<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><!-- generator="wordpress.com" -->
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	>

<channel>
	<title>balalajki &amp;laquo; WordPress.com Tag Feed</title>
	<link>http://wordpress.com/tag/balalajki/</link>
	<description>Feed of posts on WordPress.com tagged "balalajki"</description>
	<pubDate>Wed, 23 Jul 2008 11:59:16 +0000</pubDate>

	<generator>http://wordpress.com/tags/</generator>
	<language>en</language>

<item>
<title><![CDATA[Duke]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=820</link>
<pubDate>Thu, 10 Jul 2008 16:11:54 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=820</guid>
<description><![CDATA[
Czekałeś na mnie po pracy z koszykiem dojrzałych czereśni i rowerem zawadiacko opartym o pień ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align:center;"><img class="aligncenter size-full wp-image-819" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/07/n48922019_41747778_1333.jpg" alt="" width="500" height="375" /></p>
<p style="text-align:center;">Czekałeś na mnie po pracy z koszykiem dojrzałych czereśni i rowerem zawadiacko opartym o pień brzozy, wikwitły zaraz za zakrętem w ramy kołowrotów i iglenia się szprych. Dzień rumienił się w półobrotach poobiedzia czwartkowego, maczanego w syropie klonów i puszczania się mleczy, rozlany po poboczu w ultramarynie chabrów i bemolach świerszczy dudniących na modłę śródpłowia.<br />
Chwilę temu pożegnałam się ze swoim małym strażakiem, z którym tego dnia zdobyłam wszystkie wzgórza w okolicy i przegoniłam stado gęsi, tylko po to, by teraz robić to z Tobą, siedząc na ramie rowerowej, zasłaniając Ci drogę rozpuszczonymi włosami i plując pestkami czereśniakowymi w kaczki na zakrętach polnych do Poznania prowadzących, przy rozdziewiczaniu przestrzeni na dystansie ucho-usta.</p>
<p style="text-align:center;">I tak wracać do myśli pierwszych, myśli spokojnych, zawartych w mocnej dłoni spiętrzonej na kierownicy i nabrzmiałych plecach malowanych sokiem mandarynkowym. Do królestwa bez imienia i władców bez potrzeby. Pijanych i zalanych w sztok słońcem, zaklejonych upałem, dusznością i sobą, gdzieś na drodze do nieskończoności, która paćka się w horyzont.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Bibliofilia]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=657</link>
<pubDate>Sat, 24 May 2008 15:12:06 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=657</guid>
<description><![CDATA[Literatura to nie tylko czytanie dla zabawy lub do poduszki, służy ona do tego, żeby coś z niej ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Literatura to nie tylko czytanie dla zabawy lub do poduszki, służy ona do tego, żeby coś z niej wynieść, choćby nawyk rozglądania się wokół. Żeby się rozejrzeć i zobaczyć, jak cudny jest wschodzący i zachodzący księżyc. Jaka cudna jest kąpiel w wodzie z nagimi dziewczętami - nie, nie teraz, latem - jak można być twórcą samego siebie i traktować własne życie jako dzieło sztuki, co umieją robić ludzie, którzy banał zamieniają w magię. Powiedział Pan Dziadek i zagruchał jak gołąb, wywołując tym u mnie spazm obrzydzenia objawiający się głośnym przytupem i wariackim zamachaniem kończyną górną. Durno.</p>
<p>***</p>
<p>Wywołał też i przy tym refleksję kapitulującą, refleksję dogłębną i szaloną nad literaturą w ogóle, literaturą bliską, tą zakorzenioną w dzieciństwie i od niegoż się za mną wlekącą, i tą też tuż za załomem względnej dojrzałości, która przylgnęła do mnie w formie transcendentu. Kazał się zastanowić nad kupą tych wszystkich ulubionych, docenionych i ważnych książek, z których przecież raczyłam coś wynieść, coś zrozumieć, i które to zwykłam opatrywać etykietką kanoniczną, filologiczną i erudycyjną: <em>debestof</em>. Wychodząc więc na przeciw tej refleksji, nanizując ją na nitkę, szereguję fakty, zachwyty, przebłyski i olśnienia, jakie od czasu do czasu towarzyszą mi w moim zaczytaniu, dzielę się nielegalnie tymiż banałami.</p>
<p>***</p>
