to dzień stracony. Można swawolić na ludową nutę - Mazowszane <em>Holi Hola</em>, można budzić dzięki akustyce kanalizacji drzemiących namiętnie sąsiadów drąc się do suszarki <em>Jooooorrrr taaaaaajm łiiiiiiiiiil kooooooooooooom</em> - dzielnie i beznadziejnie próbując dorównać geniuszyzmowi Dickinsona. Można zanucić krotochwilnie jakiegoś świetlika z latem, albo dać się ponieść werwie i zaszaleć z kultowym <em>Hej hej hej, hej hej hej, inni mają jeszcze gooooorzEEEEEj. </em></p>
<p>Tak, moi sąsiedzi na pewno mnie kochają.</p>
<p>Każdy dzień ostatnio zaczynam tak samo. Przez zaśnienie wkraczam w rzeczywistość próbując wmówić sobie, że jestem już w miarę dorosła i dojrzała, jak kandyzowana wisienka, i że jakieś poczućka z przed lat, fantazje, fantasmagorie - to już nic, a nic się mnie nie imają. Przy takich stwierdzeniach muszę mieć chyba zatrważająco nieprawdopodobną minę, bo moje przyjaciółkowe Porannienie kiedy o tym słyszy, to śmieje się i puka w czoło mówiąc, że od czterech lat to powtarzam.<br />
Cóż poradzić, że cztery lata temu czułam się dokładnie tak, jak i teraz. Onieśmielona, zapatrzona, zawstydzona, zatopiona. Widocznie Cypek jednak mimo wszystko miał dużo racji, której nie doceniono za jego życia.<br />
<strong>Przeszłość, to jest dziś, tylko cokolwiek dalej. </strong></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dzienniki pociągowe]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/14/dzienniki-pociagowe/</link>
<pubDate>Fri, 14 Sep 2007 12:00:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/14/dzienniki-pociagowe/</guid>
<description><![CDATA[odgrzebałam w starociach  
DZIENNIKI POCIĄGOWE czerwiec 2006r. (na kolanie)
Trzy godziny w jedną ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>odgrzebałam w starociach :)</p>
<p align="left"><strong><font color="#cc0066" face="Verdana" size="2">DZIENNIKI POCIĄGOWE czerwiec 2006r.</font></strong> <font color="#cc6699" face="Tahoma" size="2">(na kolanie)</font><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p>Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.<br />
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.</p>
<p>Czerwiec.<br />
Miesiąc czerwia i czasu, w którym trawa oddaje się chodnikowi.<br />
Język słońca ślizga się po szybach, kropli szyję malując na niej perły, do włosów się wkrada, co by zamieszkać w nich na zawsze.<br />
Cudownie jest kochać się ze Słońcem.<br />
Czerwiec, a ono zdejmuje ze mnie ubranie, zsuwa ramiączko bluzki, podwija spódnicę, bose stopy rumieni kurzem drogi.<br />
Na złotej smyczy prowadzi mój pociąg.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Dosyć tej poezji. Świat i życie bywają bardziej prozaiczne.<br />
Kiedyś, w związku z tą prozą jestestwa, spytano mojego przyjaciela, Bohumila, jak wyobraża sobie świat po roku 2000.<br />
To była szaleńcza data, jak pamiętamy. Wtedy mój brat zaczął swój jedenasty rok życia!<br />
Bohumil zawsze wiedział, jak to będzie. Mówił, że po roku 2000 raczkujące niemowlaki będą w dalszym ciągu poddawane tyranii, jak nauczyć się sztuki chodzenia, po roku 2000 pierwszaki, zupełnie jak dzisiaj, będą się bały szkoły oraz domowego i pozadomowego wychowania, po roku 2000, tak, jak i przed tym rokiem, uczennica będzie oszołomiona faktem, że zrobiła się z niej panna, że później z panny stanie się kobietą, a z kobiety matką...</p>
<p>Zawsze mamy rok 2000.<br />