<p>W wieku lat pasjonujących ośmiu moją ukochaną książyną były <strong>Dzieci z Bullerbyn</strong>. Ileż drzew przechasałam jako Britta, <img class="alignleft size-full wp-image-660" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/37354.jpg" alt="" width="125" height="200" />zębów się nawyrywałam starym sposobem dziadka, chłonęłam zapach nowych książek, gdyż <em>nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać</em> i marzyłam o drzewie, przez które mogłabym fikać do koleżanek. W tym czasie odkrywałam też przygodowstwo <strong>Pana Samochodzika</strong> i barabańskie przygody <strong>Tomka na Czarnym Lądzie</strong>, niemniej nic nie mogło się równać z Zagrodą Północną i Południową.</p>
<p>Później, gdy wypadły mi już wszystkie zęby mleczne, a lektura stron dwustu nie wydawała się wyczynem na miarę zjedzenia zupy burakowej - zupełnie przypadkowo, acz nachalnie i nieodwołalnie zakochałam się w <strong>Ani z Zielonego Wzgórza</strong>. Do dziś dziełka Montgomery uważam za jedne z kapitalniejszych i urokliwszych, i śmiem dać je córkom na ósme urodziny, co by wpadły po uszy i szyje w krainy wyobraźni, tak, jak i ich rodzicielka. Michalino, Katarzyno, Julio albo Heleno - szykujcie się.</p>
<p>***</p>
<p>Dziś w wieku namiętnych lat dwudziestu i prawie trzech, cenię sobie i uwielbieńczo wracam do tomiszczy, które choć niekiedy są kanoniczno-monumentalnymi reprezentantami literatury europejskiej, to mają w sobie wiele z banału, prostoty i zwyczajności. I tak poczynając od Czechów malowniczych i uchichranych, kocham się niepocieszenie od lat wielu w Bohumilu Hrabalu i jego praskich piwiarniach, w <strong>Postrzyżynach</strong>, <strong>Auteczku</strong>, <strong>Pociągach</strong> i <strong>Zbyt głośnej samotności</strong>. Zaczytuję w Kunderze, <strong>nieznośnym</strong>, <strong>żart</strong>obliwym i <strong>śmiesznie miłosnym</strong>. I jest w tym jakiś taki pociąg do rzeczy prostych, nawet banalnych. Do ludzi zwyczajnych, codziennych, a przez to przecież właściwych i bliskich. Do czegoś, co jest mi sprawą najważniejszą na świecie i do człowieka, do którego jest mi zawsze najbliżej.</p>
<p>A oprócz tego spełniam się przecież jeszcze w swoich sentymentach patriotyczno-narodowych. Co roku w lipcu dymnym czytuję od nowa <strong>Pana Tadeusza</strong>, rustykalnego i sielskiego, na wskroś patetycznego i jadącego <em>wsią spokojną, wsią wesołą</em>, tak mi ciepłą i pachnącą.<br />
<img class="alignleft size-full wp-image-658" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/wesele_04.jpg" alt="" width="132" height="200" /><strong>Wesele</strong> Wyspiańskiego mam w pierwszej trójce debestof, za mity, chochoła, dramat i teatr. I jeszcze <strong>Kamienie na szaniec</strong> - bo nic nie jest mi tak ważne, jak to pęcznienie człowieczeństwa przekładającego się na historie me rodzinne, najbliższe i wyjątkowe.</p>
<p>I o ile te książki uważam za udane, bezcenne, piękne i mądre ludzkim prawem, to w niekwestionowanej czołówce jest Schulz, Schulz i Schulz. Za przenoszenie mitu na nieskończoność, uwielbienie przestrzeni w każdym jej najmniejszym szczególe; za sadystyczność słów i masochizm wątków, w końcu za mitologię głębi ludzkiej, do której każdy winien dorosnąć.<br />
<img class="alignright size-full wp-image-659" src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/05/459.jpg" alt="" width="116" height="170" /><br />
Jeszcze. Tuż obok niego na półce prężą się namiętnie: Flaubert ze swoją <strong>Madame Bovary</strong>, Libera z samą <strong>Madame</strong>, Marquez nieśmiertelny przez <strong>Sto lat samotności</strong>,<strong> Dwunasty</strong> Świetlicki i zaczepny, genialny Nabokov z małą <strong>Lo</strong>.</p>
<p>***</p>
<p>I gdyby tak przypatrzeć się lepiej tym wszystkim pokładom bliskości i zatrważającej doznaniowości, którą niosą ze sobą te książki, to można nie wyjść z podziwu nad tą recepcją głęboką i kapitulacją przed nieobjętością transcendentu.</p>
<p>Poza tym, mam nadzieję, że wszystkie ulubione z ulubionych, są jeszcze przede mną. Oprócz Schulza, oczywiśnie. (:</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Magnetowid, video &amp; Excelsis Deo]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=583</link>
<pubDate>Wed, 07 May 2008 12:16:11 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=583</guid>
<description><![CDATA[Imprezy niszowe mają  to do siebie, że wymagają od swoich kontestatorów wiele uwagi, wiele cierp]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Imprezy niszowe mają  to do siebie, że wymagają od swoich kontestatorów wiele uwagi, wiele cierpliwości, zrozumienia dla sztuki wysokiej, silnych nerwów, nobliwości oraz umysłu chłonnego, wielkiego, przygotowanego dla doznań estetycznych wysokiej klasy - na tańce, pienia, wygi - czy tam - bohomazy.<br />
Wejście na jedną z takich imprez, nie dość, że kosztuje fortunę, to jeszcze wymaga czujności, gotowości na przydybanie, przyszpilenie takiej okazji, wyłuskanie jest, po myśliwsku z sideł. A gdy nam już ona w takie wpadnie i skapnie możliwość uczestnictwa w przedsięwzięciu wielkim - słodkim, wiotkim, choć naprędkim, trzeba zrobić się na bóstwo, zadbać o swe ochędóstwo - jakoż wszyscy dobrze wiecie, sztuka    wymaga    wyrzeczeń.</p>
<p>Moi sąsiedzi i znany już, skądinąd - <a href="http://marszoblog.wordpress.com" target="_blank">Pan Karol</a> - są zaś w tej uprzywilejowanej sytuacji, że imprezy zamknięte, ponętne, składowe, te dla vipostwa i te, co niszowe, nie są im wcale obce i wstrętne, rzecz nawet można, że cud-ponętne, a to i jeszcze za mą przyczyną, taką to jestem świetną dziewczyną.<br />
Albowiem bowiem z łaski niebiosów, talentów wielkich, mocnego głosu, czyniąc od rana zadość gawiedzi - dałamże koncert, jak przy spowiedzi.<br />
Leżącże plackiem dziś na podłodze, machając kapciem na prawej nodze, w loży honoru mając Karola, śpiew swój zaczęłam od unisona.</p>
<p>Repertuarem siejąc defetyzm, bawiąc się nutą, godząc w profetyzm - wybrałam pieśni reprezentacje - kwitną kasztany nam i akacje - więc godzi śpiewać się, co następuje: <em>Ludu, mój Ludu</em> i <em>Alleluję</em>.<br />
Zaczęłam cicho z Achem mój Jezu, jakże ty klęczysz, jak przy pacierzu, w Ogrójcu krwiąże pomazany, za nasze grzechy bi czo wa ny. Później się wspięłam na wyższe tony, świergocąc z mocą: namaszczony! <em>Ludu mmmój Ludu, cożemmm ci uczynił, czemmem zasmmucił, albo czemm zawinił</em> - wydatnie znacząc <em>em </em>dwuwargowe, wielce żarliwe, murmurandowe. Potem rećtal wlazł w profanację - składając dźwięki za koronację - dźwięki o panie, składamy dźwięki za twe kościelne, swojskie piosenki.<br />
Występ zakończon nutą - pogrzebem, o dobrym panu, co stał nad brzegiem.</p>
<p>***</p>
<p>Wniosek jest jeden moi kochani - spędy niszowe sąże do bani. Lepiej się bawić w zgiełku i tłoku, na Openerze i na Woodstocku.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA["Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa"]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=547</link>
<pubDate>Fri, 25 Apr 2008 10:54:04 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=547</guid>
<description><![CDATA[Bruno Schulz
Na mojej ulicy rosły dzieci-drzewa, niedojrzałe, skarlałe, supportowane przez mocne ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em>Bruno Schulz</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Na mojej ulicy rosły dzieci-drzewa, niedojrzałe, skarlałe, supportowane przez mocne belki jesionowe i wstążki koloru zgniłej zieleni, fundowane ich niedorosłym życiom przez zarząd miejski, a dokładnie - wydział osiedlowy do spraw zieleni wszelakiej, <em>zakazówgrywpiłkę</em> i <em>szanujzieleni!</em>, do której to figlarni chłopcy z smarkami rozoranymi po całej buzi przez wiatr lipcowy, zwykli dodawać liść konopny, wielki, ozdobny.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Na mojej ulicy trawa oddawała się chodnikowi w takt butów rżniętych przez asfalt, nachalnie i namiętnie wsiąkając w żyły płyt betonowych, kładących się mozaiką równolegle do korowodów krawężników. Chodników malowanych w klasy, wygibasy, wielkie przepowiednie miłosne, gdzie <em>a ry</em> plus <em>by wy</em> równa się <em>wy ny my</em>.