Często w tych moich podróżach pociągowych towarzyszy mi właśnie Bohumil. Zwykłam na niego mówić "Pan Dziadek'', bo w nim takie właśnie dziadkowanie siedzi. Ul miodny i zapach praskich piwiarni.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Przepraszam, czy tu wolne?<br />
- Tak.<br />
- Dziękuję.<br />
- Proszę.</p>
<p>Skąd my to znamy, prawda? Typowe zachowanie iście pociągowe. Znamy. Więc współczuję.<br />
Pociąg toczy się w stukocie po torach. Poznań Główny. Poznań Dębiec. Luboń. Puszczykowo. Jakieś trzy kilometry. Przede mną jeszcze sto sześćdziesiąt cztery. Oko moje, oko niebieskie dostrzega wolne miejsce.</p>
<p>- Przepraszam, czy tu wolne?<br />
Młody Pan.<br />
- Dla pani, zawsze będzie wolne.<br />
Uśmiecham się szeroko. Siadam.<br />
- Jeśli tak, oznacza to tylko jedno. - mówię wesoło. - Jestem księżniczką.<br />
Młody Pan śmieje się.<br />
- Od razu widać, że pani jest księżniczką. </font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Kiwam głową na znak potwierdzenia i tak spośród stu ośmiu godzin, sześć tysięcy dwustu kilometrów, piętnastu przeczytanych książek, setek przygodnych rozmów, tysiąca nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takich samych par migoczących oczu, czteroskłonnych kończyn i miliarda najważniejszych spraw na świecie, ja poznaję właśnie Młodego Pana, który jedzie się oświadczyć.<br />
Świat zamknięty w jednym przedziale, na jednym siedzeniu, w dwóch metrach kwadratowych powietrza.<br />
</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Kościan.</p>
<p>- Wolne?<br />
- Tak.</p>
<p>Siada Pan Kapitan.  Dlaczego Kapitan? Na lewym przedramieniu ma wytatuowaną syrenę z pięknymi i dojrzałymi piersiami.<br />
Czytam "Dziady" Adama.<br />
- O, Mickiewicz. - słyszę.<br />
- A tak. - odpowiadam z uśmiechem.<br />
- Pffff.<br />
Patrzę na Pana Kapitana z rozbawieniem. Nie lubi Adama. Ewidentnie.<br />
- Co, udajemy mądrą?<br />
To do mnie. Zaczynam się śmiać.<br />
- A do tego zuchwałą.<br />
Milknę. Pan Kapitan patrzy na mnie srogo.<br />
- Co, myślisz, że wszystkie rozumy zjadłaś, bo czytasz Mickiewicza? - pyta z dziwnym grymasem na twarzy. </font>                                <font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Czyżby student polonistyki sprzed dwudziestu lat, którego oblali na egzaminie z historii romantyzmu? Cały przedział przygląda się nam w zachwyceniu i zdumieniu zarazem. Jakby był tu Bohumil pewnie popłakałby się ze śmiechu patrząc na nabrzmiałe sutki Kapitanowej syrenki i moje figlarne iskierki w oczach, które nie wróżyły niczego dobrego. Ot, włączyła mi się megalomania szalona.<br />
- Nie, nie zjadłam. Nie musiałam ich jeść. Mam je od urodzenia.<br />
Pani koło mnie zachichotała cicho.<br />
Pan Kapitan fuknął.<br />
- Mądralińska się znalazła! Dziewczyno, widać, że nie masz obycia w książkach.<br />
- Niech pan da tej pani spokój. - odzywa się jakaś Pani Babcia przyoknowa. - Co pan ją tak bezczelnie zaczepia? Ta pani czyta książkę, więc proszę jej nie przeszkadzać.<br />
O, myślę sobie, Pani Babcia mnie ratuje przed samą sobą. Uśmiechnęłam się do niej, co jeszcze bardziej rozjuszyło Pana Kapitana i doprowadziło prawie jego narękową syrenę do rozkoszy.<br />
- A pani co?! - huknął. - Dziewczyno! - to do mnie. - A co ty znasz jeszcze takiego autorstwa Mickiewicza, co?!<br />
- "Prelekcje paryskie." - mówię z bezczelnym uśmiechem. Pani po prawej znowu zachichotała cicho.<br />
- A "Pana Tadeusza" znasz?!<br />
- A znam.<br />
- A "Redutę Ordona"?<br />