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Na mojej ulicy snem wieczystym spała mała kawka przyduszona przez kota opłota z trzeciego piętra, wielkiego bandziora i bumelanta, który wieczorami groził mi pod oknami doniosłym miaukiem. Razem z delegacją z sąsiedniego podwórka urządziliśmy jej triumfalny pogrzeb, z odczytem i epitafium wymazanym białym wapnem na przegryzionej płytce chodnikowej o treści: <em>Tu leży kawka. Cześć jej pamięci i hańba na kota i jego potomstwo! </em>Rafał chciał dopisać jeszcze <em>R.I.P</em>, bo mówił, że jak gra na swoim Atari, to po śmierci bohaterów właśnie pomniczki z takimi literkami wyskakują, ale Arek ofuknął go należycie mówiąc, że jest debilem i srip <em>R.I.P</em>, niech się sam rypie. Także zostało przy<span> </span>samym: <em>Cześć jej pamięci i hańba na kota, wraz z potomstwem i tegoż potomstwa potomstwem...</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Swoją drogą, ktoś wybitnie uważnie musiał słuchać ewengelii - zeszłej niedzieli.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">Na moją ulicę każdego wieczoru przyjeżdżał Pan Jan z pobliskiej wsi, razem z Panią Janową, która miała włosy do pasa, jasne jak zboża, piękne jak zorza. Już z daleka było widać ich niebieską syrenkę koloru porannego nieba, a kanki i dzbanki w ich miniaturowym bagażniku stukały o siebie dzwoniąc na modłę wieczorną i zwołując osiedle na wielką ucztę. A zaprawdę ucztować było przy czym. Pan Jan wielki, roześmiany, zawsze w rozchłestanej koszuli i źdźbłami we włosach, rozdawał pęczniejącemu osiedlu butelki, garnuszki, słoiki pełne świeżego mleka. Czasami przybiegało się do niego choćby ze szklanką, z kubkiem, a on potężną chochlą wlewał ten płyn śmietankowy, zimny, przepyszny w nasze dłonie, usta, w nas całych rumianych latem i sierpniem, z rozoranymi kolanami, kupą gołębią na spodenkach, z włosami pachnącymi ziemią i wszystkim, co ją napełnia, piszczących i roześmianych wakacyjnym skwarem i tym mlekiem rozdawanym, dzielonym na wszystkie strony świata przez tego chrystusa naszego wiejskiego zstępującego do nas w chłodnik wieczorny, z którego braliśmy i piliśmy wszyscy, na wieczną pamiątkę.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">***</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;"><em>Moim ideałem jest dojrzeć do dzieciństwa. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość.</em></p>
<p class="MsoNormal" style="text-align:justify;">
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Być kobietą, być kobietą]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=502</link>
<pubDate>Sat, 29 Mar 2008 14:34:30 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=502</guid>
<description><![CDATA[- Dziewczyny, wolne?
Dziewczyny popatrzyły na siebie, jak tylko to one robić potrafią i z minami ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p><i>- Dziewczyny, wolne?</i><br />
Dziewczyny popatrzyły na siebie, jak tylko to one robić potrafią i z minami figlarnymi a zgodnymi odrzekły sakramentalnym: <i>Tak!</i> uśmiechając się do siebie wesoło. Jedna z czterdziestoletnim czasem przeplecionym przez czoło w postaci delikatnej siatki zmarszczek sprytnie tuszowanych przez krem na dzień dermo-odprężający z Boswelox, wypełniacz biosfery kolagenu. Druga plująca i smarkająca motylami w kwiecie wieku dwudziestego drugiego, odrobinę krnąbrna i fantazyjnie rozczochrana, niewyspana, roześmiana, na na na na.<br />
I ta pytająca, dziewczyna - na oko lat siedemdziesięciu i kilku, ubrana w ciasny czarny gorset, długą, powłóczystą suknię, zieloną koszulę ze stójką i wachlarzowy kapelusz z szerokim rondem zajmujący połowę przedziału, dochodząca, dosiadająca się, podróżująca, za-chwy-ca-ją-ca!<br />
<i>- Genialnie!</i> - mówi ona, zatęczona, tak zielona, i przysiada się do trójkąta, i wchodzi w te nasze światy powoli, ale z dozą rumianości ogromną, piękności, historii i magnolii, którymi pachnie oszałamiająco.<br />
Wpatrujemy się w nią, jak w ikonę zdobioną wykwintnymi materiałami i kamieniami - z szmaragdem mieniącym się na palcu i gładkim, acz starodawnym gorsetem wpijającym się w biodro. Jest urocza, dziewczęca, rumiana, powabna i ma ponad siedemdziesiąt lat.<br />
I z taką Nią zostaje już do końca, przez kolejne dwie godziny zaczuć, zarumień, zapamięci i zatęczeń - aż do Poznania.</p>
<p>Dziewięcioro dzieci, prawnicy, lekarze, dentyści, pisarze. Do tego włości na Kresach, historia zaklęta w Powstaniu, w starym Lwowie, w starej Warszawie, w dorożkach, książkach, fortepianach, katamaranach. Dzieciństwo spędzone na salonach, nauka w elitarnych szkołach, gra na fortepianie, skrzypcach, na harfie, języki krajów Europy podawane w wykwintnych formach, na srebrnych paterach, kultura i partytura.<br />
Do tego znajomość ogłady, parady, wszelkich niuansów, kontrabasów, pasów i wygibasów: walc, polonez, kadryl, kotylion. Panów i pań, rodzin, bo się powodzi, Wojtyłów, Czartoryskich, Zamoyskich, Koniecpolskich. - <i>A prawnuczka Dąbrowskiej to sympatyczna dziewczyna!</i> - mówi hrabina i uśmiecha się szeroko, mrużąc przy tym piwne oko.<br />
<i>- A Ty Kochana?</i><br />
A ja jestem kochana przez Ciebie. I prawnuczka ze mnie też zaszczytna, bo przecież taka harcerska, beztroska, Małkowska. I uśmiecham się ładnie i składnie opowiadam o dziadku mym najdroższym, kresach, biesach, o tym, co najważniejsze i najbliższe, o powstaniu i działaniu. I jeszcze o marzeniach, dążeniach, tym, co zaraz, tym, co teraz, Linda, Flinta i Banderas.<br />
A Hrabina przytakuje grzecznie, wyniośle, radośnie i trzyma tą swoją ufryzowaną głowę tak, jak tylko ona potrafi i jak trzymały ją panie jeszcze przed wojną, na salonach, tronach, w domach, niech skonam!</p>
<p>I czerpię z tego niewypowiedzianą radość, przyjemność obcowania z kobietą piękną, mądrą i światłą. I choć się już żegnamy, wymieniamy - uprzejmościami, kodami, pocztami - to tkwi w nas, dziewczynach, takie przekonanie o tym, że to, co najistotniejsze i najważniejsze - zawsze pozostanie takie samo. I uścisk, i uśmiech i jej słowa na koniec, że: <i>bycie kobietą, to nie to samo - co bycie damą i ładną!</i></p>
<p>De facto!</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Znów wędrujemy]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/?p=407</link>
<pubDate>Sat, 02 Feb 2008 21:24:09 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/?p=407</guid>
<description><![CDATA[Mam ochotę wrzucić kilka najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka, kawałek chleba, finkę, sznurek, ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Mam ochotę wrzucić kilka najpotrzebniejszych rzeczy do plecaka, kawałek chleba, finkę, sznurek, rękawiczki, kompas i bandaż elastyczny, i wyjść znowu przed siebie, przed niebo, przed dzisiaj i przed jutro: w lasy, pola, łąki, góry i rzeki. Budować przestrzenie znojem dnia, palącym niebem, mrozem malującym kwiaty na policzkach; przedramieniem, które ściera zmęczenie z brwi, lewą kostką, tak często dającą się we znaki, trasą bez mapy i bez przewidywania, i wsiąkaniem w horyzont, który czasami płonie, a czasami rozmywa się, rozpływa, wstępuje w esencję.</p>
<p>Mam ochotę przytulić się do brzóz, buków, moich ukochanych drzew, spojrzeć z dołu ku ich koronom sakralnym, będących schronieniem dla moich najdroższych jaskółek; pluszem policzka podrażnić chropowatą korę dębów oraz sosen i zasłuchać się w to tętnienie ogromne, pulsowanie w pędach, korzeniach, w szumie liści i jękach konarów.<br />
A potem rozłożyć się wśród makowienia i chabrnienia, zatonąć w zbożu żując w pełnym słońcu kłosy pszenicy, przeciągać się, płosząc pasikoniki i pozwalając biedronkom zamieszkiwać we włosach.</p>
<p>Wieczorami zaś usiąść przy ogniu, rozpalić wszystko wokół, obudzić cienie i blask gwiazd; przywołać wszystkie najważniejsze wspomnienia, odnowić wszystkie przyrzeczenia, powtórzyć za puszczykiem donośne <i>huhu</i> i bić ciche brawo po koncercie świerszczy na cztery smyki.<br />