- A też.<br />
- Akurat! - krzyczy Pan Kapitan jak burak. - To czego nie znasz?! Albo co znasz, czego ja nie znam, no no? Literatura nie ma przede mną tajemnic.<br />
Się doigrał. Uhu.<br />
- O, to zapewne czytał pan "Tragedyję o Scylurusie Polskim", prawda?<br />
- ...<br />
- I 'Małżeństwo z kalendarza" Bohomolca?<br />
- ... ...<br />
- I, i w ogóle największe polskie pismo literackie ActionMag.<br />
Pan Kapitan nie wytrzymał. Syrenka opadła miękko, a on zabrał swoją reklamówkę, wyszedł z przedziału i krzyknął na pożegnanie: "Nie będę się zadawał z żadnymi e w e d e n t m a m i"<br />
Na co odkrzyknęła mu babcia: "E w a n a m e n t a m i  chyba!".</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Czerwiec.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Przepraszam, czy to miejsce jest wolne.<br />
- A tak, proszę bardzo.<br />
Wykwintna pani w czarnej garsonce i idealnie ułożonych włosach na każdą pogodę.<br />
- Uch, jak gorąco, nieprawdaż? - zapytuje.<br />
- A tak, okrutnie. - odpowiadam uprzejmie.<br />
Zbyt emfatycznie. Wykwintna Pani patrzy się na mnie kątem oka.<br />
- Nie lubię, jak jest tak ciepło. - dodaję po chwili. - Nic się wtedy nie chce.<br />
- Dokładnie. - odpowiada mi moja współtowarzyszka. - Marzy się wtedy Riwiera czy inna Tunezja.<br />
I zapatrzona w krajobraz za oknem pewnie śni teraz o ekskluzywnych francuskich hotelach, przystojnych obcokrajowcach, szalonych balach i upojnych nocach.<br />
- A pani co się marzy? - zagaja po chwili.<br />
- Mnie? - pytam. - Mi się marzy autostop i żeby przed siebie, i żeby w pełnym słońcu, i żeby do przodu, ze szczęściem na ustach i wiatrem we włosach.<br />
Wykwintna Pani patrzy na mnie z niedowierzaniem.<br />
- A tak. - mówi powoli. - Ludzie bywają dziwni, niekoniecznie normalni. <em> Je jure.</em> O moja stacja. Do widzenia.<br />
- Do widzenia! - mówię za nią i przed odjazdem z Leszna uśmiecham się jeszcze wesoło przez okno.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">- Będą dwa wolne?<br />
- Tak, proszę.<br />
Babcia we wściekłym różu i wnuczek z czekoladą rozmazaną na policzku.<br />
- Michaś, siadaj.<br />
Michaś siada z łobuzerskim uśmiechem na przeciw mnie i czekoladowymi palcami rysuje na szybie domek.<br />
- Michaś! - krzyczy Różowa  Babcia. - Tak nie można! Masz, wytrzyj ręce w chusteczki. Nie zachowuj się jak Wojtek z naprzeciwka.<br />
Zdaje się, że Wojtek z naprzeciwka, musi być jakąś Michasiową wyrocznią.<br />
- Co z tymi dziećmi jest, proszę pani! - mówi do mnie Różowcia. - Istne diabły wcielone po trzykroć.<br />
- Seść, seść, seść. - wtrąca się mały z czekoladowym policzkiem.<br />
- Dziecko, ty masz całą buzię w tym, daj babcia wytrze. No nie, co ja się z tym chłopakiem mam, widzi pani?<br />
- Dzieci muszą się wyszaleć. - mówię z uśmiechem.<br />
Mały mruga do mnie porozumiewawczo. Ho ho, uważa mnie za sprzymierzeńca.<br />
- Widzis babciu, ta pani jest bardzo mądra. Ja muse się wysaleć.<br />
Różowa Babcia patrzy na mnie z politowaniem<br />
- Co też pani znowu wygaduje! Ech, no nic, takie widać życie... Siedź spokojnie dziadowskie nasienie!!!<br />
Dziadowskie nasienie, godne zanotowania, myślę sobie.<br />
- Pani taka mądra - ciągnie dalej Różowcia. - Bo pani nie ma własnych dzieci.<br />
- Racja, nie mam. - mówię.<br />
- Pani nie musi mieć dzieci. - odpowiada mały z mądrą miną.<br />
- A to dlaczego? - wdaje się w dyskusję z wnukiem babcia.<br />