A potem w dymie jeszcze jałowcowym, mrużącym oczy i dławiącym oddech położyć głowę na poduszkowieniu z mchu, zwinąć się, jak motyli dzieciak w śpiworowy koc, i włączyć się w to wielkie dudnienie, śpiewnienie przyrody, którą lula kołyska sierpowatego księżyca.</p>
<p>Wstając zaś godzinę przed świtem pomachać temu srebrnomącznemu rogalowi na pożegnanie, życzyć dobrej drugiej półkuli i mrugając porozumiewawczo odbiciem gwiazd, zapewnić, że za dzień znowu się spotkamy - w innym miejscu, przy innym ogniu, ale przecież w tą jedyną i właściwą noc; w ten zmierzch i wieczór, który celebruje i święci całe minione dnienie zmęczeniem nóg, zapętleniem myśli, głośnym oddechem i śmiechem odbitym na powierzchni stawu, współgrającego z kumkaniem żab i cichym <i>szuwiduła</i> szuwarów.</p>
<p>Mam ochotę wpaść w samo południe na pole, krowy pomóc zaganiać, z psem się jakimś pobawić, na sianie podrzemać i znów tak wędrować ciepłym krajem, jak to zwykłam robić w te dni pełne ognia i płomienia kołyszącego trawy, tory kolejowe wyznaczane przez pierścienie i wachlarze maków, drogi polne zatopione w kobiercach dzikich jabłoni i misternie snutych pajęczyn.</p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/02/falka.jpg" title="falka.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/02/falka.jpg" alt="falka.jpg" /></a></p>
<p>Mam ochotę pokazać Ci łuk brzóz triumfalny, buków sploty orgiastyczne, bąki basowe gwałcące rumianki i słońce, słońce, które negliż uprawia.<br />
Ja wyjdę pierwsza. A Ty dojdziesz chwile po mnie.</p>
<p><i>Znów wędrujemy ciepłym krajem,<br />
malachitową łąką morza.<br />
(Ptaki powrotne umierają<br />
wśród pomarańczy na rozdrożach.)</i></p>
<p><i>Na fioletowoszarych łąkach<br />
niebo rozpina płynność arkad.<br />
Pejzaż w powieki miękko wsiąka,<br />
zakrzepła sól na nagich wargach.</i></p>
<p><i>A wieczorami w prądach zatok<br />
noc liże morze słodką grzywą.<br />
Jak miękkie gruszki brzmieje lato<br />
wiatrem sparzone jak pokrzywą.</i></p>
<p><i>Przed fontannami perłowymi<br />
noc winogrona gwiazd rozdaje.<br />
Znów wędrujemy ciepłą ziemią,<br />
znów wędrujemy ciepłym krajem.</i></p>
<p>Krzyś, 1938 r.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Freelove]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/14/freelove/</link>
<pubDate>Mon, 14 Jan 2008 00:59:59 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/14/freelove/</guid>
<description><![CDATA[Lubię ten stan, w którym powieki kleją się - miodu pełne i roztopionego cukru; gdy kolana nieru]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Lubię ten stan, w którym powieki kleją się - miodu pełne i roztopionego cukru; gdy kolana nieruchomieją na chwilę, by potem znów wzburzyć zaśnienie, ramiona opasają poduszkę w ostatnich podrygach dnia, a cudowne zmęczenie przebiega przez ciało znacząc każdą chwilę poczuciem spełnienia.</p>
<p>Nie ma nic bardziej przyjemnego niż odpoczynek po ciężkim dniu. Kiedy w ostatnich promieniach słońca się brodzi, wraca z naręczem uśmiechów do domu - tych najbliższych, przy kawie, przy serniku, na wykładzie, czy w oparciu się jednej głowy o drugą w porannym tramwaju - i tych pozornie obcych - przy przejściu dla pieszych, w windzie, która utknęła między piętrem ósmym a dziewiątym, w kolejce po soczyste pomarańcze i na peronie przykładając nos do okienka kasowego zamawiawszy jakieś najbliższe połączenie do Serca.</p>
<p>Lubię ten stan, kiedy wszystko odpływa, faluje, pomarańczowe ściany zmieniają się w horyzonty, a niebieskie szafy w finlandzkie fiordy. Kiedy zaczynam mruczeć przez pierwszy sen, prawą stopą ściągam skarpetkę z lewej, bo mnie grzejnik na wzór kotkowy zaczyna już monumentalnie grzać i z podwijającą się koszulką gdzieś ponad pępek wstępuję w esencjonalność. Mój tenczasowy mężczyzna spija ze mnie ostatnie krople dnia szepcząc coś jeszcze o Sierpniu i Genialnej Epoce, a ja tymczasem odpływam na statkach marzeń wiozących skarby z dalekich krain; pełnych wanilii, cynamonu, skór krokodylich i republik, aby dotrzeć, dojść do siebie. I zdobywając <i>teraz</i> i <i>zaraz</i>, buduję przestrzenie cichymi westchnieniami i pomrukami; od czasu do czasu będąc tylko odbudzaną przez szóstoranne hałasy stróża za oknem, czy <b>twardość</b> mojego mężczyzny, która pije mnie w biodro.</p>