- No sama popatz babciu. Ta pani ma spódniczkę?<br />
- Ma. - odpowiada zgodnie z prawdą babcia.<br />
- Ma jasne, szwiecące włosy?<br />
- Ma.<br />
Och, niechby śmiała zaprzeczyć, myślę sobie z rozbawieniem.<br />
- Ładnie o mnie mówi i mnie lubi?<br />
- O to się muszę tej pani spytać. - Różowcia patrzy błagalnie w moją stronę.<br />
- Michaś? Wydajesz się być sympatycznym i uprzejmym chłopcem. Myślę, że szybko bym Cię polubiła.</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Jak wypadłam?</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
- Widzis Babcia! Ta pani nie musi mieć dzieci, ta pani jest jak królewna. Królewna, która kocha wszystkie dzieci.<br />
- Miło mi, Michałku. - odpowiadam ze śmiechem. Podobno dzieci zawsze mówią prawdę.<br />
- Bo Babciu ona jest taka podobna do tej królewny z mojej książki.<br />
Nie, to już szczyt uprzejmości.<br />
- Królewno, czy mogę Cię ucałować w policzek?<br />
I nie czekając na odpowiedź Mały rzucił się w moją stronę, wdrapał na kolana i pięknie ucałował, znacząc mnie przy tym czekoladą swą twarzyczkową.<br />
Różowcia z krzykiem zaczęła zdzierać wnuka z moich kolan i wycierać mi policzek.<br />
- Przepraszam, przepraszam, to takie niedobre dziecko...<br />
- Nie jestem niedobry! - rozkrzyczał się mały w niebogłosy.<br />
- Nic się nie stało. - mówię ze śmiechem, a w sercu mi szczęśliwość taka  wielka rośnie. - Przecież ja kocham wszystkie dzieci.</font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"><br />
Królewna.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Wrocław.</p>
<p>Trzy godziny w jedną stronę. Trzy z powrotem. Sześć na jedno spotkanie. Trzy razy w miesiącu, może częściej. To nam daje jakieś osiemnaście godzin, tysiąc dwa kilometry, osiem przeczytanych książek z kanonu literatury romantyzmu polskiego, dziesiątki przygodnych rozmów, setki nowych twarzy, a w każdej jednej setce, dwie setki migoczących oczu, cztery setki kończyn i miliony, miliardy spraw, myśli oraz uczuć. W miesiącu.<br />
Na dotychczasowe pół roku owej pasji przypada sto osiem godzin, sześć tysięcy dwanaście kilometrów, czterdzieści osiem przeczytanych książek (nie bądźmy tacy dokładni, może z piętnaście.), setki przygodnych rozmów, tysiące nowych twarzy, a w każdym tysiącu wciąż takie same pary migoczących oczu, czteroskłony kończyn i miliardy najważniejszych spraw na świecie.</font></p>
<hr />
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2">Ale i tak najważniejsze zawsze pozostanie to samo. Pełnia życia, pełnia człowieczeństwa, promień słońca zaklęty w każdym geście, słowie i uśmiechu. </font></p>
<p align="left"><font color="#cc0066" face="Verdana" size="2"> Tak, żeby od początku do końca być cudownie nieprzejednanym i genialnie upartym. </font></p>
<p align="left"><font color="#cc0066" face="Tahoma" size="2"><em><strong>Żeby człowiek był człowiekiem,<br />
lecą liście, szumi w lesie,<br />
wiatr z obłoków warkocz plecie.<br />
I  t e g o  - trzymać się trzeba.</strong></em></font></p>
<p align="left"><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p></font><font color="#4a004a" face="Verdana" size="2"></p>
<p></font></p>
<p align="center">&#160;</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Love!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/08/love/</link>
<pubDate>Sat, 08 Sep 2007 09:44:11 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/09/08/love/</guid>
<description><![CDATA[Bojowe gacie szturmowe, to jest to!