<p>***</p>
<p>A po falowaniu zaśnienia, rytmicznym fandango oddechów i cwałowaniu marzeń budzę się znowu do kolejnego dnia w pościeli aromatycznej, ciepłej i rozkosznej, z klejeniem sie powiek, obolałym biodrem i postanowieniem na następną noc, żeby Schulza brać do łóżka tylko w <b>miękkiej</b> okładce.<br />
Twarda pije.</p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Madame]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/05/madame/</link>
<pubDate>Sat, 05 Jan 2008 01:51:21 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/05/madame/</guid>
<description><![CDATA[My, kobiety, mamy w sobie coś z dobrej literatury. Czasami niezrozumiałe, a przecież wielbione; c]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>My, kobiety, mamy w sobie coś z dobrej literatury. Czasami niezrozumiałe, a przecież wielbione; czasami nieprzeczytane do końca, a jednak każdy wie, jak takie historie się kończą; odrobinę trudne w odczytaniu, z poważną listą przypisów i obszerną bibliografią, która ma pozwolić na lepsze zrozumienie źródła... Czasem też zakurzone na półce. Do historii trudnych i wymagających myślenia nie zawsze się wraca. Nie zawsze się też je docenia.</p>
<p>Pani Bovary. Anioł, nie kobieta.  Subtelna doza ciepłoty z ponczem malinowym. Róż na policzkach i we włosach ze trzy. Taka dążność do spełnienia ostatecznego, kobiecego, naturalnego i zdrowego. Bo i która kobieta nie marzy o szczęśliwości, bałamutności ostatecznej, wizyjności szczerej, gdzie dąb, gdzie mąż, gdzie stół kuchenny, a wokół niego banda dzieciaków umazanych od ucha do ucha biegająca wokół tegoż stołu, jak w reklamie Nutelli. Tymczasem los różne figle płata i zamiast mężczyzny można dorobić się dupy wołowej. Już od początku wiadomo, że Flaubert perfidnie rzuca Emmę w ramiona tego cielca malowanego i gotuje jej los najgorszy z możliwych. Banał niepokorny otoczony suchą wyobraźnią, splot śmiertelnej nudy wypełnionej po brzegi zapatrzeniem irytującym, bo pochlebnie niemym. Emma jest matką wszystkich kobiet wątpiących, kobiet małżeńskich z rozumem, tych, co przed staropanieństwem w totalne obojętnienie chciały uciec i tych, co wbite cieniem w ścianę. Dlatego strzeżmy się dumy niepotrzebnej - lub, jak ktoś nie przedchwilowym Baczyńskim i Herbertem woli - <i>nie ma sensu kupować kredensu</i>. Poeta Kazimierz.</p>
<p>***</p>
<p>Wieczór z Panią Bovary. Dla mnie kawa ze śmietanką i skórką pomarańczy, dla Emmy białe wino. Do stolika chętnie zaproszę jeszcze Kareninę i Teresę. Anna wypije lampkę szampana, a właścicielka kudłatego Karenina wysączy filiżankę herbaty z miodem. Potem zasiądziemy w głębokich fotelach i będziemy rozgrzeszać świat z wszystkich flaków z olejem, mężczyzn spotykanych w pociągach, kochanków sabinek i doszłych niedoszłych. Rozliczymy się z tymi, którzy nie potrafią dotrzymać słowa, z tymi, którzy kochają się w melonikach, z tymi także, co chcą, bądź nie umieją wybrać, na koniec zaś umówimy się na egzekucje pomniejsze i powiększe, żeby sprawiedliwości stało się zadość.</p>
<p>***</p>
<p>I żadna z nich nie zginie śmiercią tragiczną, męczeńską, samobójczą, samochodową, pociągową czy arszenikową.  O nie. Żadna z nich też nie będzie zapomniana. Dopóki żyje choć jedna kobieta, choć jedna kochanka, choć jedna żona, która zrozumiała, że Emma, Anna i Teresa odkryły sens życia - dopóty będzie się on przenosił na nieskończoność.</p>
<p>Od tego mają też w końcu i mnie, żebym kontynuowała ich dzieło. <i>Madame Bovary c'est moi.</i></p>
]]></content:encoded>
</item>
<item>
<title><![CDATA[Heaven Can Wait]]></title>