Można je zdjąć, można nałożyć, można z przygryzioną war]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Bojowe gacie szturmowe, to jest to!<br />
Można je zdjąć, można nałożyć, można z przygryzioną wargą wpatrywać się w harmonijne linie szwów. Można dłoń wsadzić do ich kieszeni, a potem ją wyjąć, można w takiej kieszeni znaleźć piasek albo kawałki sznurka.<br />
I tak cały dzień. Leżą, wiszą, walają się, fruwają na krześle: bojowe gacie szturmowe, a w nich zawiera się i niebo, i ziemia, i wszystko, co je napełnia.</p>
<p>Chryste, daj mi takie bojowe gacie szturmowe, niech się rozbierają do prysznica, niech ćwiczą, turlają się, czołgają. Niech jedzą czekoladę, piją kawę z mlekiem i zlizują sok z  pomarańczy. Daj mi takie gacie, które wiedzą gdzie ich miejsce. Które skrojone są na miarę, idealnie potrafią wpasować się i do niw, i do butów oficerskich, skarpety wojskowe potrafią zaskoczyć nogawkami spodni, z którymi żyją w harmonii, a cały UeS wprawić w osłupienie - łącząc się z nim w genialną parę - stroju wojskowo-roboczego.<br />
Takie, co znają się na militariach drugiej wojny, co miotacz ognia w ich w głowie (w nogawce?), <em>run to the hills</em> na ustach, a w sercu pomarańcze, tańcze, tańcze.</p>
<p><em>Ken aj hev enader super</em><strong>bojowe gacie szturmowe</strong>, <em>ser</em>?</p>
<p>;)</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Dobrý den]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/08/27/109/</link>
<pubDate>Mon, 27 Aug 2007 10:52:40 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/08/27/109/</guid>
<description><![CDATA[Istnieje kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia mógłby się]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Istnieje kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia mógłby się obejść. Życie byłoby jeszcze bardziej genialnie, namacalne bez: buraków, niedosmażonej wątróbki, książek z powyrywanymi stronicami w najlepszych momentach, spóźnionych życzeń, odchudzania się, chamstewek i powtórnych wyborów.</p>
<p>***<br />
Istnieje też kilka rzeczy, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia nie mógłby prawidłowo fukncjonować! Bo życie jest jeszcze bardziej genialne, namacalne z: kakao w głębokim kubku, językoznawstwem diachronicznym, pościelą pachnącą lawendą i bzem, z uśmiechem przechodnia nieopodalnego, szalonym <span style="font-style:italic;">varietes</span> kropel deszczu na parapecie kołyszących do snu, z tym, że można straszyć gołębie, uczyć ich skakać na łeb na szyję od fontanny po krawężnik, i podpowiadać gdzie i jak należy kupkać, żeby nie denerwować wszelkiej maści Księżniczek. Bo bez takiego jogurtu kawowego, kapelusza słomkowego, piosenki Bogusława Meca, pasji z samych serc, miękkich poduszek, ramiączek fioletowego stanika, mieszania składników do ciasta, harcerskiego munduru, waniliowej herbaty, miodu i maku życie byłoby uboższe. Ubodzy są błogosławieni - to ja dziękuję za takie błogosławieństwo!</p>
<p><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/08/hands2.jpg" /></p>
<p>Istnieje kilka osób, bez których człowiek w pełni swojego istnienia i zadowolenia nie mógłby prawidłowo fukncjonować. Bez ciepła drugiego serca, mrugnięcia bałamutnego, dłoni serdecznej, ramienia silnego i rysunku ust. Bez kosmicznych porad, troski o człowieka-kozę, rodzynkowych wyglupów, grania w literaki, palenia okolicznych miast i wiosek, bez pozdrowień od Misia Uszatka, rozmów z bogiem, strzelania megachujem, pisania listów, zatwierdzania śróddupia, rzucania kurczaczkami na prawo i lewo podczas babskich pogawędek; bez straszenia UFO, rysowania cudownych i cudacznych kalamburów, zwierzania się, zwierzakowania i wierzenia, że oto nie ma rzeczy niemożliwych!</p>
<p><span style="font-style:italic;">Dzięki Wam za to, że jesteście. :)</span><br />
<span style="font-style:italic;">Kapitanie, Julko, Sławku, Miśku, Metisie, Rodzynie, Maćku, genialny kalamburzysto Gloggy - wielkie tenks. I pozdro szejset! :P</span></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Miaow!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/12/miaow/</link>
<pubDate>Thu, 12 Jul 2007 10:06:46 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/12/miaow/</guid>
<description><![CDATA[Z butli, co pachnąca mlekiem i uczuciem sączy krople nachalnie, zachłannie, pięknie. Już przegr]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Z butli, co pachnąca mlekiem i uczuciem sączy krople nachalnie, zachłannie, pięknie. Już przegryzła smoczek, pazurkami się wbija w plastik butelki, mruczy namiętnie, okiem strzela, wąsem drażni, a jej serce, jak mały żółwik odzywa się raz po raz ciepłym uderzeniem.<br />
Założę się, że jak tylko się urodziła, to wpadła w karafkę śmietanki nieskończoności, potem ktoś ją maznął pędzlem z czekoladą mleczą i dziś dzień, po miesiącu żółwikowego uderzania i słońc przepierzeń Maj Ka wygląda, jak taki ptyś kremowy, waniliowy, co ma się ochotę go ugryźć w miękką łapkę, zlizać kakaowe mruczenie z wąsów, upaćkać po czoło i wystawić potem na czyjś czuły język.</p>
<p>A kiedy tak trzyma się tę butelkę pachnącą mlekiem i kropla za kroplą pozwala Maj Ce przegryzać smoczek, łasić się, mruczeć, to można poczuć się, jak Kocia Mama, która karmi swoje puszyste kulki, uczy je chodzić, genialnie wpadać w kałuże i z deszczu pod rynne.<br />
Kocia Mama uczy też języka. Ma być wszak szorstki.</p>
<p>Miaow.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Pomarańczarnia]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/05/58/</link>
<pubDate>Thu, 05 Jul 2007 08:39:23 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/07/05/58/</guid>
<description><![CDATA[Kiedy człowiek wsuwa najpierw stopę, potem kolana, uda, biodra, a następnie piersi i ramiona zanu]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Kiedy człowiek wsuwa najpierw stopę, potem kolana, uda, biodra, a następnie piersi i ramiona zanurza w falującej pościeli, to nic, absolutnie nic, nie może równać się z tym poczuciem błogiego nastrojenia, odpływania, migotania, które wiedzie na Wyspy Szczęśliwe.<br />
Zwłaszcza, jeżeli pościel pachnie pomarańczą.</p>
<p>Pomarańcze mają to do siebie, że najprawdopodobniej są splunięciami słońca. Miękkie, soczyste, rozpływające się w ustach. To jak pocałunek roznegliżowany, wilgotny, coś na krawędzi Zapatrzenia i Drżenia, kiedy stosy motyli paćkają skórę i gęsi na niej pasą.<br />
Pomarańcze to krotochwile wargowe, nocne moczenia pocałunkowe, dryfowania, falowania, falowania, falowania...</p>
<p><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2007/07/1.jpg" /><br />
Pomarańcze i kawa. I pełne, odsłonięte kolano. I włosy w nieładzie. I otwarty Reymont.</p>
<p>Pewnie czeka na propozycję od Rana.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Kochanie, wróciłem!]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/29/kochanie-wrocilem/</link>
<pubDate>Fri, 29 Jun 2007 15:10:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2007/06/29/kochanie-wrocilem/</guid>
<description><![CDATA[Powiedzmy, że jest wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z Dostojewskim, Flaubertem i Szek]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Powiedzmy, że jest wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z Dostojewskim, Flaubertem i Szekspirem; ściąga swetry i apaszki dziewczętom, odsłaniając ich krągłe ramiona i smukłe szyje. Po upaćkanych żółtymi mleczami trawnikach biegają dzieciaki z latawcami i buziami umorusanymi czekoladą. Koty prężą grzbiety na balkonach wśród kwiatów pelargonii, psy szczekają na motyle, a Słońce zdążyło się już nawet zbliżyć do <em>Lolity </em>Nabokova.  </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ciepłe popołudnie. Madame Margot siedzi przy stole i pozwala Słońcu pieścić swe odsłonięte ramiona. Dobry dzień. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Na uniwersytecie dziś same sukcesy; gorąco przyjęty referat o kulturze europejskiej, dziewięćdziesiąt minut wykładu o micie miłości oraz maksymalne skupienie całej sali, właśnie na jej postaci, na jej słowach, na tym, co ma do powiedzenia, i co w chwili owej mówi, o Chrystusie, Tristanie i Don Juanie. Sto dwadzieścia cztery pary oczu wpatrzone tylko w nią. Tak więc była zdolna do zatrzymania na sobie uwagi przez dziewięćdziesiąt minut. <em>C’est beau, ma foi, Madame Margot.</em> </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Za oknem pisk dziewcząt. Tupot małych stóp na chodniku. I banda chłopców wymachujących szczurem bez ogona. </span></p>
<p class="MsoNormal"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Madame Margot siedzi przy stole i pije waniliowe cappuccino. Kawka wirująca w filiżance i na wietrze. Brązowa emalia. Taki niesforny kosmyk opadający na czoło. Lekki ruch ręką. Przestrzeń poprzeplatana dźwiękami. Urocze popołudnie <em>per se.</em><br />