<link>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/02/heaven-can-wait/</link>
<pubDate>Wed, 02 Jan 2008 00:20:58 +0000</pubDate>
<dc:creator>Mag</dc:creator>
<guid>http://bawidelka.wordpress.com/2008/01/02/heaven-can-wait/</guid>
<description><![CDATA[Celebruję pierwszy dzień nowego roku. Może nie jestem jakoś zbytnio zabobona i nie wierzę w te ]]></description>
<content:encoded><![CDATA[<p>Celebruję pierwszy dzień nowego roku. Może nie jestem jakoś zbytnio zabobona i nie wierzę w te przepowiednie z malowniczej chatki na kurzej nóżce rodem - że jakie pierwsze dwudziestoczterogodzinnienie, takie i trzysta sześćdziesiąt pięć kolejnych dni - niemniej warto zainwestować w siebie i swój dobry humor.<br />
Po łuskaniu fasoli i piciu kawy z nieznajomymi w kawiarniach zaległam pod wieczór w pościeli pachnącej różą i jaśminem, z kandyzowanymi wiśniami w słoiku, herbatą, do której wrzucam kostki czekolady i patrzę, jak mi się z tego bagienny budyń robi.<br />
Leżę na boku, lewym biodrem i lewym kolanem prowokuję zadziorność i jakieś świństwa okołomyślowe, prawym wybijam o pierzynę rytm <span style="font-style:italic;">Delikatnienia</span>, przygryzam dolną wargę, jak zwykłam to robić w chwilach głębokiego rozpieprzenia i... rytualnie wylewam herbatę na pościel. Błoto w łóżku - prawie jak Woodstock.</p>
<p>Dziesięć minut ze ścierką, suszarką i zmienianiem pościelladła.<br />
Śmieję się do siebie i zlizuję z palców tę masę błotno-czekoladową. Umazałam się po czubek głowy, bo tylko ja tak potrafię, żeby przy zdejmowaniu pościeli podwójnie w nią paść - i ryczę na cały głos z Dickinsonem<span style="font-style:italic;"> Seaaaaaa oooooof madneeeeessss.</span> Jestem zboczona na punkcie Dickinsona. To taka młodzieńcza miłość z czasów, kiedy glany były butem obowiązkowym do munduru, sukienki na studniówkę, spódnic rodem z musicalu <i>Hair</i> i spodni dzwonów. Ponawlekane zielonymi sznurówkami, zdarte po lasach i bunkrach, pamiętające rumianą szesnastkę, krnąbrną siedemnastkę, gorącą osiemnastkę i kawałek zwodniczej dziewiętnastki. Glany skaczące na koncertach metalowych, kopiące doły, noszone do zwiewnych sukienek z babiego lata i suszące się po wyprawie na mokradła.<br />
Nieodłącznie kojarzące mi się właśnie z Dickinsonem, z pierwszymi fascynacjami, wielkimi miłościami i pasjami przekładającymi się na nieskończoność. I dziś, kiedy tak ubabrana czekoladą w wieku namiętnym dwudziestu lat i trzech skaczę po pokoju w szafach mając wyjściowe marynarki, stonowane koszule, spódnice za kolano i czerwone szpilki - śpiewając stare szlagiery Ajronów i wyczyniając pląs na miarę pogo - wiem, że w życiu są takie rzeczy, których się nigdy nie da zapomnieć i które budują ten mój mały, prywatny świat, maczając go w szczypcie transcendecji. Już zawsze na zawsze. Są znakami pierwszych zachwytów i będą uśmiechami ostatnich chwil - to takie motyle, które buszują po krwiobiegu nadając żyćku sens.</p>
<p>Do nich należą właśnie: Dickinson w lateksowych czarnych gatkach, krówki ciągutki zaklejające buźki, pierwsze letnie dmuchawce, które żółte mlecze przeobrażają w królowe puchu; okoliczne bunkry, gdzie się pierwszy raz poznawało historie prawdziwe, w których się glany zdzierało, pierwszy raz całowało i budowało Wymarzone Domy. To także kakao podawane przed snem przez mamę, portret Dziadka i Babci w cynamonowych ramach i piosenka Klenczona: <span style="font-style:italic;">Historia jednej znajomości</span>.<br />
Siala la la la la la la la la...</p>
<p>Przysiadam zmęczona na brzegu łóżka, śmieję się serdecznie do siebie opierając rozpalone czoło na ręku i myślę o tych dniach, co przede mną. Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy. Taki banał, a jak cieszy.</p>
<p>PS. ;)</p>
<p><a href="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/ja-z-brucem.jpg" title="ja-z-brucem.jpg"><img src="http://bawidelka.wordpress.com/files/2008/01/ja-z-brucem.jpg" alt="ja-z-brucem.jpg" /></a></p>
]]></content:encoded>
</item>

</channel>
</rss>