Sinatra potrafił uwodzić kobiety. <em>Nju Jork, Njuuuuu Joooooo rr k. </em></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Na lodówce wisi lista spraw, które musi załatwić w tym tygodniu. Lista, która wisi tam już od pół roku.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    złożyć podanie o nowy paszport [- Margot moja droga, przecież w te wakacje chciałaś jechać do Rzymu i Bordeaux, musisz zanieść te druki, bo inaczej przyjdzie nam zostać tutaj. <em>Est-il possible?]; </em></span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    zapisać się do Biblioteki Wojewódzkiej [- Nigdzie nie mogłam dostać tej książki, mam nadzieję, że to nie wpłynie na jakość referatu, -A byłaś w Wojewódzkiej?];</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    iść do banku [- Kochanie, znowu nie byłaś? – Pójdę jutro.];</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="margin-left:36pt;text-indent:-18pt;"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">-    przeczytać <em>Kroniki włoskie </em>Stendhala.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">  </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Z drugiej strony nie chce jej się czytać. Przeczyta jutro.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Warkot silnika na podjeździe. Wrócił.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Państwo to dobrze znają, prawda? Madame Margot także.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Szybko nastawia wodę na herbatę. Wybiega do przedpokoju, drzwi się otwierają [w tle F. Sinatra: <em>Strangers In The Night</em>] i do mieszkania raźnym krokiem wchodzi zadowolony z życia młody prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego, rzucając takim filmowym, kurtuazyjnym gestem swoją teczkę i wtulając się miękko w olśniewającej urody małżonkę, która ma na sobie francuską garsonkę i perfekcyjny makijaż przez cały dzień. Znacie to Państwo, prawda? Wciąż z taką samą kurtuazyjną manierą łapie swoją połowicę w pół, ona ruchem pełnym gracji i kokieterii wygina delikatnie swoją kibić i unosi jedną nogę w górę [O tak, to Państwo znają na pewno doskonale, to nie może być tylko moja fantasmagoria.], podczas, gdy ten szarmancki Monsieur całuje ją na przywitanie w usta.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">[<em>Something in my heart, told me I must have Youuuu...</em>] </span><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">I w tym oto miejscu owo urocze popołudnie zamienia się w jedno wielkie nieporozumienie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"> Państwo, tak samo dobrze, jak i ja wiedzą, że nasza Madame Margot nie piła dziś nic więcej poza owym waniliowym cappuccino, między jednym pomalowaniem paznokcia na brązowy kolor, a refrenem Sinatry, który połowę dzisiejszego popołudnia rozkoszował się Nowym Jorkiem; a tymczasem Monsieur prawnik/lekarz/wojskowy/wykładowca francuskiego zdaje się podejrzewać naszą Madame, o co najmniej jakieś alkoholiczne orgie na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej, wraz z innymi doktorami językoznawstwa i historii literatury w samym centrum miasta, właśnie w dniu dzisiejszym, lub co gorsza o poranek na miarę bohemy w ich własnym, przytulnym domku na ulicy Sadowej 302-A.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Tak, on ją ewidentnie sprawdza! <em>Casus pascudeus! </em></span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Skąd takie przypuszczenie? Proszę Państwa, przecież on ją całuje w usta! A po tym pocałunku, zapewne podejdzie do barku i sprawdzi, czy aby jego podejrzenia nie są słuszne. My wiemy, że nie są. Ale do niego to nie dociera. Może nawet nieświadomie, Monsieur ów sprawdza swoją żonę, ową <em>femme incomprise</em>, czy aby nie piła, gdy go nie było w domu.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">W tym miejscu pragnę go trochę usprawiedliwić.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Wszak wina w rękach kobiety należy bać się tak samo, jak i miłości.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Starożytny Rzym. Najwyżej rozwinięta cywilizacja czasów starożytnych, która osiągnęła niebywały poziom w sztuce inżynierskiej, w planowaniu miast, architekturze, nauce, medycynie i literaturze. Wiek II. Cesarze umierają śmiercią naturalną po stosunkowo długim okresie panowania, gospodarka przeżywa rozkwit, a granice wydają się być bezpieczne pod czujnym okiem strzegących je legionów. Ich obronę wspomaga cały system umocnień i warowni nazywanych limesem rzymskim. Całe państwo stoi na wysokim poziomie kulturalnym. Szereg znakomitych twórców: Tuliusz Cycero, boski Wergiliusz, Horacy, Owidiusz, Tytus Liwiusz czy Publiusz Korneliusz Tacyt.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Śmietankowo.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">I pomyśleć, że w czasach owych, pełnych wybitnych artystów, szalenie uzdolnionych architektów, boskich cesarzy i jeszcze bardziej boskich literatów, na porządku dziennym zaraz po powrocie z pracy, jest całowanie własnej kobiety w usta, ot, na przywitanie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Państwo się ze mną zgodzą, że to jest nienormalne.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Zabobonne całowanie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Kto by pomyślał, że ten nasz, czasem nawet niedostrzegalny i zupełnie banalny gest na przywitanie ma <em>nota bene </em>swój rodowód w Starożytnym Rzymie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ot, wszystko przez kobiety. Westalki, kurtyzany, żony.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Westalki otaczano wielkim szacunkiem. Gdy wychodziły na ulice, towarzyszyli im liktorzy jak najwyższych urzędników; dawano im zaszczytne miejsca w teatrach i cyrkach, a w sądzie ich świadectwo miało znaczenie przysięgi. Kurtyzany kochały się w barwnikach i migdałowych olejkach. Chłopcy i mężczyźni kochali się w kurtyzanach. Albo z nimi. Żony. Żony kochało się najbardziej. Państwo wiedzą o czym mówię...</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Powiedzmy, że jest ot sobie, takie właśnie wczesne lato. Słońce kocha się na półkach z glinianymi miskami i posążkami Westy; ściąga tuniki i opaski. Po upaćkanych kamieniami drogach biegają dzieciaki. Na forum Rzymianie dyskutują o bieżących sprawach.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Ciepłe popołudnie. Rzymianin Marek wraca do domu po całym dniu pracy w miejskiej łaźni. Pierwsze, co robi gdy przekracza próg domu, to woła:<br />
”Kochanie, wróciłem!” [Państwo, oczywiście idealnie to sobie wyobrażają.], po czym chwyta swoją współmałżonkę w ramiona i miękko przywiera do jej ust swoimi wargami. Oczywiście kocha ją nad życie, szanuje i dba o jej zdrowie oraz dobre samopoczucie, zresztą jak wszyscy ówcześni mężczyźni w starożytnym Rzymie. Państwo się ze mną zgadzają. Dziękuję. Całuje ją z rozkoszą, bo zatęsknił do niej niesamowicie, gdyż wielbi ziemię, po której stąpa jego oblubienica, prawda?</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">No cóż, nic z tych rzeczy. Dominus Marcus sprawdza żonę!</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Bo pocałunek na przywitanie, to mimo wszystko nie jest jakiś tam erotyczny zwyczaj, który przetrwał nam szczęśliwie do czasów dzisiejszych. Co to, to nie.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">W starożytności mężczyźni w taki to właśnie niecny sposób sprawdzali, czy ich kobiety nie piły wina. Bo wina w rękach kobiety bano się tak samo, jak i miłości.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;"> </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Wszak zarówno jedno, jak i drugie czyni kobietę nieobliczalną.</span></p>
<p class="MsoBodyText" style="text-align:center;" align="center"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">* * *</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">  </span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Madame Margot z uśmiechem przytuliła się do swojego męża, zadowolonego z życia młodego prawnika/lekarza/wojskowego/wykładowcy francuskiego, po czym głaszcząc go pieszczotliwie po brodzie pochwaliła się powodzeniem referatowym, oscylującym wokół mitycznych miłości i zwyczajów erotycznych.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Jej mąż zaśmiał się kurtuazyjnie i przytulił ją mocniej, gratulując sukcesu.</span></p>
<p class="MsoBodyText"><span style="font-size:10pt;font-family:Verdana;">Po chwili, ledwie dostrzegalnym ruchem dłoni wytarł kącik ust Madame skąpany w waniliowej otoczce cappuccino. <em>Corpus delicti.</em></span></p>
<p class="MsoNormal" style="line-height:150%;"><span style="font-size:10pt;line-height:150%;font-family:Verdana;"> </span></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
